10/2021

Znowu wsiąkłam w pracę.
A bo…
Ostatnimi czasy system mi się ustabilizował.
O 20 00 przestaję kontaktować.
O 21 00 leżę w łóżku z psem, kotem, Kołdrą oraz książką.
O 21 30 gaszę światło, chwilę się wiercę, a potem odpływam.
Śpię twardo, prawie bez ruchu pod ciężką kołdrą jakieś 4 godziny.
Około 2 budzę się: siku, pić, za gorąco, pies rozwalony, kot rozwalony, kołdra rozwalona.
Załatwiam potrzeby, delikatnie omijając psa i kota, bo jak pies się obudzi to sobie pójdzie i będzie mi smutno, a kot jak się obudzi to może zacząć rozrabiać. Ciężką kołdrę spycham pod ścianę, nakrywam się lekką.
I zasypiam na kolejne dwie godziny (plus-minus).
Około 4 znowu się budzę…I zazwyczaj już nie zasypiam. Walam się z pół godziny, potem wstaję, robię sobie kawę i siadam do biurka. Odbębniam 40min edukacji. A potem pracuję.
Praca robi mi dobrze na głowę.
Szwedzki rząd w łaskawości swej uczynił mi tę uprzejmość i zmienił był zasady pracy i opodatkowania dla firm zagranicznych. I teraz nie ma już, że firma sprzątająca czy budowlana działająca na terenie Szwecji będzie sobie płacić 5% podatku w Polsce latami.
Teraz każda firma zagraniczna, wykonująca pracę na terenie Szwecji ma się zarejestrować bo inaczej kupujący usługi tej firmy ma obowiązek potrącić 30% tytułem należnego podatku od kwoty faktury i sumę tę wpłacić do urzędu skarbowego.
Oczywiście z punktu widzenia Polaka jest to okropna niesprawiedliwość i wywalenie z rynku wielu firm.
Z punktu widzenia Szweda prowadzącego działalność, to słuszne posunięcie.
Ostatnio na rynku budowlanym pojawiło się wiele firm np. z Rumunii. Ludzie ci pracowali za 100kr/godzinę podczas, gdy szwedzki przedsiębiorca MUSI wziąć co najmniej 300, żeby po opłaceniu podatków coś mu z tego zostało.
Ale znając realia rynkowe to ci, którzy płacili Rumunowi 100kr na godzinę nigdy nie zapłacą 300 i więcej koron. Bo ich na to nie stać. Rumun nadal będzie robił za 100kr tylko nielegalnie. Remontując starą chałupę Svenssona nie musi się bawić w żadne faktury, rejestracje itd.
To jest problem tylko tych, którzy pracują dla jakichś dużych firm…
Zgłosiła się do mnie grupa panów pracujących dla takiej dużej firmy.
Trzeba ich porejestrować i trzeba wiedzieć jak.
Trzeba ich potem porozliczać z VATu i podatku dochodowego. I też trzebe wiedzieć jak.
Tym samym rząd zrobił nam, księgowym znowu dobrze, bo rozszerzył nam zakres usług.
Pracuję więc jak ten mrówek.

A gdy już się odkleję od komputera i telefonu to naprawdę już mi się nie chce gadać, nawet literkami…Oglądam Gilmorki (nie pytaj który raz) na przemian z It’s okay to not be okay. Ten ostatni – mogę tylko odcinek dziennie, bo każdy trwa ponad godzinę. Jestem na odcinku 11
Historia nieco zbanalniała, miejscami przynudza, ale zdjęcia nadal piękne, a treść całkiem sensowna, z ciekawą interpretacją bajek.
Warto.
A przed snem i do lunchu czytam Historię pszczół. Jaka piękna…Jaka straszna opowieść. Nareszcie coś co się czyta bez przymusu.

