107. Na żółto drzewa maluje czas

U mnie już prawdziwa jesień. A u was?

Lukasstuga czyli Chatka Łukasza

Ławeczka zapraszająca do odpoczynku. Na ławeczce tekst z KubusiaPuchatka „Jesli się nie wie dokąd iść, to nie należy się spieszyć, bo można przegapić miejsce docelowe”.

Tosia: Ale jak to: DO DOMU?!

i ten wyraz niesmaku na pysku…

106. Tośka, ty wredna..!

Poszłyśmy na spacer.
We czwartek to było, po południu. Yankie znowu robił zlecenie, pilne w dodatku, więc się nie wyrabiał na zakrętach. Poprosił, bym go zastąpiła. Zgodziłam się.
Było cieplutko, lekko słonecznie prawie bezwietrznie. Pachniało jesienią.
Doszłyśmy do parku. Na trawniku pomiędzy kasztanami a bukami jakiś tatuś bawił się ze swoimi dziećmi. Tośka ich zauważyła i…
– Chodź, chodź do nich, już dawno nikt mnie nie głaskał i nie mówił, że jestem śliczna i słodka…No chodź, chodź, chodź…
– Nie możemy tam iść, wcale nie mam na to ochoty, oni też na ciebie nie patrzą, idziemy na ścieżkę
– Nie chcę na ścieżkę, chcę to tych dzieci!
– Ale one do ciebie nie chcą!
– Ale JA chcę, chodź!
– A ja chcę, żeby ci się nie chciało!
– Tak?! To wcale nie będę chodzić! – i uwaliła się na trawie.

Westchnęłam ciężko. Skaranie boskie z tym dzieciakiem psem.
– No dobra, leż sobie, aż ci się znudzi, mnie wszystko jedno. O jaki ładny listek. Taki kolorowy, z klonu…Ale skąd? Klony tu nie rosną? Tylko tam dalej? Zrobię zdjęcie telefonem… Kurde, musisz naprawdę leżeć tak daleko, no weź się przesuń, kilka centymetrów, wstawać nawet nie musisz, a mnie smycz nie będzie ciągnęła… No dobra, niech ci będzie przybliżę. O tak. I jeszcze jedno. I jeszcze…Weź się nie wierć, bo mi szarpiesz za rękę. No dobra. Wystarczy. W sumie to usiądę obok ciebie…

…3 sekundy później:
-Miło jest… Ale czemu wstałaś? Przecież nie chciałaś chodzić?
– Ale teraz chcę. Chodź, idziemy, no idziemy…skaranie boskie z tą kobieta, no rusz się, ile będę nad tobą stała? No kurczę, chodź już…
Wstałam i poszłam. Co miałam robić?
Długo i namiętnie piła woda z parkowego strumienia. Taaa…Ta w domu, w czystej misce, świeża nie jest nawet w połowie tak dobra jak ta, nie?
– Pójdziemy do ogrodu? Tam jest fajne zejście do strumienia…
– Nie pójdziemy, pójdziemy z drugiej strony.
– Tam są ludzie…
No i to chodzi ty gapo!
– Tośka, nie będę szła…Co znowu?
– Piesek! Piesek! Zobacz! Dobrze, masz usiądę, ale nie, nie zasłaniaj mi pieska, chcę na niego patrzeć, o cukierek…Cukierek jest niam niam, lubię cukierki, daj jeszcze ty chciwusko, kotu to dajesz! Chodź, zobaczymy co piesek jadł, pił, gdzie był chodź, bo zaraz niczego się nie dowiem i znowu będę niedoinformowana!
Poszłyśmy. Ja delikatnie sterowałam w stronę domu…
– Tam NIE. Tam jest dom, myślisz, że nie wiem? TAM! Nigdy mi dajesz tam pójść i zobaczyć co tam jest…Dobra, mogę zejść po tych schodkach, choć wiem, że nic ciekawego tu nie znajdę…Ooooo…pieski tu były…i kaczki…i chyba ludzie fujjjj, a tam dalej? Co jest tam dalej? Chooooo….Nieee? To wcale nie będę chodzić

