70. Upał

Upał był wczoraj taki, że miałam wrażenie, że mi się mózg rozpuszcza.
Uznałam, że spacer z Tosią w takich warunkach to byłaby tortura i dla niej i dla nas. No i obawiałam się, że sobie poparzy łapy na rozgrzanych asfaltowych ścieżkach.
Pojedziemy nad jezioro, zdecydowałam. Na jedną z dwóch psich plaż w mieście. Od wody będzie ciągnęła przyjemna bryza, a w cieniu, pod brzózką, na chłodnej trawie Tosia odetchnie. A i łapki będzie mogła zamoczyć i wody popić.
Na miejscu okazało się, że air condition czyli bryza od wody uległa awarii. Cieć zaspał i nie wcisnął guziczka… czy coś. Niebo zasnuło się chmurami, ale w powietrzu wciąż było jakieś 30stopni. W związku z tym brzozy cienia nie dawały. A chłodna trawa … cóż. Nie padało od jakichś dwóch tygodni, więc trawnik powoli zmienia się w klepisko.
Zejście do wody strome, wchodzi się po kamieniach małych i większych od razu po kolona. Parę kroków dalej dno się unosi i znowu jest tylko po kostki. Ale przebrnięcie przez brzeg jest trudne, zwłaszcza gdy się nie wzięło wodnych butów. (Mam takie, specjalnie na tę plażę kupione, ze sztywną podeszwą).
Mimo nie sprzyjających warunków weszłam do wody.
Bo Tośka zamieniła się w kamień i odmówiła moczenia łapek. Nie. I koniec. Pół plaży miało uciechę obserwując jak namawiamy psa do wejścia do wody. A im bardziej namawialiśmy tym bardziej pies mówił, że nie.
W końcu weszłam do tej wody, licząc, że miłość do mamusi wygra z uporem. Ale gdzie tam!
Wróciliśmy posłusznie na trawkę. EM poszedł do wody sam, mając nadzieję na popływanie. Ale wrócił szybciej niż poszedł, bo okazało się, że temperatura wody zmienia się drastycznie i odwrotnie proporcjonalnie do głębokości. O ile na płyciźnie miała jakieś 20stopni (internety mówiły o 16, ale to pewnie uśredniona) to im głębiej było coraz zimniej…
Tak więc plażowanie nie spełniło naszych oczekiwań w najmniejszym stopniu.
Tylko Tosia jako jedyna nie sprawiła nam zawodu i na hasło „do domu” jak zawsze odmówiła współpracy.
Powiedziałam mężowi, że będzie padać.
Powiedział, że nie będzie.
Powiedziałam, że będzie. Chyba niewiele, ale coś spadnie.
Zapytał skąd wiem.
Powiedziałam, że moje nogi mówią.
Powiedział, że moje nogi się mylą. Jego aplikacja pogodowa mówi, że nie będzie padać.
Trzy godziny potem przeleciał deszcz. Nie zauważyłam go, bo siedziałam w sypialni, przy zamkniętym oknie.
Wyszłam się przejść, mając nadzieję, na łyk świeżego powietrza, ale z tym nadal było kiepsko.
Zdjęcia robiłam telefonem.

68. Misommar

Po Wigilii Bożego Narodzenia drugi najważniejszy dzień w Szwecji. (Moim zdaniem).
Tylko w Wigilię Bożego Narodzenia i w Wigilię Nocy Świętojańskiej jest tak totalnie wszystko pozamykane, więc coś musi w tym być.
Mnie zwyczajowo tego dnia po głowie krąży ta piosenka.
Oryginał wykonuje grupa Kent. Ale ten filmik tak dobrze oddaje klimat i Szwecji i tego Święta.

I mimo całkiem niezłej znajomości języka, mimo zrozumienia każdego słowa tekstu i mentalności Szwedów, nadal nie wiem czy to hymn pochwalny czy gorzka ironia… (Ostatnio coraz częściej myślę, że jedno i drugie. Tekst wytka wady i pokazuje zalety kraju, ale w muzyce czuć miłość).
A tekst idzie mniej więcej tak:
Szwecjo, Szwecjo
kochany przyjacielu,
tygrysie wstydliwy
Wiem jakie uczucie
gdy powaga zmieniła się w żart
a cisza przeraża
Czym jest to, co się stało?


