…i poczucie szczęścia nawet gdy wichura…

– Czy jesteś szczęśliwa …

– Czy jesteś szczęśliwa ?- zapytała mnie TaDruga, czyli filozoficzna ja. Zdziwiłam się nieco, bo odezwała się nie stąd, ni z owąd , po raz pierwszy od dawna, od bardzo dawna. Napadła mnie w środku miasta, na ruchliwej ulicy i głośnej ulicy, gdy wiatr urywał głowę a ja spieszyłam się do przedszkola po Zozola.
– Też se porę wybrałaś – prychnęłam, ale wystraszyłam się zaraz, że znów sobie pójdzie i schowa się w jakimś kącie na długo, więc postanowiłam podjąć dialog.
– A czym jest szczęście ? – zapytałam na początek ostrożnie.
Nie dała się nabrać.
– Ty mi powiedz czym jest dla ciebie szczęście i czy je odczuwasz – a gdy zamyśliłam się głęboko, szturchnęła mnie:
– No, już, już, nie każę ci tego po szwedzku mówić, nie musisz się tak głęboko zastanawiać bo czasu mamy nie za wiele.
Nabrałam powietrza
– Szczęście to zdrowie, rodzina, pieniądze – wyrecytowałam. Przewróciła oczami.
– Powinnaś napisać Poradnik jak być szczęśliwym – sarknęła – Wysil się.
To się wysiliłam.
– No to szczęście to…to ja czuję wtedy jak budzę się rano, obok mnie mruczy kot i słyszę głos Zozola. Kiedy nie męczy lęk o najbliższych. O ich choroby, nałogi, plany życiowe. Kiedy rachunki popłacone, a na koncie suma wystarczająca być spokojnie przeżyć miesiąc.
Mówiłam i czułam, że patrzy na mnie coraz bardziej krzywo.
– No,no,no…Zadziwiłaś mnie. Cóż za oryginalny pomysł na szczęście. JAJA SOBIE ROBISZ??! – wrzasnęła tak nagle, że aż podskoczyłam. Wkurzyłam się i ja.
– Szczęście to taki stan, gdy rozpiera mnie energia, radość działania, mam chęć żyć i cieszę się, że żyję. To taki stan, właściwie bez konkretnego powodu a czasem nawet wbrew otaczającej rzeczywistości. Tak szczęśliwa bywam. Wbrew temu co w życiu, na przekór kłopotom, nawet jak wichura łeb mi urywa. A najbardziej wtedy, gdy się do mnie odzywasz. Tak, wiem, że to nie logiczne, bo warczysz, wrzeszczysz i krytykujesz na okrągło. Ale szczęście nie ma nic wspólnego z logiką. A teraz możesz sobie zrzędzić ile chcesz
– No. Wreszcie. To już wiesz czego masz się trzymać. Czeee – sapnęła z zadowoleniem i znikła.

Dochodziłam do przedszkola. Przede mną był szpaler niskich, łysych teraz drzewek. Ich łyse korony musiały pozamiatać niebo, bo zrobiło się niebieskie. A wiatr jakby przycichł.
Ta wichura ta jakieś głupoty z człowiekiem wyczynia. No, żeby gadać do siebie jak do innej osoby ?