Masz ci los. Znowu się uwaliła. Nos oczywiście w stronę Zielonego Mostu, rzeczywiście rzadko tam chodzimy bo przy jej metodzie, trwa to co najmniej godzinę. Dobraaa…w sumie mogę posiedzieć obok niej, ciepło…miło…złoto…Zrobię zdjęcie…


– Ale co się tak rozsiadłaś? Podobno to ja mam chore stawy i nie mogę za wiele chodzić? A tu sobie tak plask i siedzisz? Idziemy! Plotki się same nie pozbierają
-Ty jednak jesteś wredna menda, wiesz?
– Nie gderaj. Cukierka daj, grzeczna byłam, przecież idę, nie?
I tak na każdym spacerze. No chyba, że wieje, wtedy jest krótko:
-Wcale nie będę chodzić. Tam nie i do domu też nie. Wyłącz wianie to pójdę.




105.

Przejadłam się.
Fuj…co za okropne uczucie!
Zachciało mi się pierogów. Zrobiłam ruskie i z pieczarkami. Tak ogólnie to ja nie lubię grzybów. Tak: pieczarka to też grzyb. Ale lubię smażoną pieczarkę w omlecie (musi być przypieczona) oraz w pierogach.
No i tak całe popołudnie gniotłam, wałkowałam, lepiłam, gotowałam…
I tak tu jednego, tam drugiego…
Gdy skończyłam było popołudnie a ja jakoś tak nie czułam czułam się głodna, przez rozum coś tam w siebie wcisnęłąm, bo przegapienie posiłku skutkuje telepką.
Około 8 wieczorem miałam jakieś ssanie…coś bym zjadła, albo co… No i zjedłam se pierogów, bo przecież nie jadłam a się narobiłam…
Generalnie pierogi to koszmarna strata czasu. Pół dnia robisz, żeby 4 osoby pożarły to w pięć minut.
W nocy był horror.
Żołądek przepełniony + bolące od stania stopy.
Teraz się czuję jakby mnie czołg przejechał.
Nie pamiętam kiedy się tak przejadłam, czujnik sytości przegrał z łakomstwem czy co?
A wystarczyło wypić pół szklanki wody, nie?
Człowiek to jednak głupi jest…

Gadałam wczoraj z Litwinką na fejsie. Pytała gdzie zginęlismy. Mówię, że w domu siedzimy i pilnujemy, żeby Basil nie pożarł Tosi. Opowiedziałam jej jak Basil w nocu się tuli do mnie, jak chodzi ze mną do toalety zaspany.
– Ojej! Jak to dobrze, że ty go wzięłaś!
Okazało się, że siostrę Basil wzięli nasi znajomi. I ta mała nie mieszka w domu, tylko w piwnicy, do mieszkania nie ma wstępu i raczej nie ma kontaktu z człowiekiem. A Basil i jego rodzeństwo to ewidentnie domowe kotki, przyzwyczajone do kontaktu z człowiekiem.
Serce mi pękło!
Po co ludzie biorą zwierzęta skoro nie chcą z nimi kontaktu?
Litwinka mówi, że tamci też myślą o tym by wziąć psa. A z niej się śmieją, że Abba jest niewychowana, bo psa to trzeba WYTRESOWAĆ.
Powiedziałam: tak, wezmą psa, zamkną w kojcu, będą TRESOWAĆ biciem i karami a potem się będą dziwić, że taki głupi i agresywny pies.

Ludzie są jednak nieczułymi debilami bez względu na poziom wkształcenia.

Dobra, ja wiem, że nie kazdy musi myśleć tak jak ja, nie dla każdego pies czy kot to członek rodziny mający swoje prawa. Nie każdy musi lubić futrzaki, albo może nie chcieć ich w domu. Ale ludzie… nie chcesz – nie bierz! Pomyśl 100razy. Pogadaj z tymi którzy mają. Pobserwuj i wyciagnij wnioski.
Nie lubisz sierści na meblach?
Nie lubisz zapachu zwierzęcia?
Dom ma być czysty i na wysoki połysk? Każde zadrapanie na ścianie czy meblu boli cię jak rana na ciele?
Brzydzi cię konieczność sprzatania odchodów?
Nie czujesz potrzeby głaskania futerka, nie znosisz być lizany?
Kup se rybki! Albo jeszcze lepiej: kup se psa na kółkach albo kota z porcelany!
Kot i pies czują. Boją się, nudzą, kochają. I potrzebuja kontaktu z człowiekiem. Nieustannego i bliskiego.
Dorota Sumińska kiedyś powiedziała, że jedyne słuszne miejsca dla psa jest na kanapie. Ostatecznie może być na podłodze przy kanapie, ale przy naszych stopach. I ma rację.

