128.

Zatem mamy kolejną polską noblistkę w dziedzinie literatury.
Oczywiście bardzo się cieszę, bo ja się zawsze cieszę jak Polacy zyskują uznanie w świecie, zwłaszcza ci, nielubiani przez nową władzę.
Znam tylko dwie książki laureatki: Prawiek… oraz Prowadź swój pług…
„Prawiek” wydała mi się taka sobie, ale „Prowadź swój pług” była przejmująca i bardzo mnie wciągnęła. Film też widziałam, ale już po przeczytaniu książki i też był niezły.
Próbowałam czytać Biegunów, ale mnie nie porwała, a wręcz znudziła konwencja. Miałam wrażenie, że spotykam ludzi i ich historie w podróży, historie bez początku i końca, bez kontekstu nawet. A ja lubię znać całą opowieść. Teraz przyszło mi do głowy, że może ten kalejdoskop do czegoś służy i może coś z niego wynika na końcu. Więc może dam Biegunom kolejną szansę.
Ale nie umniejszając talentu pani Olgi nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Nobel dla niej jest podyktowany polityką. Na pohybel władzy, której nie lubią w Europie. A PiS nie kocha Olgi zwłaszcza za atak na odwieczną polską tradycję myślistwa i przedstawienie myśliwych dokładnie tak, jak wyglądają w oczach małych społeczności.
Szkoda, że komitet noblowski upolitycznia tę nagrodę. Nobel jest wszak gwiazdą wśród wszystkich nagród i to powinna być nagroda przyznawana za WYŁĄCZNIE literaturę. Od polityki jest Pokojowa Nagroda Nobla.
No, ale to moje zdanie i nie ma obowiązku się z nim nie zgadzać 😉

127. Stora Stenbrott czyli Wielki Kamieniołom

Wielki Kamieniołom na zboczu Kinnekulle to 40metrowe wyrobisko skąd wydobywano wapień. Wiek skał najniżej położonych oszacowano na 400 milionów lat. W skałach można znaleźć skamieliny dawno wymarłych zwierząt – ośmiornic i skorupiaków żyjących w morzu przed 400 milionami lat.
Skały są wyraźnie warstwowe, różnokolorowe. Są szare, zielone lub czerwonobrązowe.
Najniżej leżący kamień był użytkowany do wyrobu cementu i wypalania wapna. Górny, zazwyczaj czerwony, wykorzystywano jako budulec.
Po zakończeniu wydobywania kamienia oraz produkcji cementu na dnie wyrobiska utworzono staw, który zbiera wodę i dostarcza ją dla pobliskich łąk zwanych Mnisie Łąki.
Staw jest sztucznie zarybiany i można tam łowić pstrągi oraz łososie po wniesieniu opłaty.

Źródło:
https://www.vastsverige.com/lackokinnekulle/produkter/stora-stenbrottet/

Stenbrott jest dość częstym miejscem naszych spacerów, w suche dni.
Nie tylko naszym, niestety. Jest tam niemal zawsze sporo ludzi, którzy wędkują, grilują lub zwyczajnie kamperują. Miejsca jest dużo i łatwo się tam schować w ustronnym, zacisznym kąciku. Niestety – coraz częściej na stawem walają się śmieci, a swojska „k…wa” fruwa w powietrzu jak ptaszek.
Mimo to lubimy to miejsce, bo …coś w sobie ma.

Ta woda w górnej części zdjęcia to Wener
Zwykle parkujemy na górze, potem idziemy tą ścieżką w dół, robimy skręt w prawo i idziemy tym terenem po prawej.
Potem trafiamy w księżycowy krajobraz
Podziwiamy naturę
i schodzimy ścieżką w dół, nad staw.
Teraz idziemy dołem, brzegiem stawu przez chwilkę
a potem znów na górę.
I zatoczyliśmy koło.
Tosia jak zwykle z nami.

Takie spokojne obejście terenu dookoła zajmuje nam około godzinki z przystankami na zdjęcia czy na pozwolenie psu na ostrożne zejście do wody. Ostrożne, bo dno niemal natychmiast się urywa. Nie mam pojęcia ile metrów głębokości w najniższym miejscu, ale na pewno więcej niż 2.
Staw ma kolor szmaragdowy a zimą pokrywa go bardzo gruby lód, który też ma niezwykły kolor.