Witamy, witamy cię
Kimkolwiek jesteś
Skądkolwiek jesteś

Przystrój swoją werandę na przyjęcie
dla gości z daleka
w kraju, gdzie „w sam raz” jest najlepsze
Pijemy za kolejną noc świętojańską
do młodych ziemniaków i śledzia
jakby się czas zatrzymał


Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś
skądkolwiek jesteś

Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w kraju ciszy
Szklaka cichutko lśni na naszym stole
tak samo pusta jak słowa
„oczywiście, że miłość jest wielka


Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś
skądkolwiek jesteś

(NA YT jest wersja młodzieżowa, gdzie do każdej zwrotki dodany jest kolejny wers: o tym, że gwałt nie przeraża, a świat dookoła płonie, a Szwecja się stała krajem bez boga ).

Skål Moi Drodzy! Glad Midsommar.

63. Cud nocy letniej

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami mieszkała sobie, w zwyczajnym kraju, zwyczajna rodzina.
Mama i tata chodzili do pracy, dzieci do szkoły. Kot chodził dokąd chciał.
Ich życie biegło spokojnie, bez większych zmian. Tylko dzieci rosły i rosły. I to było jedyne co się zmieniało.
Mieszkali w niewielkim miasteczku pełnym ludzi podobnych do nich samych. Miasteczko było w kraju, które tyle zła zaznało przez wieki, że wszystkim się wydawało, że limit nieszczęść się już wyczerpał, i teraz może być już tylko lepiej.
I było. Do czasu.
Pewnego dnia Opętany Władzą uznał, że dosyć tego czekania aż się ludzie namyślą i przyjdą go prosić o opiekę. Postanowił sam ich wyzwolić, nie pytając o zdanie, bo uważał, że lepiej wie co dla nich dobre.
I z tej dobroci zaczął zrzucać bomby.
Zwyczajnej rodzinie udało się uciec przed bombami.
Uciekali długo przez lasy, przez góry, przez morze. I wylądowali w skalistym, zimnym kraju, gdzie ludzie mieli zimne oczy i zimne serca. Tak im się przynajmniej zdawało.