Mróz puścił, dziś było chyba 5 stopni, rano jeszcze prószyło śniegiem, potem rozpadał się deszcz. Ale w nocy mają być niewielkie mrozy. Będzie ślizgawka!
Przyszły części do mojego komputera…Yankie czuje jak mu dyszę za plecami…Brak tylko pamięci SSD, bo tej wybranej sklep internetowy nie ma na składzie, choć ma ją sklep stacjonarny. Problem w tym, że ten sklep w Goteborgu.
No nic, jutro pojedziemy do miejscowego, może mają.
Komputer skrzynkowy, do pracy i do zdjęć: szybki i stabilny z duuuuużą pamięcią ma być…Posmatrim uwidzim. Lapek niskopółkowy sprzed pięciu lat chyba wie, że czeka go emerytura, bo coraz mozolniej wykonuje zadania…

9/2021

ZIMA!!!
-8 stopni. Brawie bezwietrznie. Śniegu mało, przynajmniej w mieście.
Na Kinnekulle eM z Misią wczoraj nawet pojeździli na nartach biegówkach.
W domu chłodno. To znaczy jest prawie 21stopni. Ale szpary wentylacyjne w oknach oraz sama wentylacja powodują, że gdy się siedzi to się marznie. Nawet sweter i grube skarpety nie dają rady.
Kilka lat już takiego mrozu nie było. Może to dlatego wczoraj cały dzień byłam głodna, i ciągle mi się czegoś chciało. Tak, że o godzinie 19 gotowałam kaszę z warzywami, a o 21 smażyłam omlet na słodko.
Chodzę w bluzkach na długi rękaw i swetrach. Przydał się dziergany latem zielony, mohairowy sweter z przeróbki. Gryzie jak jasna cholera, do tego obłazi kłakami, ale grzeje.
Tośka na spacerach popiernicza jakby jej lat ubyło.
Ostatnio zasypiam około dwudziestej drugiej, a wstaję między trzecią a piątą. Pracuję do mniej więcej ósmej, potem biorę Tośkę na spacer, potem wracam i kładę się spać. Czasem potrafię przespać nawet ze dwie i pół godziny.
W ostatnim tygodniu dużo pracowałam, poza tym dużo się działo, więc mało czytałam co u was.
To co u was?
Macie zimę, śnieg?
Zaraza wzięła na wstrzymanie w związku z mrozem?

Oglądam teraz koreański serial „It’s okay to not be okay” – nie wiem jaki ma polski tytuł bo mi się wyświetla tylko angielski.
Pierwszy odcinek był rewelacyjny. Kolejne są nieco gorsze, ale nadal są dobre. Wizualnie przepiękny! Treściowo – bardzo dobry.
Polecam.
A już mnie Netflix zaczął wkurzać, bo cała tablica pokryta serialami kryminalnymi, a te są wszystkie na jedno kopyto i nudzą mnie śmiertelnie. No ileż razy można oglądać schemat „zmęczony życiem detektyw kontra psychopata”.
Czy mówiłam, że lubię filmy azjatyckie?
Kiedyś był bardzo dobry serial na Netflix „Niedopasowani”. Jeśli znajdziecie – obejrzyjcie i niech was nie zrazi trywialność problemu, bo ten prowadzi do ciekawych sytuacji…
Nie mogę też znaleźć nic dobrego do poczytania.
„Między falami” Sarah Moss znudziła mnie.
Tak samo nudzi „Lusterko, ramię, kierunkowskaz”.
Ja chyba nie lubię książek w których nie ma zdarzeń jest tylko mielenie wspomnień.
Nudzą mnie kryminały. I sagi. Nie lubię „młodych, polskich pisarek” szczególnie tych przedstawianych jako wyjątkowo dowcipne. Ja chyba nie mam poczucia humoru, bo większość tych dowcipnych książek jest nudna, a dowcipy wymuszone. …Co to ja próbowałam…Chyba Rogozińskiego….Tak, Do trzech razy śmierć.
Przeczytałam, a raczej zmęczyłam jakieś 20% i poległam. Ani to zabawne, ani ciekawe.
Co lubię?
O takie:
Tysiąc wspaniałych słońc -Khaled Hosseini
Afgańska perła – Nadia Hashimi
Toń – Marta Kisiel
Legenda – Grazyna Jeromin-Gałuszka
Długi płatek morza – Isabel Allende
Idealne dziecko – Lucinda Berry
Rdza – Jakub Małecki
5 sekund do IO – Małgorzata Warda
….
Książka musi być albo napisana tak, że chce się ją czytać dla pięknego języka. Albo tak, że akcja wciąga a dzieje bohaterów ciekawią. A ostatnio trafiam na takie, w których mam wrażenie, że autor wsadził palec do jakiejś dziurki i utknął. Kręci tym paluchem i nic z tego nie wynika. Miele, miele i miele słowa, coś mówi, ale co mówi, to w końcu nie mówi.
..a może po prostu mam jakiś zjazd intelektualny?