A stolarz

zapowiedział się na 20 …

zapowiedział się na 20 grudnia na montaż szafek oraz nowych drzwiczek.
Ustaliliśmy zatem, że położymy jednak tę tapetę wcześniej.
Ale tymczasem walczymy dzielnie ze skrobaniem przedpokoju. Optymistycznie założyliśmy, że wystarczy zdarcie jedynie dwóch warstw. Na pozostałe dwie (by jednak było ich 4 a nie 5) położyliśmy grunt, potem szpachlę. I spuchło w kilku miejscach. Mąż chciał zdjąć tylko to, co spuchło, skrobnął. I poszło wszystko. Na szczęście był to tylko jeden kawałek ściany zrobiony tak naprawdę na próbę. Na drugie szczęście – bez problemu razem ze szpachlą odeszły pozostałe tapety. Zasugerowałam taki sposób wyczyszczenie pozostałych…
Ręce mam spuchnięte od wysiłku, dodatkowo wciąż jakieś krosty mi wyskakują na zewnętrznej krawędzi palców wskazujących i na opuszkach. Próbowałam skrobać w rękawiczkach, ale jakoś nie idzie. Dziś spróbuję raz jeszcze. Bolą mnie wszystkie mięśnie : barki i ramiona od dociskania szpachelki, nogi od wchodzenia i schodzenia z drabinki, krzyż od długiego stania w niewygodnej pozycji.
…Ale za to skończyłam szwedzki – syn mówił, że tak mam się pocieszać.
Bardziej pociesza mnie fakt, że już bliżej niż dalej. Dokończę skrobanie (może już dziś dokopiemy się do dna). Potem tylko będę musiała przeżyć nieziemski smród gruntu do sufitu a potem to już malowanie elementów stolarki na biało, a potem nowe, świeże tapety.
No i czekanie na "golviarzy" czyli speców od kładzenia podłogi (golv – podłoga).
Na święta się chyba nie wyrobimy ze wszystkim, ale kto wie ?
Trzymanie kciuków oraz dyskretny doping – wskazane.

Tapety

Pomyślałam, że w …

Pomyślałam, że w oczekiwaniu na stolarza mogę już zacząć wybierać tapety. Najpierw na stronie sklepu się napalałam, na różne takie. Na przykład – delikatna zieleń, a na jednej ze ścian brzozowe gałązki w takim samym odcieniu. Kuchnia słoneczna, jasna, ta zieleń, i brzozy, aż się prosiły, ale. Rozsądek podpowiadał, żeby się nie zżywać z pomysłami, bo wątpliwym jest by w czynszowym mieszkaniu zechciano położyć tapetę po 500 kr za rolkę. 500 kr czyli jakieś 250 plnów.  Biorąc nawet różnice w zarobkach pod uwagę to jednak nieco drogo.
No, ale może jednak uda mi się coś wybrać nawet z tego co mi dadzą do wyboru ?
Wzięłam wczoraj katalogi i dopadłam ich w domu jak pies gończy, prawie ze ślinotokiem. Dopadłam, przeleciałam…i zdechłam. No bo ja się spodziewałam, że wybór nie będzie łatwy. Ale spodziewałam się…że tak powiem…bardziej optymistycznie. To znaczy ja sądziłam, że wybrać będę musiała między śliczną a piękną. A tu zawód. Bo muszę wybrać między szarą a szaroburą.
Co ja zrobię, że jak to dziecku komunizmu, szare, beżowe, poszarzone odcienie wszelkich kolorów, zawsze będą mi się kojarzyć z papierem pakowym w jaki zawijano rybę i mięso i nic pięknego i eleganckiego w tym nie widzę. No nie widzę. Ja lubię kolor. Zieleń ma być wyraźna, błękit ma być wyraźny, czerwień ma być ostra. A tu wszystko jest jakby ze spłukanego pędzla. Nawet biel.
Dziecko wezwane do pomocy, obejrzało kilka stron, pokręciło głową z dezaprobatą, odmówiło dalszej pomocy twierdząc, że te barwy działają na niego depresyjnie.
Mąż zasiadł na katalogami z miną "nie znasz się" i "ja ci pokażę ładne" …i w końcu "ja też się chyba nie znam".
W założeniu kuchnia miała być niebieska. Bo to dobry kolor dla kuchni, bo podobno muchy nie lubią dużych połaci błękitu. Tylko, że błękit w tych katalogach bardziej przypominał niebo deszczowe niż słoneczne. A tu zieleń migotała w zakamarkach duszy. Rozgoniłam męża pomysł na niebieskie, a raczej szaro-bure pasy. Za to pozwoliłam samodzielnie decydować o przedpokoju.
Wybraliśmy jedyne co nam się wydawało najmniej brzydkie.
Kuchnia będzie w rozwodnionej zieleni. Z jedną ścianą w kwiatowy motyw w tym samym odcieniu zieleni. Mąż naturalnie już by naćkał mi tych kwiatków po jednym pasku wszędzie, ale to mu wybiję z głowy w trakcie.
Przedpokój będzie w czarno białe motywy drzew.
Ja się skłaniałam ku czarnym szkicom domów, też było fajne.
I jeszcze czerwień mi się podobała, ale wtedy nikt by skrzyni nie widział.
A dziś rano przejrzałam katalogi raz jeszcze, żeby się upewnić co do wyboru w dziennym świetle. O ile to co mam za oknem dzisiaj można nazwać światłem dziennym a nie zmierzchem. Ale wynalazłam jeszcze jedną fajną kombinację, ale nie do kuchni. Bo kuchnia wciąż mi zielenieje.
I fajne do dużego pokoju znalazłam – szaro-srebrny mazaj na białym tle. I jako kontrast – jedna ściana ostro czerwona. Nawet nie cała, tylko na środku. I zasłonki- panele z szaro-czerwonymi motywami na białym tle.
I było jeszcze kilka innych wzorków, które bym zastosowała.
No, ale po za tym, to naprawdę już nie było w czym wybierać. 