Gdybym umiała pisać bajki to bym tę opowieść tak zaczęła.
Ale nie umiem. A cud się dzieje na moich oczach i co chwila mam te oczy wilgotne, bo to co widzą, rozmiękcza duszę i przywraca wiarę z ludzkość.  
Pewnie, że teraz, to się wydaje takie normalne: oddać obcym, całkowicie nieznanym ludziom swój dom, dać im do dyspozycji wszystko co w tym domu jest, dać im swój stary, ale sprawny samochód…
To się wydaje takie normalne teraz.
I takie być powinno!
Ale przecież wiemy, że nie jest.
I jeszcze zorganizować zbiórkę. Zebrać wszystko co się da: ubrania, meble, mniejszy i większy sprzęt domowy, oraz gotówkę. Załadować do samochodu i przywieźć tej zwykłej rodzinie, bo za moment wprowadzają się do swojego własnego mieszkania, a tylko ojciec pracuje (na razie) więc wiadomo, że potrzebują wszystkiego.
To wszystko robi jedna osoba, Viola. No może do spółki z mężem Jonasem.
Ale nie, to nie wszystko.
Bo zanim, to najpierw jeszcze znalazł się dobry właściciel firmy (eM tam pracuje), który przyjął tego tatę, Vladka, do pracy. Myślicie, że jaka to zasługa? To powiem wam, że Szwedzi nie chcą kłopotów, chcą spokojnego życia, w człowiek nie znający języka, nie widniejący w szwedzkim systemie to same problemy.
No weź mu wytłumacz co ma robić.
A zapłać za niego te wszystkie opłaty do urzędu skarbowego.
A wypłać mu wynagrodzenia jak on nie ma konta w banku (w szwedzkim banku).
A weź na siebie odpowiedzialność za przeszkolenie BHP, jak on po szwedzku ani słowa…
Ale okazuje się, że jak człowiek chce to może.
No pewnie, powiecie, sam przecież tego nie robi, każe pracownikowi….
No to ten pracownik, a konkretnie pracownica, księgowa Kristina robi wszystko co trzeba, bo trzeba, nie?
Ale robi też to, czego nie musi.
Bo Vladek wciąż nie może otworzyć konta w banku. A to konto jest mu potrzebne między innymi po to, by firma wynajmująca mu mieszkanie miała skąd pobrać czynsz. A czynsz jak wiadomo płaci się z góry. No więc ta Kristina-księgowa wpadła na pomysł, że w takim razie ten czynsz będzie za Vladka przelewać ona, z konta firmowego. A Vladkowi potrąci to z wynagrodzenia. I zadzwoniła do swojego znajomego, który pracuje w tej firmie, od której Vladek wynajmuje mieszkanie. I poprosiła, żeby się na takie rozwiązanie zgodzili. I zgodzili się.
I jeszcze… nie wiem kto: Kristina czy jej i eMa szef, poprosili właścicieli pobliskiego second handu o pomoc… No i teraz Vladek i Ola mogą iść wziąć sobie za darmo WSZYSTKO co im potrzebne.
A teraz właśnie dostałam kolejny mail od Violi.
Że ona właśnie sobie przypomniała czego oni na pewno potrzebują. ZAPIĘĆ DO ROWERÓW.
Bo jak mieszkali na wsi to nie potrzebowali.
TAK! ROWERY TEŻ DOSTALI! Bo w mieście rowerem łatwiej się poruszać.
I rozumiecie: ta Viola teraz myśli o zapięciach. Zapięciach, które kosztują może 100koron!
No to ja nie wiem jak mam się nie wzruszać. To zapięcia mnie powaliły.
My z eMem siedzimy w środku tego bo pomagamy tłumaczyć, ogarniać urzędowe sprawy (samordningsnummer, konto w banku, szkołę językową).
I teraz jest tak, że Viola pisze do mnie i mi dziękuje! To ja jej piszę, żeby się nie wygłupiała, bo to ona zasługuje na podziękowania. I ta Kristina.
Bo co innego pomagać jak się wie jak trudno na początku w obcym kraju. A co innego jak się tego nie rozumie, a mimo to pomaga.
I tak sobie posyłamy maile pełne wdzięczności.
I wiecie co.
Jak to super, że zajmuję się tymi różnymi bankami, numerami, ubezpieczeniami na co dzień. Bo od czasu do czasu mogę zrobić coś takiego, małego, jak pójść  z kimś do banku czy do skatteverket i komuś jedną małą przeszkodę usunąć spod nóg. Taka mała rzecz. A cieszy.
Jutro w Szwecji jest Midsommar czyli Noc Świętojańska. A ja mam uczucie, że zobaczyłam cud na własne oczy.

62. Hobby -wpis nie sponsorowany

Pamiętacie jak w szkole był przedmiot ZPT (dla młodzieży wyjaśniam, że pełna nazwa brzmiała: Zajęcie praktyczno-techniczne)?
Uczyli tam, albo w założeniu mieli uczyć, różnych rzeczy przydatnych w gospodarstwie domowym.
Krótko mówiąc: chłopcy wbijali gwoździe, a dziewczynki miały robić na drutach, szyć i gotować…
Umiejętności robienia na drutach na pewno nie wyniosłam z tych zajęć. Matki, babcie zawsze miały pod ręką druty czy szydełko, dzieci podpatrywały i się uczyły. Takie czasy były: w sklepach mało, a ubrać dzieci w coś trzeba było, więc się pruło stare swetry i cudem zdobywało jakiś kłębek wełny i…
Pamiętam czerwone spodnie wydziergane na drutach przez babcię Katarzynę. Pamiętam też rękawiczki: niebieskie i na sznurku…
Potem, w szalonych latach osiemdziesiątych, przyszła moda na bajecznie kolorowe swetry, koniecznie wielkie.
Dziergało się wtedy na zwykłych, prostych metalowych drutach. Miały jeden mankament: ich zakończenia były za małe i przy większych robótkach ostatnie oczka spadały, dlatego nakładało się na drut guzik – by robótkę zastopować. Na takich drutach, rozmiar 3,5, wydziergałam sobie sweter o którym matka mówiła, że to worek na ziemniaki. Był ciemnozielony, z białymi wstawkami, długi prawie do pół uda (ukrywał płaskodupie) i obszerny (ukrywał za duże cycki). Ciężki, szorstki, ciepły… uwielbiałam go i nosiłam niemal bez przerwy, nawet latem.