8.2021

Wczoraj, pierwszy raz od wybuchu pandemii miałam tę wątpliwą przyjemność założyć maseczkę.
Ludzieee! Szacun dla wszystkich tych co robią to dobrowolnie oraz dla wszystkich tych, na których pełnienie zawódu wymaga noszenie tego świństwa na co dzień…i nie tylko w czasie pandemii.
Założyłam, świństwo natychmiast odcięło mi dopływ powietrza, więc pewnie dlatego tak długo trwało skojarzenie, że to tzreba do nosa jakoś dopasować. Zanim co, to okulary mi zaparowały, a maska przy każdym ruchu głową właziła do oczu. Poziom wkurwu natychmiast osiągnął stany alarmowe i tu znowu szacun dla tych co to noszą każdego dnia, no bo przecież nie popłniają mordów na bezbronnych a powinni.
Cyknęłam sobie fotkę dla potomności…I teraz widzę, że jednak powinnam była iść do fryzjera jakieś trzy tygodnie temu a nie ZA trzy tygodnie.
Ale co tam….Ładna już byłam, nie?

Ale gdy już wreszcie to świństwo dopasowałam to nie zdjęłam nawet w toalecie. Bo jak zdejmę to nie ma siły: nie założę chyba, że pod karabinem.
Za to w toalecie rozbawił mnie widok żelu do dezynfekcji rąk oraz stojących obok kubeczków. Jakby na zachętę do dezynfekcji wewnetrznej.
A, bo to w szpitalu było. eM miał badania a ja byłam potrzebna jako tłumacz.
I to jest kolejny koszmar związany z maseczkami.
One głuszą głos. A jak się do tego doda jeszcze przyłbicę… Noż połowy słów nie rozumiem.
Jakoś się z tym lekarzem dogadałam jednak. Wyszliśmy wreszcie. Przy wyjściu stał wielki kosz, gdzie maseczkę można było wyrzucić, nawet nie był przepełniony, ale nie, ścieżka do parkungu musi być usiana maseczkami, bo się idiotom nie chce rozejrzeć dookoła w poszukiwaniu kosza. A nawet jakby stał dwa kroki dalej od drzwi, to naprawdę tak ciężko podejść i tę maskę tam wyrzucić. Robiłabym kęsim (tak samo ja za niezbieranie po własnym psie).
Skorzystałam z okazji, że eM w chałupie w dzień roboczy i zawiozłam Tośkę na ważenie.
Bo w grudniu, na wizycie u doktor Katariny okazało się, że Tosia się stała małym grubaskiem i waży 43kg zamiast 39kg. 10% masy ciała jej przybyło, a przy chorych stawach to dodatkowe obciążenie jej nie służy.
No i zaczął się proces odchudzania psa.
Na początek eM NARESZCIE zrozumiał i przestał paść psa syfem w postaci ludzkiej kiełbasy, sera, czy resztakmi z talerza. Była tylko micha a w niej kulki odchudzające.
Z początkiem stycznia odkryłam na nowo, że mój pies ma kości grzbietu. Kulki odchudzające musiałam mieszać ze zwykłymi, bo inaczej pies miał takie zaparcia, że aż żal był patrzeć.
