16.

Po godzinie 17 Tosia wreszcie się uspokoiła. To, co ją męczyło – odeszło. Nie wiem czy to lek wreszcie zadziałał, czy po prostu samo przeszło… Dziś znowu jest wesołym piesulkiem, córeńką mamuni w domu i olewającą mnie małpą na podwórku.
Lek przeciwbólowy, który jej podaję to Onsior. Lek przeciwzapalny i przeciwbólowy dla piesków (Jest wersja dla kotów). Składnik czynny leku to robenakoksyb. Zaletą leku jest to, że smakuje jak cukierki i nie ma problemu z podawaniem. Lepszy jest od gabapentyny, bo nie otumania zwierzęcia. Ale jest też od niej słabszy…
Tosia ma ten lek ze względu na stawy, zwykle obywamy się bez niego, ale w dni gdy widzę, że jest gorzej, to jej podaję.

No więc idziemy dalej…do następnego razu. W kwietniu i tak muszę zrobić przegląd Tosi, bo leki na tarczycę powoli się kończą więc przy okazji recepty zrobimy badania.

Mam jeszcze jedną polecajkę, ale to już dla ludzi (wyłącznie).
Polecam słodzik Nicks! Like as sugar. Nie jest tani, jego cena to niemal dwukrotność innych słodzików, ale warto. Nie zostawia tego wstrętnego, chemicznego posmaku na języku i nie zmienia smaku potrawy.
Smakowo naprawdę bardzo przypomina cukier.
Jeśli więc walczycie z cukrzycą jak ja, lub zwyczajnie chcecie zredukować kalorie w słodkich potrawach to polecam.
—————

Kurczę… jak się teraz nazywa partnera, z którym się wprawdzie nie mieszka, ale ma się z nim zamkniętą, stałą relację? No bo mówić o sześćdziesięciolatku, że to mój chłopak to można do przyjaciół, ale dla obcych to chyba cokolwiek infantylnie?
W Szwecji osoba, z którą się pozostaje w związku nieformalnym, ale się mieszka razem i prowadzi wspólne gospodarstwo domowe to SAMBO (od sammanboende) . Jest też SÄRBO – osoby, które pozostają w relacji podobnej do małżeńskiej, lecz nie mieszkają razem. Jak to nazwać po polsku? Przyjaciel to dziwny eufemizm, a „mój facet” też jakoś mi nie leży. Narzeczony..? Najbardziej pasuje partner…
Macie pomysły?
U mnie póki co najczęściej wychodzi : Mój… W.



15.

We czwartek Tosia skończyła 11lat. Jak zwykle przegapiłam, bo mam w głowę wbitą datę 15 marca. Chciałam dziś urządzić jej urodziny: kupić wielką kość i jeszcze inne przysmaczki.
Ale coś się jej stało i od 5:30 pies nie może sobie miejsca znaleźć. Dyszy, nie chce jeść ani pić, jest pobudzona. Coś ją chyba boli, ale nie mogę ocenić co. Dałam onsior – psi lek przeciwbólowy i przeciwzapalny. Noż… Dlaczego to zawsze się dzieje w dni wolne?
Teraz wreszcie się uspokoiła – nie wiem czy ze zmęczenia, czy ucichło to, co dokuczało.
Zobaczymy co dalej, ale nie wykluczam veta w poniedziałek.

Siedzę przy biurku i nie mam odwagi się ruszyć, żeby jej nie obudzić, bo chyba w końcu śpi.

Dni lecą szybko, wiosna marcowa jak zawsze kapryśna, ale zielone wyłazi z ziemi, ptaki śpiewają, a słońce grzeje (jak wyjdzie zza chmur).
Za dwa tygodnie znowu jadę do Pana W. Tym razem nie mamy żadnych planów kulturalno-rozrywkowych. Chcemy po prostu pobyć ze sobą.

W tym tygodniu startuje najgorętszy okres w roku czyli rozliczenia podatku dochodowego za 2025. Będzie stresująco, będzie się działo, ale też będzie dodatkowa kasa.
Aby móc jeździć do Polski bez stresu i wyrzutów sumienia, w znajomej firmie, zakupiłam małego laptopa, którego będę ze sobą wozić. Laptop używany, po odnowieniu, z gwarancją na 24miesiące. Mały i lekki. Nowy kosztuje około 20 tys kr, a ja kupiłam za 4tys. U pana W podepnę monitor i będzie porządne narzędzie do pracy. Cieszę się jak dziecko.