126

No tak zimnego piździelnika października to ja tutaj nie pamiętam.
W nocy spada co najmniej do zera, choć dzisiaj było na pewno poniżej zera, bo wszystko dookoła białe. W dzień, mimo, że słońce nie jest o wiele lepiej. Temperatura niska – 6stopni w mieście, za miastem na Kinnekule (tam zawsze jest zimniej) 3-4. Ale wieje z północnego wschodu lodowatym wiatrem, więc odczuwalna jest jeszcze niższa choć wiatr nie taki mocny. Tutaj potrafi naprawdę wiać.
Żółto jest wszędzie i coraz więcej łysych drzew w mieście.
Udało mi się w piątek i sobotę przespać noc całą, więc o 5:30 byłam już wypoczęta. Siadłam do roboty – zrobiłam więcej niż w inne dni.
Co za cholera nie daje spać?
Mam nad głową półkę. Znaczy nad łóżkiem. Na tej półce lampka, kwiatek z gatunku tych co dobre w sypialni, tam odkładam książkę którą czytam przed snem, tam oba czytniki tam zwykle leżą, poza tym leżą tam leki, które biorę każdego dnia, jakiś żel na obolałe stawy…No, takie rzeczy, które potrzebne są każdego dnia, ale nie mogą leżeć na stoliczku, w zasięgu Tośkowej paszczy. Tośka niszcząca nie jest, ale jak idę do sklepu i wracam po całym życiu 10minutach to Tosia się cieszy okropnie i przynosi mi prezenty. Zazwyczaj są to: jeden kapeć, ukradziona z kosza na pranie część garderoby, chusteczki higieniczne, ścierka do okularów oraz wszystko co znajdzie a co da radę wziąć do paszczy.
Poza tym Tosia uwielbia gryźć plastik, zwłaszcza który czymś interesującym pachnie. Moja pomadka do ust jest NIAM-NIAM! Nie zliczę ile mi już rąbnęła … No. To dlatego wiele rzeczy ląduje na półce.
Kiedyś jeszcze leżał tam tablet. Bo czasem w łóżku gram w karty, albo z kimś gadam. Ale w Poznaniu, gdy którejś nocy NIE nawiedził mnie znajomy ból głowy, zastanowiłam się co było inaczej…I odkryłam, że tablet leżał daleko od łóżka. Następnego wieczoru znów odłożyłam go daleko. I ból głowy nie wrócił.
Od tamtej pory tablet leży w „gabinecie”. A ból głowy, ten specjalny, umiejscowiony w jednym punkcie – nie wraca. Może przypadek. A może jakiś pole magnetyczne albo co…
No więc zastanawiam się czy owa półka mi nie szkodzi na sen.
Hm…
A resztę to opowiem pismem obrazkowym.
Bo byliśmy w sąsiednim miasteczku na festiwalu światła. Mimo szeroko zakrojonej akcji informacyjno-werbującej pojechaliśmy we dwoje. Co z tymi ludźmi jest nie tak? Każdy mówi, że chętnie wyjdzie z domu, ale jak zapraszamy…to zawsze coś. Nie-to-nie.
Było zimno jak nigdy!
I fajnie jak zawsze 😀
O:

Były smoki,
Czarownice w lesie duchów…
Był namiot z muzyką celtycką…szkoda, że nie mieliśmy w planach zostania dłużej
No i były kolorowe światła rozmieszczone malowniczo nad rzeką Nossan.
A zmrok i światło …
oraz sztuczna mgła dają naprawdę fajne efekty.

125

Kiepskie spanie….jeszcze gorsze wstawanie.

Październik przyszedł z przytupem. Wczoraj rano były tylko 4stopnie. I wiało…a to niespodzianka. Fakt, że ładnie było, zwłaszcza rano, przed ósmą, gdy słońce jeszcze nisko. Taka – fotograficzna pogoda.

