96.

Miałam pojechać na taki stary opuszczony cmentarz ze starym kościołem, ale zatrzymało mnie światło, więc zignorowałam nawigację, i skręciłam do naszego miejskiego gospodarstwa rolniczego.
To taka niby wiejska zagroda, położona pomiędzy starą wsią a nowym osiedlem domków jednorodzinnych, blisko żwirowni i klubu piłkarskiego.
Zapomniałam o tym miejscu…a raczej nie sądziłam, że jest tam coś na tyle ciekawego, by odwiedzać to miejsce częściej. Mój błąd.
Nowy, utwardzony parking a wprost z niego wejście do rozległego ogrodu. Ogrodu pełnego roślin przyjaznych owadom.

Niestety – dokładnie w chwili, gdy wysiadłam z auta wielka chmura zasłoniła słońce, światło szlag trafił, a pięć minut później zaczęło padać.
Najpierw myślałam, że jabłonka wystarczy mi za parasol, ale chwilę później musiałam się skryć w dawnej obórce, przerobionej teraz na second-hand sklepik.
Tkwiłam tam jakiś kwadrans.

Aplikacja pogodowa pokazywała mi jednak, że chmura z deszczem zaraz się rozpuści, więc cierpliwie czekałam.
A w sumie to fajnie było tak stać i patrzeć jak deszcz sobie pada. Krople szemrały, bębniły o poręcze i drewniane stoły, śpiewały w rynnach, szeleściły w liściach drzew. Na moich oczach świat dostawał blasku, bo deszcz spłukiwał wielodniowy kurz.
Pięknie było.
A potem deszcz powoli zaczął cichnąć, srebrzysta szarość zaczynała rzednąć. Jeszcze pokapywało, ale zobaczyłam jak na płot siada sroka i już wiedziałam, że można wyjść, bo deszcz sobie poszedł.
Poszłam oglądać jabłka. I nie tylko.

Tu już pan zaczął zamykać ogród, więc trzeba było iść precz.
To pojechałam dalej.

95

Wczoraj obudziłam się zła.


Zła, bo znowu źle spałam.
Najpierw o 20 nie mogłam utrzymać oczu otwartych. Ale gdy się położyłam, to ciągle miałam uczucie, że trwam z półśnie. Około północy poczułam, że głowa znowu boli. Wzięłam ibuprofen. Około trzeciej wybudził mnie zwykły ból w potylicy, punktowy, ostry, stopniowo rozlewający się na oczy a potem całą głowę. Ten, na który nie pomaga żadna tabletka. Trzeba wstać, usiąść, wypić kawę, odczekać godzinę – dwie. Minie.
Z braku innego zajęcia pracowałam. Gdy poczułam, że już nie boli – wróciłam do łóżka.
Obudziła mnie Tośka, dochodziła ósma.
Na ekranie powiadomienie o snapie od Zuzu: czy moge do ciebie dziś przyjść, plissss…
A ja byłam wściekła.
Nie zła, nie w sosie, nie smutna, nie zdołowana… WŚCIEKŁA aż mi się gotowało. Najchętniej nawrzeszczałabym na kogoś. Rozwaliła coś.
Bo jestem zmęczona. Jestem ciągle zmęczona. Nie mam siły na nic. Najchętniej leżałabym i patrzyła w sufit. Albo oglądała mało wymagające seriale i dłubała proste rzeczy na drutach. I żeby nikt ode mnie nic nie chciał. Ani mąż, ani dzieci, ani przyjaciele, ani kot, ani nawet Zuzu czy Tośka…
DAJCIE MI WSZYSCY ŚWIĘTY SPOKÓJ!!!
Dźwięk telefonu mnie wkurwia!
Dźwięk smsa też. Jeszcze bardziej chyba.
Na widok ikonki, że mail przyszedł mam ochotę rzucić telefonem o ścianę.
Na teksty o włączeniu kolejnych aplikacji-komunikatorów mam ochotę …gryźć… nie, mam ochotę rzucić się komuś do gardła i rozszarpać tętnicę.
Jestem zmęczona tym, że jestem zmęczona, bez życia, bez humoru, bez chęci na cokolwiek.
W dodatku ciągle mnie coś boli: głowa, biodro, kolano, stawy tu i tam…

Chciałam uciec, ale nie bardzo mam dokąd.
Jak by mi się teraz przydała jakaś mała stuga, w lesie, na odludziu, bez zasięgu…
Uciekłam w pracę. Wnuczce napisałam, że jestem z kimś umówiona. Męża ostrzegłam, że jestem wściekła, bez konkretnego powodu, więc niech najlepiej nie patrzy i nie oddycha w moją stronę.
Praca mi nie szła. To, co normalnie zrobiłabym w 1,5 godziny robiłam 3.