Doszły mi dwie nowe firmy – obie już dość długo na rynku, jest szansa, że się utrzymają. Kolejna w planach – po niedzieli rozmowa. Jeśli wypali – przestanę brać nowych na jakiś czas, bo się nie wyrabiam.
Nie wprowadziłam abonamentu, nie umiem na razie podjąć decyzji w tej sprawie, więc jest po staremu. Tyle, że pilnuję siebie i skrupulatnie zapisuję i fakturuję każdą minutę.

I tak to.

14. Marzec

Dzień przed moim wyjazdem do Pl odwiedziła mnie sąsiadka z góry.
– Musisz coś zrobić z tym szczekaniem w nocy, naprawdę, bo nie da się spać.

Przeprosiłam, obiecałam poprawę, ale naprawdę to uważam, że kobieta przesadza.
Ta noc to była 6 rano. A szczekanie to były trzy krótkie szczeknięcia, bo zaraz Tosię uciszyłam. Zaszczekała, bo ktoś obcy, nie mieszkający tutaj, bardzo głośno schodził po schodach.
Wkurzają mnie ci ludzie, naprawdę.
Ciekawe co by zrobili jakby na moim miejscu była rodzina z dzieckiem płaczącym po nocy…

Więc mam teraz chwilę buntu i nawet nie chce mi się z nimi witać na schodach. Walcie się.

W Polsce było dobrze.
Byliśmy na zaskakująco dobrym koncercie Kasi Kowalskiej. Choć jej usiłowania by rozbawić publiczność zdawały się początkowo nieco żenujące, to w końcu dałam się ponieść: pośpiewałam, pokrzyczałam, poświeciłam telefonem, a nawet potańczyłam pokołysałam się mniej więcej do rytmu.
Trzeba przyznać, że jak na babkę w okolicach sześćdziesiątki to Kasia wygląda znakomicie. Można spekulować, czy doskonała sylwetka to zasługa osobista czy zabiegów różnej maści, ale skakać i śpiewać bez zadyszki to trzeba mieć kondycję. Albo doskonały playback- mówi panW.

Dwa ostatnie dni była przepiękna pogoda. Powietrze było łagodne, prawie bez wiatru. niebieskie niebo i słońce. Nad morze wyległy tłumy. Nie chciało mi się wracać ani do kołobrzeskiego domu ani do szwedzkiego.
W szwedzkim domu przywitała mnie mnie temperatura 19,2stopnia.
Noż… Muszę się zebrać i naprawdę zawiadomić administrację, że domu jest zimno, że nie da się posiedzieć bez swetra. Że nogi na podłodze marzną.
Co z tego, że termometr wskazuje 21 stopni, jak ciągle czuć powiew.
Nie pomogło oklejanie balkonu, układanie koca pod drzwiami i różne inne takie… Jak wieje, mam uczucie jakby ściany były pełne dziur.
Najprościej byłoby się znowu przeprowadzić, ale… Nieeee, naprawdę nie chcę kolejnej przeprowadzki.

Mimo wszystko idzie wiosna. Ptaki śpiewają, dni coraz dłuższe, temperatury powyżej zera, mimo, że wieje. A końcówka tygodnia ma być słoneczna.
Do EM przyjechała kolejna kandydatka, ale on mówi, że nic z tego nie będzie, że to tylko znajoma.
Nie ukrywam, że odczuwam lekką satysfakcję. Leciutką bardzo, jednak mile łechcącą moje ego. No patrz pan – taka doskonałość, a kolejka się nie ustawia…
Notuję to tylko gwoli ścisłości. Nie skupiam się na tym, ale też nie czuję się winna. Życzę mu, żeby w końcu znalazł sobie kogoś do pary, ale dobrze mu zrobi to, że to nie jest tak na pstryknięcie.