A potem przyszły lata dziewięćdziesiąte, rynek zalało WSZYSTKO i robótki odeszły dal.
Jakieś dziesięć lat temu, podczas kolejnej szarej, depresyjnej zimy, poczułam, że zwariuję jeśli natychmiast nie zobaczę czegoś kolorowego, nie poczuję tego w rękach… i tak zawędrowałam do sklepu Ugglan (Sowa) w moim miście, wyszukałam półkę z najtańszymi włóczkami (akryl, przerobiłam go potem na koc na Zuzu) i wzięłam kilka do domu….
Potem poszło piorunem: no bo mieć włóczkę i co?
Kupiłam pierwsze nowoczesne druty, bo coś będę robić. Kupiłam w second handzie, żeby nie wydawać za dużo kasy, bo pewnie zaraz rzucę to w diabły.

Nie pamiętam czy coś na tych drutach zrobiłam, ale raczej szybko przerzuciłam się na druty z żyłką. Zwykłe, aluminiowe, najtańsze… Chyba Knit Pro aluminium.

Nie na tych, ale na podobnych wydziergałam moją pierwszą chustę: bajecznie kolorowego entrelaka z włóczki baby merino, którą dostałam od Kasi.
Ponieważ robię dość ścisło, złościło mnie, że muszę się przebijać drutem przez oczka, bo na cieniutkim kabelku oczka się zaciskały.
Potem potrzebowałam jakiegoś innego rozmiaru i trafiłam na takie:

Chyba firma Pony

Polubiłam je ze względu na grubość żyłki, tu mi się oczka już tak nie zaciskały, więc w trakcie roboty nie walczyłam z narzędziami.
Ale jak zaczęły mi się projekty rozrastać, to się okazało, że jedna para drutów w rozmiarze 3-3,5-4 to stanowczo za mało.
Zaczęłam patrzeć co jest na rynku.
Dziewczyny chwaliły druty drewniane.
Kupiłam Knit Pro Symfonie.

Oooo, było miło: lekkie, z dobrze osadzonym kabelkiem. Tylko to przejście między drewnem a metalem lekko haczyło włóczkę. Troszkę irytowało.
Tymczasem do innej robótki potrzebowałam kolejnych… i tak kupiłam KnitPro z odkręcaną żyłką. Opinie były entuzjastyczne: że to takie wygodne kiedy można sobie odkręcić druty i przenieść je do innej robótki, bez problemu.
Nie pokochałam się z nimi – to za mało powiedzieć. Zrobiłam na nich jakąś chustę, klnąc na wiecznie odkręcającą się żyłkę i utykającą włóczkę w szczelince między drutem a żyłką.
Nie, absolutnie nie!
Oddałam Helenie, bo ona je lubi z niezrozumiałych dla mnie względów.
No to trzeba było brak czymś zastąpić. I tak trafiłam na KnitPro Kubik – czyli druty kwadratowe.

Robi się na nich bosko. Kwadratowa forma ułatwia trzymanie w dłoniach, zwężające się końcówki pomagają w przesuwaniu włóczki z żyłki na drut. I byłabym zainwestowała w kolejną parę, ale odkryłam, że powłoka drutów nie przeżyła jednej robótki. Jak będzie po dziesięciu?
A właśnie zaczęłam robić skarpety na drutach.
Zakupiłam więc zwykłe czerwone Jarbo

Cóż… druty jak druty. Nie za ciężkie, gładkie, więc nic się nie haczy, ale przy skarpetach, wiecznie skręcający się kabelek doprowadzał do szału.
Ale nadal wolałam te, od np. dziergania na czterech drutach…
A potem zobaczyłam reklamę drutów gdzie kabelek okręca się dookoła własnej osi, więc żyłka się nie skręca… Knit Pro Royale