Cały wieczór patrzyłam na Basila i myślałam o jego siostrze.
Ja bym odebrała tę kotkę tym ludziom… nawet za cenę focha.

Mój gabinet każdego ranka po wieczornych zabawach kotka i pieska

104.

Rzadko oglądam filmy dokumentalne, ale ten obejrzałam bo nagle usłyszałam o nim z dwóch źródeł.
Jeśli nie widzieliście jeszcze to obejrzyjcie: Dylemat socjalny.
Jak dla mnie wielkiego zaskoczenia nie było, że algorytmy wpychają nas w naszą bańkę. Gorzej, że te same algorytmy podgrzewają temperaturę wypowiedzi np. politycznych, bo to przyciąga uwagę na dłużej…
Pocieszający jest fakt, że twórcy IA są świadomi konsekwencji i sami naciskają na zmiany na przykład w prawie.
Film utwierdził mnie w przekonaniu, że to, że mam powyłączane wszelkie powiadomienia jest słuszne.
Ja mam powyłączane bo zbyt łatwo się rozpraszam. Ciągłe, natrętne plumkanie telefonu doprowadziłoby mnie do szału. Wystarczy jak jadę samochodem z mężem. On ma zegarek smart watch połączony z telefonem. No żesz…To dziadostwo plumka i plumka!
PLUM – powiadomienie na telefonie.
PLUM – powiadomienie na zegarku. Oba dotyczą tego samego.
A to ktoś coś tam polubił na fejsie, a to jakiś mail przyszedł (myślałby kto, że mój mąż prowadzi rozległą korespondencję!) a to sms, a to pogoda…
Jezu…w ciągu pół godziny plumka toto kilka razy. W nocy też!
U mnie plumka tylko sms na telefonie prywatnym. A, i snapchat, bo tam czasu Zozo coś puszcza. Powiadomienia o mailach są bezgłośne. Żadne messengery czy inne watsappy nie mają prawa mnie powiadamiać.
Na służbowym – też sms oraz gmail (bo w tym ostatnim nie można wyłączyć dźwięku).
No ale ja jestem stare pokolenie co żyło w ogóle bez telefonu. Moja córka nie umie sobie wyobrazić jak sie żyło.
To jak się spotykaliście?
Czy ja wiem? Szłam do Violki, mojej jedynej przyjaciółki, potem szłyśmy razem na miasto…czasem się kogoś spotkało i coś porobiło, czasem nie.
Czasem się z kimś umawiało na czas, miejsce i godzinę. Nigdy nie miałam rozległego życia towarzyskiego, nigdy nie byłam w żadnej grupie, Violka tak samo. Jak nie byłyśmy razem, byłyśmy w domach z książkami.
A dla mojej córki telefon jest przedłużeniem ręki. Ona telefonu nie wypuszcza z rąk i cieszy się bo ma np. na instagramie 3000 obserwujących!
Syn na odmianę skasował fejsa wraz z messengerem i teraz nam komunikacja szwankuje 😀 żeby z nim pogadać muszę wstać i do niego iść. Do sąsiedniego pokoju. Ale jakoś dajemy radę 😀 Ostatecznie są SMSy :D.
(Naprawdę. Czasem sobie coś podsyłaliśmy na messengerze. A kiedyś ja mu wysłałam SMSa, żeby do mnie przyszedł. Po czym poprosiłam, żeby wyniósł za mnie jakieś naczynia do kuchni 😉 albo żeby ciszej się darł przy grze).
W ramach odcinania się od systemu, powzięłam decyzję o zmianie komputera do pracy. Teraz mam lapka, ale widząc jakie lapki są niestabilne, często się psujące, stwierdziłam, że zaufam Yankiemu i Sebastianowi i kupię części z których oni zbudują mi komputer – skrzynkę. Wydam niewiele więcej co na nowego laptopa, ale jak coś padnie to łatwo da się wymienić tylko pojedynczą część a nie całe urządzenie. Ponadto nie będzie tych koszmarnych aplikacji, które zapychają pamięć, zabierają moc bo się aktualizują choć ja ich nie używam. Czyli będzie windows i to, co sobie sama do tego komputera wgram.
Chętnie bym też odeszła od Windowsa, ale niestety – programy księgowe w Szwecji raczej nie pracują z innym system niż Windows czy ten…drugi, od Apple’a.

