7.

Zapadłam się w sobie. Ale już lepiej, już wychodzę.
Na chwilę zrobiło się czarno, bo rachunki rosły, a klienci nie płacili.
No ale już, ruszyło się. Jeden z najstarszych klientów, słysząc o problemie, zażądał faktury „z górką” i natychmiast przelał. Bo akurat miał. Popłaciłam prawie wszystko. Mam nadzieję, że w tym tygodniu dopłacę resztę.

Rozmyślam nad sposobem wyrównania ekonomii. I chyba przejdę na sposób podobny do tego jaki stosują firmy telekomunikacyjne. Czyli abonament płatny z góry i rozliczenie nadwyżek w miesiącu następnym.
Na razie u kilku klientów i zobaczę jak się to sprawdzi.

Była Helena. Stęskniona za Basilem tak, że aż jej się oczy zaszkliły. Poprosiła, żebym „pożyczyła” jej kota na troszkę dłużej niż czas pobytu w Polsce. Zgodziłam się. Ale -nie, na stałe go nie oddam. Nie po tym jak zobaczyłam, jak się ucieszył na mój widok.

Mróz i wiatr nie odpuszczają. Niby nie są to jakieś wartości skrajne, ale w połączeniu jest naprawdę zimno. Jest sucho. Skamieniałe zaspy na ulicach szpecą i tak już mało fajny krajobraz.
Tęsknię za kolorem. Ciepłem. I słońcem.


6/2026

Wczoraj znowu sypało śniegiem, ych. Ale przynajmniej prawie nie wiało.
Poprzednie dni wiało mocno więc odczuwalna temperatura była w okolicach -7.
Jak zwykle o tej porze roku zaczyna mnie ogarniać rozpacz i przerażenie. Świat skostniał i bieli, która już nie jest biała a bardziej szara. I w czerni.
Ciemno, nawet jak dni dłuższe to nadal ciemno, bo bez słońca. Brak kolorów. I zimno. W domu zimno, na podwórku zimno.
Tak to jest: mieszkanie mam zimne. I znowu rozjazd między tym, co wskazuje termometr a tym co czuje ciało.
Termometr wskazuje 21,6 stopni co wg moich administratorów jest temperaturą wystarczającą. Ale gdy się siedzi – po nogach i ramionach snuje się chłód. Trochę, ale tylko trochę pomaga położenie koca pod drzwiami wejściowymi. Drzwi balkonowe, nie dają się ocieplić. Mimo oklejenia taśmą papierową, mimo grubej zasłony.
Wzywanie ciecia nic nie da. Już to robiłam.
Więc zakładam koszule flanelowe, skarpety, ciepłe kapcie. Albo zwijam się w rogu kanapy, z nogami pod sobą, Tosią obok i… czekam wiosny. Choć wiosna przeraża, bo znowu dużo pracy w krótkim czasie.
Ale rano słyszę pojedyncze ptasie głosy, czyli jednak jakieś życie jeszcze/już jest.
Wczoraj zafundowałam sobie godzinę lata czyli Sunny Hour.
Jest taka usługa w moim mieście – pokój udający plażę. Wprawdzie na ziemi nie piach, lecz beżowa wykładzina, ale lampy grzały i świeciły niczym słońce (nie opalały). Wiatraki dawały powiew, a głośniki emitowały szum morza.
Na koniec słońce zaszło i na niebie pokazały się gwiazdy.
Wyszłam rozgrzana, pełna energii i radości. Cały dzień było mi ciepło.
Jedyne 130kr czyli niecałe 12euro czyli jakieś 52pln.
Jest jeszcze usługa światłoterapii za dwukrotność ceny – nie wiem czym się różni, doczytam, może kiedyś zaszaleję. Póki co – będę korzystać z godziny lata przynajmniej raz w tygodni. No, może raz na dwa tygodnie.
Obejrzałam kolejną koreańską dramę „Ty i wszystko inne” i polecam. Choć ostrzegam, że to nie jest leciutka drama z happy endem.
Tak, wiem. Zimowa depresja, a ja oglądam dramy… a nawet dramaty.
No, ale leciutkie, przewidywalne komedyjki mnie nudzą.