Pan W jest w lepszej kondycji i znowu jesteśmy w doskonałej komitywie.
Powoli przygotowujemy się do wspólnego urlopu, ale muszę jeszcze z EM ustalić czy w takim terminie zechce przygarnąć Tośkę.
A przy okazji futer…

Wracając z lotniska zajechałam do Heleny po Basila. Jej samej nie było – pojechała do córki. Gdy weszłam do mieszkania Basil wyszedł ze swoim Bruut. Ale jak usłyszał, że jedziemy do domu to gdzieś się zaszył… i tyle go widzieli. Nie wyszedł na wołanie, na stukanie miską i szeleszczenie cukierkami. Zostawiłam go samego na całą noc, bo co było robić?
Rano wróciłam i wtedy już się nie pieściłam: złapałam, wsadziłam do transportera, złapałam po raz drugi i znowu wsadziłam, tym razem skutecznie.
Oburzony wył całą drogę głośno i rozpaczliwe. Kontynuował koncert jeszcze przez pół dnia, choć był w domu i nie musiał siedzieć z kontenerku.
Na drugi dzień doszedł do siebie. Tosia już mu nie straszna.
Pełnia, czy coś, budzę się w okolicach 3:30 i rób co chcesz, nie zasnę. A o 7 jestem śnięta. Ych.

Potrzebuję kubka trzymającego temperaturę, bo kawa mi stygnie za szybko.


13.

Jestem panikarą.

Leki znalazłam – wypakowałam saszetkę, włożyłam do szuflady i natychmiast zapomniałam.

12 godzinna podróż chyba mnie wykończyła. A zwłaszcza przesiadki i przebywanie w temperaturach skrajnych(przynajmniej dla mnie).

W Gdańsku były zaspy, błoto na chodnikach i wilgoć. A w autobusie – ukrop. We Wrzeszczu – znowu błoto i zimno a w pociągu upał. W Słupsku komunikacja zastępcza a reszta jak poprzednio. I tak do Kołobrzegu…

Pan W wręczył mi ptysia ale chyba go zdeprymowała moja kwaśna mina.

Na szczęście rano, gdy się wyspałam i wypiłam kawę, humor mi się poprawił. Załatwiłam receptę na to co wg mnie najważniejsze. I zajrzałam po coś do szuflady. Szfak. Nie mogłam zajrzeć ZANIM wydałam 70PLN na lekarza online?

A buty kupiłam przed chwilą. Ale musu nie było bo w domu u Pana W były moje kamaszki na wysokim obcasie, kupione z okazji wizyty w Filharmonii.

No ale w Polsce wybór wszystkiego jest taki… A ceny niższe… Kupiłam różowe półbuty na sznurówki.

Marzą mi się mokasyny ale każde spadają mi ze stóp. Buuuu.

W sklepie z kosmetykami zgłupiałam i zapomniałam co potrzebuję. Żel do mycia twarzy-zamiast dwóch marek-dwie} półki.

Ludzie. Jak wy żyjecie w tej Polsce gdy każdego dnia musicie dokonywać wyborów na każdy temat?

Pan W jest słodki i kochany. No chyba że się mu uruchomi jakiś guziczek.. To wtedy jest wredny i złośliwy. Najgorzej jak ja nacisnę jego guzik a on mój…

Nikt nie obiecywał że będzie zawsze miód

12. Polska

Zdaje się że to będzie piękna katastrofa…

W drodze odkryłam że mam dziurę w bucie.

Na miejscu odkryłam że nie mam mojej saszetki z lekami.

To się da załatwić już jutro, choć będzie kosztować.

Ale jest jeszcze coś, o czym na razie nie chcę mówić.

11.

Pan W nadal na zwolnieniu. W piątek… gdzie tam… wczoraj jeszcze był wykończony. Ale dziś już wygląda lepiej i wreszcie się do mnie uśmiecha.

Basil pojechał wczoraj „na wakacje” do cioci Heleny. Widzę, że mu tam bardzo dobrze – nie chowa się po kątach jak u Misi czy Yankiego lecz eksploruje teren i zagaduje. Lubi Helenę, a ona cieszy się, że on jest u niej.
To już druga jego wizyta u niej. Nawet w samochodzie płakał mniej jakby wiedział, że jedzie do niej. Może wiedział? Mówiłam mu, kto wie co one rozumieją.