Obejrzałam Kalifat do końca. Mocny. Teraz nie wiem: Znaki 2 sezon? Czy może coś z innej bajki? Pooglądałabym coś, co na odmianę pokazuje normalny świat. Ktoś, coś? Rita?
Przeczytałam Jakuba Małeckiego Horyzont. Też niezłe.

103. Grundsund

Pojechaliśmy.
Wzięłam podwójną dawkę antyalericznego leku i zarazy minęły jak ręką odjął.
Było rześko, niemal bezwietrznie, słonecznie i błękitno.
Absolutnie PRZECUDNIE!
Grundsund to maleńkie miasteczko leżące częściowo na wyspie. Wyspe od lądu odziela wąski przesmyk, nad którym przerzucono mały mostek.

W 2015 roku zamieszkiwało tam 647 osób. Grundsund jest znane z serialu „Saltön”
W sezonie tętni życiem zarówno na lądzie jak i na wodzie.
Wczoraj, w środku tygodnia, u schyłku sezonu niewielu było ludzi. Ciche, senne miasteczko…

… i to by było na tyle.
Chodziliśmy długo, byliśmy na skałach od południowej strony wysepki, potem wróciliśmy na ląd i poszliśmy wzdłuż brzegu specjalnie wybudowanymi pomostami…
Tylko, że w zaćmieniu skasowałam zdjęcia i nie dało się ich odzyskać :((.
Tak więc teraz koniecznie muszę tam wrócić.

102.

Jutro mija miesiąc jak jest z nami Basil.
To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Nie tak jak z Tosią, która wpadła między nas jak burza i natychmiast podbiła nasze serca, ale tak na amen, na zabój.
Basil dostarcza nam rozrywki. Nie mamy do niego takiego nabożeństwa jak do Tosi. Nie umiem tego wytłumaczyć…
A jednak…
W nocy śpi koło mnie. I koło Tosi naturalnie. Uwielbia spać koło człowieka, najlepiej w bezpośrednim kontakcie. Śpi twardo, często rozciągnięty na całą długość, z łapkami do góry.
Ale gdy w nocy idę do toalety, on idzie za mną. Zatrzymuje się pod drzwiami, łebek mu opada, ziewa przeraźliwie, przysypia… Wychodzę, wracam do łóżka, a on maszeruje za mną – albo biorę go po prostu na ręce.
I strasznie mnie to wzrusza, to jego nocne pilnowanie „mamusi”.
W dzień Basil z maminsynka zmienia się w odważnego zdobywcę.
Ostatnio odkrył wspinaczkę po zasłonach, na karnisz, z karnisza na szafę, potem na półkę nad biurkiem a z niej na drukarkę. I tu się robi problem. Bo drukarka jest też kopiarką (kiedyś była też skanerem ale od jakiegoś czasu namieszali w programach) i ma pod cienką klapą szkło. A Basil waży już niemal 2,5kilo. I wciąż rośnie. Kiedy ląduje na drukarce, jego waga skupia się na niewielkim polu, czyli nacisk staje się większy. Czy szkło to wytrzyma? Innego miejsca dla drukarki nie mam. Muszę pomyśleć o jakiejś obudowie czy coś..?
Generalnie Basil jest strasznie kochanym kotkiem. Jest bardzo, ale to bardzo przyjazny do ludzi. Nie chowa się, gdy przychodzi ktoś obcy, daje się pogłaskać i wziąć na ręce.
Z Tosią wypracowują porozumienie. Czasem się bawią w berka, czasem Tosiowy merdający ogon jest doskonałą zabawkę. Ale czasem Tosia całkiem na poważnie nawarczy na smarkacza i pogoni mu kota.
Nie pozawalamy, ganimy Tosię wtedy a w najgorszym wypadku wyrzucam ją z pomieszczenia. Stoi potem biedna w przedpokoju, z opuszczonym ogonkiem i pełną skruchy miną. A mnie jej szkoda, ale odwracam wzrok, żeby nie zobaczyła, bo musi się nauczyć, że ganiać kotka nie wolno. Nie i koniec.
Basil nieruchomieje gdy Tosia warczy, przysiada, a potem znika pod kanapą. Ale tylko na kilka sekund. Za chwilę potem wychodzi, wystawia łebek, rozgląda się i wraca do przerwanych psot. I te żółte oczyska…
Wczoraj dostał drugą dawkę szczepionki. Za dwa tygodnie mam go odrobaczyć. I do grudnia spokój. W grudniu kastracja.
Trochę szkoda, bo po kastracji kotki spokojnieją podobno. A Basil nie jest AŻ tak rozbrykany…
No ale mus to mus. Kotów jest za dużo. No i niekastrowany kot znaczy teren czyli obsikuje różne miejsca…