Remont. Czy skończony ?

Nie. I jeszcze długo …

Nie. I jeszcze długo nie, jak mniemam.
Kuchnia jest gotowa do tapetowania, ale czekamy na stolarza. Czekamy już prawie dni dziesięć, wreszcie dziś rano, obudziwszy mnie telefonem umówił się, że przyjdzie w środę. Przyjdzie zatem w środę, żeby wymierzyć szafki. A kiedy one będą ?
Jęknęłam, że Boże Narodzenie mnie z tym zastanie, bo planował wizytę dopiero na przyszły tydzień. Pocieszył mnie, że nie, nie, nie to będzie szybciej, ale znalazł czas w środę.
Przedpokój zaczęliśmy obdzierać z tapet.
Szwedzi nie bawią się w malowanie, nie wiem czemu. Za dużo z tym roboty, chyba, więc wszystkie mieszkania na wynajem są tapetowane. A tapety kładzie się jedna, na drugą. nie zdziera się najpierw tych starych. I tak w kuchni mieliśmy 3 warstwy (dzięki, Ester) ale już przedpokoju tych warstw jest pięć. A każda mocniejsza od drugiej, że sparafrazuję klasyka.
Ale jak już obedrzemy tapety w przedpokoju, jak przeżyję drogę przez mękę zwaną "gruntowaniem", bowiem smród gruntu jest nieziemski i moja głowa gruntowi mówi zdecydowane NIE, a jeszcze potem pomalujemy co jest do pomalowania w przedpokoju czyli sufit i ramy wokół drzwi, to wtedy przyjdzie czas …na czekanie na szafki. Chyba, że stolarz okaże się szybszy, w co wątpię. Jak już szafki będą wisieć to wytapetujemy kuchnię i przedpokój. A potem będziemy znów czekać. Tym razem na wymianę podłogi.
No, ale jak już podłoga będzie wymieniona to wtedy już będzie koniec remontu.
Do lata zapewne, bo wtedy będzie czas dla salonu i sypialni…

Śmierdzi farbą

Kuchnia pobielała. Znów …

Kuchnia pobielała. Znów jest pięknym, słonecznym pomieszczeniem. Tym bardziej, że pogoda dziś dopisała.
Na rynku stoi już ogromna jodła – pachnąca i oszroniona nocnym przymrozkiem. Zuzia oglądała ją dziś z zainteresowaniem. Ale i tak najciekawsza na rynku jest pusta fontanna. I pomnik Magnusa de La Gardie.Maleńtas zadziera zawsze głowę wysoko i patrzy z zaciekawieniem na tego dziwnego faceta na tle nieba.
Dziś Maleńtas przeprowadza się do swojego mieszkania. Z mamą i tatą.
A ja się czułam w nocy jak Maleńczuk w "Ostatniej nocce".
I chciałabym i boję się.
Jak to będzie zasypiać i budzić się bez jej głosu ?
Jak to będzie nie widzieć jej ciągle, nie widzieć każdej miny, uśmiechu, nowych umiejętności ?

Może być trudno…

Nomem omen ?

Remont w pełni. Kuchnia …

Remont w pełni. Kuchnia powoli z czarnej przechodzi w biel.