Najgorsze z drutów, jakie dotąd kupiłam! A wcale nie były najtańsze.
Włóczka się zahacza i na przednim i na tylnym łączeniu, dodatkowo dziurka w przedniej, metalowej części jest wykonana niechlujnie i drażni palec. Czułam ją i pierwszego wieczoru i po tygodniu czy dwóch.
Nie, zdecydowanie nie. Najgorzej wydana kasa.
Przeprosiłam czerwone Jarbo, a te odłożyłam. Pójdą do ludzi…
Ale wczoraj przyszła kopertka z ostatnim zakupem.
Na te czaiłam się odkąd zobaczyłam jak Helena dzierga na nich jakieś skarpety.
Metalowa linka w czerwonej koszulce, która się nie skręca, łagodne zejście z druta na żyłkę, no i waga… Oraz cena, niestety.
A jednak się skusiłam i to od razu na dwie pary: 3,5 do wszystkiego oraz 2,5 do skarpet i rękawiczek.
Nie mogłam się oprzeć i zaczęłam nową rzecz, choć pasiasty sweter prawie na ukończeniu…
A jak zaczęłam, nie mogłam przestać.
Oto moja miłość, mój mokry sen, mój Mercedes wśród drutów.
ChiaoGoo Lace.

Jedyna wada jaką mają, to taka, że …idzie za lekko. Oczka się przesuwają na żyłce niedostrzegalnie, co w pracach robionych na okrągło (np. skarpety) powodować może, że zgubimy środek lub co gorzej: początek robótki.
Po raz kolejny okazało się, że nie warto oszczędzać na narzędziach.
Wywaliłam w błoto sporo kasy na te różne Knit Pro, a mogłam od razu kupić ChiaoGoo. No, ale tych ostatnich mój ulubiony sklep Hobbi nie sprzedaje. Musiałam znaleźć inny… Ale powiem wam: warto było.
Już wiem, że sukcesywnie będę dokupować kolejne rozmiary.

61.

Ważka była uprzejma i dała się fotografować. Złapać taką obiektywem to nie lada sztuka. A ta sobie siedziała i nawet pozwoliła podejść na odległość metra… Podziękowałam jej.
Wiecie, że ważki to najstarsze owady na ziemi? Są też podobno najszybsze.
I że są takie osobniki co mają rozpiętość skrzydeł do 19cm?

60.

Zafundowałam sobie szczepienie od TBE. Co prawda to dopiero pierwsza dawka, a jako osoba po pięćdziesiątce muszę ich przyjąć 4 żeby mieć pełną ochronę. A każda kosztuje 400kr i niestety nikt tego nie refunduje.
Skuteczność ochrony po pełnym szczepieniu wynosi 98%.
No to będąc w wisielczym nastroju wyliczyłam, że można zabulić 1600kr, a mimo to zachorować na odkleszczowe zapalenie mózgu.
I pomyślałam, że znając moje parszywe szczęście to właśnie mnie może się coś takiego przytrafić i już nawet byłam gotowa zrezygnować, ale zdrowy rozsądek zwyciężył.
Bo jednak 2% ryzyka to nie to samo co np. 30… Nie wiem co prawda jak duże ryzyko jest, ale przeczytałam, że o ile w roku 2020 w Zachodniej Gotlandii zapadło na to 59osób, to w 2021 – już 108. A rejon zwany Skaraborg czyli mój, jest najbardziej pod względem niebezpieczny – tak piszą na stronie 1177.
A TBE to jest taka fajna choroba, co to najpierw cię łeb napierdziela jak głupi, do tego rzygasz, a oczka ci tańczą walczyka. Lekarstwa na to nie ma, poza takim zwykłym leczeniem objawowym. A w spadku dostajesz różne jeszcze fajniejsze rzeczy. Np. porażenie nerwów, problemy z koncentracją a nawet paraliż. Fajne, nie?
A im się jest starszym tym powikłania mogą być groźniejsze.
Oczywiście jak ktoś jest mieszczuchem, to ma małe szanse na złapanie takiej przyjemności. Gorzej jak ktoś lubi się włóczyć tam i siam, lubi włazić w chaszcze albo siadać/kłaść się na trawie bo na przykład chce tego kwiatka z robaczkiem złapać.
Misia przeszła TBE mając jakieś 25lat. Teraz ma 31. W spadku dostała: drżenie rąk, problemy z koncentracją oraz bezsenność.
A i tak neurolog powiedział, że miała szczęście, bo młoda i zdrowa…

A ja od czasu jej choroby dostałam kleszczofobii.
No to może teraz ta fobie się zmniejszy.
Tylko proszę! Nie opowiadajcie o innych fajnych prezentach od kleszczy, bo teraz nie poradzę sobie z tym.