Z innej beczki.
Od kilku dni dziwnie się czuję. Boli głowa, bardziej boli głowa, jeszcze bardziej boli głowa, ale to w sumie nic nowego. Bywa, nie? Ale do tego dochodzi takie dziwne uczucie w piersiach. Boli, piecze…Trochę cieknie z nosa. Wieczorami mi zimno i mam dreszcze, ale termometr pokazuje 36 stopni.
Normalnie uznałabym: acha, przeziębiłam się (w niedzielę padał kapuśniaczek i przemokłam na spacerze z Tosią). Ale w dobie korony nietypowe objawy przeziębienia niepokoją. Korona czy zwykły wirus?
A umówiłam się dziś z dziećmi na wyjazd nad morze.
Jechać? Nie jechać?
Jak nie pojadę to już do wiosny nie zobaczę morza.
Ale jeśli to wirus jakikolwiek to pozarażam dzieciaki.
I tak się waham.
Zobaczę jak będzie po spacerze z Tosią.

Yankie dostał kolejne zlecenie. Jego szefowa wykupiła mu licencję do kolejnych dwóch czy trzech klientów. Zatem… chyba nie zamierza z niego rezygnować, bo licencja kosztuje całkiem sporo.
Młody nabiera doświadczenia u niegłupiej szefowej (mam od niej jednego klienta, błędów nie stwierdziłam, a dokumenty uporządkowane jeszcze lepiej niż u mnie), zarabia jeszcze niewiele, ale zawsze coś tam. No i będzie miał referencje i wpis do CV.
Więc teraz wszyscy składamy rączki i się modlimy za zdrowie jego szefowej…aby się za bardzo nie poprawiło 😉 ale też niech się absolutnie nie pogarsza.
Misia pracuje nad moją stroną internetową i strach się bać, jaka ona już jest w tej dziedzinie profesjonalistka!
A Zozo… Zozo dziś pierwszy raz pójdzie sama ze szkoły do szkoły muzycznej. Tylko jedna ulica i to ze światłami do przejścia, ale wiadomo…
Czas, żeby nabierała samodzielności. Zwłaszcza, że jak jest u swojej przyjaciółki Ellie to śmigają po mieście bez opieki.

101/2020 Jesień

Zardzewiałe róże jesieni
patrzą w przestrzeń białą od deszczu
deszcz niebo przyszywa do ziemi
tysiącem ściegów i dreszczów

