120. Na naszą równinę…

Napadało śniegu wczoraj. I mamy regularną zimę.
Trzeba Tosię zabrać gdzieś, gdzie będzie mogła się tym śniegiem pocieszyć.
Karma dla seniorów rządzi! Tosia znowu bryka, skacze, biega. Krótko, bo krótko, ale ona przecież nigdy nie była psem wyczynowym. A my cieszymy się tym, że pies jest wesoły i chętny do psot. Tym bardziej, że kilka tygodni temu koleżanka, którą namówiłam na berneńskiego psa pasterskiego, powiedziała że ich pies ma dysplazję bioder. Młody pies! Nie ma jeszcze roku chyba.
Dramat. Dylemat: eutanazja czy operacja, a po niej długa i bolesna rehabilitacja.
Nie wiem co zdecydowali. Nie mam odwagi zapytać, bo mój zapas siły na wspieranie jest dość wyczerpany. Na tyle, że nie mam siły nawet zorganizować jakiejś uroczystości dla Tomka.
A chciałam zwołać wszystkich, którzy go chcą pożegnać na miejscowy cmentarz, na miejsce pamięci czyli Minneslund. Mąż stwierdził, że możemy to zorganizować w przyszłą niedzielę.
Zajmę się tym w poniedziałek.
I tak się dni toczą, jeden za drugiem.
Końcówka listopada to ciężki miesiąc.
Jest ciemno, zazwyczaj deszczowo. Ciężkie chmury leżą nisko, rozjaśnia się około dziewiątej, o czwartej znowu zupełna noc.
Ludzie się pocieszają sztucznym światłem. Miasto się stroi w światło. Choinki, oświetlone drzewa, światła na wystawach, w oknach mieszkań. Te krótkie kilka godzin smutnego dnia wynagradza nam wczesny wieczór pełen ciepłego światła, żywego ognia – choćby tylko od świec. Ale też celebracja tych długich wieczorów. Ciepłe kocyki, miłe kubeczki pełne dobrych rzeczy, miłe filmy…
Tak się ludy północne nauczyły radzić sobie z listopadem i grudniem.
Może dlatego adwent w Szwecji jest radosny? Bo dookoła jest ponuro by poddać się katolickiej presji umartwiania się?
Oczywiście jest to w tej chwili podszyte presją „kupuj, kupuj” …
Black Week-owe powiadomienia doprowadziły mnie w piątek do stanu, że miałam chęć rzucić telefonem o ścianę.
Czekałam na wiadomości od Sary, która robiła zakończenie roku w jednej z „moich” spółek. A tu co chwila mi pika telefon… Więc się podrywam, bo jeśli Sara czegoś potrzebuje: wyjaśnień, dodatkowych dokumentów, cokolwiek… to chcę jej dać to jak najszybciej, bo wiem, że walczy z rozkładającą ją infekcją, a poza tym jej czas kosztuje…
Taka byłam rozłożona w tym tygodniu, że znowu nie miałam siły ani czytać, ani oglądać niczego sensownego.
Netflix zjeżdża coraz bardziej – każdy kolejny serial jaki próbuję oglądać jest popłuczynami po wszystkich innych. Nudne to i głupie do bólu, w dodatku pełne takich wypychaczy, scen, które niczemu nie służą, niczego nie wnoszą, niczego nie zmieniają… I oczywiście są tylko dwa gatunki: albo mroczny kryminał w którym zmęczony życiem detektyw (nie ma znaczenia kobieta czy mężczyzna) dochodzi coraz mroczniejszej prawdy. Albo durnowata komedia…
Polazłam na TVP VOD w poszukiwaniu jakiegoś czegoś… do oglądania. Czegoś co da się oglądać, choćby tylko dla widoków. Czegoś w klimacie Siedliska.
I tak weszłam Nad Rozlewisko.
Czytałam tę książkę i się nią najpierw zachwycałam, potem zauważyłam drobiazgi, które jakoś ostudziły moje zachwyty (Olsztyn to nie są MAZURY!, mówienie o młodszej konkurencji „cipka”).
Ale ostatnio wysłuchałam audiobooka Katarzyny Kalicińskiej gdzie wspominała proces powstawania serialu.
No i wsiąkłam. Obejrzałam całą serię. Bardzo mi się podobało.
Choć gdy się dowiedziałam, że w pierwszej obsadzie Gosię miała zagrać Edyta Olszówka to bardzo żałowałam, że tak się nie stało.
Lubię Joannę Brodzik, ale ona w roli Gosi jest cały czas Ulą z Nigdy w życiu. Poza początkowymi scenami, gdzie przypomina drapieżną Stenkę.
I tak sobie oglądałam ten Dom nad Rozlewiskiem i nagle…
Kurczę, coś znajomego mi mignęło. Potem znowu. Aż jest taka scena…
(z maila do kolegi) „jak pod sklep podjeżdża czerwony TIR. I sklepowa (Elwira?) daje kierowcy wodę, a on zaraz potem odjeżdża… Widać drogę, kościół z drewnianą wieżą, starą stodołę z wielkimi wrotami i wybrukowanym podejściem…
i ZONK! Ja znam ten widok!!  Kiedyś z zimą, pod tymi wrotami tańczyłam menueta (albo coś, co za menueta uważałyśmy) z moją przyjaciółką Gośką. I robiłyśmy „nóżką” …ych…musiałabym ci kiedyś pokazać.
Czekałyśmy po szkole na autobus do Miasteczka, który się spóźniał, a na dworze był mróz. Tańczyłyśmy, żeby się rozgrzać. Miałam niebieską  kurtkę i niebieską czapkę z pomponami na sznurku. Gdzieś koło nas musiała być Baśka, moja siostra. Musiał być rok 1981… Może 1982…”
Zatęskniłam do Warmii, do znajomych miejsc, do poczucia, że to moje…
To se ne wrati.
Jak przyjeżdżam to czuję się obco, choć Warmia wciąż wzbudza zachwyt, ale to już nie moje. Za wiele zmian.
Teraz oglądam Miłość nad Rozlewiskiem i wkurzam się.
Bo to znowu jest serial „wypychacz”. Nic tam nie ma.
Rola Pakulnis wepchnięta na siłę. Tak samo jak motyw księdza i jego matki. Jakie to sztywne i papierowe, nieprawdziwe.
Bohaterowie coraz bardziej odjechani, niemożliwi i nieprawdziwi. A Brodzik coraz bardziej niewłaściwa w roli Gosi.
Oglądam z rozpędu, chyba w zasadzie tylko dla Braunek…
Obejrzę do końca, zacznę sezon kolejny, ale jak dalej będzie to taka wydmuszka to chyba podziękuję. Nie ma na co patrzeć, bo nawet plenerów tam nie ma, tylko cały czas jedno ujęcie panoramy Pasymia z wody. Rozczarowanie.
I tak się te wieczory toczą.
Mam zamówione prezenty dla Misi i Mela. Zaplanowany dla Yankiego. Tylko nie wiem co dla męża i Zuzu…
No, a teraz pora iść i przegonić Tosię.