Zastanawiam się co zrobić, żeby mieć więcej energii. AI mówi, że sen, żywienie z niskim IG oraz ruch. No właśnie. Żeby się ruszać potrzebuję energii… Błędne koło.

Nadal mam czytelniczą niemoc. Drugi raz podeszłam do Pani March (choć tym razem audiobook) i drugi raz mnie odrzuciło w dokładnie tym samym momencie. Coś tam męczę, ale więcej zaczynam i rzucam…
Zdaje się, że zmieniam się w taką osobę co siedzi z pilotem w ręce i tylko nim klika.

Ale powoli wyciągam zaległości pracowe. Choć tyle.



5/2026

Babciuję mojej wnuczce.
Wczoraj był trudny dzień, bo zmarł jej dziadek ze strony taty. Zmarł we śnie, nagle.
Uzgodniłam z Misią, że sama jej powiem, jak wróci ze szkoły, żeby miała się do kogo przytulić…
Ale dowiedziała się od swojego taty, z smsa ze zdjęciem klepsydry. Niestety, prawdopodobnie nie przewidział, że o 17 wciąż jeszcze nie wróciła do domu. A nie wróciła, bo była na siłowni.
Kiedy podjechałam żeby ją zabrać do domu, wsiadła ze słowami:
– Już wiem…

A tymczasem pan W pierwszy raz w życiu świętował dzień dziadka.
Przysłał mi zdjęcie gdzie cały w cielęcym zachwycie trzyma maleńką na rękach.

Zima trzyma. Ale taka jest nieużyteczna… Śnieg skostniał i żadnego z niego pożytku: twarda gruda – nie da się ani śnieżki, ani bałwana ulepić. Nie da się po tym na sankach jeździć. I nawet pies nie poleży, bo twardo i kanciasto.
-1 stopień. I wieje. I ma wiać przez najbliższe dni. I mrozić.
Bleeee

W temacie pomarańczowego faszysty i jego odjechanych pomysłów nasuwa mi się taki wierszyk:


Dyrektor i Pomnik
Autor: Konstanty Ildefons Gałczyński

Pewien osioł, co myślał o sobie bógwico
i bógwico sobie wyobrażał,
jednego razu, idąc ulicą,
spotkał Rzeźbiarza;

i tak do niego: „O, chyba
sam Jowisz tu pana niesie
świetnie, żem pana przydybał,
zrobi pan moje popiersie;

żeby, pan wie, z mojej gęby
blask taki bił i dowcip,
no, krótko mówiąc, żebym
przyszedł do potomności.

Najlepiej, wie pan, w marmurze,
nie, nie w marmurze, w granicie,
bo granit trwa jeszcze dłużej,
w granicie to znakomicie.

A może spiż? Co pan mniema,
żeby tak, panie, ze spiżu?
Wiedziałem przed laty trzema
coś takiego w tym… e… w Paryżu:

Przedmieście. Pnie się powoik.
Cisza. Igraszki słońca.
A tors, panie, stoi i stoi,
a pod nim kolumna Jońska;

dalej maliny i woda,
o, fotografię mam tu.
A może po prostu ze złota,
a oczy z wielkich brylantów?

Mistrz, niech pan się postara,
nie będę zwlekał z zapłatą.
A może w chmurach z gitarą?
Mistrzu, ach, co pan na to ?”

Rzeźbiarz tak odparł: ” Pomału!
Wszystkie projekty są dobre,
tylko że brak materiału
to Dyrektorze, problem;

bo jeśli chodzi o pana
to takiego szukaj ze świecą.
Rzecz musi być wychuchana,
a nie tak, żeby byleco.

Ja mam dla pana materiał,
co nie ma go w żadnym sklepie”.
„Przepraszam, jaki materiał?”
„Przyjdzie zima, śnieg spadnie, to pana ulepię”.


