24.

Moja mama mawiała, że pan Bóg jak chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera.
No to mnie wczoraj ukarał: zeżarłam 4 deseczki (chlebek Vasa) żytnie z miodem i twarogiem + 2 kromki chleba zwykłego z tym samym.
Wieczorem zasnęłam, bo padnięta byłam jak koń po westernie, ale o 2:15 obudził mnie kamień w żołądku… Tośka dyszała, zatkał mi się nos, a gazeciarz napieprzał drzwiami i Tośka uznała, że musi go obszczekać (uuu, będą kwasy i liścik od sąsiadki?)
W sumie to nie wina gazeciarza, że drzwi piwniczne oraz te od wejścia na klatkę są cieżkie, na sprężynie i nie da się ich zamknąć cicho.
No ale się wybudziłam.
Cukru nie sprawdzam na wszelki wypadek.
Ostatnie dni jechałam na kapuście, pieczonym kurczaku i czekoladzie.
Co za sadysta wymyślił, żeby deklaracje roczne składać do końca kwietnia a 12 dni później raporty z pierwszego kwartału?
I co z tego, że proszę wszystkich o wysyłanie dokumentów co miesiąc jak kończy się tak, że i tak najwięcej pracy zostaje na ostatnie dwa tygodnie.
Jednemu gościowi odesłałam wyciąg z banku z zaznaczonymi pozycjami, które mam, bo więcej nie było … Uzupełniał na trzy raty, a na koniec i tak jeszcze dzwoniłam, bo nie było wszystkich wpłat opisanych.
A i Tosia uznała, że czas przed 12 maja to doskonały czas na stresowanie matki i znowu było dreptanie i dyszenie. Tym razem trzy dni z rzędu, więc musiałam znaleźć czas na veta. Oraz kasę.
W badaniu manualnym nic nie wyszło, no – jeden węzeł chłonny lekko powiększony. W krwi jeden czynnik (ALP czy takie coś) wywalony w kosmos, reszta okej. Umówiłam się, że za dwa tygodnie sprawdzimy ponownie, a jak nadal będzie kosmos to czeka panienkę prześwietlenie.
Moja karta bankowa już się poci.
Posiadanie psa to przede wszystkim koszty, zwłaszcza jak się ma takiego chorowitka. Choć Tosia, jak na Berna, to i tak ma mało problemów.
Ale było kilka dni trudnych, bo spała głównie i prawie nie jadła.
Ale wczoraj PYK i pożarła michę żarcia i żebrała o wszystko co jadłam. Oraz szczekała i psociła… Czyli odżyła. Znaczy: coś jej było, ale przeszło.
A ja około 10-12 raportów zrobiłam z sufitu. Bo nie było opcji, żeby zrobić jak trzeba. Trochę z mojej winy, trochę z winy spóźnialskich, trochę po prostu różne okoliczności.
Autoryzowany rewizor się wczoraj odezwał, bo w jednej spółce mają obowiązek takowego posiadać. Miesiąc temu wysłałam wszystko: licencję do programu, integrację z ich systemem oraz pliki z cyfrowym zapisem księgowości. Czyli 3 różne, żądane przez nich, sposoby dostępu do księgowości. Nadmieniam, że za dodatkową licencję oraz integrację musiałam dopłacić, niby nie jest to jakoś wiele, ale te 500 wolałabym dać np. Zuzi …
Dostęp do programu był na miesiąc i właśnie się skończył. Integracja jest na czas nieograniczony, ale kosztuje mnie 250kr co miesiąc, więc chciałam po badaniu bilansu to zamknąć. A ten mi pisze: „czy mogłabyś wysłać raz jeszcze, bo koleżanka mi przesłała, ale plik jest pusty, a ja się właśnie do tego zabieram”. I tak. Napisał to wczoraj z rana. DWUNASTEGO! Bo przecież 12 to każdy już jest wyrobiony, nie?
A ja teraz zapłacę za kolejny miesiąc. Noż…
Oni biorą dwu-trzykrotność mojej stawki godzinowej to dla nich 500kr nie ma znaczenia. A dla mnie to pół paczki Tosinej karmy.
A żeby było jeszcze fajniej to oni zawsze mają pytania i żądania dosłania dokumentów, uzupełnień. Ciekawe jak im to zrobię jak dwa dni najbliższe mam zapełnione po uszy, a w piątek wyjeżdżam.
Nienawidzę badania bilansu i biegłych… Książęta psia mać – rzuć wszystko i rób. Nie masz czasu? O, sorry, ale wiesz, musisz…