119. Liczy się to, w co wierzysz

We wtorek, około 23 zaczęłam się układać do spania.
Bez większego przekonania, bo ostatnio sypiałam bardzo źle.
Mościłam się w łóżku, a to tak, a to tak… Tak to trwało jakieś 10minut.
I nagle poczułam, że kręci mnie w nosie. I zaczęłam kichać. Kichałam, kichałam i kichałam. Skończyłam, nabrałam oddechu i znowu seria kichnięć.
Wytarłam nos. Ułożyłam się na brzuchu i zaczęłam zapadać w sen.
Piknął sms.
Wytrzeźwiałam. I bez otwierania wiedziałam jaka to wiadomość. Ale miałam nadzieję, że się mylę.
Była 23:20
„Tomek odszedł o 11”.
Więc jednak dał mi znak…

117. Odchodzenie


  • – Zobaczymy jak tam jest

Głos ma słaby, tak, że chwilami nie rozumiem co mówi, mimo że nachylam się i odruchowo nastawiam to lepiej słyszące ucho.
– Gdzie? – pytam, bo nie wiem co powiedzieć
Przez twarz przelatuje cień uśmiechu
– No wiesz… TAM
– No… zobaczymy… Dasz mi znać?
– Dam. Umówimy się na jakiś znak.
– Jaki?
– Nie wiem… Wymyślimy.