4/2026

Poniedziałek. Za oknem -12. Ale idzie odwilż. O czym zawiadomiła mnie migrena o godzinie trzeciej w nocy.
Nie chce mi się wchodzić w nowy dzień, w nowy tydzień.
Wczoraj była dziwna aura. Mróz na 12 stopni, a w powietrzu mgła. Wyszłam z Tosią i oślepiło mnie słońce. A raczej-dwa słońca. Przez chwilę nie rozumiałam co widzę. Potem do mnie dotarło. I zaczęłam ubolewać, że nie mam aparatu.
Na niebie widniał piękny, podwójny łuk parhelionu. Jak podwójna tęcza.
A potem zobaczyłam panią, która robi zdjęcie telefonem i zrozumiałam, że lepszy telefon niż nic.
I o.

Niestety, zjawisko już znikało. Drugi łuk zgasł, a i ten już nie oślepiał. Tak to jest jak się ma taki refleks jak ja…
Obudzona przez migrenę o godzinie trzeciej, zauważyłam pobielone krzewy u sąsiada. Oraz pobielone niebo – znak, że idą chmury.
Proszę, niech tylko nie wieje…
Ych trzeba się zbierać…

3/2026

Pan W wyjechał w piątek nad ranem. Wieczorem już był w swoim domu. Miałam trochę stracha, bo wiało i kilka promów było odwołanych. Jednak popłynął, potem mówił, że bujało ale lekko.
Ale pan W to były żeglarz czyli wilk morski, więc pewnie ma inną tolerancję.
Jego pobyt uznaję za udany. Spędziliśmy razem dużo czasu, ale nie czułam zmęczenia i przesytu. Pan W przetrwał ze spokojem nawet jeden epizod mojego złego humoru (jestem jak dziecko – z drzemki wstaję zła i trzeba mi dać chwilkę czasu na rozczmuchanie się).
A teraz pora na powrót do codzienności.
Zima trzyma. Dziś w nocy było -10. Śniegu hałdy. Wczoraj miałam problem z wjechaniem na moje miejsce parkingowe. Pan W zmusił mnie do kupna szpadla, problem w tym, że nie mogę go użyć… bo jest za ciężki! Muszę dziś wieczorem postawić samochód w innym miejscu, może jakaś litościwa dusza mi przejedzie pługiem..?
Basil wciąż u Heleny.
Przez dwa tygodnie Helena wysyłała mi zdjęcia i widziałam, że kot ma się u niej bardzo dobrze. Śpi koło niej (lub na niej). Gada z nią a ona z nim. Naprawdę – dostał o wiele więcej miłości u niej niż u mnie, przyznaję ze wstydem.
W piątek, gdy zadzwoniłam, że przyjadę go odebrać Helena zapytała czy może zostać u niej jeszcze trochę, bo za kilka dni jest rocznica śmierci jej kota- Zorro. Zgodziłam się. I szczerze mówiąc: gdyby powiedziała, że chce go na stałe to chyba bym nie odmówiła. Naprawdę mam wrażenie, że u niej jest mu lepiej. Ale przynajmniej wiem, że na wyjazdy mam dla niego idealny dom.

2/2026

Dziś w nocy zostałam dziewczyną dziadka.
Wnuczka pana W przyszła na świat tuż po północy. Kawał dziewczyny – prawie 4kg!
Witaj na świecie, Malutka.

A poza tym to znowu pada śnieg. Choć „pada” to nie jest zbyt dobre określenie. Lata, fruwa, pada poziomo? SMHI mówi, że jest -5, ale odczuwalna -12, bo wieje czyli pizga jak w kieleckiem.

Zuzu już doszła do siebie. Ale Misia i Mel utknęli w łóżkach na drugim końcu świata. Oficjalnie są STARZY! Zuzu choruje dwa dni, a reszta co najmniej tydzień.