No ale wracam do żywych. Rzuciłam okiem na zaprzyjaźnione blogi, nie nadrobiłam wszystkiego, bo jeszcze nie mam kiedy.
Teatru, chciałam napisać komcia, ale na googlu mi zawsze wycina jakieś numery i nigdy nie wiem czy nie zamieszcza bo nie, czy nie zamieszcza bo czeka na moderację i nie mam cierpliwości. Chyba ci zacznę maile posyłać, zamiast komentarzy 😀

23.

Maj.
19 szt deklaracji rocznych do zrobienia. Termin mam wydłużony, bo do 15 czerwca, ale chciałabym wszystko zrobić w ten weekend.
Raz, że chcę jechać na urlop z czystą głową (w miarę).
Dwa, że chcę uniknąć marudzenia klientów „kiedy, no kiedy” …

Gorzej bo kwartalnych, które mają termin na 12 maja, mam 38szt. Kilka największych firm już prawie zrobiłam – czekam na resztę od klientów. Ale nadal mam dwie duże i bardzo problematyczne firmy …

A majówka zapowiada się upalna.
Czereśnia pod moim balkonem obsypała się wreszcie kwiatami. Wygląda przepięknie, obiecuję sobie zrobić jej wieczorem zdjęcie.
W ogóle świat się wystroił na to robotnicze święto. Zimno, poranne przymrozki hamowały wszystko. Aż przyszedł jeden dzień naprawdę ciepły i wszystko się rozszalało. I pachnie! (No chyba, że rolnicy rozleją gnojówkę to wtedy nie).

Miałam badania.
Dziwne jakieś wyniki.
Np. zmalałam o 3cm! Wtf?
Przytyłam 1kg (to jest możliwe niestety)
Ale ciśnienie to całkiem od czapy: 148/84 puls 54…
Odkąd jestem pod opieką przychodni migrenowej to ciśnienie mam prawidłowe lub nieco za niskie.
Podobno jest coś takiego co się nazywa „stres białego fartucha”. Ale aż tak?!
Gorzej bo hemoglobina glikowana jest przekroczona o 2 punkty.
I tego nie rozumiem: skoro poranne wartości oraz popołudniowe mam w normie wg mojej pielęgniarki, to dlaczego to rośnie?
Odzwyczajam się od ulubionych potraw – naleśniki, babka ziemniaczana, pierogi… Kiedyś jadłam taki zestaw co tydzień. Teraz może raz w miesiącu.
Ych… gdybyż te strączki można było przyrządzać szybciej… A one wymagają czasu i planowania, w czym nie jestem najlepsza.




22?

Dostałam od Pana W to się podzielę, bo przednie!
(Jakom cudem tego nie znałam?!)

A poniżej tekst

Tekst to wiersz Mariana Załuckiego (1920-1979)

„Czupiradło”

Żyło sobie stadło składne,
Stadło dobre, zgodne stadło:
Ciemny Typek z Czupiradłem,
Z Ciemnym Typkiem – Czupiradło…

Miłość ich złączyła nagła,
Miłość ich złączyła szybka:
Typ był w typie Czupiradła –
Czupiradło w typie Typka.

Dnia pewnego coś napadło –
Coś napadło Czupiradło,
Więc na Typka jak nie huknie:
„Typku, spraw mi wreszcie suknię,
Taką, żeby Buba zbladła,
Żeby Dziuba z krzesła spadła,
Żeby Dziunię febra nagła…
I z zazdrości żeby Lala
Pojechała do szpitala!…”

Na te słowa Czupiradła
Typek zaklął: „Tam do diabła!”
Potem z domku się wyśliznął,
Gdzieś coś grejfnął, świsnął, gwizdnął,
Gdzieś podpylił sumkę krągłą;
Tutaj nabrał – tam naciągnął,
Wreszcie rzucił forsy huk
Czupiradłu do jej nóg.

