104

Zozo dziś wraca!
To znaczy wróciła wczoraj, ale dziś idzie do szkoły a potem ja ją odbieram! I będzie tylko dla mnie przez ponad dwie godziny.

I to jest najlepsze w tym, że koniec wakacji i jesień już za progiem.

Ale co tam, przecież taka jesień złota nie jest zła…

Ponieważ moja ulubiona koleżanka Adaś źle znosi konieczność wielogodzinnej pracy i odlicza dni do momentu, gdy będzie mógł zwolnić, to uprzyjemniam mu ranki (mam nadzieję,że uprzyjemniam) posyłaniem moich ulubionych piosenek.
Dziś wysłałam mu tę. Bo ja lubię jesień. A piosenka jest ładna.
I nie, nie słuchajcie wersji Radka bo on to śpiewa jak na weselu i robi z klimatycznego cacuszka jakąś durnowatą piosenkę biesiadną.
Ja nie lubię śpiewania Janusza Radka bo mam wrażenie, że on jakoś tak…kota dusi. Głos ma dość wysoki jak na mężczyznę i czuć w jego śpiewaniu jakiś wysiłek. Zawsze. Więc-nie.
Jacek Wójcicki ma też dość wysoki głos, ale on nic nie dusi. Jego głos brzmi jak kryształ. Aż się chce go słuchać.

Reklamy

103. Deszczowo

Wczoraj cały dzień na zmianę to padało, to świeciło słońce. I wciąż w ciągu dnia jest rozsądnie ciepło. Rozsądnie to znaczy, że nie marzniesz na krótki rękaw, ale i nie gotujesz się. Wiatr, który tutaj hula niemal na okrągło, sprawia, że wilgoć w ciepłym powietrzu nie wisi, a samo powietrze jest świeże.
Czyli jest to dokładnie taka pogoda jaką lubię najbardziej.
Bo ja, proszę państwo, uwielbiam deszcz. Bo na pewno nie wiecie, że U-WIEL-BIAM!
A ostatnie lata mnie w tym zakresie nie rozpieszczały.
Ponieważ na wczoraj byłam wyrobiona ze wszystkim to zrobiłam sobie luźniejszy dzień. Posprzątałam w prawie całym domu, ze szczególną pieczołowitością w moich obu pokojach -sypialni i biurze. Nastawiłam ogórki do kiszenia. Poszatkowałam ogórki, które dostałam od Litwinki – będzie sałatka czosnkowo -słodko-chili.
Pogadałam z córeczką, co wpadła na chwilkę.
A ponieważ łeb mnie napieprzał, mimo wziętej tabletki (cena za deszcz) to zaczynałam się układać do drzemki. I wtedy sobie pomyślałam, że może zamiast spać lepiej iść na spacer.
I poszłam.
Mniej więcej w 1/3 odcinka, jaki sobie wyznaczyłam do przejścia, zachciało mi się robić zdjęcia, więc wyjęłam aparat. Po kolejnym odcinku doszłam do wniosku, że może to jest metoda: jak czuję zmęczenie w ciągu dnia to iść na spacer zamiast ucinać sobie drzemkę. Dotlenię się i nie będę miała kłopotu z zaśnięciem. (I tak miałam, nawet większy niż zwykle). Bo może ta głowa to po części z braki świeżego powietrza i ruchu wariuje? No i wiadomo: umiarkowany ruch jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Potem złapał mnie deszcz, więc z troski o aparat skryłam się pod drzewem. Trochę zmokłam, ale tylko trochę. Ale zrobiłam zdjęcia deszczu nad rzeką.
Klikamy w zdjęcia, żeby były większe.

A potem, gdy już wracałam spotkałam eM – jechał z Tosią na spacer. Tośka jak mnie zobaczyła to zaczęła drapać pazurami i piszczeć… Nie było innej opcji – musiałam z nimi pojechać, choć miałam inne plany.
Nad jeziorem pusto nareszcie. Nikt nie plażuje w taką pogodę, ale też i temperatura wody jest niewiele ponad 10stoni to słabo zachęca do kąpieli.
Znowu popadało.
I były takie widoki.