Byłam u Gulsum. Kiedyś, dawno temu, w czasach gdy chodziłyśmy na SFI (Svenska för invandrare) bylyśmy bardzo zżyte, choć ona młodsza i mogłaby w sumie być moją córką. Ale wiadomo, że jak coś iskrzy to wiek nie ma znaczenia.
Potem się nam kontakty rozlazły. Bo ja walczyłam z depresją i nie miałam siły wychodzić z domu i odwoływałam kolejne spotkania, a ona w międzyczasie urodziła dwójkę dzieci, a to też nie ułatwiało uprawiania życia towarzyskiego. Jej starsze dziecko było dzieckiem wymagającym co znaczy, że w zasadzie cały czas żądała matczynej uwagi. Weź tu porozmawiaj jak dzieciak co sekunda wyje…
Mąż G, wychowany w bułgarsko-tureckiej rodzinie jakoś nie widział powodu by nadmiernie się angażować w wychowanie dzieci. I tak dobrze, bo chłopak jest zapobiegliwy i nawet w Szwecji umiał zawsze znaleźć okazję do dodatkowego zarobku dzięki czemu szybko kupili mieszkanie w centrum miasta.
Mimo to G narzekała, bo zmęczona dzieckiem które miała przez 24/24 na dobę a chłop zostawiona z dzieciakiem na 30minut nie wiedział co z ryczącym począć.
Jak chodziła w ciąży z drugim dzieckiem to już nie byłyśmy tak blisko, ale któregoś razu miałam chęć tego jej chłopa złapać za czuprynę.
Bo taka sytuacja: w przysklepowej restauracji on i jego kolega czy kuzyn siedzą sobie za stolikiem. A ona, z brzuchem pod nosem goni za zwiewającą córką. On jak mnie zobaczył to się rozpromienił, bo generalnie to miły człowiek jest. Ale ja tylko warknęłam, że dlaczego to ona gania za dzieciakiem, to ona powinna siedzieć spokojnie. On się tylko rozpromienił jeszcze bardziej i mówi, że on przyzwyczajona.
eM mnie odciągnął mrucząc, żebym się nie wtrącała.
No, ale od tamtej pory minęło ponad cztery lata.
G zrobiła dwuletnią szkołę i została undersköterska ( czyli coś pomiędzy pomocą pielęgniarki a siostrą PCK). Szkoła wcale nie jest banalna, obejmuje całkiem poważne szkolenie medyczne, myślę, że podobne do tego jakie były w liceach pielęgniarskich. Bo osoby po tej szkole ida do pracy w różnych placówkach. Oczywiście największa część ląduje w tzw opiece domowej czyli zajmuje się osobami starszymi w ich domach – pomagają w codziennych czynnościach takich jak sprzątanie czy higiena osobista, pilnują brania leków, monitorują stan zdrowia, ale nie tylko do tego przygotowuje szkoła. Pracuje się w przychodniach, w szpitalach, w domach opieki różnej maści. Rynek jest ogromny i nadal wchłania każdego, kto tylko chce tak pracować.
G zrobiła więc tę szkołę i zaczęła pracować. I wtedy sytuacja zmusiła ją by wreszcie zostawiła dzieci pod opieką męża. Bo do tej pory namawiana by choć raz na miesiąc zostawiła dzieci mężowi a sama wyszła choćby i na półgodzinny spacer broniła się zaciekle mówiąc, że on sobie nie poradzi.
Jak przyszło co do czego to się okazało, że dzieci potrafiły bez szkody na zdrowiu przeżyć dzień pod opieką ojca.
No i niedawno wpadłyśmy z G na siebie, umawiałyśmy się długo na kolejne spotkanie, bo ciągle coś. W końcu spotkałyśmy się latem. G miała wolny dzień, dzieci miały zostać z ojcem. W ostatniej chwili okazało się, że mąż G, kierowca ciężarówki, wrócił późno, a wieczorem znowu ma jechać więc G zabrała dzieci ze sobą.
Oczywiście dzieci jak dzieci: mamo a on mnie małpuje, mamo a ona na mnie oddycha, a to ona zaczął, a to ona zaczęła!
Nie spotkałyśmy się wtedy w domu, bo u mnie Tosia, która poczciwości pies jest i bardzo by chciała się do dzieci przytulać, ale większość dzieci się jej panicznie boi z powodu gabarytów. A u niej wiadomo: mąż po nocnej zmianie.
Posiedziałyśmy wtedy w Espresso House – jedyna kawiarnia w mieście gdzie dają dobrą, różnorodną kawę i ciasto inne niż szwedzkie morotkaka (ciasto marchewkowe).
No a teraz G zaprosiła mnie do siebie. Miałyśmy się zobaczyć tydzień wcześniej, ale znowu dzieci…Tym razem mała zbiła sobie paluch, był rentgen i ganianie po lekarzach.
Wczoraj poszłam. Mąż G był w domu, bo on zwyczajowo pracuje już teraz nocami – co się dobrze składa, bo jak ona ma zmianę popołudniowa to dzieciaki zostają z ojcem, aż ona nie wróci.
Gadało się nam dobrze, tylko mi się szwedzki zacina, bo mówionego używam rzadko. G nadal jest pełna ciepła, lekko naiwna (już jej pewnie tak zostanie), wierząca w cuda i ogólnie pojętego Boga. Ach, noe tak. Bo G to w zasadzie muzułmanka. Mówię w zasadzie, bo z niej taka muzułmanka jak z większości Polaków – katolicy. Chustki nie nosi i nigdy nie nosiła, nie obchodzi ramadanu, na Boże Narodzenia stawia dzieciom choinkę a mięso ja takie, jakie spodoba jej się w sklepie. (Nie, przepraszam – jednak porównywanie G do polskiego katolika jest obraźliwe dla G). G jest pełna tolerancji, stara się zrozumieć każdego człowieka, choć jej rodacy (i Bułagarzy i Turcy) potrafią ją wzburzyć, ale jednak z nimi przestaje najczęściej, choć sądzę, że to nie do końca jest jej wybór. Tak samo jak nie do końca moim wyborem jest, że moi najbliżsi znajomi w Szwecji to Polacy. Po prostu: Szwedzi nie są skłonni do integracji z „obcymi”. Bywają życzliwi, pomocni, ale trzymają dystans i nie chcą się spotykać, kolegować, odwiedzać i kawkować wspólnie. Tak mają. Dlatego szwedzkie multi-kulti jest raczej pobożnym życzeniem.
Bo jak mówi Yankie: każdy w Szwecji ma prawo ubiegać się o każdą pracę byleby była zgodna z jego wykształceniem (a małym drukiem: bylebyś nazywał się, wyglądał i mówił jak rodowity Szwed).

