Znowu nawarczałam na klienta/tów.
Kurczę.
Czegoś nie potrafię, czegoś nie umiem opanować.
Mam takiego klienta. Jest u mnie od prawie 10lat, więc to jeden z najstarszych klientów. Nigdy nie był zbyt dobrze zorganizowany, ale od jakiegoś czasu jest coraz gorzej… Na co dzień działa w najpopularniejszej wśród Polaków branży, ale próbuje znaleźć sobie jakąś alternatywę, bo zdrowie mu wysiada.
Jego poprzedni projekt skończył się fiaskiem,bo miał za małe zaplecze finansowe, żeby to ciągnąć. Obowiązkowe opłaty zżerały cały zysk. Gdyby miał ze dwa miliony w zapasie pociągnąłby jeszcze kilka lat, aż obroty by się na tyle rozwinęły, że dałby się z tego utrzymać. Bo z każdym rokiem obroty mu rosły. Ale nie miał.
Tamto działanie popierałam, uważałam, że ma sens, choć od początku przestrzegałam, że może być trudno.
Po tamtym fiasku wymyślił sobie coś innego. I tu mam sprzeczkę serca i rozumu. Wymyślił sobie taką branżę, która jest chyba na najostatniejszym miejscu potrzeb ludzkich. I się zaczęło: rachunki za uczestnictwo w eventach, noclegi w drogich hotelach, zakupy „towarów”, których chyba nikt nie kupi.
Wszystko to jest bez sensu, bo gość tak naprawdę nie ma w tej kwestii żadnego, najmniejszego punktu zaczepienia. Nie ma wiedzy teoretycznej, jeszcze bardziej wiedzy praktycznej. Bazuje tylko na tym, że ktoś mu powiedział, że ma w tej kwestii „dobre oko”.
I tu się właśnie zaczyna mój rozjazd mózgu i serca.
Bo mózg mówi to, co powyżej co w skrócie można przetłumaczyć ” z czym do ludu”.
A serce mówi: a pamiętasz jak najpierw rodzice, a potem już tylko matka komentowali twoje ciągoty do „sztuki” wszelakiej? Czyli właśnie: TY? PISARKĄ? Ortografii się naucz. Matematykę zalicz na coś więcej niż trója.
Ty, piosenkarką/aktorką/dziennikarką…czymkolwiek… weź się ogarnij, przecież nie ty masz tego, co powinnaś mieć. Nie urodzi orła wrona czy coś takiego…
No więc do tego klienta mam właśnie takie podejście. I wiem, że jest z jednej strony okropnie niesprawiedliwe. Z drugiej: rzeczywistość jest taka, jaka jest. I można mieć piękne plany, ale trzeba też przestrzegać przepisów.
A klient jak wszedł w rolę „artysty” to ze wszystkim – więc i nieogarnięciem także.
Do tego ma najlepszego przyjaciela, którego ja nie znoszę. Bo w moim odczuciu jest to tępy gość, który jest pazerny na kasę i i jakimś cudem ta kasa mu przychodzi. Może takim cudem, że z każdej sytuacji potrafi wydusić dla siebie kilka tysiączków sam jednocześnie unikając płacenia za cokolwiek. Między innymi za usługi moje.
I ten przyjaciel podsyła mojemu klientowi czasem takie pomysły, że ręce mi opadają i nie wiem czy się śmiać czy rwać włosy w głowy.
No i wczoraj wzięłam jego księgowość na tapet. I na wstępie mną szarpnęło.
Bo nie ma wyciągu bankowego, który jest podstawą księgowania. A w poprzednim okresie też go nie było, więc mam teraz do zaksięgowania 6 miesięcy. A klient przez 6 miesięcy tegoż wyciągu nie dosłał.
Miałam chęć rzucić jego papierami przez okno.
Zamiast tego wysmarowałam sms: weź się ogarnij, zejdź na ziemię, zajmij się porządnie papierami, albo szukaj innej księgowej, bo mam dość.
I wysyłając to byłam przekonana, że mam rację, że postępuję słusznie i że robię to całkiem spokojnie.
4 godziny później zadzwonił i zaczęliśmy na siebie krzyczeć.
On – że jak to, dotąd był dobrym klientem, a teraz co – ostatni i najgorszy? Bo przecież dotąd nic nie mówiłam, albo mówiłam, że rozumiem, albo coś tam, a teraz nagle…
Ja najpierw mu potakiwałam, że tak właśnie, jest najgorszym klientem i że mam dość jego bałaganiarstwa, równi pochyłej, durnych planów i słuchania wszystkich poza mną…
Aż w końcu się ze mnie wyrwało coś, co myślę, że leży u podstaw
Cukrzyca daje mi kość bardziej niż się przyznaję. Jestem ciągle senna i zmęczona, wykonywanie obowiązków wysysa ze mnie resztki energii. Na dodatek mój mózg działa mniej sprawnie. Zapominam, nowych rzeczy nie przyswajam albo zajmuje mi to dużo więcej czasu. Jest mi coraz trudniej pracować tak, jak pracowałam dotąd i nie jestem w stanie pilnować bałaganu każdego z moich klientów.
Doszliśmy do porozumienia w końcu, chyba na bazie dawnej sympatii. Przeprosiliśmy się wzajemnie.
Ale cała sytuacja wprawiła mnie w zażenowanie. I popłoch. Bo to nie pierwszy w ostatnim tygodniu taki wybuch.
I teraz nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nie panuję nad gniewem, szczególnie gdy jestem dodatkowo zestresowana presją czasu. Jak mam postępować z najbardziej nieogarniętymi klientami, kiedy ich bałaganiarstwo i wygodne „nieogarnięcie” staje się dla mnie coraz bardziej męczące i nieakceptowalne? Często mam poczucie, że gdyby tylko się odrobinę postarali daliby radę ogarnąć.
Czasem mam też wrażenie, że do niektórych ludzi spokojne, rzeczowe stawianie wymagań – nie działa. Oni dopiero jak usłyszą złość i zniecierpliwienie to na ten jeden raz się ogarną. Jeden raz. Z wielkim dąsem.
Nie chcę być megierą. Ale ze względu na własne ograniczenia – nie mogę być dalej tą cierpliwą panią Kasią, która zawsze zrozumie i pogłaszcze i poprowadzi za rączkę.
Muszę coś zmienić ale nie wiem co.