A potem Królewna ogłosiła bierny strajk to znaczy: udajemy kamień i nie ruszamy się, ignorując mniej i bardziej natarczywe żądania Ludzi.

Ściągnięta z jednej ławki przemocą, natychmiast ułożyła się na drugiej.

Ale miała taką minę, że naprawdę nie byłam w stanie się na nią złościć.

Inna rzecz, że jak tylko robi coś, co nie jest po mojej myśli i mam chęć się na nią pozłościć to natychmiast w mojej głowie powstaje myśl: za kilka lat będę chciała, żeby mi znowu stawiała opór, kradła części garderoby czy kapcie, drapała w drzwi i szczekała na balkonie…I złość przechodzi jak ręką odjął.

102

Migrena, migreną, ale budzący co noc o tej samej porze ból głowy w tym samym miejscu skłonił mnie wreszcie do napisania do przychodni. Odpowiedzieli, że zaproszą mnie na wizytę. Wkrótce.
Głowa się uspokoiła. Jak zawsze gdy próbuję coś z tym zrobić.
Obstawiam trzy rzeczy.
Oczy – coś się dzieje z oczami – niech mi w nie popatrzy okulista i niech mi dobierze okulary ale do okulisty muszę mieć skierowanie
Kręgosłup – pójdę do sjukgymnast czyli do fizjoterapeuty – tu mi nie trzeba skierowania. Może jakieś ćwiczenia na rozluźnienie mięśni karku, jakaś poduszka profilowana, coś…
Stres, depresja czyli głowa – jak wszystko inne nie pomoże.
Ale oczywiście istnieje możliwość, że mam guza, tętniaka czy coś. I oczywiście jakaś część duszy się tego najbardziej boi. Może by mi jednak jakieś prześwietlenie tego łba zrobili to bym się mogła uspokoić.

A poza tym to jesień przyszła. Jak to u nas: 1 sierpnia i PSTRYK wyłączamy lato.
W dzień bywa ciepło, ale noce zimne. Ale pada, słuchajcie! Pada deszcz prawie codziennie! Co mnie cieszy.

Zozo wciąż jeszcze w Polsce choć dzisiaj zaczyna się rok szkolny. Czekamy z niecierpliwością kiedy wróci: ja i Misia i Mel.
Tymczasem snapujemy sobie albo gadamy poprzez snapa. Zozo ma starą komórkę mamy, ale bez karty telefonicznej więc przydatna tylko wtedy, gdy jest tam, gdzie mają wifi. Ale dobre i to.
Strasznie nie lubię jak Zozo jest w Polsce z rodziną ojca. Możliwe, że to dlatego, że wiem, że tak naprawdę nie spędza wtedy czasu z ojcem. Zostawiają ją i jej małe siostry gdzieś u wg mnie obcych ludzi – u jego matki albo jej matki, albo u jego brata, siostry czy czort wie gdzie jeszcze…No dobrze, Zozo ich zna, ale widuje raz do roku, więc to nie są bliskie związki, nie u kilkulatki.
Nie lubię też tego, że nie wiemy gdzie i z kim w danym momencie jest. I czy nie dzieje się jej krzywda, bo większości tych ludzi nie znam przecież.
A tymczasem ojciec z żoną sobie jeżdżą na wakacje we dwoje. Fajnie, ja im nie bronię, ale wolałabym by w takim razie Zozo zostawała/wracała do Szwecji.
Szczytem jest dla mnie to, że ideą nadrzędną tegorocznego urlopu jest jakieś tam wesele. Z powodu wesela pojechali tak późno i z powodu wesela wracają już po rozpoczęciu roku szkolnego.
Nie lubię wesel, nie lubię polskich pijackich spędów, a wesela to dla mnie nic innego i naprawdę nie uważam, że taka impreza jest uzasadnieniem na opóźniony powrót z wakacji. Poza tym znam ojca Zozo i jego stosunek do alkoholu. I zastanawiam się czy i w tym roku cała rodzina wróci, a tatuś znowu się gdzieś zapodzieje jak to już miewało miejsce.
Wrednie piszę…wiem, ale do alkoholików to ja mam wyjątkowo wredne nastawienie. I niech sobie świat daruje dyrdymały w stylu, że to choroba. Jak choroba to unika się czynnika wywołującego, nie? Czy cukrzyk żre cukierki? Jak jest głupi… itd…
A owszem jestem uprzedzona. Mam 3 powody główne i kilka pobocznych. Wymienić?
1. Matka
2. Siostra
3. Mąż
Wystarczy, żeby nie znosić ludzi nadużywających. To co dla normalnego człowieka może być śmieszne w pijanym człowieku dla mnie jest przerażające i wzbudzające głębokie obrzydzenie.