1/2026

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
Jak tam? Postanowienia noworoczne jeszcze w realizacji?
Bilanse porobione? Sałatka i sernik to już na pewno zjedzone…
A u mnie śnieg. Dużo śniegu. Jeszcze więcej śniegu!
Napadało chyba z 50cm, a że wieje to i miejscami tworzą się spore zaspy.
Wieczorami wychodzimy z psami: ja z Tosią, pan W z Dorką. Puszczamy je wolno, bo ludzi mało i samochodów też. Panny buszują w śniegu, każda po swojemu. Tośka próbuje zaprosić Dorkę (10kg) do wspólnej zabawy, szczeka na nią zaczepialsko. Dorka chowa się za nogi swego pana i stamtąd szczerzy zęby na Tośkę. Strasznie dużo złości w tym piesku, aż żal… Ale gdy Tosia odpuszcza, idzie sobie „czytać fejsa” Dorka podąża jej śladem.
Do domu jednak wchodzić razem nie możemy bo od razu awantura.
A teraz do towarzystwa dołączyła chora Zuzu.
Misia i Mel polecieli do Kapsztadu na miesiąc. Cudem jakimś pociąg nie utknął w polu i dowiózł ich na lotnisko, a samoloty, choć lekko spóźnione jednak wyleciały i doleciały.
Zuzu ma wolny jeszcze ten tydzień, miała się szwędać po domach koleżanek i chłopaka… Ale zachorowała i wylądowała u babci. Jest zasmarkana, ma gorączkę i mokry kaszel.
Boję się, że złapiemy od niej infekcję. Szczególnie panW, który w piątek wyjeżdża. A drogę ma długą przed sobą i mało obiecujące prognozy.
Zima przyszła na całego.

95.

Noż…
Spać nie mogę. Ciężka kołdra nie pomogła, wręcz przeszkadzała. Nie pomógł audiobook (Lisa See – Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz).
Zasnęłam około północy, wstałam przed czwartą…
Pan W dziś wyrusza w drogę. Ale przedwczoraj coś zazgrzytało. Ja sądziłam, że on się wygłupia i dolałam oliwy do ognia. Próbowałam potem coś wyjaśniać i on dotknął mnie jakimś słowem…
Gryzie.
No nic. Przyjedzie to będziemy przerabiać. Teraz nie ma sensu, bo ma przed sobą ponad 12godzinną podróż.
Po południu wysyłam zwierzyniec do innych domów. Tosię zabiorę na Sylwestra już na dobrę. Tylko 6, gdy będziemy jechać w gości jeszcze ją raz oddam do EM. Basil idzie do Heleny.
Fajnie mieć te futra, ale czasem są jednak dość kłopotliwe.

Dochodzi szósta. Chyba pójdę z Tosią, bo jak znam siebie to za 30mi nut zmuli mnie sen.

94. Wesołych Świąt

Wigilię zrobiliśmy u Misi.
Była mieszanka potraw świątecznych: polskie pierogi i szwedzkie kiełbaski, barszczyk i ryż z pomarańczami.
Misia się stresowała i burczała z początku, bo ona by chciała, żeby było idealnie i dokładnie tak, jak powinno być. Jakie to szczęście, że nie odpowiedziałam jej tym samym, zamiast tego przytuliłam ją i powiedziałam, że będzie pięknie i że nic się nie stanie jeśli nawet coś będzie nie tak. A jej ojciec zapewnił, że nieco zimne pierogi też da się zjeść.
Odetchnęła i przestała burczeć :D. Cuda są jednak możliwe. I to podwójne, bo był z nami Yankie, w świątecznym, gadatliwym nastroju. I odświętnie ubrany. Choć spał nieco ponad trzy godziny tylko, bo do 9 rano pracował rozwożąc gazety i przesyłki.
Zuzu ubrała się w piękną bluzkę podkreślającą kobiece kształty. Muszę jej powiedzieć, żeby zobaczyła jak będzie wyglądać z jaśniejszym pudrem. Na ulicach widzę, że taki trend chyba – wszystkie panny w tym wieku noszą ciemny, za ciemny puder. Moda taka czy brak umiejętności dobrania właściwego?
Ja się trochę stresowałam zostawioną w domu Tosią. Zainstalowałam aplikację dzięki której słyszę co się w domu dzieje i słyszałam, że szczeka. Widać ktoś chodził po klatce schodowej. No ale tym razem obyło się bez „miłosnych liścików” na drzwiach.
Prawda jest taka, że z każdą skargą spada mi poziom stresu. Pies to szczeka. Nie szczeka bez przerwy, nie w nocy, nie przez wiele godzin.
Dostałam kartę prezentową do sklepu z włóczkami oraz Book Nook Kit – Eternal Bookstore. Marzyłam o tym już od dłuższego czasu. Będziemy montować z Panem W gdy, już dojedzie za jakieś 40-43 godziny.