Stąd to dzisiaj z Czupiradła –
Stąd to dzisiaj mamy z niej
Czupiradło wystrojone
Tak wytworne, że aż hej…

A więc proszę – suknia z kloszem,
Klosz w pepitkę, karczek w groszek,
I turniura, i gipiura,
Wcięty środek, luźna góra,
Środek w kropki, góra w kwiatki,
Karczek z rypsu, ryps w zakładki,
I baskinka z krepdeszynki,
Krynolinka wokół szynki,
Aksamitka wokół główki,
Niżej główki lekkie bufki,
W bufkach szlufki, szlufki w kratę,
Wstawki w kwiaty, kwiat z krepsatę,
Przodzik w dżety, dżety z tafty,
Tafta w cętki, cętki w hafty,
Hafty w kółko, kółko w ściegi,
Ściegi w dekolt, dekolt w piegi,
Nad dekoltem pysk okrągły,
Czółko w pryszcze, nosek w wągry,
A pod noskiem buzia w ciup,
Kto ją ujrzy – trrrup!

21.

Taki zapierdol, że nie ma kiedy załadować.
Ciśnienie rośnie, koniec rozliczeń coraz bliżej, a ja już nawet nie liczę co mi zostało, byle tylko zrobić.
Źle zaplanowałam urlop. Powinnam była miesiąc później: od 15 czerwca, wtedy nie leciałabym na złamanie karku. Jak zwykle w planowaniu nie wzięłam pod uwagę czynnika ludzkiego…
Wczoraj nawarczałam na klienta, bo nie potrafił podpisać przelewu elektronicznie…
Na dźwięk telefonu reaguję „co znowu..?”
Nawet pianie mojego kogutka (czyli wiadomość od Waldka) potrafi mnie zirytować.
Zaczynam źle spać… A spać mogłabym w sumie na okrągło. Przestałam czytać!
Krótko mówiąc: stres.


20.

W miniony weekend wyznaczyłam marszrutę naszej majowej wielkiej wyprawy na wschód czyli zabukowałam noclegi. Dwie noce spędzimy na Mazurach, we wsi gdzie mieszkała moja siostra i gdzie mieszka moja siostrzenica. Zobaczymy się oczywiście. Będzie ciekawie: nie widziałam jej chyba z 10lat. (Nie umiem w relacje rodzinne).
Z początku miałam dziwny opór przed tym wyjazdem ale teraz, gdy pooglądałam miejscówki zaczynam się ekscytować.
Ale to dopiero za miesiąc…

Teraz praca, praca, jeszcze więcej pracy. Ych. Taki czas.