Muszę więc wymyślić.
Może coś w Astrze, bo przecież to on miał się nią opiekować?
A może coś zupełnie innego?
Nie mam za wiele czasu na myślenie…

116

eM na wyjeździe melduje mi okropne rzeczy.
Że nikt mu nie powiedział, że ma sobie wziąć pościel do spania – i nie chodzi o bieliznę lecz o kołdrę i poduszkę.
Praca na podwórku – nawet w lejącym deszczu. A ona tam spawa, więc jest podłączone do prądu, który go kopie.
Praca w tych od 5:30 do 19:30!
Wczoraj rano, po ciemku, wpadł do jakiejś niezabezpieczonej studzienki po pas w wodę. Cud, że sobie rąk nie połamał, ale poobijał się bardzo.
To jakaś nienormalna firma! I nienormalni ludzie tę pracę przygotowali.
W poniedziałek był załamany i wściekły, bo mówił, że nie jest pewien czy da radę.
A ja się martwię, że się od tego rozchoruje.
Kurde no.
Wysyłając go do takiej roboty to powinni mu powiedzieć co i jak i zapytać czy chce i czy da radę. Co by nie mówić, to jednak on jest facet prawie sześćdziesięcioletni.
Zaczynam myśleć, że może jednak zrobił błąd zmieniając firmę. Owszem te wyższe zarobki mają znaczenie, ale tam miał stałe zajęcie, niezbyt ciężką fizycznie pracę a szefowie, nawet ci nowi, wiedzieli, że jest po kilku operacjach, że nie jest zdrowy i liczyli się z tym.
Inna rzecz, że tamta firma to jest ewidentnie równia pochyła.
Rotacja pracowników coraz większa, zarobki stoją w miejscu, coroczne podwyżki już nawet nie pokrywają się z inflacją, a do pracy przychodzi coraz bardziej podejrzany element – narkomani lub ludzie po wyrokach lub i jedno i drugie…

Poszłam wczoraj do second handu. I znowu kupiłam wełnę. Tym razem dwa kłębki po 95gr każdy za 25kr. Wełna była nie barwiona, czyli taka w kolorze ecru. A ja se wymyśliłam, że do tych kłębków w odcieniach czerwieni potrzebuję coś żółtego – dlatego tak latam do tego szmateksu. Ale wzięłam tę ecru, bo może jednak…I nagle BĘC! Przecież mogę sama ufarbować. Kurkumą.
Najpierw wzięłam po kawałku nitki. Wlałam wody, wsypałam kurkumy „na oko”, wsadziłam nitkę. Zabarwiła się na piękny „kaczuszkowy” żółty. A ja już wyczułam zabawę… A co, jak bym np. wsadziła w paprykę..? Nie miałam zwykłej, czerwonej tylko ostrą. Kolejny kawałek nitki… A w herbacie? A w mieszance papryki z kurkumą? Czego jeszcze mogę użyć do farbowania wełny?
Wypłukałam nitki rozwiesiłam na kaloryferku łazienkowym. Piękne były, to cykłam fotkę starym telefonem.
Pierwsza z prawej to kurkuma, potem herbata, potem kurkuma z papryką, na końcu sama papryka (ostra).

Poszłam do sklepu, kupiłam zwykłą czerwoną paprykę.
Potem na nogach od krzesła przewinęłam kłębki na motki i zaczęłam farbowanie. Pomyślałam, że na zimno to mi się słabiej kolor utrwali, więc podgrzałam wełnę do wrzenia. Wcześniej poczytałam, że można. Bo wełna filcuje się się nie od temperatury, a od ubijania czyli prania w pralce na wysokich obrotach.
Na koniec dodałam octu a po czasie potrzebnym na zjedzenie makaronu zapiekanego z pomidorkami i mozzarellą, zaczęłam płukać i suszyć.
Kolory mnie troszkę zawiodły.
Pierwszy z prawej to papryka, potem jest kurkuma z papryką, na końcu- kurkuma.