EM wziął Tośkę i pojechał do lasu, ale jeszcze przecież musiałam mu ją pomóc wpakować do samochodu, bo pies oczywiście na widok szelek w jego ręce natychmiast się schował pod moje biurko.
Noż kurwa! – skwitowałam. EM nabrał oddechu, ale skończył na mruknięciu. Na jego szczęście.
Pojechali.
Nadal tkwiłam przy biurku bo nie miałam pomysłu co innego ze sobą zrobić.
Cicho otworzyły się drzwi. I w progu stanęła Zuzu.
– Babciu, ja tylko na chwilkę… Bo Mel ma mnie zaraz do domu zabrać.
Przytuliłam dziecko. I zobaczyłam że ma strup na brodzie. No bo się wywróciła na rowerze… I uderzyła się głową, ale na szczęście miała kask. I wstała i pojechała do szkoły, choć nogi jej się całe trzęsły, że prawie nie mogła stać.
Przytuliłam ją znowu.
Usiadłyśmy w sypialni. Ona coś cichutko oglądała na tablecie.
Ja też, coś tam.
Zadzwonił jej telefon. Mel…
– Powiedz, że nie musi po ciebie przyjeżdżać. Ja cię odwiozę. Za jakieś dwie godzinki. Chyba, że nie chcesz?
Chciała.
Godzinę siedziała cichutko jak myszka. Potem zapytała czy mam kiszone ogórki. Miałam. I kabanosy też miałam.
Odwiozłam ją, ale nie wchodziłam. Przytuliłam tylko na podwórku.
Pojechałam nad jezioro. Potem do lasu. Wszędzie na chwilkę tylko.
Czy to nawrót depresji?
A może brak mikroelementów?
Może trzeba napisać do lekarza..?
Ale może najpierw popróbuję codziennie mutivitaminę brać. I wychodzić z domu choćby na chwilę, gdzieś do lasu, na pola, za miasto.

W nocy spałam…prawie dobrze. I po raz pierwszy od dawna obudziłam się i wstałam bo już nie chciało mi się leżeć.
Może to po prostu ten dziwny układ atmosferyczny.