Na fali drugiej fazy głupawki uświadomiłam sobie, że nazwisko Ester, poprzedniej lokatorki naszego mieszkania, właścicielki skrzyni oraz kilku innych rzeczy, osoby która przeżyła tu jakieś czterdzieści parę lat by w wieku lat 104 odejść z tego marnego świata, że jej nazwisko brzmiało Brand. Pożar. Nomen omen.
  
Ester. Czy ty mnie nie lubisz ? Masz mi za złe, że używam twoich rzeczy ? 

Po…

Kiedyś napisałam, że w …

Kiedyś napisałam, że w Szwecji wiele rzeczy robię po raz pierwszy. Tak. Pożar w mieszkaniu też miałam po raz pierwszy.
Kuchnia teraz wygląda tak :

Powoli opada szok. Tak. Szoku doznałam też po raz pierwszy. Po raz pierwszy w życiu czułam jakby mnie ktoś skopał w żołądek, tak, że nie miałam siły ustać na nogach. A potem, po raz pierwszy w życiu nie umiałam nic zrobić, zorganizować, na niczym się skupić.

…Córka zapomniała o włączonym palniku na kuchence na której stał olej do frytek…

Od dwóch dni w kuchni pracuje maszyna ozonowa – to ma podobno usunąć smród spalenizny. Po kuchni przyjdzie kolej na inne pomieszczenia. Potem malowanie jakimś gruntem pochłaniającym zapach. Zrywanie tapet. Dopiero wtedy malowanie i tapetowanie od nowa.
I po raz pierwszy w życiu myślę, że jak to dobrze, że nieszczęście trafiło mi się w Szwecji. Od ludzi wokół – sąsiadów, administracji, policji, ale także nauczycieli w szkole dostajemy wyłącznie zrozumienie, współczucie, chęć pomocy. Nie wspominam o przyjaciołach, bo to przecież oczywiste. Nie padło w naszą stronę ani jedno słowo oceny, nagany, upomnienia.
Administracja podchodzi do sprawy uczciwie – ponieważ mieszkanie nie było remontowane od lat ponad dwudziestu oni teraz dają materiał do remontu i godzą się byśmy to my ten remont wykonali. Coś tam będziemy musieli zapłacić, ale nie tyle, ile nam się na początku wydawało.

No i teraz już nie będę taka głupia. Wykupię ubezpieczenie. To wcale nie jest tak drogo jak się wydaje. A oszczędza stresu. I wstydu, gdy każdy pyta "masz ubezpieczenie?" a ja mówię, że nie i czuję się jak ostatnia, nieodpowiedzialna sierota.

Pożar

Naprawdę to jakaś czarna…

Naprawdę to jakaś czarna seria: wczoraj spłonęła mi kuchnia.
Nic się nikomu nie stało, na szczęście, tylko Kocio najadł się strachu i wybrudził się jak nieboskie stworzenie.  

Mieszkanie śmierdzi dymem i wszędzie pełno sadzy.

A ja mam irracjonalne poczucie, że to jeszcze nie koniec i że to jeszcze nie było to najgorsze.