Zdjęcie tego nie pokazuje, ale kurkuma z papryką jest ciemniejsza, ale żółta. A ja chciałam efekt żółto-czerwony. Coś w rodzaju pomarańczowego, ale z nutą żółtego. Więc chyba wsadzę ten motek jeszcze w samą paprykę i zobaczymy.
Wkręciłam się w to farbowanie metodami naturalnymi…
Na portalu, gdzie kupuję włóczkę, na ich blogu znalazłam kiedyś wpis o farbowniu przy pomocy słońca.
Wsadzasz włóczkę do słoja, wsypujesz barwnik, wlewasz wodę i stawiasz na słońcu na jakiś czas. No, ale w listopadzie, Szwecji to niewykonalne.
Ale na przykład dowiedziałam się, że gdy się chce uzyskac kolor zielony, to można użyć liści brzozy. Z tym, że w zależności od miesiąca czyli stopnia dojrzałości tych liści – kolory będą się różnić.
Natura jest jednak niesamowita!
Jest tylko pewien problem z ta kurkumą.
Płukałam, i płukałam i płukałam, a woda wciąż była żółta. Jak zrobię sweter i go wypiorę, to czy nada wszystkim kolorom odcień żółty?
To idę pomoczyc motek w papryce. Co wyjdzie – zobaczymy.