94

Największą zmorą Zuzu jest matematyka. Bo na matematyce trzeba myśleć więcej niż na innych przedmiotach, a nasza Zuzu, choć oczywiście jest składowiskiem samych zalet, to wysiłku umysłowego nie lubi. Wszystko łapie w lot, sama z siebie, bez większego wysiłku, tylko ta matematyka.
Stałym dowcipem Misi i Mela jest wpuszczanie Zuzu w maliny, że niby ma mieć dodatkowe lekcje matematyki. Zuzu wtedy na sekunde ma ogromne oczy i milknie, nie wiadomo z przerażenia czy oburzenia.
Wczoraj Misia i Mel byli na spotkaniu w szkole. Rzecz sama w sobie niezwykła to to, że spotkanie było o godzinie 18. Oraz, że to była chyba taka normalna wywiadówka jaką znamy ze szkół polskich. Oraz, że BEZ Zuzu.
Nigdy czegoś takiego dotąd nie było.
Ale może to dlatego, że to ostatni rok w tej szkole. Od przyszłego roku moja wnuczka idzie do tak zwanej „szkoły wyższego stadium” czyli po polsku do gimnazjum.
Zuzu była ze mną.
Ja trochę pracowałam, potem się przytulałyśmy na moim łóżku i rozśmieszały nawzajem. Tośka się strasznie denerwowała i usiłowała wcisnąć swoją zaślinioną paszczę między nas. Mruczała, kłapała i łypała.
A gdy udawałam, że leję Zuzu po tyłku i na nią wrzeszczę…mój piesek kochany naszczekał na mnie! Czego dotąd nie było.
I właśnie odpaliłyśmy aplikację z naszą grą, gdy zadzwoniła Misia.
Że już wracają i niech się Zuzu zbiera.
No, a w szkole… Josefine powiedziała, że Zuzu potrzebuje dodatkowych lekcji matematyki. Zuza swoim zwyczajem zamilkła, ale nauczona doświadczeniem bardziej nie dowierzała, niż się oburzała. I słusznie, bo mama zaczęła się śmiać. A potem powiedziała, że wszystko jest bardzo dobrze, a pani powiedziała, że mają być z niej dumni, bo radzi sobie doskonale i w ogóle jest „duktig”.
(Dla niewiedzących: słowo DUKTIG w języku szwedzkim oznacza wszystko, co pozytywnego można powiedzieć o innym człowieku. W zależności od kontekstu może oznaczać i mądrość i pracowitość i wysokie kompetencje, to, że ktoś jest miły lub pomocny… Krótko mówiąc: absolutnie wszystko co najlepsze).
My oczywiście na co dzień uważamy, że nasza Zuzanka to samo najlepsze. Mimo to czasem zaskakuje nas tym, że jest tak dobrym obserwatorem, że ma tak dużą wiedzę, że jest tak bardzo odpowiedzialna i zorganizowana. Ma niesamowite, intuicyjne wręcz wyczucie rytmu i niezwykłą dla mnie koordynację ruchową. Ona zawsze, od najmłodszych lat, doskonale wiedziała jak poruszyć kończyną żeby wyglądało to tak, a nie inaczej…
A gdy namawiam ją do złego (na przykład do jakiegoś oporu przed opiekunami czy namolną koleżanką) słyszę: Babciu, ale wiesz, że ja taka nie jestem.
Krótko mówiąc: wiemy, doceniamy i naprawdę jesteśmy z niej dumni.
No ale miło, że tę całą jej ujmującą osobowość docenił ktoś inny.
Jesteśmy zatem dumni… jeszcze bardziej. O czym oczywiście natychmiast ją zawiadomiliśmy.
Skwitowała pobłażliwie „wiem, wiem…” ale buzia jej się śmiała…

93.

Miałam wolne w ten weekend.
eM pojechał na północ, nie jakoś tam daleko, tylko 500km. Pojechali razem z Zuzu do Misi i Mela.
Na północy jest teraz pusto… bardziej niż zawsze.
Lato minęło, zima jeszcze nie przyszła.
Podobno pięknie, podobno wciąż jest masa jagód: wielkich i słodkich.
Podobno…
A ja zostałam w domu, z Tosią.
Cisza przez całe dwa popołudnia. Cisza rano. Brak trzaskania drzwiami, pozapalanego światła choć dzień, jazgoczącego telewizora.
Posprzątałam jak lubię, i miałam porządek przez cały weekend. Rano, gdy szłam robić kawę witał mnie czysty i pusty blat w kuchni.
Miałam pomysł, żeby gdzieś pojechać, jakieś zdjęcia, jakieś życie towarzyskie… A potem okazało się, że wcale mi się nie chce.
Czytałam papierową książkę siedząc na balkonie we wrześniowym słońcu. Głaskałam psa i kota. Gadałam do nich.
Spałam gdy poczułam, że jestem senna.
Spacerowałam w Tosią powolnym krokiem, luźno trzymając smycz, pozwalając jej samej wybierać kierunek.
W sobotę głowa jeszcze lekko dokuczała, ale niedziela już była wolna od bólu.
Miałam popracować, nadgonić zaległości z minionego tygodnia, ale pozwoliłam sobie tego nie robić.
Reset. Całkowity reset.
Warto było.