Nadal jednak nie dostawała (i nie dostaje) nic innego. No, poza cukiereczkami czyli suszonym w domu mięsem wołowym lub kurczkakowym. Za to dałaby się pewnie pokroić, a że noszę to w kieszeni kurtki to kurtka wciąż jest ściągana z wieszka w celu przeszukania kieszeni. A przecież za każdym razem pokazuję małpie, że zobacz, o, tu wyciagam i wkłądam do lodówki, nie trzymam w kieszeni, nie szukaj.
Nie, chwila nieuwagi..i kurtka leży na podłodze.
Opierniczam, raz nawet strzeliłam w tyłek, ale serce mnie potem bolało strasznie, a Tośka do głowy nie wzięła, więc bez sensu.
Cóż, musze to chyba polubić, skoro nie da zmienić. Powtarzam sobie,za każdym razem gdy któreś robi coś, co mnie wkurza do białości, że przecież za chwilę ich nie będzie, a ja będę pragnęła by jeszcze raz mnie wkurzyli…
Waga u weterynarza pokazała, że Tośka w miesiąc zrzuciła 2 kg.
Coś szybko…Ale skoro je, pije, bryka na spacerach, gania kota i kradnie nam różne rzeczy …to chyba ma się dobrze?
No a akoro już mieliśmy samochód i Tośkę to postanowiliśmy się z nią przejść nad jeziorem. Niech se pies luzem polata. Postawiliśmy auto w porcie małych łodzi.
I tu przechodzimy do clou.
Wiało z północy, to się czuło w mieście, między budynkami, że wieje i to mocno. Ale gdyśmy się zbliżyli do jeziora to usłyszeliśmy huk. Niebo na północy było granatowe, choć nad głowami jeszcze mieliśmy biel i prześwitujący błękit. Za wałów oddzielających jezioro od poru co chwila strzelały w górę pióropusze z wody.
Oczywiście, żeśmy poszli w tamtą stronę. Oczywiście, że przewidujące wzięłam aparat.
Ludzi nie było, więc psem nie musiałam zawracać sobie głowy.
Mogłam podziwiać zjawisko.
Problem w tym, że wiatr podbijał ręce i popychał, więc wiele zdjęć wyszło mi nie ostrych. Ale kilka wyszło… Patrzcie jaki żywioł, pamiętając, że zdjęcia oddają tylko ułamek tego czego się doświadcza na żywo.

Grobla oddzielająca port od jeziora
Na pierwszym planie jest zatoka portowa, spokojna i nieruchoma, dalej rozszalały Wener.
Kinnekulle w czarnych barwach
Wyjście z portu „dużych” łodzi
Fragment Portu Małych Łodzi
Sztorm dotarł do miasta i pociemniało jakby zapadał zmierzch

Cudne to było i chętnie bym jeszcze została, ale wiatr w porywach osiągał 54km/h i przewiewał na wskroś.
Uwielbiam taką złą pogodę!

7/2021. Ślisko

Wczoraj zima pokazała swoje najobrzydliszwesze oblicze.
Lód na ulicy, lód padający z nieba i wiatr.
To w taką pogodę przypominam sobie dlaczego nienawidzę zimy.
A Tośka żywczyk, bo zimno i śnieg to jej żywioł. Już dawno tak nie brykała na spacerach. Ostatnio chodziła w zasadzie za mną, teraz ja muszę ją powstrzymywać. Ych…