115

Nareszcie zdrowa. Albo prawie zdrowa. Bo wczoraj głos jeszcze miałam nosowy, ale suchy. I pozadzierany od chusteczek.
Byliśmy w Borås w polskim sklepie. Na e20 roboty, co chwila zwężenie, i ograniczenie do 50km. Ale za dwa lata będzie wreszcie dobra, szeroka droga. Jechałam w drodze powrotnej kawałek, ale źle ustawiłam fotel – za blisko – i złapał mnie skurcz w stopie.
eM musiał mnie zmienić.
To jest problem z tą moją jedną nóżką, co ją mam bardziej. Jak ją ustawię pod złym kątem to zaczyna boleć jak głupia i nie uspokaja jej zmiana pozycji.
Ale powoli przywykam do Volvo. Na przykład do tego, że choć ma naprawdę mały silnik to przyspieszenie ma niezłe. I od 60 do 80km/h wskakuje momentalnie. No i idzie gładko, jakby się ślizgał. Astra, mimo naprawy cacka z dziurką, wciąż nieco wierzga, zwłaszcza jak jest zimna. W Volvo podoba mi się jeszcze i to, że ma taki wskaźnik pokazujący czy jadę ekologicznie czy nie. Dobrze to robi na samopoczucie.
No dobra… może to nie jest taki zły samochód. Choć i tak nadal wolę moją Astrę. To że jest taka malutka. Nie lubię tylko tego, że muszę się nią dzielić z synem. Ale Yankiego póki co nie stać na kupno samochodu, a do pracy ma daleko, a pracuje w nocy, więc mu pozwalam brać. Najwyżej czasem muszę ją zabrać od niego spod domu jak ostatnio.
Normalnie wstawia samochód do garażu, ale tego dnia, kiedy ja akurat potrzebowałam, nie wstawił, bo późno skończył, bo pracował na nogach i był wykończony.
A tak. Wynajęłam Astrze garaż i to ciepły. Taka jestem burżujka. Ale pomyślałam, że jak postoi na parkingu w zimę: w soli, w deszczu, mrozie…to będę z nią miała kłopoty.
To jest staruszka, trzeba o nią dbać.
Yankie już się zainstalował u siebie w mieszkaniu.
Urządzają się razem z Sebastianem, widać jak się obaj cieszą mieszkaniem. Samo mieszkanie: piękne. Dwie podobnej wielkości sypialnie: kwadratowe i ustawne, z wielkimi szafami. Do tego salon, też niczego sobie i piękna, duża, funkcjonalna kuchnia. Na podłogach parkiety. W łazience kafelki i ogrzewanie podłogowe, oraz kabina prysznicowa.
Taki standard to luksus w mieszkaniach wynajmowanych. Zazwyczaj na podłogach są byle jakie panele w sypialniach , a w kuchni i łazience gumoleum. No, ale ten luksus przekłada się na cenę czynszu. Płacą prawie 10 tysięcy koron. To dużo – bo prawie połowa zwykłej pensji.
Póki co chłopaki się urządzają i cieszą.
Rozmawiałam z siostrą Sebastiana, która stwierdziła, że dla jej brata lepiej jak nie będzie mieszkał sam.
Yankie dopiero teraz, niedawno, powiedział mi, że jak mieszkali razem w Sztokholmie, to Sebastian wpadł w taką depresję, że nie miał siły wstawać z łóżka.
Czyli trafił swój na swego.
Yankie, po tygodniu czy dwóch mieszkania samotnie u siostry też nie wyglądał najlepiej. Zostawiłam go samemu sobie – nie dzwoniłam, nie zachodziłam. Już wiem, że nie mogę go tak zostawiać. Muszę pilnować i w razie czego wywlec z dziury w jaką wpada.
Może teraz będą się wspierać? Oby…
Wczoraj wieczorem była u nich Misia i Mel. Ciekawa jestem rezultatu…
Jeśli wszystko poszło tak, jak miało, to kto wie… Może czeka mnie w grudniu-styczniu wyjazd do Hiszpanii? Zobaczymy.
Póki co – zostaję sama od jutra. Em wyjeżdża w delegację. Będzie pracował na budowie. Ale nie jako murarz! Będzie coś tam spawał. Mnie to średnio cieszy, bo listopad to nie jest dobra pora do pracy na zewnątrz, zwłaszcza dla kogoś kto nie jest całkiem zdrowy. No ale jest na okresie próbnym, więc nie bardzo mógł odmówić.
Nowa praca…
Dziwnie jest. Bo na przykład wypłatę dostaje co dwa tygodnie. I dla mnie to stres, bo muszę ja przetrzymać do następnej wypłaty, zebrać do kupy i popłacić rachunki. A mój mąż ma lekką rękę do wydawania kasy, bardzo lekką. Zapali się, zachwyci czymś i kupuje. Fakt, niby mnie pyta, ale ja mu nie odmawiam, co najwyżej sugeruję, że może nie teraz, może nie konicznie potrzebuje… Ja oglądam, wzdycham i najczęściej stwierdzam „eeee tam, przecież wcale nie potrzebuję, mam to co mam, jeszcze dobre, nie wyrzucę przecież, na co mi kolejna rzecz…”
eM narzeka też na warunki socjalne: automaty do kawy serwujące kawę naprawdę kiepską. Brak okien na hali i stołówce – w poprzedniej firmie miał widok na jezioro. Brak parkingu pod firmą. Kiepskie toalety i natryski. Na to, że ubrania trzeba sobie prać samemu – w firmie są pralki, proszek, ale ostatnio ktoś zostawił mokre pranie i tak sobie leżało w pralce i śmierdziało.
Z drugiej strony załoga jest mieszana: są Szwedzi i są cudzoziemcy, może dzięki temu łatwiej wszedł w towarzystwo?
Ale oczywiście jak wraca muszę wysłuchać mieszanki narzekań i opowieści śniadaniowych. Bywa ciekawie. Czasem mnie to niecierpliwi, zwłaszcza jak siedzę nad pilną robotą, a ten musi się wygadać, ale czasem bywa zabawnie.
Wczoraj eM stwierdził, że w najbliższych dniach będę jak doktor Dolittle: będę gadać tylko ze zwierzętami. W duchu westchnęłam:oby!
Wiem, że pracy czeka mnie w tym tygodniu wiele, bo trochę się działo podczas mojego wyjazdu, a trochę po prostu poodkładałam na ten czas. Bo wcześniej nie mogłam sie tym zająć. Teraz trzeba. A tymczasem muszę dokończyć rok u jednego klienta, bo 1 grudnia musi mieć złożone raporty roczne. Miałam na to pół roku! Ale… jakoś nie spostrzegłam, że ten czas tak poleciał. Dopiero był lipiec! A tu nagle połowa listopada.
Na Torget znowu budują lodowisko. I znowu palą się lampki na drzewach, i świąteczne dekoracje. Kupiłam sobie ledowy łańcuch i włożyłam do lampionu w przedpokoju. I namawiam eM do wystawienia naszego drzewka ze światełkami na balkon.
Tak powoli idziemy w stronę świąt. Miasto ubiera się w światła, bo dzień krótki. Gdy pogodnie, co rzadko, złota godzina trwa cały czas. Gdy pochmurno – panuje zmierzch.
Taka pora roku, kiedy płacimy za te cudownie długie, słoneczne dni.

114. Tallin

Tallin nocą, w deszczu. Z telefonu. Zaskoczyła mnie jakość tych zdjęć. Może jednak telefonem da się..?

Zuzu w średniowiecznej knajpie wcina wielkie żebro jakiegoś zwierza. Zuzu lubi mięsko!