92

Sonja się nic nie zmienia. Jak ona to robi? Tylko jej włosy są coraz jaśniejsze bo jest niemal całkowicie siwa, choć młodsza ode mnie o ponad 10 lat.
I wciąż ma ten wdzięk baleriny: proste plecki, głowa wdzięcznie uniesiona, ładnie ułożone nogi gdy siedzi.
Bycie nauczycielem baletu swoje robi.
Lubię ją. Zawsze ją lubiłam. Ma poczucie humoru i też kulawi szwedzki.
Normalne jest, że w czasie rozmowy nagle się zacina i mamrocze po angielsku „jak to się nazywa po szwedzku? przecież wiedziałam”.
Nie widziałyśmy się… oj lata całe. A przecież mamy do siebie blisko. Jakieś 25 kilometrów.
Ale jak ma się dwoje dzieci w wieku szkolnym, mieszka na wsi, w innej komunie, ma się pracę to wiadomo.
Umówiłyśmy się w Espresso House, bo to miłe, dość ciche miejsce i mają dobrą kawę oraz czarną herbatę.
Tak mnie tknęło z rana, żeby się upewnić czy obie będą: Gullsum i Sonja, ale…
Znowu mało spania w nocy, znowu migrena, ledwie się wygrzebałam.
Stałam pod kawiarnią, bo przez okno widziałam, że dziewczyn nie ma.
Zajrzałam na messenger, bo może któraś…
I bingo.
Gullsum napisała „Widzimy się jutro?”
Odpisałam „Nie jutro – dziś”
„Jak to DZIŚ?! Przecież 15 września, w piątek?!”
” 15 września jest czwartek. Dziś.”
„KIEDY?!”
„Teraz. Właśnie w tej chwili widzę Sonję”
„Matko Boska!” I zadzwoniła.
– Kasia, przyjedźcie do mnie!
– Gullsum pomyliła dni i zaprasza nas do siebie – wyjaśniłam Sonji przytulając ją na powitanie.
Pojechałyśmy.
Mały Lavent jest ciężki jak klocek. Ma niebieskie oczy i blond czuprynkę. Gullsum się śmieje:
– Wiesz, dziecko listonosza.
I wyjaśniła Sonji, że jedno tłumaczenie mówi, że Lavent oznacza marynarza, ale inne: wysokiego, przystojnego mężczyznę. I z właściwym sobie dystansem wybuchła swoim śmiechem.
Mąż Gullsum jest nieduży i okrągły. Ona też nie jest zbyt wysoka, ale szczupła.
– Mój synek na pewno będzie piękny, ale wysoki to raczej nie… – zakończyła zanosząc się śmiechem.
Dwoje starszych ma prześlicznych, więc w urodę najmłodszego można wierzyć.
Sonja pokazała nam zdjęcia swoich córek.
Myślałby kto, że Frances ma 15lat! Nasza najmłodsza koleżanka ze szkoły językowej, która pełzała pomiędzy naszymi krzesłami, nie mówiła tylko patrzyła szeroko otwartymi oczkami. A teraz przepiękna panna.
I Madeleine, rówieśnica Zuzu. Pamiętam ją jako małego, raczkującego bobaska. A tu nastolatka.
I tak jak Zuzu unika prysznica. Bihter, córka Gullsum, choć młodsza od Zuzu i Madeleine o rok, ma to samo.
Siedziałyśmy na południowym tarasie. Słoneczko grzało, wietrzyk z lekka zawiewał. Lavent ciamkał banana…
Dookoła spokój starej dzielnicy domków szeregowych. Emeryci w swoich ogródkach.
Czas przepłynął nie wiadomo kiedy. A my – jakby to było zawsze – znowu gadałyśmy jedna przez drugą.
Rozstałyśmy się z obietnicą, że będziemy się częściej widywać.

… a poprzedniej nocy policja, tuż pod naszym domem strzelała do jakiegoś nożownika…

91

To dziwne, ale kolejne osoby meldują mi, że w ubiegłym tygodniu doszło u nich do mniejszej lub większej katastrofy. U każdego na gruncie zawodowym.
Teraz się sytuacja stabilizuje, wszystko wraca do normy a szkody okazują się być mniejszymi niż się spodziewano.
…Co to było?
Jakaś koniunkcja planet?
Czy mamy na sali astrologa bądź jakiegoś wróżbitę?

90.