Wiecie, że w Szwecji, gdy się człowiek przygotowuje do zdobycia prawa jazdy, przepisy wymagają by kursant przeszedł „jazdę poślizgową”?
Taką jazdę odbywa się na specjalnie wydzielonym terenie – np. na małym, rzadko używanym lotnisku wiejskim (w Szwecji jest ich bardzo dużo)
Wygląda to tak, że na opony samochodu nakłada się specjalne obręcze – twarde i gładkie, bez protektora. No chyba, że jest zima, leży śnieg i lód – wtedy nic się nie zakłada.
Ta jazda to nie egzamin, to po prostu etap kursu, który trzeba przejść. Jedyny wymóg to taki, by rozpędzić samochód do co najmniej 70km/h, a potem gwałtownie zahamować.
Chodzi o to, żeby taki niedoświadczony kierowca wiedział, co go czeka w czasie jazdy zimą. Jak zachowuje się samochód, jakie to uczucie gdy pedał hamulca kopie.
Czy to bezpieczne? Zazwyczaj w takim treningu bierze udział kilku kursantów oraz instruktor. I WSZYSCY siedzą w aucie na raz, tylko zmieniają się osoby za kierownicą. A Szwedzi mają naprawdę ogromne wymagania co do bezpieczeństwa i ochrony zdrowia. Więc chyba jednak jest to bezpieczne. I raczej ma sens.
W ostatnich latach, tu na dole* zimy bywają coraz łagodniejsze, śniegu jest coraz mniej, ale oblodzenie dróg to wciąż realne zagrożenie. W Szwecji większość ludzi używa opon zimowych z kolcami. No i jest nakazane używanie opon zimowych. Nie wolno zimą jeździć na letnich, choć, podobno, jeśli w grudniu jest temperatura powyżej 6 stopni to policja opon letnich się nie czepia…
Choć moim zdaniem trzeba być bez wyobraźni by w grudniu, w Szwecji jeździć na letnich oponach, gdy wiadomo, że jednego dnia temperatura może się diametralnie zmienić.

Basil wczoraj utracił swe męskie atrybuty.
Zostawiłam biedaka o 9 u weterynarza, odebrałam o 15.
Jaki był biedny! Nawet nie miał siły się położyć tylko drzemał na pół siedząc. Ale wieczorem było lepiej. Pojadł, skorzystał z kuwety. Spał całą noc. Obudził się ze mną o 4.
Za oknami hałasowały pługi – usiłowy chyba zeskrobać lód z jezdni.
Wyspałam się, wstałam. Basil pogalopował do michy omal nie wywalając krzesła (jego micha stoi na stole poza zasięgiem psiej paszczy).
Najadł się, pobuszował na biurku, a teraz śpi. DLACZEGO ON NIE MRUCZY?! Mam zepsutego kota?

No dobra… Kawa wypita, lekcje odrobione, można się brać do pracy…

*Ponieważ Szwecja jest długa i rozciągnięta z pólnocy na południe (mniej więcej) to używa się określania „na dole i na górze”.
Na dole to wiadomo: Skania i okolice.
Na górze to Kiruna…
Więc nie jedziemy na północ – tylko na górę 😀