Heh. Mój stały dowcip, gdy ktoś mnie namawia na jakiś wydatek
– Nie mogę, nie mam kasy, muszę zbierać na dwa futra.
– Po co ci futra?! I to dwa?
– Też się zastanawiam…
– Co to za futra?
– Jedno nazywa się Tosia, drugie Basil…

Mam zawalone zatoki i muszę je wykurować do soboty, bo latanie z zatokami nie jest fajne.

Mróz trzyma. Ale jak świeci słońce to czuć jego ciepło. I ptaki śpiewają.


10.

Głowa wciąż boli… Przedwczoraj wieczorem dotarło do mnie, że od czasu do czasu robi mi zimniej niż normalnie… i jakoś tak od środka i wreszcie zrozumiałam, że mam chyba jakąś infekcję. Dziwną, bo w sumie poza bólem głowy i przytykającym się nosem nic nie jest. Tzn jest: zmęczenie, za które obwiniałam pracę, ale to inny rodzaj zmęczenia, bo bardziej jakaś niemoc. Oraz te dziwne dreszcze…
Nie zrobię tego co powinnam, znów puszczę cokolwiek żeby tylko nie mieć kar. A nadrobię za dzień-dwa jak odpocznę.

PanW od poniedziałku mocno chory, zdiagnozowano mu regularną grypę. Trochę się martwię, bo gorączkę ma wysoką, a jest sam.

Mróz nie odpuszcza a meteorolodzy szwedzcy nie pocieszają: zima nie minie nawet za miesiąc. Rozpacz mnie ogarnia. Pocieszam się, że w końcu jednak minie, bo musi. A ptaki śpiewają coraz mocniej.

Ugotowałam kompot z mrożonych truskawek. Wywali mi cukier, jak nic, ale potrzebuję coś ciepłego i dobrego do picia, bo piję za mało. Na wodę mi za zimno, a herbata za gorzka.

Ogólnie biorąc mam stan „niech mnie ktoś przytuli” albo „niech mi ktoś pozwoli iść spać”.


9. Ciężka noc

Ból głowy, siedzący cały dzień gdzieś na skraju lewej półkuli, w nocy rozszalał się na dobre. Podwójnie mocny zestaw, jedynie go uciszył a dwie godziny później szalał na dobre. Kolejny zestaw…
Zasnęłam.
I spotkałam AdasiaZ – moją miłość ze szkolnych lat. Adaś przyjechał do mnie, jako do swojej dziewczyny, z czymś co wylicytował dla mnie na aukcji.
A potem wędrowaliśmy przez muzeum osobliwości. Były wielkie naszyjniki z pereł lub z nieoszlifowanych kryształów, piękne. Była wielka, monstrualna kawiarko-cyrkiel, tylko z wylotu kapał czarny olej, a nie kawa. Dziwni ludzie.
Szliśmy mostkiem pełnym dziur, Adaś upuścił swój portfel – ale ja wiedziałam, że to ściema, że z jakiegoś powodu chce zejść nad rzekę. A kiedy zszedł, wyszedł w towarzystwie księgarza, który okazał się być… kumplem z wojska. Księgarz rozłożył swój kram, pokazywał mi jakieś stare książki. Świat wokół nas zapełnił się ludźmi, obrósł nas jakiś pokój i oglądaliśmy film.
A mnie się coraz bardziej chciało siku. I tak się obudziłam.

Fajny sen. Już wiem skąd się wzięła Alicja w Krainie Czarów. Albo Sklepy cynamonowe. Panowie najwyraźniej też cierpieli na migreny i brali coś na to…

Wczoraj rano było -14.
Dziś już tylko -8.

8.

Inny głos pyta czy wyszłam z „zapadu”.
Sama nie wiem.

Ogólnie można rzec, że nastrój mi siadł na amen. A że do dwunastego roboty po kokardkę to nie mam czasu rozkminiać, ani z tym walczyć. Pracuję, potem na godzinkę jakiś odmóżdżacz i druty, potem jest wieczór- jakiś ebook i zasypiam.
Jem kompulsywnie i w ciągu miesiąca przybyło 5kg.
Z Panem W coś kuleje. I sama nie wiem czy to mój dołek sprawia, że coś jest nie tak, czy może jednak dlatego mam dołek bo czuję, że coś jest nie tak.
Pogadać się nie da, bo kończy się albo kąśliwością albo otwartym konfliktem.
Pojadę za dwa tygodnie i zobaczymy na żywo.