Dwa tygodnie szukałam rozwiązania problemu z programem, którego używam. Wbrew pozorom nie jest to takie proste by przenieść się na inną platformę. Przede wszystkim wymaga to ogromu czasu bo każdy rok w każdej firmie trzeba przenieść pojedynczo. Do tego przenoszą się tylko dane podstawowe czyli księgowość. Nie przenoszą się rozliczenia z klientami i dostawcami. Czyli na własną rękę muszę wymyślić sposób jak zachować a potem uzupełniać kto jest ile winny mojemu klientowi a także komu oraz ile winny jest on. Inna zagwozdka to załączniki czyli faktury i paragony w pdf/jpg. One też się nie przenoszą. Więc w razie kontroli mam tylko zapisy księgowe… a to za mało…
Kolejna rzecz: co z tymi co mają licencję na fakturowanie lub inne funkcje? Kiedy ich przenieść i kto do czasu przenosin pokryje ich dodatkowe koszty?
… Nie będę zanudzać kolejnymi problemami, ale nie jest proste.
Porobiłam rozeznanie na rynku, sprawdziłam co jest, jakie jest i za ile jest…
Teraz wydawałam rocznie od 6000 do 12 000 na program. W tych innych cena zaczyna się od 12 000 albo wyżej. A programy nie są całościowe, nie ma w nich albo wynagrodzeń, albo sprawozdań finansowych … No i niektóre z nich też mają opłatę za każdego klienta…
Myślałam z niechęcią, że przyjdzie mi przenieść się na najbardziej popularną platformę, której ja bardzo nie lubię…
Ale po głowie snuło mi się pytanie: a co jak za kilka miesięcy oni też podniosą swoje ceny, wprowadzą jakieś rewolucje?
Jest to realna perspektywa, bo jakiś rok temu taki sam manewr wykonał dostawca innego, równie popularnego systemy. Ludzie masowo ich opuszczali i przechodzili do „mojego” dostawcy. Ale wcześniej wielu z nich zadało pytania wprost „czy planujecie znaczącą podwyżkę cen? Czy planujecie dodać opłaty za klienta?” I nawet na piśmie dostali odpowiedź, że nie, nic z tych rzeczy. A teraz mówią „to nie jest podwyżka, to nie jest to, na co wygląda, to jest zmiana organizacji” i sama nie wiem jak jeszcze.
Więc co, jeśli się przeniosę, skomplikuję sobie pracę na wiele miesięcy, zgubię przy tym ileś tam ważnych informacji…a za rok znowu stanę przed podobnym dylematem?
Zatem: nic nie zmieniam. Chciałoby się trzasnąć drzwiami, pokazać palec… ale realia są, jakie są.
Koszty zmian pójdę niestety na klientów. Głównie na nich.
Ci, którzy się na to nie zgodzą – będą musieli znaleźć sobie inną opcję, ale bezpłatnych programów na rynku nie ma za wiele… Nie wiem co zrobią moi najmniejsi klienci, ci którzy zarabiają niewiele.
Matko kochana. Na myśl o tym, że muszę przeprowadzić kilkadziesiąt rozmów o podobnej treści jestem przerażona. I to teraz, już…

A tymczasem wiosna, ale zimno jest koszmarnie. Jak nie wieje zimnym, lodowatym powietrzem, to na odmianę są przymrozki. Wciąż noszę zimową kurtkę i czapkę, szczególnie rano.
Nie mogę się doczekać kiedy powietrze wreszcie się ogrzeje…


19.