6/2021

Kołdra nie daje rady na silne stres. Wtedy wręcz przeszkadza.
No i niestety jest tak jak przewidywałam: jest pod nią za ciepło. Muszę otwierać okno, bo nie mogę spać. A wtedy aktywizuje się Basil. Oraz ból głowy.
Poza tym mamy zimę. Śniegu mało, ale temperatury minusowe lub około minusowe. No i wieje z północy.
Wczoraj, po dwóch, bardzo stresujących dniach, wstałam z migreną.
I tu ciekawostka.
Mam na migrenę tabletki sumatripan 50mg. Lek ten, o takiej samej nazwie dostarczają różni producenci. I odkryłam, że mimo zapewnień, że jest to to samo, mój organizm uważa, że nie.
Kiedy zaczęłam przygodę z tym lekiem, pierwsze wrażenie było koszmarne. Owszem ból głowy zniknął, ale chwilę później pojawiło się koszmarne osłabienie oraz uczucie, które opisać mogę tylko jednym słowem „źle”. Nie umiem sprecyzować co takiego się działo, bo nie to nie był ani ból, ani mdłości czy zawroty głowy…To takie uczucie koszmarnego zwiotczenia, ja to nazywam stanem „jakby ktoś wtyczkę (zasilania) odłączył). A co grosze stan ten się utrzymywał nie godzinę, nie dwie, nawet nie 6 godzin, ale co najmniej 8-10godzin!. Koszmar!
Ale koleżanka Adaś powiedział, że po jakimś czasie organizm przywyknie i nie będzie takich sensacji.
Po dwóch próbach postanowiłam, że nigdy więcej!
Ale potem przyszedł dzień, gdy ból był nie do zniesienia. Wtedy postanowiłam wypróbować co będzie, gdy wezmę tylko pół tabletki.
Okazało się, że to była dobra decyzja. Ból zniknął po 15minutach, a to koszmarne osłabienie po kolejnych dwóch czy trzech.
Potem były kolejne opakowania, za którymś razem ta jedna połówka nie pomogła, więc zaryzykowałam drugą. Pomogło, nie dało efektów dodatkowych.
Potem już nie dzieliłam. Po 15 minutach ból znikał, po dwóch-trzech godzinach drzemki mogłam normalnie funkcjonować.
Ale ostatnio wykupiłam kolejną paczkę. Kupiłam w aptece przy rynku, bo było mi najbliżej, a akurat źle się czułam.
Przyszłam do domu, połknęłam.
I znowu to uczucie wyciągniętej wtyczki, przez cały dzień.
Zaczęłam zgłębiać temat. Najpierw pomyślałam, że może ktoś mi wypisał lub sprzedał większą dawkę. Ale nie – 50mg. Potem sobie uświadomiłam, że to inne opakowanie, niż to, które znam. Obejrzałam a tam Sumatripan Mylan. Pamiętam tę nazwę, tak było napisane na tym pierwszym opakowaniu. Sądziłam, że taka jest pełna nazwa leku.
A poprzednio miałam ten sam lek ale zupełnie innego producenta. Nie Mylan, na pewno.
Więc wczoraj wzięłam tylko pół tabletki…
To samo mam z ibuprofenem. Najpopularniejszy w Szwecji jest Ipren 400mg produkowany przez McNeil Sweden AB. Można rzec „markowy” i są też inne leki pod różnymi nazwami, ale produkowane przez inne firmy. I odkryłam, że ibuprofen „markowy” czyli Ipren sprawia, że boli żołądek jeszcze kilka dni po tym jak go użyję. Podczas gdy taki sam lek ale np. firmy Apofri – nie daje tego efektu.
Tak więc oto wielka tajemnica „wiary” w farmaceutów. To, że główny składnik leku jest taki sam i w takiej samej dawce, nie znaczy, że będzie dawał taki sam efekt. Co jest chyba logiczne, nie? Jeśli dwóch kucharzy przyrządzi tę samą potrawę to ona nie będzie smakować tak samo, prawda?

Od początku roku przeczytałam trzy książki:
„Kołysanka” Leila Slimani
„Mona” Bianca Bellova
„Zabłądziłam” Agnieszka Olejnik.

Każda z nich coś w sobie miała, ale ja chyba czepialska jestem…albo się nie znam na literaturze, bo choć o każdej czytałam peany nie tylko na lubimyczytać, ale i na fejsbukowych grupach, ja daleka byłam od zachwytów i oceniania mianem „arcydzieła”.
No, ale ja jestem z tych co uważają, że „Małe życie” to gniot i literatura, niegdyś oceniana mianem „dla kucharek”. Trędowata była taką powieścią, ale powiem wam, że moim zdaniem Trędowata- to jest arcydzieło, w porównaniu do Małych żyć ;).
Poza tym obejrzałam film „Był sobie pies”. Niezły.
Oraz po raz kolejny „Holiday”. Bardzo go lubię.
Tak samo jak „Music and Lyrics”.

A jutro jest wielki dzień bo Basil idzie do weterynarza by „uciął mu co trzeba”. Troszkę mi go szkoda, bo będzie go pewnie bolało przez kilka dni, ale czas najwyższy, bo chyba zaczyna nam posikiwać. W każdym razie – eMowi siknął na pościel…



5/2021

Wiało z północy dość mocno, więc postanowiliśmy pojechać na Stenbrott.