Misia wróciła z RPA. Twierdzi, że AŻ TAK niebezpiecznie to nie jest, choć oczywiście są miejsca lepsze i gorsze, no i lepiej nie chadzać w pojedynkę.
Byli na safari, widzieli małe słoniątka, lwy i inne kocury rozwalone na drodze (jak to koty) oraz hieny, które są śliczne i słodkie.
Zuzu dostała aparat na zęby -wreszcie! Ma górne zęby mocno wychylone do przodu, co sprawia jej trudności w jedzeniu np. jabłek. Będzie w tym chodzić dwa lata. Biedulka.

Zima trzyma. W piątek nasypało białego na nowo. I oczywiście w ilości hurtowej, na raz. Ale przynajmniej trochę wody wpłynie do gleby, bo styczeń był suchy, choć mroźny. Nie tak mroźny jak Polsce, ale na minusie jest cały czas, choć poniżej 10 jeszcze nie zeszło… i niech tak zostanie, co? Za to wieje. Cały czas. Niby nie jakoś tam ekstremalnie, ale przy -5 nawet lżejszy wiatr sprawia, że na spacerze z Tośką przemarzam do kości.

Przeczytałam Jodie Picoult Słodki obłęd. I to w końcu odblokowało moją niemoc czytelniczą. Książka dobra. Dla mnie ciekawa tym bardziej, że Zuzu ma trans koleżankę. M. urodziła się chłopcem, nadal ma chłopięce imię, ale od przeciętnej dziewczyny odróżnia ją jedynie wzrost.
I myślę sobie, że to jest wspaniałe, że M. przyjaźni się z dziewczynami, że jest w środowisku, gdzie jest akceptowana (i jak to dobrze, że moja wnuczka nie ma uprzedzeń) i nikt jej nie hejtuje. Fakt, że szkoła do której chodzą i Zuzu i M to mała, prywatna szkoła, z większą dyscypliną, większymi wymaganiami i z dzieciakami z rodzin, gdzie rodzicom zależy trochę bardziej.
(Dygresja: w Szwecji szkolnictwo prywatne jest rzadko spotykane, choć ostatnimi czasy, mam wrażenie, że powstaje więcej takich placówek. Szkołę prywatną od państwowej odróżnia jedynie to, kto jest właścicielem. Nie wiem jakie zyski przynosi taka szkoła, bo czesnego tu nie ma, nawet symbolicznego i szkoła się chyba utrzymuje jedynie z tego co dostanie od komuny lub państwa).

Obejrzałam Sny o pociągach. Smutny. Piękny.

A teraz czytam Jadowską, coś o wilkach. Fantasy, ale jak dotąd nie znalazłam żadnych nielogiczności ani nic takiego, co sprawia, że większość fantasy postrzegam jako grafomańskie wypociny.

7.

Zapadłam się w sobie. Ale już lepiej, już wychodzę.
Na chwilę zrobiło się czarno, bo rachunki rosły, a klienci nie płacili.
No ale już, ruszyło się. Jeden z najstarszych klientów, słysząc o problemie, zażądał faktury „z górką” i natychmiast przelał. Bo akurat miał. Popłaciłam prawie wszystko. Mam nadzieję, że w tym tygodniu dopłacę resztę.

Rozmyślam nad sposobem wyrównania ekonomii. I chyba przejdę na sposób podobny do tego jaki stosują firmy telekomunikacyjne. Czyli abonament płatny z góry i rozliczenie nadwyżek w miesiącu następnym.
Na razie u kilku klientów i zobaczę jak się to sprawdzi.

Była Helena. Stęskniona za Basilem tak, że aż jej się oczy zaszkliły. Poprosiła, żebym „pożyczyła” jej kota na troszkę dłużej niż czas pobytu w Polsce. Zgodziłam się. Ale -nie, na stałe go nie oddam. Nie po tym jak zobaczyłam, jak się ucieszył na mój widok.

Mróz i wiatr nie odpuszczają. Niby nie są to jakieś wartości skrajne, ale w połączeniu jest naprawdę zimno. Jest sucho. Skamieniałe zaspy na ulicach szpecą i tak już mało fajny krajobraz.
Tęsknię za kolorem. Ciepłem. I słońcem.