I wróciliśmy do codzienności.
Ostatnie dni to coś strasznego.
Klienci powysyłali dokumenty później niż zwykle, no bo księgowa na urlopie. Poczta też się spisała na medale i w efekcie 1/3 dostałam we środę, 1/3 w piątek. A 1/3 w ogóle nie dotarła.
Pracowałam od rana do nocy, pracowałam w weekend. I dziś jeszcze też będzie intenstywnie, przy czym będzie to kombinacja jak ustalić dane do raportu nie mając papierów.
Wychodzi na to, że wezmę dane z sufitu …lub niemal z sufitu a w razie czego będę się tłumaczyć, że poczta zawiodła, więc zrobiłam na podstawie tego co miałam.
Ogólnie poczta zaczyna coraz mocniej szwankować. No i zamierzam przechodzić na dokumenty elektroniczne.
A tymczasem zaczyna robić się dziwnie.
Jeszcze miesiąc temu mówiłam, że mam tak dużo pracy, że będę już odmawiać. A teraz nagle pstryk …i się zaczyna wywalać wszystko.
Najpierw jedna klientka (duża, rozbujana firma, porządek w papierach, dużo roboty, ale i kasa z tego dobra) powiedziała, że już nie daje rady i szuka kupca…
Potem inna klientka – początkująca, ale również całkiem niezła, uporządkowana, za niezłe pieniądze – oświadczyła, że od sierpnia im nie idzie, lato się skończyło, ruch mały, obroty żałosne, a na dodatek kilka dni temu mieli włamanie
Potem jeszcze jedna – zupełny początek, kompletny brak wiedzy co z czym i jak, od początku trzeba było prowadzić za rączkę, ale miała wolę do nauki – po dwóch miesiącach oświadczyła, że dostała pracę na etat i ona zamyka.
Potem jeszcze rozbujana firma, która przeszła z innego biura gdzie biuro zżerało cały zysk… Liczyłam na fajną kasę, choć wiedziałam, że będzie się trzeba mocno napracować. A tu żona właściciela zaczęła sama ogarniać i mnie zostają tylko drobiazgi, więc i kasa z tego niewielka.
A potem jeszcze jedna nowa firma… i się pani rozmyśliła na wstępie po zapoznaniu się z cennikiem i umową… Stwierdziła, że te dwie faktury może obliczyć sama.
Plus moja własna wina. Nakrzyczałam na klienta… Trochę mu się należało, ale chyba przesadziłam. Nie zdziwię się jak się ze mną pożegna. Z doświadczenia wiem, że przeprosiny nic nie zmienią, więc nie zamierzam.
A to wszystko w ciągu ostatniego tygodnia tylko!
Kurde…
Mam w głowie taki przesąd, że jak przychodzi robota to się jej nie odmawia, bo to przynosi pecha… jakby los/przeznaczenie słyszało, że odmawiam i się odwraca. A ja odmówiłam raz czy dwa razy Polakom z firmami w Polsce (więcej z tym zabawy niż realnych pieniędzy. Zarobek żaden w porównaniu do włożonej energii i ewentualnych problemów w przyszłości)
No i teraz mi się właśnie spełnia.
Kurde… raz jeszcze.
A całe to zamieszanie okraszone dodatkowo bólem głowy. Bólem, który wybudza po 2-3 godzinach niespokojnego snu. Trzeba wziąć jakąś tabletkę, usiąść prosto, wypić kawę, schłodzić się. Po dwóch godzinach puszcza, więc można wrócić do łóżka. Nim się zaśnie mija kolejny czas…
W efekcie dobowa ilość snu zamyka się może i w ośmiu godzinach, ale co z tego skoro ten sen jest w sekwencjach 2-3godzinnych z kilkugodzinnymi przerwami?
Jestem zmęczona, zmęczona i zmęczona.
To ciągłe zmęczenie i sennośc mnie niepokoi, ale jak mam być rześka, po takim spaniu.
Tabletki uspokajające oraz nasenne nie pomagają.
Czytałam ostatnio jakiś artykuł o migrenach i stałych bólach głowy. Lekarze nie mają możliwości zbadać każdego przypadku i dobrać odpowiedniego leczenia, bo diagnostyka jest długa, żmudna i kosztowna. Konsultacja u neurologa? Śmiech na sali… „Jak dotąd pani żyje, to to na pewno nie rak” – stała odpowiedź. Pewnie ich jej uczą na kursach ze specjalizacji.
Myślałam, że tylko ja mam tabletki przeciwbólowe poutykane wszędzie.
A tak ma wiele ludzi.
Należałoby nas badać neurologicznie, kierować do poradni leczenia bólu, ale pytanie GDZIE? Ciekawe czy w Szwecji są poradnie leczenia bólu… bo nigdy nie słyszałam. Oczywiście myślę o takich dla pacjentów nie-onkologicznych.
Kilka lat temu jeden z lekarzy obiecał mi receptę na taki super dobry, skuteczny lek przeciwbólowy. Dostałam receptę na paracetamol o dawce dwóch standardowych tabletek. Do dziś się zastanawiam czy wierzył w ten lek, czy po prostu było to na zasadzie „idź lekomanko precz”.
Paracetamol to ja mogę na gorączkę, bo na ból mi w ogóle nie pomaga.
Ych… ponarzekałam.
Misia i Mel pojechali na północ. Miałam zaproszenie by jechać w przyszły weekend. Ale Tosia… Pojedzie eM. I Zuzu.
Zostanę w domu.
Musi być tam teraz przepięknie… No trudno.