101 facebook na dziś

…albo kiedy o 3 rano budzi cię kac-gigant: łeb ci rozsadza, masz dreszcze, zawroty głowy i mdłości ale nie pamiętasz gdzie i z kim się tak nawaliłaś. Jak do 9 rano weźmiesz kilka różnych prochów, kawę, herbatę z cytryną, zaliczysz obowiązkowy spacer z psem i nic nie pomogło, ale zimne ranne powietrze otrzeźwiło cię na tyle, że sobie przypominasz nie tylko gdzie (Bielsko Biała), nie tylko z kim (Jolka) ale i kiedy(2005) się ostatni raz nawaliłaś, to wtedy uświadomisz sobie, że to migrena.
A potem to już z górki…

Tak usprawiedliwiam się na facebooku przed klientami, bo jedna dzwoniła juz kilka razy a ja nie mam siły z nią gadać.

Sumatripan 0,5 jest za silny.
Połowa jednak lekko za słaba. Niby lżej, ale do ulgi, to jeszcze hohohohoho…

100

100?! Ale jak to: sto? Już?

Dwa dni temu były urodziny Marka Knopflera. Siedemdziesiąte. Na jednej fejsbukowych grup ktoś napisał życzenia, pod postem komentarze w stylu, że Sułtani świetni a Bracia ograni a w ogóle to Forsa wymiata…I tak w kółko
Przykro mi się zrobiło, że ludzie w sumie znają tylko te trzy kawałki. A to nie była grupa jakaś tam sobie tylko grupa mocno powiązana z muzyką, więc grupowicze powinni wiedzieć coś więcej niż przeciętny słuchacz radia.
Coś wpisałam, ktoś mi odpowiedział. A potem jakiś facet mi odpowiedział i tak sobie przez dwa dni gawędziliśmy na fejsie o, jak się okazało, wspólnym idolu. Pan mnie nazwał „młodą damą” (po tym jak napisałam, że mam ponad 50lat) co sprawiło, że natychmiast uznałam, że to jakiś fajny człowiek :D.
Miłe to były pogawędki. Które natchnęły mnie by zgłębić kolejny nieznany mi album Marka Shangri La, bo podobno magia…
Słucham teraz…No, magia równa tej co w Trackerze. Ten sam klimat.

A poza tym to już jesień. Zimne noce i ranki. Słońce w dzień, żółci się na chodnikach – na razie tylko lipy sypia obficie. Kasztany są ogromne. Jabłka dojrzewają w ogródkach, ale jest ich dużo mniej niż w zeszłym roku. W parku cicho. W lesie też. Tylko czasem, gęgając przeleci klucz gęsi.
Od poniedziałku startuje rok szkolny. Zozo jeszcze w Polsce i tęsknię okropnie. Aż tu dziewczynka do mnie zadzwoniła na snapchat. Zagrałam potem na nosie Mamie i Melowi. Okazało się, że rozmawiali z nią dzień wcześniej. Też na snapie.