A my umówiłyśmy się na kolejne spotkanie. Zobaczymy co znowu jej dzieci wymyślą by nam to uniemożliwić.

124

Miała być wycieczka z Adamem i jego dziewczyną, no ale się porobiło u nich i w efekcie pojechaliśmy we dwoje + Tosia.
Trollhättan leży dość blisko nas. Miasto jak miasto …
„co dzień kino, co pół roku cyrk”.
Tuż za Trollhättan, na północy, z Wener wypływa Göta (wymawia się Jeta) – krótka, ale potężna rzeka. Göta ma tylko 93km długości, przepływa przez Trollhättan, Kungälv, Göteborg i wpada do Kattegat.
Jest rzeką wykorzystywaną do żeglugi oraz produkcji energii elektrycznej.
Co ciekawe: Szwedzi mają różne określenia na rzeki.
Jest älv albo flod -wielka rzeka, najczęściej płynąca z gór, wpadająca do morza. Sądzę, że np. Wisła mogłaby być älv.
Jest też å – rzeka mniejsza, spokojniejsza – Łyna na bank by była å.
Ale – może być i tak:
– Ci ludzie w twoim mieście to dziwni są – powiedział Szwed.
– Dlaczego?
– Oni myślą, że wszystko wiedzą lepiej, że są lepsi od reszty.
– … (zachowuję swe opinie o mentalności bonde w moim miasteczku dla siebie)… Taaak?
– Patrz. Lidan jest długi, nie? Płynie przez kilka komun. I wszędzie mówi się, że to jest å. Ale jak wpływa do Mieściny to od razu mówi się, że jest älv! Ale jaka älv?! To normalna å jest! Älv to jest Göta!