I wszystko psuje się, paczy
cuchnie, zgnilizną broczy
Lecz nie na zawsze z rozpaczy
Ale na krótko z rozkoszy.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Pada od kilku dni. Nazywamy to „pogoda weekendowa”.
Wcześniej nie padało, ale na odmianę wiało i było rześko.
Pojechaliśmy z Yankiem do Hällekis na kawę w piątek i ze zdumieniem odkryłam jak bardzo jest żółto na Kinnekulle.
Kawiarnia mieści się w oranżerii. Nie ma kwiatów, ale rosną winogrona, których fioletowe kiście wisiały nam nad głowami. Pięknie.
Wypiliśmy herbatę. Ciasto okazało się kompletnie niezjadliwe – słodki, lepki gniot.
Nie pojmę tego fenomenu szwedzkich kawiarni: im droższa tym gorsze ciasto. I reguła: w każdej szwedzkiej kawiarni dostaniesz herbatę jaką chcesz, pod warunkiem, że nie chcesz zwykłej czarnej. Nie wiem, alergię mają czy co? Jak proszę o czarną to mogę ewentualnie dostać earl grey bo to przecież to samo.
Jak we Włoszech: gdy prosiłam o herbatę to kelner nie rozumiał czego chcę. Wreszcie przyniósł mi puszkę napoju o smaku herbaty brzoskwiniowej.
W każdym razie: miejsce piękne, spokojne, warto zajrzeć żeby pocieszyć oko widokiem, ale na kulinarne rozkosze to lepiej nie liczyć.
Pochodziłam chwilę wśród drzew, ale dziecko znowu miało fazę na kontestację wszystkiego i nadawało jak karabin maszynowy: szybko, dobitnie, głośno.
Wróciliśmy do domu.
I tyle było z weekendu. Bo nawet Tosi nie zabraliśmy nigdzie daleko, bo lało niemiłosiernie cały weekend, więc tylko pospacerowaliśmy nad jeziorem.
Zaczęłam oglądać Kalifat na Netflix. Straszny film. Tym straszniejszy, że część dzieje się w Szwecji i …sporo tego, co wykrzykują pełne złości młode dziewczyny, jest prawdą. Mając ciemną karnację i na imię Fatima plus być może jeszcze obcy akcent mają kiepską szansę na rynku pracy. Aby mierzyć wyżej niż sprzątanie czy opieka w domu starców muszą być o wiele lepsze niż ich rówieśnice-Szwedki.
Z drugiej strony…Boże, jak dobrze znany mechanizm konfliktu pokoleń. Dorośli, którzy uciekli przed piekłem. I młodzi, którzy dobrowolnie w to piekło idą, bo wierzą, że walczą o lepsze jutro.
U mnie ten film jest dostępny po szwedzku i tylko ze szwedzkimi napisami. Dużo tam slangu, więc oglądam, zatrzymuję, pytam wujka googla co to znaczy. Ale szwedzki język po raz pierwszy wydaje się nie przeszkadzać, tylko rzeczywiście współgrać z tematyką.
Choć krytyk we mnie cicho szepcze „ale to już było, pamiętasz Homeland?”.
Jedną z głównych ról odtwarza znana z Krew nie woda Aliette Opheim.
Poznałam ją po głosie i sposobie mówienia.

Poza tym męczę trzeci tom Sagi Nowozelandzkiej „Krzyk Maorysów” Sarah Lark. Pierwszy tom był ciekawy, przybliżał historię osadnictwa w Nowej Zelandii, opowiadał o zwyczajach Maorysów. Ale drugi i trzeci to nuda…przeplatana seksualnymi ekscesami. Ale ciągnę, bo ciekawa jestem jak się to wszystko skończy, a raczej czy naprawdę skończy się tak, jak sądziłam. Nie jestem jednak pewna czy dokończę. A i po kolejne książki tej autorki raczej nie sięgnę.
Ych… chce mi się dobrej literatury. Czegoś na miarę „Legendy” Grażyny Jeromin-Gałuszki czy „Kwiaty dla Algernona”. Czegoś takiego jak „Jak zawsze” Miłoszewskiego.
Nowy facebook to masakra. I dobrze.Wkurza mnie, więc unikam zaglądania, a jak zaglądam to po to by sprawdzić czy nikt nie pisał na Messengerze.
Wymówiłam stary program. Już nie będą mnie wspierać, ale mam nadzieję, że nie odbierze mi to możliwości dociągnięcia na nim do końca roku. Chciałam zapłacić za miesiące do końca roku…ale mi powiedzieli, że nie, że u nich płaci się tylko rocznie. No to skwitowałam, że to jest właśnie jeden z powodów dla których z nich rezygnuję. Kurdę…no nie chcę ich okradać, ale też nie chcę płacić za coś, z czego już wiem, że nie będę korzystać.