Miejsce choć rozległe, okazało się być zatłoczone. Przy każdym placyku piknikowym, gdzie przygotowany jest krąg na ognisko oraz ławki ze stołem, urzędowały mniejsze lub większe grupki. No, ale to Szwecja, więc owe miejsca nie leżą jedno obok drugiego, ale dzieli je kilka metrów, tak, że każda grupa ma swoją przestrzeń. Nawet Tosia przez większość czasu chodziła luzem.
Tuż koło nas, stał kolejny stół z ławkami, ale już bez ogniska. Jacyś starsi ludzie podeszli i grzecznie zapytali czy nie będą nam przeszkadzać.
Zapewniliśmy, że nie i czy nie będzie im przeszkadzać, że Tosia chodzi luzem. Nie, nie przeszkadzało im, oczywiście podziwiali Tosię, że piękna, i że wiadomo, że przyjazna.
I tak sobie symbiotycznie piknikowaliśmy.
Ruch był jak na Krupówkach. Jedni szli w stronę swych samochodów, drudzy już zajmowali ciepłe jeszcze miejsca.
W sumie to budujące, że ludzie tak aktywnie spędzają czas.
Tosia na początku się denerwowała bo jej się stado rozłaziło.
A to Mel polazł na skały.

A to Miśka w krzaki.

A to Zuzu z Dziadkiem do samochodu, a to Mel. Pies się wreszcie zirytował, tym bardziej że był na uwięzi i stada zagonić nie mógł, więc się rozszczekał. Co skłoniło wszystkich do zgromadzenia się w jednym miejscu. Wtedy Tosia z westchnieniem ulgi położyła się na pobielonej śniegiem ziemi. Potem już tylko pilnowała kiełbasy. A że miała dyspensę na odchudzanie więc skapnął i jej jakiś kąsek.
Wyszło nawet na chwilę słońce.

Tylko Zuzu nam utknęła i narzekała, że zimno. I nie dała się przekonać, że wejście na górkę i z górki skutecznie ją rozgrzeje.

Po dwóch godzinach wróciliśmy do domu.
Wiało drobnym śniegiem, kurtki pachniały nam dymem. Pies też jak się okazało wieczorem w łóżku.
Spędziłam trzecią, znowu udaną noc pod kołdrą. Przed kotem profilaktycznie zamknęłam drzwi.
Szkoda mi go tak zostawiać samego, tym bardziej, że on lubi w nocy przyjść się przytulać, ale ostatnio każdej nocy odstawia takie cyrki jakby nie mógł znieść tego, że śpię. Nie tylko w nocy zresztą. Nawet jak w dzień się kładę, to natychmiast się aktywizuje: miauczy, strzela żaluzjami, wskakuje na górę zwalając różne rzeczy.
W poniedziałek idzie do kastracji, może potem będzie troszkę spokojniejszy.
No i okres świąteczny za nami. Teraz już pozostaje nam tylko czekać na wiosnę.

4.2021

Wczoraj, po 10 godzinach pod kołdrą, mój organizm zażądał uzupełnienie niedoborów snu i zarządził drzemkę od 9:30 do 11.
Potem już cały dzień byłam rześka i wypoczęta.

KOŁDRA noc druga.
Zasnęłam o 22. Obudziłam się o 2.
Spokojny, mocny sen. Zasnęłabym ponownie bez wątpienia, gdyby nie to, że było mi za gorąco. Uchyliłam okno. A kilka minut później kot urządził koncert. Koncertował tak co najmniej godzinę i nie dawał się wyłączyć.
Wreszcie pozamykałam drzwi od siebie i gabinetu, gdzie śpi Zuzu.
Ale na tych walkach zeszło mi dwie godziny.
Na wkurw ta kołdra nie pomaga…
Spacyfikowawszy kota, czytałam jakiś 10minut, dla odwrócenia uwagi od żądzy mordu.
A potem znowu zasnęłam. Ale zachciało mi się do toalety, więc musiałam wstać, kot spał twardo i nie wył, uwierzyłam, że zakończył popisy wokalne (naiwniaczka! nie wierzcie kotom, to podłe, fałszywe bestie).
Zostawiłam więc drzwi sypialni otwarte i voila! 5:50 kolejna pobudka.
A mogłam spokojnie spać do 7…
Wstałam bo stwierdziłam, że przecież to bez sensu.
Za oknem jakieś -2stopnie. Odczuwalna -10, bo wieje. Ma spaść śnieg. To znaczy spadł tu i ówdzie. Facebook pełen zdjęć Kinnekulle w zimowej szacie. W mieście topnieje nim dotknie ziemi.
A my mamy w planach na dziś ognisko.
No nie wiem…