No. 11 lat tu mieszkam i nie wiedziałam. Nawiasem mówiąc Lidan jest też długi na 93km.
Ale wracajmy do naszej Goty (już bez szwedzkich znaków, dobrze?).
Jest to potężna rzeka, płynie przez Trollhattan kilkoma ramionami i tam jest jedna z potężniejszych chyba zapór i elektrowni na tej rzece. W każdym razie to ta zapora służy do regulacji poziomu wody i w Wener i w Gotcie. Spektakularne jest codzienne spuszczanie nadmiaru wody, zwłaszcza w sezonie letnim. W ciągu kilkunastu sekund zapora kilkoma kanałami wypuszcza potężne ilości wody do niemal pustego, skalistego koryta wypełniając je w całości. Strona internetowa podaje, że z każdego spustu wypada około 300 tysięcy litrów wody na sekundę. To zjawisko zawsze gromadzi sporą widownię na moście Oskara ponad zaporą. Przyznam, że choć widziałam to wiele razy, zawsze oglądam z zainteresowaniem i pewną dozą lękliwego szacunku dla potęgi natury.
Teraz, jesienią wypuszczanie wody nie odbywa się tak widowisko i nie tak regularnie, zresztą w jednym miejscu widzieliśmy paletę z cementem, drabinki i bramki, więc zapewne trwają prace konserwacyjne.
Powyżej zapór i elektrowni wznosi się góra której krawędzią biegnie ścieżka turystyczna zabezpieczona solidnym płotem. W niektórych miejscach do zbocza przymocowane są metalowe kładki – balkony skąd bez przeszkód można oglądać rzekę, koryto, mury starych i nowych budynków.
My wczoraj poszliśmy dalej niż zwykle – oczywiście zdążyliśmy się pokłócić o kierunek po drodze. W efekcie zrobiliśmy sobie spacerek siedmiokilometrowy. Z czego kilka razy było trzeba zejść w dół lub wejść na górę po schodach na wysokość pięter.
Moje kolana oraz mój krzyż mszczą się dziś na mnie.
Ale jaki tam były widoki..!

No to start
Most nad zaporami. Widzicie Wikinga?
Wiking
Puste koryto a w dali Oskarsbron
Tak wysoko jesteśmy, że owe słupy i wieże wodne mamy na wysokości wzroku
Tę brzozę, w suchym teraz korycie zawsze podziwiamy, bo każdego dnia opiera się tonom wody
Wędkarz ma na sobie kamizelkę ratunkową. Bardzo rozsądnie.
Znowu puste koryto i mury starych budynków, dziś są systematycznie zalewane.
Rzut oka z góry raz jeszcze
i na brzegu. Taka spokojna, łagodna rzeka zdawałoby się
I „zielony mosteczek uginasie” 😀

123. Tylko zdjęcia

Poznań wczesnym rankiem
Z Poznania – plakat miał inna wymowę, ale dla mnie to prawdziwy obraz religii. Każdej religii.
Brama Brandenburska Berlin
Berlin – zrujnowany kościół Pomnik-Symbol
Zozo fika koziołki w parku
W Szwecji, w Gotlandii Zachodniej, w dawnym powiecie Skaraborg już jesień na całego
No, jesień w mieście
… i za miastem też

122.

Wszyscy się teraz chwalą kiszonkami, dajcie spokój, gdzie człek nie spojrzy tam słoje z różnościami.
No to postanowiłam ukisić coś i ja. Tylko nie wiem co i ile bo nie wiem czy lubię.
Pomyślałam, że na początek wrzucę brukselkę, kalafiora i buraka.
Brukselkę lubię, kalafiora tez. Buraków nie bardzo, ale bardzo chcę się do nich przekonać bo to samo dobro jest podobno i warto spożywać, zwłaszcza jak się mięso omija wielkim łukiem, a i ze strączkami się zawarło pakt o nieagresji.
Poza tym podobno barszcz wigilijny na kiszonych burakach to coś całkiem innego niż z buraków świeżych.
Zrobię mało, bo jak wywalę to bez żalu, że jedzenie marnuję.

Poza tym to nic.
Siąpi, leje na zmianę, czasem strzeli słońcem na chwilę. Ale w dzień słupek „rtęci” sięga 14-15 stopni oraz wieje słabo, to mnie to jakoś godzi z jesienią.
Za tydzień startuje festiwal światła w sąsiedniej gminie.
Znalazłam ebooka na yt co mi się podoba więc słucham, „drutuję” lniany sweterek-narzutkę na przyszłe lato, i dałam se na luz z filmami.