Ranki są ciemne. Wieczory są ciemne. Coraz wcześniej zapalam lampę.
Jesień.
Jesień to skrzypce rozwalone
bezradna myśl nad ćwiercią smyczka – pisał Gałczyński. Ale to chyba o tej jesieni październikowo – listopadowej. Ta wrześniowa nie jest jeszcze taka najgorsza…

100/2020

I nagle, w środku nocy, przychodzi ten list…
Cześć, znalazłem twój wpis, gdy przeczesywalem internet poszukując informacji dotyczących Pawtelów/ Paftelów. Napisz do mnie na maila – mam co najmniej jeden list pisany cyrylicą od siostry/ siostrzenicy mojego dziadka Janka (rocznik 1933 – ur. w Połubeczkach koło Kowalczuków), zm. 2010. Z. to mój Tata – skontaktuję Was ze sobą i wymienicie informacje – wie znacznie więcej ode mnie. Opowiem więcej w mailu i prześlę Ci zdjęcia tego listu. My też szukamy informacji o naszych przodkach. Daj znać. Pozdrawiam.

Porozmawiałam z moim „kuzynem” pomailowałam z moim drugim „kuzynem”.
Janek miał wielu braci i siostrę Helenę, która jako jedyna nie przyjechała do Polski po wojnie. Została w Rosji.
Jeśli to to, to mój pradziadek miał na imię Józef, a prababcia Zofia. Ich najmłodsze dziecko wciąż żyje i ma na imię Walenty.
Kuzyn Młodszy w weekend ma być na Mazurach. Może coś wykopie?
Z. jego ojciec, twierdzi, że po jego rodziacach zostały zdjęcia i wśród nich może być, a nawet powinno być zdjęcie Heleny.
Pilnie potrzebuję jechać do Polski! Do Rynu! I na Litwę, do Kowalczuków.
Ach zaraza z tą zarazą…

Tak mnie to nakręciło, że wczorajszej nocy spałam 3 godziny. Potem wstałam i pracowałam. Potem znowu spałam 3 godziny.
Potem znowu pracowałam, ale znowu mam okropny problem z koncentracją uwagi. Myśli mi fruwają jak pszczoły na łąką: z kwiatka na kwiatek.
No, mam o czym myśleć. Mam.
Podjęłam się pewnego zadania, i nie wiem czy podołam. Nie piszę nic więcej żeby nie zapeszać. No i podobno jak o czymś mówimy mózg odhacza to jako zaliczone i wyłącza determinację do realizacji tego celu.
To dlatego nie wolno mówić o czym się marzy.
Poza tym mam zagwozdkę.
Piąty rocznica działalności mojej firmy przyszła i nawet jej nie zakodowałam. Ale nie umknęła ta data twórcom mego programu księgowego i jak co roku obdarzyli mnie fakturą na prawie 4000kr.
To roczna opłata za korzystanie z ich programu.
Z tym, że tak:
W Szwecji (pewnie i w innych państwach też) programy do księgowości składają się z modułów. Różnie to nazywają, ale zasada jest taka, że można sobie kupować różne moduły/programy w zależności od tego co lubisz i co chcesz. Masz program do wynagrodzeń, do robienia deklaracji podatkowych, do fakturowania lub do rejestrowania zakupów i rozrachunków.
Mój program ma fajny system księgowania, który bardzo lubię, ale już fakturowanie w tym systemie to jakaś porażka. Próbowałam też programu do deklaracji …i to, to dopiero jakaś pomyłka. Po co mi program, który w sumie sprowadza się do tego, że dostarcza mi blankietu, do którego wszystko i tak wprowadzam ręcznie?
Wynagrodzeń nie testowałam, ale zerknęłam i działa podobnie jak fakturowanie. Zanim coś zrobisz musisz wykonać serię kompletnie zbędnych działań w moim odczuciu. W dodatku w określonej kolejności a jak nie – to ci nie wyjdzie i zaczynasz zabawę od początku.
Testowałam fakturowanie trzy dni i nadal nie wiedziałam jak to zrobić. Pomoc czyli samouczek kazał mi naciskać przyciski, których w programie nie mam.
Tak więc moja praca wygląda tak, że zwykłe księgowanie robię z swoim programie, ale sprowadza się to li i jedynie do obliczenia VATU, wprowadzenia sum na konta księgowe.
Fakturowanie własne robię w innym programie.
Fakturowanie dla klienta – w programie, który klient sobie kupił lub manualnie, na szablonie jeśli mało faktur wystawia.
A wynagrodzenia w jeszcze innym programie – tym razem darmowym.
Wiele rzeczy robię sama, ręcznie „z palucha” wprowadzając na blankiety.
I jest to strasznie upierdliwe.
Szukałam na rynku rozwiązania całościowego, ale to kosztuje jakieś koszmarne pieniądze i w dodatku płatne za rok z góry jednorazowo.
Co to znaczy koszmarne? No tak 15 000kr brutto. Dla mnie to dużo, bo są miesiące gdy nawet tyle nie zarabiam. (17 tys kr do ręki dostaje np. taka pracownica domu opieki i to jest dość niska płaca). Gdybyż jeszcze te programy były naprawdę dobre…
I naraz wczoraj odkryłam, że system na którym wykonuje zlecenia mój syn (jego szefowa wykupiła licencję dla niego) ma pakiet dla biur rachunkowych. Z tym, że ona płaci około 16 tysięcy rocznie.
Weszłam, obejrzałam, poczytałam. Wszystko za jedyne 3500kr?! ROCZNIE!
Całkiem fajne fakturowanie, księgowanie, raporty VAT, rozrachunki, deklaracje dochodowe?! W dodatku ONLINE! Czyli nie straszna mi awaria komputera? Musi być jakiś haczyk. Tylko gdzie?
Bawiłam się tym pół dnia i haczyka nie znalazłam. Pogadałam z dwoma panami na czacie…I nadal nie wiem, gdzie jest haczyk. Ba. W dodatku mogę płacić kwartalnie.
Tkwię w stuporze i nie wiem co dalej.
Bo do 30 września muszę zapłacić za licencję do aktualnego programu.