Straszą brakiem paliwa lotniczego. Kurczę blade… Pewnie za chwilę się unormuje, bo kapitalizm musi zarabiać i podnosić wyniki, ale na razie wygląda nie fajnie.
Inna rzecz, że ten obecny kapitalizm jest tak żarłoczny, że to musi pizgnąć, bo ile można doić klientów żeby windować zyski. W końcu przecież osiągniemy górny pułap i co wtedy? Rewolucja?
Od przedświąt na facebookowych grupach księgowych szum w sprawie podnoszenia ceny przez dostawcę wiodącego programu księgowego. Tłumaczenia dostawcy bywają kuriozalne. „Idziemy w stronę nowoczesnej księgowości, gdzie liczy się tu i teraz, natychmiastowa informacja musi być dostarczana klientowi” itp pierdolety. Dlatego zmuszają klientów biur rachunkowych do wykupienia do zapłacenia za dostęp do programu. Bo nowoczesny klient MUSI w każdej sekundzie wiedzieć co się dzieje w jego firmie. Ale dlaczego w takim razie tę dodatkową opłatę ma płacić też klient który już ma własną licencję na cały pakiet? Przecież on już ma wgląd w to wszystko!
W pierwszych chwilach pomyślałam: o co ten ten szum, o te głupie 200kr miesięcznie… A potem policzyłam. Opłata ma być od ilości pozycji księgowych. Teraz podają interwał od 49 do 199kr miesięcznie. Netto.
No policzmy: 49kr *12 miesięcy= 588kr rocznie. (49 to przy braku pozycji księgowych, przy firmie nieaktywnej). Nadal nie jakieś krocie, prawda? Ale jak się to pomnoży przez ilość klientów… Mam na liście jakichś 20klientów, którzy już zakończyli działalność. To wychodzi prawie 12 tysięcy rocznie, które obciążą mnie.
Za to jak przyjmiemy, że moi aktywni klienci w ilości 50szt zapłacą po 200kr miesięcznie to wychodzi 120 000kr. NETTO. Z Vatem to 150 000.
Wczoraj zaczęłam aktywnie szukać alternatywy, odbyłam spotkanie online w sprawie jednego programu, co było kompletną stratą czasu, bo spotkanie polegało na tym, że chłpczyś niewiele starszy od mojej wnuczki zachwalał mi jaki to doskonały jest ich program, oraz przystępny cenowo. A na koniec prosta matematyka pokazała, że tańszy to ten program nie będzie.
Zaczynam być zniechęcona.
Rząd ustawia nas – księgowych – przed policją. Nakazują nam donosić na klientów pod groźbą odpowiedzialności karnej, obowiązuje nas znajomość zasad przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy. Mamy podążać za wszystkimi RODO, Kustomer Knowledge itp. Musimy śledzić zmiany w przepisach podatkowych, płacowych, związkowych i wszystkich innych, a teraz jeszcze na naszej pracy będą korzystać inni. My budujemy relacje z klientami, ponosimy całkowite ryzyko – a dostawcy programu mogą w każdej chwili podnosić ceny, dzwonić do naszych klientów i reklamowac im swoje programy „proste jak naciśnięcie guzika” i namawiać by rezygnowali z naszych usług.
Wyjściem byłoby posiadanie programu instalowanego na własnym komputerze… Tylko, że takich programów w zasadzie już nie ma na rynku.Został chyba tylko jeden, ale dostawca ma cenę zaporową i bardzo mocno zniechęca do zakupu…

Ot, takie frustrację niemłodej księgowej na rubieży…

18. Dave

Dave szaleje. Zdewastował drzewa, zerwał prąd, usadził ludzi w domach. A miałam ambitny plan żeby na świąteczny obiad u Heleny pójść pieszo.
Na obiad pieczony kurczak i szwedzkie zapiekane ziemniaczki, które uwielbiam. Na deser były truskawki z bitą śmietaną. Helena też ma cukrzycę.
Główną atrakcją spotkania był Basil. Nadal nie zabrałam go do domu, bo szkoda mi i jego i Heleny, której szklą się oczy gdy go zabieram.
A jemu jest u niej naprawdę dobrze. Nie ma Tosi, której on się trochę boi, i jest księciem na włościach. Jest głaskany i hołubiony na wszelkie możliwe sposoby. Zaakceptował nawet Petera – Heleny partnera. A Peter jego.

Pan W spędził niedzielę tak, jak lubi czyli w towarzystwie całej swojej rodziny, która jest dość hermetyczna. Właściwie nie mają za wiele kontaktów pozarodzinnych. Ja – z moją garstką przyjaciół -wychodzę przy W na osobę hiper towarzyską. W ma kontakt z wdową po bracie, z bratankami, z ojcem byłej żony. I to nie są sporadyczne kontakty, ale systematyczne spotkania, rozmowy przez telefon czy choćby smsy.
Nie znam tego. No tak – z dziećmi jestem blisko, ale to tyle. I troszkę mnie martwi, może nawet boli, że W chcąc spędzić święta ze mną, straci święta z rodziną. Z drugiej strony – on kompletnie nie rozumie mojej potrzeby spotykania się z moimi przyjaciółmi, którzy dla mnie są właśnie czymś w rodzaju namiastki rodziny.
Takie rozkminy miałam wczoraj wieczorem…

17.