59. lato

a ja kisnę po całych dniach przy biurku.
Doszło do tego, że nawet jak Zuzu pyta czy może przyjść, to odczuwam zniecierpliwienie.
Mam poczucie, że gonię własny ogon.
Mam poczucie, że tyle godzin pracy wcale się nie przekłada na większe pieniądze. Za każdym razem jak przychodzi mi do głowy „trzeba kupić…” „Kończy się…” zaczynam odczuwać panikę i złość. Do tego stopnia, że któregoś dnia powiedziałam, że najchętniej pozbyłabym się kota, bo mnie przeraża materialna odpowiedzialność za niego…
Jestem na najlepszej drodze do wypalenia się, jak widać.
Tylko nie radźcie mi, że mam odpocząć, bo to sama wiem. Rzecz w tym, że jak odpoczywam to potem mam jeszcze większy ścisk w żołądku, że nie zdążę.
Jednocześnie potrafię roztrwonić godzinę lub kilka na przewijanie facebooka, instagrama czy demotywatorów.
Rozważam sięgnięcie po antydepresanty, ale na razie posiłkuję się multiwitaminami, bo może to tylko brak jakichś składników.
Po raz pierwszy …od zawsze? … przeszkadza mi jasna noc. Założyłam na okno podwójne zasłony.
A jednocześnie tak strasznie mi żal umykającego lata.
Mam poczucie, że jeszcze tydzień i znowu będziemy iść ku zimie. I przeraża mnie to.
Marzę o kilku dniach bez telefonu, bez męża, dzieci, wnuczki. Żeby nikt nic nie chciał. Najchętniej z Tośką, gdzieś poza domem, gdzie trawa i słońce będą zaraz za progiem. Bez komputera, bo pewnie zaraz bym przy nim utkwiła. Z książką, audiobookiem, drutami i kolorową włóczką. Z Tośką obok, ale bez obowiązkowych spacerów nóżka za nóżką po betonie czy asfalcie.
Uciekłabym.