89. Sama w domu

Lubię tan stan.
Do powrotu męża już tylko 5 dni…
Wróci i się zacznie.
Rozsiewanie wszystkiego po całym domu, odkładanie wszystkiego w miejsca kompletnie od czapy. Bałagan w kuchni. Grający non stop telewizor z obowiązkowym i jedynie słusznym programem informacyjnym na okrągło. Gadanie, gadanie i gadanie o rzeczach i ludziach, którzy mnie kompletnie nic nie obchodzą, ze szczególnym uwzględnieniem polityki polskiej…
Ych…
No dobrze.
Tymczasem rozkoszuję się błogą samotnością. Odpoczywam po okresie z, niezwykłym dla mnie, bogatym życiem towarzyskim.
W domu panuje cisza. Czasem włączę sobie muzykę do pracy, czasem pooglądam film (polski serial Gry rodzinne był całkiem niezły).
Wczoraj poszłyśmy z Heleną na targi Quiltingu oraz do naszego lokalnego sklepu z włóczkami by „pogłaskać” ręcznie farbowaną wełnę takiej jednej pani z sąsiedniego miasteczka. Zajęło nam to jakieś dwie i pół godziny. A potem wróciłam do Tosi.
Jutro jadę razem z Heleną do Skövde bo mi Lidla u mnie zamknęli z powodu przebudowy i głód zaczyna w oczy zaglądać. Zwłaszcza rano.
Otóż ja jestem z tych, co rano nie lubią jeść… Problem w tym, że ja mogę sobie nie chcieć, ale mój żołądek się domaga. Od kilku lat, zaraz po powrocie z psiego spaceru czyli tak około 8:30 zjadam 2 łyżki jogurtu greckiego z Lidla z dwiema garściami niesłodkich płatków kukurydzianych.
Na tym docieram do godziny 11, gdy zaczynam odczuwać apetyt i zazwyczaj wiem na co mam ochotę.
Próbowałam różnych innych jogurtów, ale tylko ten lidlowski ma właściwą kwaśność (w sama raz), nie czuć go pasteryzowanym mlekiem, oraz nie robi się wodnisty. IDE-AL-NY.
A tu zamknęli mi Lidla. Świnie.
Pewnie jakbym nie miała możliwości to bym przestała ten jogurt jeść po prostu. Ale skoro mam samochód…
Dojrzałam do kupna drugiego monitora.
No tak… Rok oglądałam, przymierzałam się, szukałam. Tak samo jak tabletu… A potem rym-cym-cyk. I są oba.
Nic wypasionego, jeszcze nie zgłupiałam do reszty. Ot zwykły monitor, jeden z najtańszych w sklepie i podobny tablet. No dobra, na wyprzedaży lekko zjechali z ceny, normalnie byłyby nieco droższe.
Monitor, w świetle tego, że coraz więcej klientów chce wysyłać dokumenty digitalnie, stał się koniecznością.
Tablet potrzebuję do czytania na Legimi. I do pracowania gdy wyjadę. Żeby jakiś mail odebrać, żeby do programu księgowego zajrzeć.
Yankie wczoraj przyszedł, popatrzył, stwierdził, że potrzeba przejściówki, bo mam tylko jedno gniazdo HDMI w kompie. Dziś przyszedł, podłączył, skonfigurował, nauczył matkę obsługi. Przy okazji odkurzył w kompie, bo się warstwa kurzu zalęgła.
W zamian dostał blachę lazanii.
W Szwecji już mocno jesiennie. W nocy temperatura spada poniżej 10stopni. Ale w dzień ciepło, choć jakąś bluzę, czy sweter mieć trzeba.
I tak się toczy…