3/2021

Pierwsza noc z KOŁDRĄ.
Waga 7kg.
7 kilo to nie jest ciężar do pralki..!
7 kg to jak na mnie trochę za mało … ale 10 to za dużo, zdecydowanie, a opcji pośredniej nie było.
Z pomocą męża oblekłam Kołdrę w ulubioną poszewkę. I o ósmej położyłam się pod nią, bo mi się oczy kleiły. No, co? Obecna ósma to letnia dziewiąta czyli jak najbardziej moja pora. Choć spożycie słodkiego ciasteczka mogło mieć też swój wpływ na senność.
Kołdra otula człowieka. I już wiem, że otulanie lekką kołderką to pusty frazes. Bo albo otulać albo lekką kołderką nakryć. Ta kołdra otula człowieka. Dosłownie ma się uczucie jakby trzymania w lekkim uścisku.
Lekkim na tyle by nie czuć się uwięzionym. Przyjemne uczucie.
Zasnęłam jak kamień.
Obudziłam się po dwóch godzinach z bólem głowy (to zawsze, gdy zasnę tak twardo). Tabletka, pić, siku… Byłam pewna, że to już po spaniu. Tymczasem ledwie się położyłam – już spałam.
Kolejna pobudka o 12. Za gorąco.
Tak, kołdra otula szczelnie, przylega do łóżka, nie wpada pod nią powietrze z zewnątrz, a wewnątrz nagrzewa się od ciała człowieka. Uchyliłam okno… I znowu, ledwie głowa na poduszkę i spałam.
Po kolejnych dwóch godzinach pobudka, i po kolejnych…
Ale po każdym wybudzeniu, ponowne zasypianie to tylko chwila.
Od 4 budziłam się już częściej, ale sen pomiędzy pobudkami był twardy, bo np. nie słyszałam męża wybierającego się do pracy.

Czyli zapowiada się obiecująco. Ale zobaczymy na dłuższą metę. Czy ciało przywyknie do ciężaru i przestanie reagować?
Na pewno nie jest to nakrycie na lato. Zdecydowanie nie. Jeśli kołdra będzie zdawać egzamin pomyślę nad zakupem kulek w Polsce i zrobię sobie wersję letnią czyli zaszyję obciążenie w pustą poszwę.

Na lampę jeszcze czekamy. Choć ta, to głównie dla synka, ale ja ją również będę testować.

A poza tym, to zima przyszła. Tosia będzie brykać na spacerku

UPDATE: Lampa właśnie przyszła

2/2021. Best of ’20

Skoro ustaliłam ze sobą (i z wami), że mój 2020nie był taki okropny a nawet, nie bójmy się tego powiedzieć, całkiem dobry, to zostańmy przy nim jeszcze chwilę.
Wybrałam po kilka ulubionych zdjęć z każdego miesiąca. A wam proponuję wybranie tego jednego, najlepszego z każdego miesiąca. Może…może bym tam kalendarz na 2022 z nich przygotowała?

Pierwsze miesiące nie obfitowały ani w zdjęcia ani w ciekawe wydarzenia, więc wybór był/jest dość prosty.
Styczeń reprezentuje więc tylko jedno zdjęcie.

Luty też.

Marzec już lepiej.

Kwiecień znowu tylko jedno zdjęcie

Ale w maju zaczęło się szaleństwo:

Czerwiec też nie szczędził atrakcji:

Lipiec oszalał:

Sierpień też był niczego sobie:

Wrzesień:

Październik zgłupiał od kolorów i w zasadzie należałoby wszystko…

Listopad też nie od macochy…

W grudzień mamy jeszcze w pamięci

To co? Pomożecie?