Odezwał się mój wakacyjny gospodarz z prośbą o przepis na dwie potrawy, które mu pokazałam. Napisałam przepisy…a tu nawet słowa dziękuję. On jednak naprawdę jest dziwny. Ale opinię wystawiłam mu dobrą, bo koniec końców bardzo się starał, żeby zatrzeć niemiłe wrażenie.
Za dwa tygodnie mam urodziny. I pierwszy raz w życiu poprosiłam moje dzieci o prezent. To znaczy – wiem, że Misia swoim zwyczajem by w ostatniej chwili czegoś szukała gorączkowo, w efekcie kupiłaby mi kolejny zestaw kosmetyków z bodyshop, którego nie znoszę, ale zawsze się uśmiecham i cieszę, bo wiem, że ona je bardzo lubi. Mnie przeszkadza ich zbyt intensywny zapach, bo kremy jak kremy. A że to drogie to uznałam, że tyle samo może zainwestować dziecko w co innego . I podesłałam linka do sklepu gdzie można kupić kindla.
Bo tak: mój kindel to jest jeden z tych pierwszych – nic nie ma, nawet strony przewija się klawiszami. I chyba padła mu karta sieciowa bo mimo wpisywania hasła nie łączy się z internetem, ale to kompletnie nieważne. Kindel ma jakieś 6-7 lat i widach po nim znaki czasu, jest podrapany, porysowany, a na rogach powycierany. Ewidentnie widać na nim ślady kilku lat użytkowania, ale działa, nawet miejsca ma jeszcze więcej niż pół dysku, a ja tam mam naprawdę sporo książek. Bateria już nie trzyma tak jak na początku – miesiącami, jak dużo czytam to tak raz na tydzień trzeba ładować. Ale wciąż działa i mógłby mi służyć jeszcze jakiś czas, ale…
Ale okazało się, że mój Kindel nie obsługuje aplikacji Legimi. Teraz czytam na tablecie i wróciły bóle głowy z tyłu, w tym miejscu, które wskazała pani optyk, że tam boli od oczu. To skłoniło mnie do zakupu nowego. Popatrzyłam, okazało się, że taki najtańszy to trochę ponad 1000koron, czyli nie jakiś kosmos. Obliczyłam, że jak się zrzucą we troje: eM, Yankie i Misia to będzie po 333 korony – czyli niewiele, a matka przyjemności będzie miała na lata. Nie mówiąc o tym, że za każdym razem jak sięgnę po książkę to pomyśle o ofiarodawcach.
Dziecko się przejęło, zaczęło drążyć temat, kazało wybierać kolor i pojemność….Czy ona zgłupiała? Po co mi 32gb pojemności na czytniku? Teraz mam 4 i po tylu latach jeszcze mam miejsce. A przecież książki można usuwać, i trzymać na jakimś dysku zewnętrznym, nie mówiąc i wirtualnych półkach w sklepach.
I tak jest mi łyso, bo słyszę w głowie głos mojej teściowej mówiącej dziecinnym głosem do mojego męża „A co mi kupisz na dzień dziecka?” (Tak, ona na poważnie domagała się prezentu na Dzień Dziecka od swojego dziecka).
Ale powiem wam, że Legimi to ZUO! Nie chodźcie tam.

