Moja mama mawiała, że pan Bóg jak chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera.
No to mnie wczoraj ukarał: zeżarłam 4 deseczki (chlebek Vasa) żytnie z miodem i twarogiem + 2 kromki chleba zwykłego z tym samym.
Wieczorem zasnęłam, bo padnięta byłam jak koń po westernie, ale o 2:15 obudził mnie kamień w żołądku… Tośka dyszała, zatkał mi się nos, a gazeciarz napieprzał drzwiami i Tośka uznała, że musi go obszczekać (uuu, będą kwasy i liścik od sąsiadki?)
W sumie to nie wina gazeciarza, że drzwi piwniczne oraz te od wejścia na klatkę są cieżkie, na sprężynie i nie da się ich zamknąć cicho.
No ale się wybudziłam.
Cukru nie sprawdzam na wszelki wypadek.
Ostatnie dni jechałam na kapuście, pieczonym kurczaku i czekoladzie.
Co za sadysta wymyślił, żeby deklaracje roczne składać do końca kwietnia a 12 dni później raporty z pierwszego kwartału?
I co z tego, że proszę wszystkich o wysyłanie dokumentów co miesiąc jak kończy się tak, że i tak najwięcej pracy zostaje na ostatnie dwa tygodnie.
Jednemu gościowi odesłałam wyciąg z banku z zaznaczonymi pozycjami, które mam, bo więcej nie było … Uzupełniał na trzy raty, a na koniec i tak jeszcze dzwoniłam, bo nie było wszystkich wpłat opisanych.
A i Tosia uznała, że czas przed 12 maja to doskonały czas na stresowanie matki i znowu było dreptanie i dyszenie. Tym razem trzy dni z rzędu, więc musiałam znaleźć czas na veta. Oraz kasę.
W badaniu manualnym nic nie wyszło, no – jeden węzeł chłonny lekko powiększony. W krwi jeden czynnik (ALP czy takie coś) wywalony w kosmos, reszta okej. Umówiłam się, że za dwa tygodnie sprawdzimy ponownie, a jak nadal będzie kosmos to czeka panienkę prześwietlenie.
Moja karta bankowa już się poci.
Posiadanie psa to przede wszystkim koszty, zwłaszcza jak się ma takiego chorowitka. Choć Tosia, jak na Berna, to i tak ma mało problemów.
Ale było kilka dni trudnych, bo spała głównie i prawie nie jadła.
Ale wczoraj PYK i pożarła michę żarcia i żebrała o wszystko co jadłam. Oraz szczekała i psociła… Czyli odżyła. Znaczy: coś jej było, ale przeszło.
A ja około 10-12 raportów zrobiłam z sufitu. Bo nie było opcji, żeby zrobić jak trzeba. Trochę z mojej winy, trochę z winy spóźnialskich, trochę po prostu różne okoliczności.
Autoryzowany rewizor się wczoraj odezwał, bo w jednej spółce mają obowiązek takowego posiadać. Miesiąc temu wysłałam wszystko: licencję do programu, integrację z ich systemem oraz pliki z cyfrowym zapisem księgowości. Czyli 3 różne, żądane przez nich, sposoby dostępu do księgowości. Nadmieniam, że za dodatkową licencję oraz integrację musiałam dopłacić, niby nie jest to jakoś wiele, ale te 500 wolałabym dać np. Zuzi …
Dostęp do programu był na miesiąc i właśnie się skończył. Integracja jest na czas nieograniczony, ale kosztuje mnie 250kr co miesiąc, więc chciałam po badaniu bilansu to zamknąć. A ten mi pisze: „czy mogłabyś wysłać raz jeszcze, bo koleżanka mi przesłała, ale plik jest pusty, a ja się właśnie do tego zabieram”. I tak. Napisał to wczoraj z rana. DWUNASTEGO! Bo przecież 12 to każdy już jest wyrobiony, nie?
A ja teraz zapłacę za kolejny miesiąc. Noż…
Oni biorą dwu-trzykrotność mojej stawki godzinowej to dla nich 500kr nie ma znaczenia. A dla mnie to pół paczki Tosinej karmy.
A żeby było jeszcze fajniej to oni zawsze mają pytania i żądania dosłania dokumentów, uzupełnień. Ciekawe jak im to zrobię jak dwa dni najbliższe mam zapełnione po uszy, a w piątek wyjeżdżam.
Nienawidzę badania bilansu i biegłych… Książęta psia mać – rzuć wszystko i rób. Nie masz czasu? O, sorry, ale wiesz, musisz…
No ale wracam do żywych. Rzuciłam okiem na zaprzyjaźnione blogi, nie nadrobiłam wszystkiego, bo jeszcze nie mam kiedy.
Teatru, chciałam napisać komcia, ale na googlu mi zawsze wycina jakieś numery i nigdy nie wiem czy nie zamieszcza bo nie, czy nie zamieszcza bo czeka na moderację i nie mam cierpliwości. Chyba ci zacznę maile posyłać, zamiast komentarzy 😀