58. Wakacje!

Dziś w Szwecji zakończenie roku szkolnego. Oczywiście ci, co skończyli szkołę średnią świętowali nieco wcześniej, reszta: dziś.
Od poniedziałku poranki będą cichsze…
Ciepło. Bezwietrznie. Wilgotno, bo pada co chwilę, ale też wychodzi słońce. Więc nie ma nudy. Zawsze jest ten ekscytujący moment rano: skarpetki czy tylko stopki? Spodnie do kostek czy krótsze? Buty, trampki czy tenisówki?
15-16 stopni o godzinie ósmej to jest naprawdę ciepło. Zwłaszcza jak nie wieje i nie zawiewa z północy.
Lubię taką pogodę.
Tosia chyba wydobrzała, ale wciąż uważamy i właściwie poza swoją karmą nie dostaje nic innego. Dziś jednak dałam jej onsior – tabletkę przeciwbólową, bo ta sztywność łap jest niestety widoczna gołym okiem. No i pies kompletnie nie chce chodzić. Stanie i stoi. Gapi się na ludzi. Ponaglana: kładzie się i tyle. A im mniej się rusza tym gorzej dla stawów.
Do miasta przyjechały food trucki. Aj waj! WYDARZENIE!
6 przyczep zaledwie… Węgierskie langosze, francuskie crepes, tajskie, angielskie toffi, francuskie sery. Nic specjalnego… Polskę reprezentują: bigos, schabowy i pierogi, ale nie ma ani ruskich, ani z kapustą, ani z mięsem.
Food trucki ustawiły się na Torget Bron czyli na moście koło rynku. Kolejny raz gratulacje za genialny pomysł dla rajców. (Sarkazm).
Most stał już nawet nie wąskim, a wręcz zatkanym gardłem. Nie sposób było przejść, nie sposób dopchać się do lady, nie ma miejsc żeby usiąść i zjeść,bo nikt się o to nie zatroszczył.
A tymczasem rynek stoi całkiem pusty. Wielki, brukowany plac. A nie, przepraszam: wczoraj wieczorem na placu stały złomy stare samochody i motory. A jutro będzie targowisko. Nie, nie można było wyłączyć ulicy z ruchu i rozszerzyć placu na ulicę, która w soboty jest zamykana i tak.
Lepiej przeciągnąć kable z energię „siłową” przez ulicę, usypać na nich wał z piachu. A ruch niech się odbywa normalnie. Czyli ludzie chodzą tam i z powrotem, a ten co nieopatrznie wjedzie tam samochodem stoi i czeka w nieskończoność.
Nie wiem jak to się dzieje, że ci co rządzą moim miastem, cokolwiek nie zrobią, wszystko wydaje się być pozbawione sensu i logicznego myślenia. Czasem mam wrażenie, że decydenci po prostu chcą się wykazać niekonwencjonalnym myśleniem. No i jak już coś wymyślą to nie wiadomo: śmiać się czy płakać.
Zadziwia mnie, że nie widzą śmieszności i braku logiki w swych działaniach.
Ot takie trawniki. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni w całym mieście, nawet tam, gdzie naprawdę rzadko kto chodzi, trawa jest golona na wysokość może 3-4cm. A w parkach i innych takich miejscach stawiają tzw insekthotell czyli takie słupki z różnym wypełnieniem, żeby robaczki miały gdzie mieszkać. I się oczywiście potem szczycą „nasza komuna dba o środowisko, w tym roku postawiliśmy Xszt insekthottel”. Noż… przestańcie golić tam, gdzie nie trzeba i wypchajcie się waszymi hotelami.
Albo inna akcja „Levande centrum” czyli centrum miasta żyjące.
Bo w naszym mieście po godzinie 16 życie zamiera. Niby sklepy są czynne są do 18, ale mało ludzi chodzi. Zimą wiadomo: ciemno i zimno nie skłania do wychodzenia. Ale latem? Nie ma opcji, że się po południu, wieczorem posiedzi w przytulnej kafejce, napije kawy, herbaty, soku, zje ciastko. Można iść do restauracji. Ale kawiarenki po godzinie 14, nie ważne: piątek czy świątek, zamknięte są na głucho. I zimą i latem.
Była propozycja by te kawiarenki, wzorem innych miast, w lato wyprowadzić na Torget czyli na rynek. Rajcy odmówili, bo… rynek jest do innych celów.
Więc centrum miasta nadal jest, i jeszcze długo będzie, wymarłe popołudniami.
Jest jeszcze to nasze jezioro.
Jest wielkie, nie? Jest 3 pod względem wielkości w Europie. Warto by z tego skorzystać. Połączyć jezioro z miastem. Zrobić marinę, która przyciągnie turystów, wodniaków i nie tylko.
Nope. Jezioro leży sobie gdzieś na uboczu, w mieście, o ile nie wieje z północy, kompletnie się go nie czuje i nie widzi.
Po latach zdecydowano się coś zrobić…. więc robią sztuczną plażę, a zaczęli od wycięcia wszystkich drzew.
O zasypywaniu kawałka zatoki to już nawet mówić się nie chce.
Ale jak się posłucha polityków to „miljö” (środowisko naturalne) z ust im nie schodzi. Hipokryzja w najczystszej postaci. Inna rzecz, że to jest trend w całej Szwecji.
Szwecja, tak jak wszystkie inne państwa, namawia, usilnie namawia oraz prowadzi politykę zmierzającą do wykluczenia komunikacji prywatnymi samochodami.
Tylko, że jak miałabym komunikacją publiczną pojechać np. do Goteborga to wychodzi mi drożej niż jazda samochodem. Jeśli jadę sama. Dla dwóch osób to już w ogóle jakiś kosmos cenowy. Nie mówiąc o tym, że Goteborg to duże miasto i z dworca do wybranego miejsca też trzeba by komunikacją, bo pieszo za daleko.
Coraz częściej mam odczucia, że powinniśmy – my, jako społeczeństwo i to nie tylko w Szwecji, ale na świecie- zrobić kolejną rewolucję. Wywalić na pysk cały ten partyjny aparat. Wprowadzić wybieranie osób a nie partii. Zakazać bogatym lobbingu i otwarcie powiedzieć, że lobbing to jest to samo co korupcja. Przywrócić prawdziwą demokrację.
Bo to, co teraz się dzieje prowadzi nieuchronnie do powrotu starego feudalizmu. No i co z tego, że nie ma kary chłosty i prawa pierwszej nocy? Jeszcze. Bo wszystko przed nami…