Zozo była we czwartek, znów robiłyśmy zdjęcia, bo wyjątkowo ciepło i słonecznie było. Mama kupiła Zozo ciemne dżinsy ogrodniczki. W połączeniu z czarną bluzką i włosami zebranymi w węzeł na czubku głowy Zozo nagle stała się taka „dorosła”. Na szczęście za chwilę włożyła czerwoną bluzę w serduszka, rozpuściła włosy i znów była babciną malutką wnuczusią. Ale kurde rośnie coraz szybciej. I coraz fajniej nam się gada.

I tyle.

121

Wróciłam w nocy z poniedziałku na wtorek. Tosia omal domu nie rozsadziła z radości. Popiskiwała cicho, zabrałam ją do swojego pokoju, wskoczyła na łóżko i nie dawała mi odejść ani na chwilę.
Myślałam, że wejdzie ze mną nawet pod prysznic.
Ale jeszcze zaliczyliśmy Berlin w pigułce. Szwed kupił nam takie bilety na autobus „hop in-hop out”- fajna sprawa jak ma się tylko kilka godzin. Wsiadasz na dowolnym przystanku, na dowolnym wysiadasz a jak się już naoglądasz wskakujesz do następnego autobusu.
W autobusie dostajesz darmowe słuchawki, podpinasz je do portu i wybierasz język – i masz wycieczkę z przewodnikiem po polsku. Ciekawe.
Moja przewodniczka mówiła „czydzieści czy”.
Patrzyłam na Berlin, myślałam „oto miasto, które przetrwało szaleńca”. Na zgliszczach powstały nowe budowle, ulice zapełniły się tłumami ludzi, w dodatku ludzi ewidentnie nie ras nordyckich. Tak Berlin zrobił gest Kozakiewicza w kierunku Hitlera i jego obłąkanych idei.
Nie jest ładny. Nie w sensie jaki zwykle mnie (nas?) zachwyca. Ale chyba mogłabym tam mieszkać. Pełno tam zieleni i łączenia starego z nowym.
Brama Brandenburska nie zrobiła wrażenia.
Kawałek muru nieopodal Charlie Point – ogromne.
Zjedliśmy jeszcze lunch koło Reichstagu. Szwed jakieś piwo i frytki, ja kartofel souppe. Była pyszna, wciągnęłam nawet pływającą w zupie smażoną kiełbaskę. Co zemściło się potworną zgagą.
Tak właśnie podejrzewam, że mięso może być jednym z czynników wywołującym zgagę. Dobrze, że na co dzień go nie jem.
A teraz się jakoś usiłuję ogarnąć.
Kręcę się jak bąk. Piorę, sprzątam. Myślę: jakim cudem w ciągu niespełna tygodnia dwóch facetów jest w stanie tak uświnić chałupę? Co by było jakbym wyjechała na dłużej?
Zozo była po południu we wtorek z mamą. Przykleiła się do mnie i tkwiła bez ruchu. A ja do niej. Przytulam ją i coś mi w środku mięknie i się otwiera. Kocham ją każdego dnia jeszcze bardziej.
Zobaczyła swoje ostatnie zdjęcie na tapecie komputera. Ucieszyła się. Wtedy jej pokazałam to, na telefonie.
– Wszędzie mnie masz! – ucieszyła się.
– No pewnie, bo to najpiękniejszy widok na świecie!
– Mówisz jak Mel.
Mel mówi jej, że jest najpiękniejsza na świecie! Czy to dobrze? Chyba…dobrze? Nareszcie ktoś, nie babcia i nie mama, mówi jej, że jest piękna. Mam nadzieję, że Mel jest mądry i wie, że nie tylko uroda i urok osobisty potrzebują doceniania. Mel JEST mądry.
Ale coś mnie niepokoi. I nie jest to jego choroba. Bardziej – to jego ogromne przywiązanie do Zozo. On mówi „trudno jej nie kochać”. A ja się boję czy ich związek nie jest zbyt intensywny, bo to nie jej tata, a co jeśli kiedyś zniknie, zrani ją…? Oooo…moja wyobraźnia nie zna ograniczeń, rysuje coraz to potworniejsze scenki jeśli jej tylko pozwolę. Nie pozwalam.
Czy dziś jest czwartek? Pogubiły mi się dni tygodnia…
Jeśli czwartek to zabieram Zozo na lekcję pianina. A wieczorem fotoklub. Idziemy do starej wieży ciśnień. Mogłaby pogoda być uprzejmą i dać trochę słońca… Od sierpnia jest prawie cały czas szaro i zimno. Temperatury poniżej 15 stopni! Wyciągnęłam puchową kurtkę, tę którą zwykle wyciągam około połowy piździelnika października.
W niedzielę jesteśmy umówieni z Adasiem, ale najchętniej nigdzie bym nie jeździła tylko posiedziała w chałupie, pogadała na spokojnie. Pobyła. Ta pogoda nie zachęca do wycieczek.
Muszę umówić się na wizytę u sjukgymnast w sprawie głowy.
Oraz dostałam zaproszenie na tomografię w połowie października.
…a głowa odpuściła…