Znowu byłam w Kołobrzegu.
Wyjechałam w czwartek w nocy, wróciłam w poniedziałek.
Pobyt był udany nad wyraz. Nie było żadnych wydarzeń kulturalnych, był powolny wspólny czas, który przepuszczaliśmy przez palce na spacerach nad morzem, gadaniu i śmiechu.
Oraz pracy.
Kupiłam sobie mały laptop: HP Elitebook. Używany, ale po renowacji z gwarancją na dwa lata. Nowy kosztuje prawie 20tys kr, a ja kupiłam za 4 tys.
Firma, od której kupiłam zajmuje się renowacją firmowych komputerów, mam od nich mały komputer stacjonarny, na którym pracował Yankie swego czasu. Przeinstalowany system, nowy Widows 11, w zasadzie ani śladu po tym, że używany. Nawet bateria trzyma przyzwoicie.
Lapek jest nieduży i lekki, mieści mi się w plecaku Kånken z którym jeżdżę i jeszcze da się wepchnąć kilka par majtek i Tshirt na zmianę.
Uratował mi tyłek, bo spiętrzenie robót mam ogromne i właściwie to nie powinnam była ruszać tyłka z domu. Ale wiecie: z miłością gorzej jak ze sraczką – jak mawiała moja babcia.
Pracowałam nawet na lotnisku, choć oczywiście nie przez cały czas.
Wróciłam do domu, do Tosi. Basil tradycyjnie u cioci Heleny. Zostanie tam jeszcze do przyszłego tygodnia, bo Helena się cieszy, że go ma… a ja się cieszę, że jemu tam jest tak dobrze. Tosia go nie gania, jest jedynym pieszczoszkiem w domu. A Helena go rozpieszcza i wysyła mi zdjęcia jak zwinięty w kłębuszek śpi przytulony do jej nogi.
Nie wykluczam możliwości, że Basil w końcu zostanie na stałe u Heleny, z tym, że ja będę ponosić główne koszty jego utrzymania: jedzenie, żwir, ubezpieczenie. Kupiłam nawet drugą kuwetę, którą na stałe zainstalowałam u Heleny.
Tosia mi przytyła, jest takim pulpecikiem, że już nawet nie mam wyrzutów sumienia gdy ma pustą miskę. Muszę ją odchudzić.

Misia dziś wylatuje na urlop do Nepalu. I tradycyjnie się boję…
Moja córeczka… Pamiętam jak wiele lat temu InnyGłos zapewniała mnie, że córcia dojrzeje, że będzie dobrze, że będzie świetną mamą i córką.
Dziś, moja kochana możesz powiedzieć: a nie mówiłam?
Misia zmiękła. Jest cierpliwsza, nie przewraca oczami, nie wzdycha. Szczególnie do mnie kiedyś miała mało cierpliwości. Dziś jesteśmy w naprawdę fajnej relacji. I nawet wiem od kiedy się to zmieniło. Jedno zdanie. Wystarczyło jedno zdanie… i pyk. I naraz wszystko stało się prostsze.
Tak łatwo zapominamy, że nasze dorosłe dzieci nadal potrzebują naszej akceptacji i miłości i że trzeba to wyrażać.
Nauczyłam się okazywać moim dzieciom jak bardzo je kocham, szanuję i podziwiam i bardzo się z tego cieszę.

Wiosna idzie powolutku, ale idzie. Zielone wylazło z ziemi. Zimny wiatr co prawda smaga po policzkach i bez czapki ani rusz, ale co tam…


I w końcu wiem jak się zachowuje mężczyzna, któremu naprawdę zależy.

16.

Po godzinie 17 Tosia wreszcie się uspokoiła. To, co ją męczyło – odeszło. Nie wiem czy to lek wreszcie zadziałał, czy po prostu samo przeszło… Dziś znowu jest wesołym piesulkiem, córeńką mamuni w domu i olewającą mnie małpą na podwórku.
Lek przeciwbólowy, który jej podaję to Onsior. Lek przeciwzapalny i przeciwbólowy dla piesków (Jest wersja dla kotów). Składnik czynny leku to robenakoksyb. Zaletą leku jest to, że smakuje jak cukierki i nie ma problemu z podawaniem. Lepszy jest od gabapentyny, bo nie otumania zwierzęcia. Ale jest też od niej słabszy…
Tosia ma ten lek ze względu na stawy, zwykle obywamy się bez niego, ale w dni gdy widzę, że jest gorzej, to jej podaję.