88. Koniec wakacji

Wczoraj koleżanka odleciała, ale zanim to pojechałyśmy nad morze do Grundsund.
Miasteczko znane z serialu szwedzkiej telewizji, jest niewielkie, ścisłe, urokliwe – jak wszystkie szwedzkie miasteczka nadmorskie.

Koleżanka była zachwycona.
– Dziękuję, że mnie tu przywiozłaś! – mówiła co chwila.
W zasadzie to sama się przywiozła, ja robiłam za nawigatora, bo nie czułam się na siłach jechać po autostradzie.
Choć nie, po autostradzie to spoko, ale potem miałyśmy w planach Goteborg. No, a po takim wielkim mieście, na rozjazdach, gdzie nawet mój mąż potrafi się zgubić (a on jest wg mnie mistrzem kierownicy i naprawdę mówię to szczerze).
Pojechałyśmy, ale ponieważ w Grundsund spędziłyśmy dużo czasu, to na Gbg już nie było za wiele… Utknęłyśmy zaraz na wjeździe, w porcie przy operze.

No a potem pojechałyśmy na lotnisko Landvetter.
Pożegnałyśmy się na parkingu. Koleżanka lot miała dopiero za ponad 3 godziny, ale ja się bałam wracać w nocy, po ciemku, przez dziwną drogę, której nie znam.
E20 – jedna z najważniejszych dróg w Szwecji jest właśnie w przebudowie na odcinku pomiędzy Alingsås a Vara. Jedzie się naprawdę kiepsko, w tłumie innych samochodów, w tym wielkich ciężarówek, wśród bramek, zmian pasów oraz trwających mimo nocy robót.
Jest droga alternatywna, GPS ją proponuje, ale jest wąska i kręta…no i jej nie znam kompletnie, a na takich dróżkach łatwo się pogubić, bo są po prostu albo w lesie albo w szczerym polu…
Tak więc koleżanka- prawdziwa włoska mamma, matkująca każdej sierocie życiowej – uznała, że ona woli posiedzieć dłużej na lotnisku niż żebym ja miała po nocy się błąkać po świecie.
A ja, egoistycznie, nie oponowałam.
Doświadczenie z nocy, gdym ją z tego lotniska odebrała, szczerze mnie zniechęcało.
Tak więc uściskałam koleżankę i pojechałam.
I zaraz za lotnikiem zgłupiałam i choć GPS nic nie mówił, zjechałam na rondzie pierwszym zjazdem…I od razu zrozumiałam, że to był błąd.
Pchało mnie na drogę szybkiego ruchu, a powinnam jechać wąską dróżką przez las!
Jeszcze miałam nadzieję, że może jadę na Borås, ale podskórnie czułam, że oto spełnia się mój najgorszy sen: jadę na Göteborg!
Mijałam oczywiście jakieś zjazdy na Landvetter, ale nie wiedziałam czy a. to jest na lotnisko czy do miejscowości,
b. nawet gdybym wiedziała, to jak dla mnie te zjazdy pojawiały się znienacka, GPS o nich nie mówił, bo miał kierunek DOM, więc nie zdążałam w nie wjechać.
Innymi słowy: pchałam się w wielkie miasto, bo nie umiałam zawrócić.
Zaciskałam ręce na kierownicy i pocieszałam siebie, że jest wieczór, więc ruch będzie mniejszy, a drogę z Goteborga znam dobrze, umiem nawet zjechać z E6 do Oslo, bo pewnie GPS/google map będzie mnie pchało tamtędy aż do Uddevala. Telefon mówił, że w domu mam być o 21:01.
Uparcie trzymałam się skrajnego pasa, rozbieżnym zezem usiłując widzieć i GPSa i tablice-drogowskazy, żeby nie przegapić jakiegoś zjazdu.