120

No to dzis juz nie jedziemy na targi. Szwed uznal ze dwa dni by w sumie wystarczyły. Ale wczoraj mial jeszcze doejchac Pan W. Dojechal. Pogadac zbyt wiele nie moglismy bo wciaz ktos go zagadywal ale jednak, w sumie nasza wspolpraca sie raczej konczy bo to, co od nich Szwed bierze podlega pod inna kategorie i bedziemy wspolpracowac z kims innym. Pan W przy pozeganiu wydawal sie z lekka poruszony…Mam wrazenie ze ma do nas, do Szweda i mnie jakis sentyment, zeby nie rzec, ze feblik…do mnie. Cos tam iskrzy miedzy nami, ale zbyt wiele nas rozni by cokolwiek mialo z tego byc. Obserwuje to lekko z boku i usmieszkiem.Ale przynajmniej wspolpraca sie dobrze ukladala. Z panem Markiem nie wiem jak bedzie ale moze i lepeij? Pan M jest milkliwy ale jak się odzywa to mowi. Konkret. Lubie tak. Nie darmo moja firma takie nosi miano. Najgorzej jak ktos mowi duzo ale co mowi to nie powie…Trfilismy jednego takiego goscia.Po minucie chcialam uciekac ale Szwed mial whisky w szklance.,.Nabijal sie potem ze mnie, ze spokojnie do gadatliwego nie pójdziemy.No co ja zrobie ze facet byl tak pelen zapalu ze nie sluchal ani pytan ani odpowiedzi. Raz spotkalam goscia o ktorym wiedzialam ze jest pod wplywem amfy i tez sie tak zachowywal.

Wrocilismy do Poznania, poszli zjesc bo szwed jeczal ze chce wolowine. Co jest ze w okolicznych knajpach zjesz cuda a porzadnego obiadu z kartoflami, miesem i surówką nie dostaniesz? Restauracje maja dziwne nazwy i jeszcz dziwniejsze menu. Juz nie mowiac o nazwach tych potraw. Wszystko ma byc takie…cool? A gdzie oferta dla zwyklych ludzi w srednim wieku?Na przedmiesciach?

I jeszcze w wiekszosci miejsc obsluga jest naburmuszona i przymuje poze „nie marudz, ciesz sie, ze w ogole chcemy cie obsluzyc”. Nie, nie mowie,ze wszedzie ale w wielu miejscach. Np w pierogarni Pierozak. Nawet te pierogi, choc dobre, smakowaly mi jakos tak, bo mialam wrazenie ze ktos jest na mnie ciezko obrazony. Naprawde _ przez dluzsza chwile analizowalam co ja takiego zrobilam..!

W kilku miejscach widzialam kartki o poszukiwaniu pracownikow. Podobno bezrobocie jest zerowe w tej chwili. I rzad sie tym chlubi. No ba…po co pracowac jak wystarczy naklepac dzieci i zyc z tego jak paczek w masle. Ludzie na targach robili dosc pesymistyczne prognozy, bo po wyborach jak pojda w gore place minimalne to koszt robocizny tez wzrosnie a to sprawi ze wyroby z Przestana byc konkurencyjne. Taaa…szwedzki bonde bedzie kombinowal eeee tyle samo kosztuje i z Polski?! To wole szwedzkie – nawet jesli jakosc szwedzkiego lezy i kwiczy.