99. Niedziela

Wieje i siąpi. eM wybiera się na ryby. Ja …się nie wybieram.
Yankie zdycha, był przeziębiony jak wróciłam z Polski, dwa tygodnie był spokój i apiać od nowa Polska Ludowa. Spokój był względny bo młody kaszlał tak, że aż mu się na wymioty zbierało. Pani w ośrodku zdrowia powiedziała, że po przeziębieniu to normalne, ma pić dużo, najlepiej herbaty w miodem i cytryną. Pił. I tylko infekcji się polepszyło.
Dramat.
Ten człowiek nie ma żadnej odporności. Bo skąd ma mieć? Mało się rusza, jest chudy jak patyk, je byle co, głównie mrożoną pizzę. No chyba, że ja zrobię jakiś obiad. Nie jada owoców, nie jada warzyw, chyba, że ja zrobię surówkę. A że ja coraz rzadziej gotuję to i surówki są rzadko.
Mnie się zdarzy zjeść w tygodniu to jabłko, to marchew, to sezonowe owoce. Zimą kiszoną kapustę i ogórki. Banany cały rok. Młody nie pilnuje tego… Ale z drugiej strony – całe życie był taki zdechlak, nawet jak byłam przykładna matka Polka i obiad z surówką był prawie każdego dnia. No a ja wychodzę z założenia, że naprawdę mam prawo nie dbać o jadłospis dwóch dorosłych facetów.
Pytam kolegę Doktorka czy by młodemu nie zaaplikować jakiegoś specyfiku podnoszącego odporność, ale nie żadnych syropków z jeżówki tylko szczepionki, ale jeszcze mi nic nie podpowiedział.
Młody teraz dodatkowo ma mdłości na widok jedzenia. I zaczyna mnie to niepokoić na tyle, że zapytałam czy jest coś co sądzi, że by zjadł. Rosół. No eM gotuje dziś rosół jak wróci z ryb. Bo tylko on umie ten rosół porządny zrobić. A, że przy okazji będzie piekł jakieś nogi z kury to i rosół zrobi.
Mój dzisiejszy obiad to kartofle, surówka z kapusty i marchewki oraz TADAM! FALAFEL!
Pierwszy raz robię, jadłam wcześniej kupne, średnie były, bez smaku i wiórowate, ale tęsknię za obiadem typu: kartofel, kotlet i surówka. To co robić?
Przy okazji zrobiłam ciasto czekoladowe z ricottą podpatrzone na jednym blogu. O dziwo – wyszło, a byłam pewna, że będzie tylko piękny zakalec bo strasznie było gęste, tak, że zapomniałam dodać wiórków z czekolady. Ale bez wiórków też jest dobre.
Wczoraj byliśmy na spacerze na takich szlaku…No szlak turystyczny, mapa jest, droga wydawała się ciekawa, pomiędzy jeziorkami, miały być też ruiny o czym informował i znak na mapie i szumny drogowskaz.
Ech…
Z ruin były jedynie schody prowadzące na wzgórek oraz ukryta w ziemi jakaś piwnica. Teren natomiast był zwyczajnym pastwiskiem, ze stadami owiec. Żeby choć malowniczy… eM walczył z Tośką, bo ona przecież buziaka dawać chciała każdej owieczce. A owieczki, jak te barany, stały na ścieżce i koło niej i nie zamierzały się cofnąć by nam zadanie przejścia ułatwić. Na końcu pastwiska czekała nas atrakcja w postaci zasieków w miejscu przejścia. Zasieki były pod prądem. A przejść można było jedynie ponad drutem. Drut był pociągnięty kawałkiem izolacji, a przejście nad nim miały ułatwiać specjalne kładki. Średnio sprawny człowiek przejdzie, ale pies – nie. A weź przerzuć przez płot 40kilo. Nie mówiąc już o kimś mniej sprawnym czy na wózku. Oczywiście nigdzie żadnej informacji.
Wreszcie eM rozplątał drut blokujący bramę (nie był pod prądem), odciągnął bramę przeszłyśmy z Tośką. Tuż za bramą, w błocie pieseczek mój maleńki uwalił się na drodze, bo bez Pańcia to ona nie idzie.
Za ten nijaki spacer dostałam bonus w postaci skaczącej przez pszenicę sarny… Choć chyba na sarnę to zwierzątko było za duże. Gdzieś z daleka słychac było strzały – ktoś polował. W lesie usłyszeliśmy szczekanie. To znaczy najpierw myśleliśmy, że to szczekanie, ale to było tylko podobne do szczekania. Wiem, że sarny dają takie odgłosy, ale znowu: czy mała sarenka da tak potężny głos? Może to jakieś daniele, łosie czy jelenie?
Wróciliśmy do miasta, pojechali nad jezioro i tam wymyliśmy psa i buty z błota i owczego łajna.
Wieczorem obejrzałam Book Club z Diane Keaton…I kurdę. Kto tę Diane ubierał w tym filmie to nie wiem, ale to był ktoś, kto jej nie lubi. Albo miała na sobie workowate jeansy albo na odmianę jeansu rurki z niskim stanem. W jednych wyglądała źle, koszmarnie grubo, jakby miała w talii ogromną oponę, w drugich jeszcze gorzej bo opona wylewająca się spod paska+ nóżki patyczki. A jak w jednej scenie założyła żakiet i dość szerokie spodnie to naprawdę można było uwierzyć, że jest laska.
Sam film…ani zabawny, ani liryczny. Nudnawy…
Ja jednak muszę choć przez godzinę dziennie pomachać drutami bo wtedy ręce mniej bolą, a nie umiem tak bez niczego, to choć filmy oglądam.
Obejrzałam na Netflixie całą serię „Opowieści z San Francisco” i przez chwilę miałam wrażenie, że świat zidiociał do reszty bo w sumie to liczy się tylko seks.
Teraz oglądam Bloodeline. No…lepsze, ale Gilmorki to to nie są.
Tęsknię za Gilmorkami, ale znam je na pamięć…ych…

Zielony kot od Iksi zrobił furorę zarówno u obdarowanego jak i jego mamy.
Różowy…nie wiem. Stella ma 3 miesiące więc trudno oczekiwać po niej jakiejś reakcji. A jej mama…no…cóż… Ponieważ to bratowa Mela to zmilczę.