Kombinowałam, że wolałabym jednak nie musieć jechać E6 aż do mostu Angered. I dobrze byłoby znaleźć zjazd na Karlstad – bo wtedy zaraz wyjadę z koszmarnej drogi przez miasta, a pojadę nową E45 na Trollhättan.
Wypierdek, boski samochodzik, chyba prowadził się moimi myślami, bo ledwie zobaczyłam rozwidlenie na E6 na Oslo/E45Karlstad natychmiast zjechał na prawo. I potem jakby sam wybierał drogę.
Raz się tylko zgubił, musieliśmy nawrócić, ale sprawnie nam to poszło, i już za chwilę widziałam na ekranie telefonu, że mam Gotę po lewej stronie, czyli jadę dobrze w kierunku na Surte/Lilla Edet/Trollhättan.
Przejechałam pod mostem Angered (zwanym przeze mnie Cienkim Mostem) i już mogłam odetchnąć. Ufff.
PRZEJECHAŁAM PRZEZ GOTEBORG!!!
Pomyślałam tylko, że dobrze, że nie wiem ile „błogosławieństw” po drodze zebrałam…
Słońce było nisko, a przede mną, na czerwieniącym się od zachodu niebie, pojawiła się biała kula, która wkrótce okazała się być balonem.
Balon sunął sobie nad Gotą, nad górkami, aż żałowałam, że nie mogę go sfotografować.
Ronda i światła w Trollhättan mijałam już w dobrym półmroku, ale to nic, bo to prosta droga, którą znam.
No a potem już ostatni kawałek. Coraz ciemniej, zwłaszcza w lesie. Skupiałam się na drodze, żeby nikomu nie walić długimi po oczach, żeby nie przegapić jakiegoś zwierza, bo zwłoki leżały na każdym kroku. A to wiewiórka, a to borsuk czy kot…
No i prędkość… Raz, że z ilością kilometrów noga robiła się coraz cięższa, a ja wiem, że moje doświadczenie jest mizerne, więc w razie czego przy zbytniej prędkości mogę nie zdążyć, nie zapanować…
A dwa, że co rusz stoją radary, a ich selfiki są nie dość, że mało gustowne to kosztowne.
Gdzieś około Grästorp poczułam, że muszę do toalety, bo dłużej nie dam rady. Oraz chcę jeść i pić. Zatrzymałam się na parkingu pod samolotem.
Do garażu wjechałam o 21:20.
I dopiero wtedy pozwoliłam sobie na obłędną satysfakcję.

No i koniec wakacji.
Od dziś już do roboty, do obowiązków.
A nad mój świat powoli nadciąga jesień.

87.Gadu, gadu, gadu nocą…

Baju, baju, baju w dzień.

Przyjechały do mnie Włochy.
Jem same dobre rzeczy. I gadam do bólu gardła.
Szkoda, że się zaciągnęło i deszczy. Zdążyłam pokazać tylko kawałek Kinnekulle i Stenbrott. No i moją pipidówkę.


Wczoraj kawałek Katedrę w Skarze i kawałek miasta (lało! buuu). Koleżanka zgodziła się ze mną, że Skara jest piękna i jest niej co podziwiać w przeciwieństwie do mojego miasta, które jest…cóż… takie sobie.
Dziś w planach Muzeum Porcelany, no bo pogoda bardziej taka muzealna.
No, ale dobrze, skoro nie da się zwiedzać, to pójdziemy jeszcze na grzyby. Gdzieś w przerwie między deszczem może się uda. Jest ciepło, bardzo ciepło, wilgotno, bezwietrznie.
Tylko dlaczego ta Tosia nie chce wsiadać do Wypierdka?
Też by sobie po lesie połaziła.
Ogólnie Tosia bardzo lubi nową ciocię i to pomimo tego, że ciocia nie daje cukierków. Basil, cholerny zdrajca, nawet sypia u cioci.