Wesołych Świąt Wam wszystkim życzę. Świętujcie jak lubicie i z kim lubicie. I nie stresujcie się tym, że coś nie jest idealne. Życie nie musi być idealne żeby było wspaniałe.

93.

Za tydzień przyjeżdża Pan W. Zaraz, naszym wspólnym zwyczajem, przejdziemy na odliczanie godzinowe. Będzie u mnie całe 13 dni.
Tosia pójdzie do byłego męża, Basil do Heleny, bo W przyjeżdża z Dorką, oczywiście. To jest pies, którego nikomu nie można powierzyć.
EM przygarnia Tosię nawet na cały okres pobytu moich gości, gdyż jego gościni odwołała wizytę pod pretekstem komplikacji zawodowych. Nie wiem czy czy dobrze zgaduję przyczynę, ale to się okaże.
Ja byłemu życzę dobrze choć wiem, że ma sporo za uszami i jeśli tego nie przerobi to większość fajnych babek będzie od niego uciekała. A jednym z jego problemów jest zafiksowanie się na Fryzjerce. Kobiety pewnie to wyczuwają, bo nie da się nie zauważyć, że facet myśli o innej. Nawet próbowałam mu to podpowiedzieć, ale gorliwie zaprzeczył, że nie, nie, oni są tylko przyjaciółmi. No, jak tam sobie chce.
Troszkę mi go szkoda i to mnie cieszy. Bo nie chcę odczuwać triumfalnej satysfakcji „a dobrze ci tak, gn… gnomie”. Brak tych odczuć jest dla mnie wskaźnikiem, że poszłam dalej.
Oczywiście to, że poszłam dalej, jest po części zasługą Pana W. Nie tylko tego, że go spotkałam, ale także tego jak mnie traktuje. A traktuje z nieustającym szacunkiem i uwagą. On mnie widzi. I słucha. I okazuje, jak bardzo jestem dla niego ważna. Nie zawsze muszą to być wielkie słowa, wyznania, choć te też czasem padają. Mam nadzieję, że ja jemu również to daję.
Ola – terapeutka też swoje zrobiła. Pomogła mi bardzo, ale już od kilku sesji czułam, że „dalej pójdę sama”. I w minionym tygodniu się pożegnałyśmy. Polubiłam ją serdecznie, ciekawi mnie jako osoba, chciałabym mieć w niej koleżankę. Może za jakiś czas…?
Będziemy się pewnie spotykać i mijać na różnych facebookowych stronach, fizycznie dzieli nas spora odległość, bo ona na wschodzie, a ja na zachodzie. Ale udzielamy się obie na grupach polonijnych, na grupie stowarzyszenia Polek w Szwecji, więc przyjście z relacji służbowej na prywatną nie jest tak całkiem niemożliwe.
Pracowo nadal jestem zarobiona, ale każdego dnia popycham wózek do przodu i się wykopuję.
Póki co, podjęłam decyzję o zamknięciu listy klientów. Jeśli nikt się nie wykruszy – nie będę brała więcej roboty, bo już nie ogarniam umysłowo. 43 klientów to nie w kij dmuchał. Planuję też wprowadzanie zmian. Np. przejście na system abonamentowy czyli stałą, równą opłatę miesięczną – chodzi o wyrównanie płynności finansowej. Bo teraz jest dwa miesiące ledwo-ledwo, a potem na trzeci dużo i bum!
Tylko z tym wiąże się pewien problem: w chwili spadku formy, to właśnie konieczność zarobienia zmusza mnie do wzięcia się do pracy. Jeśli będę dostawała płacę niezależnie od wykonanej pracy, istnieje ryzyko rozleniwienia i zaniedbań. Ale może choć dla części klientów?

Rozmyślam.
Za oknem leje albo wieje. Ciemno. Listopadzień trwa. Podobno w Sztokholmie zanotowano najmniejszą ilość słońca od lat 30tych XXw. Ale podobno idzie zmiana. Ma być więcej słońca i niższe temperatury.
Oby tylko nie wiało i nie było głoledzi jak W będzie do mnie jechał.

Dziś gotuję kapustę – na bigos oraz na farsz do pierogów.
A wy? Co robicie?