No więc idziemy dalej…do następnego razu. W kwietniu i tak muszę zrobić przegląd Tosi, bo leki na tarczycę powoli się kończą więc przy okazji recepty zrobimy badania.

Mam jeszcze jedną polecajkę, ale to już dla ludzi (wyłącznie).
Polecam słodzik Nicks! Like as sugar. Nie jest tani, jego cena to niemal dwukrotność innych słodzików, ale warto. Nie zostawia tego wstrętnego, chemicznego posmaku na języku i nie zmienia smaku potrawy.
Smakowo naprawdę bardzo przypomina cukier.
Jeśli więc walczycie z cukrzycą jak ja, lub zwyczajnie chcecie zredukować kalorie w słodkich potrawach to polecam.
—————

Kurczę… jak się teraz nazywa partnera, z którym się wprawdzie nie mieszka, ale ma się z nim zamkniętą, stałą relację? No bo mówić o sześćdziesięciolatku, że to mój chłopak to można do przyjaciół, ale dla obcych to chyba cokolwiek infantylnie?
W Szwecji osoba, z którą się pozostaje w związku nieformalnym, ale się mieszka razem i prowadzi wspólne gospodarstwo domowe to SAMBO (od sammanboende) . Jest też SÄRBO – osoby, które pozostają w relacji podobnej do małżeńskiej, lecz nie mieszkają razem. Jak to nazwać po polsku? Przyjaciel to dziwny eufemizm, a „mój facet” też jakoś mi nie leży. Narzeczony..? Najbardziej pasuje partner…
Macie pomysły?
U mnie póki co najczęściej wychodzi : Mój… W.



15.

We czwartek Tosia skończyła 11lat. Jak zwykle przegapiłam, bo mam w głowę wbitą datę 15 marca. Chciałam dziś urządzić jej urodziny: kupić wielką kość i jeszcze inne przysmaczki.
Ale coś się jej stało i od 5:30 pies nie może sobie miejsca znaleźć. Dyszy, nie chce jeść ani pić, jest pobudzona. Coś ją chyba boli, ale nie mogę ocenić co. Dałam onsior – psi lek przeciwbólowy i przeciwzapalny. Noż… Dlaczego to zawsze się dzieje w dni wolne?
Teraz wreszcie się uspokoiła – nie wiem czy ze zmęczenia, czy ucichło to, co dokuczało.
Zobaczymy co dalej, ale nie wykluczam veta w poniedziałek.

Siedzę przy biurku i nie mam odwagi się ruszyć, żeby jej nie obudzić, bo chyba w końcu śpi.

Dni lecą szybko, wiosna marcowa jak zawsze kapryśna, ale zielone wyłazi z ziemi, ptaki śpiewają, a słońce grzeje (jak wyjdzie zza chmur).
Za dwa tygodnie znowu jadę do Pana W. Tym razem nie mamy żadnych planów kulturalno-rozrywkowych. Chcemy po prostu pobyć ze sobą.

W tym tygodniu startuje najgorętszy okres w roku czyli rozliczenia podatku dochodowego za 2025. Będzie stresująco, będzie się działo, ale też będzie dodatkowa kasa.
Aby móc jeździć do Polski bez stresu i wyrzutów sumienia, w znajomej firmie, zakupiłam małego laptopa, którego będę ze sobą wozić. Laptop używany, po odnowieniu, z gwarancją na 24miesiące. Mały i lekki. Nowy kosztuje około 20 tys kr, a ja kupiłam za 4tys. U pana W podepnę monitor i będzie porządne narzędzie do pracy. Cieszę się jak dziecko.

Doszły mi dwie nowe firmy – obie już dość długo na rynku, jest szansa, że się utrzymają. Kolejna w planach – po niedzieli rozmowa. Jeśli wypali – przestanę brać nowych na jakiś czas, bo się nie wyrabiam.
Nie wprowadziłam abonamentu, nie umiem na razie podjąć decyzji w tej sprawie, więc jest po staremu. Tyle, że pilnuję siebie i skrupulatnie zapisuję i fakturuję każdą minutę.

I tak to.