Siedzac na obiedzie ze Szwedem posluchalam co on mowi….No, jesli wiekoszosc Szwedow tak mysli jak on to ciemnogrod ma sie dobrze. A ja i inni „obcy” bedziemy zawsze obywatelami 2 kategorii bo w paszportach mamy miejsce urodzenia poza Szwecja. Zadziwiajace jest to, ze Szwed gadal do mnie calkiem bezrefleksyjnie – nie zastanawiajac sie, ze w sumie mowi tez o mnie. Z tego co gadal wylazl z niego taki typowy szwedzki nacjonalista. Tyle swiata zjezdzil tyle widzial ale najlepsze na swiecie jest szwedzkie. Kazy system, ktory nie chce dopasowac sie do szwedzkiego jest glupi. Ot taka drobnostka: Polacy zrobili urzadzenie, jedna czesc do niego jest dokrecana. Polacy wstawili typowa srube zeby czy w Polsce czy Afryce czy w Azji wystarczyl zwykly śrubokręt.Szwed sie piekli bo w ICH wyrobach jest sruba specjalna do ktorej sie robi specjalny klucz. I on chce zeby tak bylo. Bo on panisko chce chce kupic. …

Takie klimaty.

Dzis lazimy po Poznaniu a jutro Szwed chce zwiedac Berlin.Nie wiem jak on chce to zrobic z bagazem ale niech sie on o to martwi. Ja to bym juz najbardziej chciala byc w domu z Tosia.

119

Lądując w Berlinie mialam wrażenie że ląduję w największym mieście świata.Niebo utkane było chmurami i popołudniowym słońcem a daleko, daleko aż po horyzont ciągnęło się miasto. Bloki budowane w szergacg wydawaly się urwiskami nad przepasciami ulic. Potem samolot doknął ziemi… (ja przepraszam ale pisanie z polskimi znakami oraz przecinakmi na klawiaturze ekranowej przekracza granice mej cierpliwosci)

…dotknal ziemi i wrazenie zniklo. Tlum ludzie jazgot ogloszen warkot tysiaca aut…Zanalezlismy naszego busa, przy czym Szwed z uporem godnym maniaka namawial mnie by sie o busa spyatac w informacji.Ja – z doświadczenia wiedzac ze obsluga lotnika nie ma zielonego pojecia o busach przed lotniskiema zwlaszcza o busach linii prywatynych. Przytanki autobusowe byly oznakowane wolami ale ten uparcie nie chcial isc sprawdzic czy ten bus tam jest tylko ciagnal do informacji. Gdyby to byl moj chlop poslalabym go do diabla czyli do owej informacji a sama bym poszla za owymi znakami.No ale do busa dotarlismy w koncu i juz po 1.5 godziny mknelismy w kierunku Poznania.

Berlin z ziemi przypomina Warszawe. Stare i nowe sporo zieleni ruch jak niewiadomo co. Dotarlismy do Pznania bez przygod .( Naprawde? Ta watla rzeczulka o wielkosci Lyny to nasza rzeka graniczna?! Jestem rozczarowana.)

Mieszkanie w keminicy przypominajacej neapolitanska: klatka schodowa na zewnatrz. Podworze w ksztalcie studni sznur aut na ulicy pkd domem. Pokoj….No mogloby byc lepiej.Czystosc taka sobie. Brudne drzwi wejsciowe brzydki poczernialy silikon w kabinie sprana posciel okna z ktorego wialo w nocy tak ze ubieralam sie w skarpety. No ewidentnie lokum dla osob bardzo malo wymagajacych a wcale nie taki tani choc moze znaczenie ma okolica.

Po pierwszym dnniu targow jestem zaskoczona jak duzo sie nauczylam w ciagu minionych trzech lat! Patrze na ustrojstwa rozne i wiem co to jest oraz czy bedzie interesowalo Szweda. Nie, no jasne że nie znam wszystkiego ale wiele urzadzen znam. Znam tez slownictwo! Imo wiele latwiej mi sie tlumaczy.Nawet nie zauwazylam kiedy mi sie tak rozwinal jezyk. Cieszy. spotkalam kilka osob znanych z maili i telefonow.Dziwne tak polaczyc glos i czlowieka.

Padam. Wczoraj pomprzybyciu o 23 Szwedowi zachcialo sie szukac knajpy z jedzeniem. Na prozno tlumaczyalm ze o tej porze to moze dostac ew kanapke z chlodziarki.Wlazl do pobliskiej restauracji i choc piwo sobie kupil. Miałam chec mu owe piwo wylac na glowe. Dzis chyba zaspokoil swoj glod wrazen bo dal sie zamknac w pokoju.Ufff.