UPDATE po obiedzie: FALAFEL TO ZUO!

98.Burze

Jak mieszkam w tym mieście prawie jedenaście lat to niemal zapomniałam jak wyglądają burze. Naprawdę – burze bywały tu sporadycznie, raz może dwa do roku. Gdy zaczynało grzmieć to kto żyw wyłaził z domu, żeby popatrzeć na niezwykłe zjawisko. Spotykałam też takich co jechali specjalnie nad jezioro by ani jednej sekwencji z arcyciekawego zjawiska nie utracić.
Gdy grzmiało ludzie stawali się życzliwsi i bardziej otwarci. Wiecie – to jak w czasie śnieżycy na przykład, gdy obcy ludzie znienacka zaczynają ze sobą rozmawiać…
A w tym roku burze tak powszechne, że już nikt się tym nie ekscytuje. Ludzie chowają się przed deszczem, na chwilę wchodzą do sklepów, bo pada, leje, może grad spadnie, przeczekują, bez większej ekscytacji i wracają do przerwanych zajęć.
To prawda- burze tu bywają tu krótkie. Zawsze takie były. Bywało: błyśnie raz, załomocze, pokropi – i tyle tej burzy. Czyli jak to ja mówię: naobiecuje a potem wychodzi jak zawsze.
W tym roku bywa inaczej, ale nadal te burze są tu dość niemrawe. No, rzadziej kończy się na jednym grzmocie, ale żeby tak porządnie potrzaskać przez 10-15 minut, najlepiej z kilku stron naraz to nie-e.
…Tu mi się dowcip przypomniał.
Jedzie facet wozem konnym przez las, z tyłu na wozie siedzi jego baba.
Jadą przez ten las, naraz piorun gdzieś walnął. A facet (z zainteresowaniem)
– Noooo?
Jadą dalej, znowu piorun walnął, ale bliżej. Facet na to z coraz większym zainteresowaniem
– Noooo??
Jadą dalej, piorun walnął, trafił w babę.
A facet na to (z satysfakcją)
– No!

Wiem, wiem…szowinistyczny…Ja lubię dowcipy niepoprawne polityczne, bo one wyśmiewają stereotyp.

Wczoraj w mieście był tradycyjny Wieczór 4 Kółek – czyli znowu spęd różnej maści złomu, ale też jakieś gokarty, amfibie, wielkie traktory i sama nie wiem co jeszcze. Ale – słuchaj świecie! – fajerwerków nie było! Wow! Dobre i to.
Pracowałam do 17, a potem postanowiłam się przelecieć trochę, bo odkryłam, że ruch dobrze mi robi na żołądek i zgagę. (Jesień idzie coraz szybciej, zgaga jak hydra podnosi łeb).
Pocałowałam Tosię w nos na przeprosiny, wzięłam aparat, złapałam kurtkę od deszczu, żeby w razie ulewy mieć pod czym ukryć Nikona, rower z piwnicy…i pojechałam.
Jezuuuu, ile ludzi! A wszyscy szli, jechali, pedałowali w stronę Torget. Tylko ja nad jezioro. Było ciepło, choć bardzo po południu, wilgotno bo wcześniej była burza i padało mocno, bezwietrznie. Czyli tak jak lubię.
Jak się znalazłam za budynkami to się okazało, że na niebie są niesamowite chmury. Oraz, że z południa idzie powoli wielka i czarna chmura.
Przypomniała mi się w tym momencie koleżanka Siwa wrzeszcząca na całe gardło:
„Idzie desc idzie, idzie dujawica, uleje, usiece, uleje, usiece, uleje, usiece Janickowe lica”
Siwa i cała nasza grupka blogerów z bloxa stała na mieliźnie pomiędzy zatoką gdańską a pucką, morze było ciepłe jak nie Bałtyk, a nad nami była taka właśnie chmura. Był rok 2008.
Teraz sobie w duszy zaśpiewałam z całą satysfakcją, fałszywie gromiąc się za nadzieję „a jakby tak ten wielki grad…teraz… na te ichnie cadillaki”.
Wrednie, ale nie lubię, no nie lubię tych motoryzacyjnych zlotów, przejazdów, które dowodzą wielkiej, ekologicznej hipokryzji Szwedów.
A potem znalazłam wielką kałużę koło starej fabryki porcelany.
I się skupiłam na zdjęciach na kilka minut, bo potem zaczęło kapać i wróciłam do domu.
Na zdjęcia klikamy to się otworzy galeria i będą większe, ale trzeba chwilę poczekać aż się wyostrzą, przynajmniej ja muszę.