99.2020

A to niespodzianka.
Jak wstaję o 6 to muszę zapalać światło, bo jest całkiem ciemno!
Basil szalał. Nie pobawiłam się z nim wczoraj i to efekty – miał nadmiar energii, którą musiał jakoś spożytkować. Najpierw wieczorem walczyłam z nim prawie do północy aż wreszcie zamknęłam go samego w pokoju-gabinecie. Otworzyłam mu około 3, żeby mógł przyjść i się przytulić, ale nie zauważył chyba.
Wstał jak eM się szykował do pracy (tak zgaduję). eM wyszedł a młody dawaj budzić mamusię…
To wstałam, nauczona doświadczeniem. Jakbym przysnęła to o siódmej byłabym nieprzytomna. No i co to za spanie jak robisz za zwierzynę łowną.
Tosia się ewakuowała na kanapkę w gabinecie – żeby w spokoju dospać. Smarkacz na szczęście czuje przed psem jakiś respekt i nie poluje na Tosię. Czasem się razem bawią…zwłaszcza jak Basil stoi na tyle wysoko, że jest poziomie tosinej mordki. Ona go przewraca nosem, oj ją smyra łapkami po nosie.
Szkodnik mi notorycznie przegryza nitki w robótkach. Nitkę się zwiąże, ale boje się, żeby nie połknął kawałka bo słyszałam horrory o nitce zawiniętej wokół jelita.
Siedzę teraz na fotelu, nogi po turecku zwinięte (chłodno w stopy), Basil na kolanie, do góry łapami. Chyba mu wygodnie?
Wczoraj na facebooku u Waterloo przeczytałam, że jej pies się posikał ze strachu jak ona zjeżdżając po schodach omal niechcący nie kopnęła psa.
I nie daje mi to spokoju. Co ten pies musiał przeżyć, żeby mieć takie reakcje mimo kilku lat w bardzo dobrym domu? Kim trzeba być, by tak skrzywdzić inną istotę? Nie ma znaczenia, że zwierzę. Nie jestem wierząca, ale chciałabym wierzyć, że w piekle jest specjalne miejsce dla ludzi znęcających się nad zwierzętami i dziećmi.