Do Olsztyna dojechałam gładko. Marlena pracuje blisko dworca, więc spokojnie sobie tam poszłam. Mogłam wysiąść na stacji Śródmieście, byłoby jeszcze bliżej, ale chciałam zobaczyć nowy dworzec.
Zobaczyłam – pięknie, choć sama bryła, z zewnątrz mocno przypomina ten stary dworzec. Ale ładne otoczenie, wygodne zejście do tunelu. Szkoda, że dworzec autobusowy i budynek obok stoją niczym ponure wspomnienie czasów słusznie minionych.
Jakiś czas później przywitałam nowe mieszkanie Marleny i zaczęłyśmy gadać, gadać, gadać…
I tak zleciało trzy dni.
Byłam w Miasteczku. Obeszłam je dookoła. Odwiedziłam rodzinne groby, zjadłam małe pączki od Maziuka. Kto był w Miasteczku i próbował, ten już zawsze będzie tęsknił.
Zdziwiło mnie, że wyjątkowo chodzenie po uliczkach z mojego dzieciństwa nie sprawiło bólu i smutku. Patrzyłam z rozrzewnieniem na to co stare i znane i z uśmiechem na to co nowe. Nie chciało mi się spotykać ludzi, nie chciało mi się odpowiadać na pytania z cyklu „Co, przyjechałaś?” „A jak się tam żyje”. No bo co tu odpowiadać? I na szczęscie nie musiałam.
Załatwiłam co mogłam i wróciłam do Olsztyna. Przeszłam pod torami do nowej siedziby Szeficy Kultowej, odebrałam zaświadczenie i wróciłam. Dobry pomysł z tym tunelem pod torami. Trochę się poszwędałam po okolicy dworca i stwierdziłam, że mam dość. Było ciepło, stopy bolały.
Znaleźć połączenie autobusowe do sąsiednich miast to jest koszmar. W sumie funkcjonują dwa dworce autobusowe z tym, że ten drugi jest tylko dla wtajemniczonych. Rozkłady jazdy jeśli są są tylko sugestią, ceny biletów też. Koszmar dla cudzoziemca, który polskim nie włada. Pytałam i pytałam, a wielu ludzi patrzyło na mnie jakbym się z choinki urwała…
Następny dzień, środa był dla przyjemności. Rozbiłam bazę w Aurze i tam spotkałam się najpierw z Ewą, potem Agnieszką. Oba spotkania wzruszające. Nie gadamy ze często online, bo żadna z nas za tym nie przepada, ale spotkania osobiste to co innego.
Z Agnieszką przeszłyśmy na Stare Miasto… I znów obyło się bez żalu, bez drapania po starych bliznach.
Piękna ta Polska, choć wciąż nowoczesne obok ruinki, choć śmieci, szyldy, graffiti i pustostany. Obsługa w urzędach uprzejma, czasem wręcz miła, ludzie na przystankach gburowaci (ci starsi) i pomocni (ci młodsi).
Wieczorem Marlena zabrała mnie do kina Totalną Magię 2. W rolach głównych dwie Główne Mumie: Kidman i Bullock. Kidman już nas przyzwyczaiła, że twarz ma nieruchomą. Ale Sandra niepokojąco upodabnia się do Cher… Film nudził okropnie, czymś się trzeba było zająć. Marlena wysnuła teorię: planowany jest film biograficzny o Cher i Sandra zagra w nim główna bohaterkę, stąd to podobieństwo.
Po seansie jej zachciało się pizzy a mi szarlotki. Dowiozłyśmy do domu, skonsumowały i odfrunęłam, ale kupiłam bilet powrotny do Koszalina.
Już wiedziałam, że nie uda mi się zarejestrować rozwodu, więc nie było sensu siedzieć dłużej. Na wizytę w ZUSie nie wystarczyło mi mocy.
Rano skoczyłam do Miasteczka zabrałam wybrakowane dokumenty z USC. Potem siedziałam z Marleną w pracy aż do czasu pociągu.
Pociąg…
Kupiłam bilet na wagon bez przedziałowy. Nie znoszę zaduchu przedziałów, tego, że zawsze trafi mi się ktoś, kto absolutnie nie da ani otworzyć okna, ani drzwi oraz ktoś pachnący niefajnie…
Ale mój wagon niestety miał przedziały. Za to nie miał gniazdek do prądu oraz niektórych miejscówek.
Przeniosłam się do drugiego wagonu, konduktor wypisał mi miejscówkę na inne miejsce…ale w felernym wagonie, więc bez sensu. Do Gdańska dojechałam, potem musiałam się przenieść.
Na moim pierwotnym miejscu ktoś siedział, a tego nowego nie było. Siadłam gdzie bądź, zależało mi tylko by mieć miejsce przy drzwiach. Bo w wagonie panował ukrop nieziemski. Dwa przedziały dalej darło się dziecko. Nie płakało, albo nie tylko płakało, ale wrzeszczało. Potem ucichło na chwilę i zobaczyłam 3-4 latka na smyczy przymocowanej do szelek oraz w samej pielusze i koszulce. Zgadłam, że dziecko jest niepełnosprawne, może z autyzmem, może coś. Niemniej ponad 3 godziny niemal nieustającego krzyku wykończyły mnie na amen.
Dobrze, że współpodróżnicy zgodzili się na otwarcie okna…
W Koszalinie wpadłam w ramiona Waldka. Padłam prawie natychmiast po przyjeździe do domu.
Dziś cieszę się tym, że nigdzie nie muszę iść czy jechać. Pracuję niespiesznie, miziam Gryzeldę i cieszę się ciszą mojego „zastępczego domu”.
Ale tęsknię za Tosią.
Resztę będę ogarniać zdalnie.
