97.

W nocy znów czekałam na koncert Marka Knoppflera. Tylko tym razem miał to być koncert kameralny, a ja wiedziałam, że będę mogła go poprosić o ulubioną piosenkę. I nie wiedziałam jaką chcę, bo w głowie cały czas słyszałam inną. Ale wiedziałam, że będę mogła być blisko, patrzeć, wyznać miłość i poprosić by został ojcem moich wnuków. (Wolałabym „moich dzieci” ale nawet we śnie wiem, że:
a. nie chcę mieć więcej dzieci
b. nawet gdyby to to i tak już nie jest możliwe).
Najlepsze było to, że ludzie czekający wraz ze mną wcale nie uważali, że to dziwne lecz popierali mnie i wspierali w tej beznadziejnej miłości.
Obudziłam z myślą: Basil. Zagraj mi o Bazylu.
Ale w głowie wciąż mi gra „One song at a time”, a szczególnie ten wers:
And I’ll be out of this place
And down the road wherever
There but for the grace, etcetera
I’ll see you later somewhere down the line
I’ll be picking my way out of here
One song at a time


Wstałam z kłuciem w oczach…

Za oknem było wietrznie, termometr pokazywał 13 stopni. Wzięłam kurtkę.
Po wczorajszej burzy i deszczu wszystko lśni. Trawniki nad rzeką posypane żółtymi liśćmi lipy. Lekka mgła w jesiennym słońcu. Znowu gęgający klucz gęsi nad głową, na północ.
…down the road wherever…
Czarny, mały pudel, obcięty na pudla, ciągnie swoją panią przez ulicę.
Człowiek na motorze, w żółtej kamizelce „Nauka jazdy” dogonia drugiego i jada prawie ramię przy ramieniu.
…I’ll see you leter…
Na moście kobieta w rozwianej granatowej spódnicy w graficzny, czerwony wzór, kurtka dżinsowa, płaskie, żółte baleriny, proste, ciemne włosy zebrane w króciutki kucyk i czerwona szminka na ustach.
…somewere down the line…
Dwie kobiety ze stojakiem na ulotki i z pytaniem na szyldzie „Czy cierpienie się skończy?”.
Tośka się zapiera łapami przy wylocie ścieżki nad rzekę, wreszcie się kładzie w biernym proteście. Kobiety się nam przyglądają. Wreszcie któraś mówi:
– Zmęczył się pies?
– Nie- odpowiadam – Po prostu chce iść tam – pokazuję palcem.
– O! – zaskoczenie.
– Ona jest dosyć stanowcza – dodaję śmiejąc się. Na dowód ruszam w kierunku ścieżki a Tośka natychmiast zrywa się na cztery łapy.
…down the road wherever…
…I’ll be picking my way out of here
One song at a time
…I’ll be picking may way out of here
One song at a time…

Trzeba wziąć tabletkę.