Bolesny powrót

Postawszy przed otwartą …

Postawszy przed otwartą lodówką, westchnąwszy zamknęłam ją by za chwilę
znów otworzyć. Jednak żołądek domaga się pożywienia i jest mu wszystko
jedno co, ale głowa notuje tylko "nie ma". Nie ma twarożku. Nie ma dżemu
wiśniowego. Nie ma polędwicy łososiowej i nie ma też berlinek.
Jest serek Philadelfia, słony. I truskawkowy "sylt" – coś pomiędzy
dżemem a sokiem. Jest jakaś wędlina, tak słona, że w sumie nie ma
znaczenia co to tak naprawdę jest. O. Są jeszcze cienkie kiełbaski,
udające parówki. Chyba dzieci znów usiłują oszukać Zozola, że to to samo
co berlinka.
Powrót do codzienności jest bolesny.
Jedząc naprędce usmażony omlet, jedyne co wydawało mi się nie tyle
apetyczne co godne przełknięcia, uświadomiłam sobie, że każdy mój powrót
z Polski powoduje gwałtowny wzrost tęsknoty za różnymi rzeczami.
Za córką, za wnuczką. To wiadomo. Ale też za krajobrazem
"nie-pod-sznurek". Za krzywymi opłotkami i trawnikami nie-ostrzyżonymi
równiutko. Za ptasim mleczkiem, KFC i berlinkami. Dziewczyny ściągnęłam,
krzywe opłotki a raczej ich namiastkę znajduję, do jedzenia przywykłam.
A boli. I nie wiedziałam co.
Spotkanie w Tajemnicy Poliszynela otwarło mi oczy. Brakuje mi
rozmów…nie, brakuje mi spotkań z ludźmi, którzy zmuszą mój umysł do
pracy.
Takie sobie wczesne południe było. Znienacka w leniwość poranka wtargnął
jeden pan i jego syn. Zburzył nasze przyjaciółkowe sam-na-sam.
Zaskrzyło się dowcipem, ciętymi ripostami, odwołaniami i aluzjami do
filmów i muzyki. Nie jestem mistrzem ciętych ripost więc siedząc sobie
cichutko, cieszyłam się tylko, że łapię sens, nie próbując nadążyć z
odpowiedziami. Zadałam kilka pytań sympatycznemu nastolatkowi ( miał
koszulkę Iron Maiden i okulary, więc skojarzenie z Jankiem kazało mi go
od razu polubić). Tatusia nastolatka poinformowałam, że aczkolwiek
Szwecja prowincją stoi, to YouTube tu dociera. I zamilkłam.  Chłonęłam
atmosferkę. Wodziłam wzrokiem po tytułach książek wokół. Łowiłam uchem
głos pani Asi witającej serdecznie kolejnych gości (nie, nie klientów, w
Tajemnicy Poliszynela nie jest się klientem). Wdychałam zapach kawy,
słuchałam syku ekspresu i głosu Ewy Bem. I czułam jakbym po długim
zamknięciu wreszcie wyszła na świeże powietrze.
Tu, w Szwecji nie mam takich klimatów. Z tubylcami trudno osiągnąć ten
specjalny rodzaj porozumienia, bo język. Wciąż jeszcze nie łapię
niuansów, lapsusów i aluzyjek. A rodacy…
Brzydko to zabrzmi, może. To są dobrzy, ciężko pracujący, uczciwi,
porządni ludzie. Lubię ich. Cenię. Szanuję. Ale to nie te fale. Są jak
chleb. I dobrze, że są. Ale brakuje jeszcze czegoś pozornie zbytecznego.
Jak perfumy na przykład. Coś takiego co mogę wziąć dla siebie, co mnie
wzbogaca, czym potem mogę się podzielić z kimś innym.
TO jest lekkie i trudno uchwytne. Ale da się złapać i wypuścić a
jednocześnie dalej mieć. Coś co śni się czasem w nocy i wtedy cały dzień
duch jest nieobecny.
A teraz wróciłam. Jestem.
Jeden problem się chyba rozwiązał. Dwóm innym stawiłam czoła. Trzeci w tej sytuacji uznałam za żaden problem.
A tu, ledwie weszłam, ledwie uściskałam Zozolka, już kolejny puka do
drzwi. U męża w pracy duże zwolnienia i nie wiemy czy on też jest na
liście.

Rzeczywistość nie skrzeczy. Ona czasem zwyczajnie boli.

Do przeczytania

Nieszczęścia nie chodzą …

Nieszczęścia nie chodzą parami. One chodzą stadami. Mam kolejny zgryz. To już razem cztery poważne problemy, którym muszę stawić czoła.
Czarna seria.
Jutro jadę do Polski. Stawię czoła większości z nich.

Na wszelki wypadek nie biorę komputera i zastanawiam się nad starym, poczciwym Canonkiem. 

Wracam za tydzień.

Boję się i w związku z tym powtarzam sobie jak mantrę: jestem silna, siłą, która każe wciąż podnosić się z kolan, mam krąg dobrych ludzi wkoło siebie, co nas nie zabije to nas wzmocni.
Ale i tak się boję.