96. Weekend

minął spacerowo.
Każdy weekend to są dwa zasadnicze pytania: co na obiad i gdzie z psem.
Na obiad zwykle są schabowe dla chłopaków bo to najszybsze danie a jednak przynajmniej wydaje się wartościowsze niż pizza z mrożonek.
Dla chłopaków, bo ja nadal mięsa nie jem. Czasem zjadam puszkę tuńczyka bo lubię, ale też rzadko.
Spacery z psem to oddzielna historia.
Tosia lubi pobiegać, powęszyć, potropić. Jak każdy w pies. Cały tydzień, każdego ranka pies chodzi asfaltowanymi ścieżkami, na smyczy. W weekendy chcemy jej dać trochę radości: brak smyczy, potaplanie się w wodzie, chaszcze, gdzie tyle zapachów. Problem w tym, że choć Szwecja jest o wiele rzadziej zaludniona niż Polska to znalezienie miejsca w miarę bezludnego jest praktycznie nie możliwe. Oczywiście mamy swoje pewniaki jak ta droga pośrodku niczego, ale tam nie ma wody. A woda to absolutnie obowiązkowy element spaceru. Może być rzeczka, strumień, bajorko, jezioro. Ale może być też śnieg. No, ale w Szwecji, cokolwiek ktoś by sobie nie myślał, śniegu latem nie ma. Nie w Zachodniej Gotlandii w każdym razie.
Poza tym…jak często można jechać w miejsce, gdzie zna się każdy kamień, każde drzewo na drodze?
Dlatego skrzętnie notuję, gdy znajomi różnej maści pokazują swoje wycieczki i trasy spacerowe w okolicy bliższej lub dalszej.
I tak w sobotę byliśmy na takim szlaku, który startuje koło kościoła w Varnhem. Kościół ten „grał” w w filmie Arn, więc od dawna chciałam go zobaczyć z bliska. Są tam ruiny klasztoru, ale z psem się tam nie pchałam. Ot tak…z szacunku.
Spacerek takie ze dwa kilometry, spora część wzdłuż rzeczki, która kiedyś zapędzała młyn i dawała mnichom wodę, dziś prawie wyschnięta, odsłoniła koryto pełne kamiennych płyt i uskoków. Ale jak to w Szwecji: szlak wytyczony jest przez prywatne posesje, najczęściej będące pastwiskami, więc pies niestety na smyczy, długiej, ale jednak.
Na koniec były owieczki…i trzeba było widzieć Tośkę. Nagle zbystrzała, zaczęła się wdzięczyć, to znaczy robić coś takiego jakby tańczyła: przestępuje z łapy na łapę i każda część ciała się kręci w innym kierunku. To taka oznaka radości i ekscytacji. eM musiał trzymac z całej siły bo rwała się do owieczek strasznie. Nie chciała iść dalej, odwracała się i opierała z całej siły. Podobnie reaguje na konie. Na krowy na kolejnym pastwisku zareagowała zwyczajnym zaciekawieniem, powęszyła*, popatrzyła, obejrzała, bez oporów poszła dalej.
Wczoraj inna trasa, też wzdłuż innej rzeki. Stary, bardzo stary las, leniwa rzeka płynąca zakolami, nad rzeką małe drewniane ale stabilne mostki, nad mokradłami kładki. Pełno zwalonych drzew, bo to rezerwat, więc jedyne co się robi to w zwalonym na ścieżkę drzewie wycina się przejście na szerokość ścieżki. Pierwszy raz widziałam żeremie, ale się domyśliłam, że to musi być to.
Było mroczno, duszno bo bezwietrznie (no, w wiatr to ja bym nie chciała tam być, bo pewnie uschłe konary latają co i rusz) i prawie bez różnej maści owadów, których w takich miejscach zwykle pełno.
Ciekawa trasa, ale Tośka znów na smyczy, bo znowu blisko pastwisk.
Niemniej pies się zmęczył, my też a potem w poczucie dobrze spełnionego obowiązku mogliśmy się uwalić na sofach i fotelach.
W lesie już cisza, ptaki nie śpiewają. A od kilku dni nad miastem słychać gęganie i widać klucze gęsi lecące na północ. Nie pytajcie mnie czemu na północ, bo to dziwne, nie?

*oczywiście tak krowy jak i owieczki były oddzielone od psa ogrodzeniem a my trzymaliśmy się kilka metrów od ogrodzenia, żeby nie stresować zwierząt ale i nie narazić psa na kontakt z prądem.