Tallin za dnia

Jak w „Tales from the Loop”

Podsumowując: Tallin i Ryga to piękne starówki. Nie na darmo obie są na liście UNESCO. Ale poza starówkami, widać pozostałości minionej epoki, zwłaszcza na Łotwie.
Gdy się jedzie pięć godzin autobusem można zobaczyć obejścia, w których czas się zatrzymał jakieś pięćdziesiąt lat temu. Można by myśleć, że to po prostu ruinka, ale suszące pranie, kwiaty w oknie sugerują, że ktoś nadal tak mieszka…
Przy wyjeździe z Rygi, w ostatniej chwili, złapałam przez zalane deszczem okno taki oto widok:


Czuję niedosyt. Bo właściwie przebiegłam przez oba miasta, pod czyjeś dyktando, bez czasu na powolną i spokojną wędrówkę, zaglądanie w zakamarki, odkrywanie detali. Nie potrafię fotografować z marszu, w biegu.
Chciałabym wrócić. Sama lub z kimś, kto też fotografuje lub przynajmniej rozumie tę potrzebę.
A teraz wychodzę, mam nadzieję, z paskudnej infekcji. Dzięki różnym wspomagaczom skończyło się na potężnym katarze, katarze-Niagarze, ogólnym rozbiciu i stanach podgorączkowych. A pracować trzeba…
Ale chyba wreszcie idzie ku lepszemu.

113. Ryga

Najpierw z telefonu czyli przepraszam za jakość

I jeszcze z aparatu…też takie sobie

Podsumowując: Ryga warta jest by do niej wrócić. Najlepiej w pojedynkę lub z kimś, kto rozumie potrzebę zatrzymania się, popatrzenia, zrobienia kilku ujęć.
Jest tam ogrom rzeczy, które warte są uwagi, choć starówka przy tej tallińskiej wydaje się być niewielka i dzięki temu przytulniejsza.

112. 01:32

Oj, niefartowny był ten wyjazd Ryga-Tallin jak nigdy.
Zuzu przyjechała sama od Taty autobusem i była to jej pierwsza samodzielna podróż.
Niby nic: bonus mama wsadziła ją do autobusu a 25 minut później babcia ją przyjęła na dworcu. Ale stres był dla wszystkich, chyba nawet dla taty, który wysłał smsa, że jest dumny i kocha. Zuzu też była dumna z siebie. I z tego tatowego smsa, pokazywała go potem każdemu…
Poza tym, że była dumna… była też lekko podziębiona. Niby nic: lekkie zakatarzenie, odrobinę szkliste oczy. Ale istniała obawa czy jej na lotnisku nikt nie zatrzyma.
Nie zatrzymał. I lot trwał gładko przez pierwszą część czyli jakieś 50minut. Ostatnie 20minut to był koszmar, bo gdy zaczęło się obniżanie zatoki Zuzu zareagowały ogromnym bólem.
Łzy jej leciały jak groch, nie pomogły cukierki, dmuchanie itd… Jeszcze chwilę po wylądowaniu była nieswoja i obolała.
Odebrała nas Misia i pojechałyśmy do hotelu.

Nasz hotel mieścił się na starówce, w wąskiej uliczce z widokiem na wieżę jakiegoś kościoła. Była 22. Więc tylko się lekko obmywszy poszłyśmy spać. A rano ruszyłyśmy połazić po mieście.
W Rydze jest teraz lockdown, więc miasto było opustoszałe. Do tego padała taka drobna, ale gęsta mżawka. Zaliczyłyśmy jednak najważniejsze punktu, w tym dom z czarnym kotem na dachu. Tylko aparatu prawie nie wyciągałam, bo bałam się, że ten deszczyk mu zaszkodzi. Fotografowałam telefonem, więc zdjęcia takie sobie… Kupiłyśmy jakieś pieczywo na drogę, oraz słodkie ciastka, które okazały się przepyszne.
W południe wsiadłyśmy do autobusu Luxexpress i pojechały do Tallina.
Autobus na wypasie: kawa, herbata do woli, toaleta oraz biblioteka z filmami i grami, do tego ekranik w każdym siedzeniu.
Jednak od filmów ciekawsze były widoki za oknem, zwłaszcza gdy już wyjechaliśmy za Rygę.
Płaski, zalesiony krajobraz, drewniana architektura przypominająca obrazki z Podlasia.
I kontrasty. Wypasione auta przy domu przypominającym ruinę. Często w tych domach widać nowe, plastikowe okna, które szpecą je strasznie.
Jechaliśmy trasą, którą w 23 sierpnia 1989 roku przebiegał tzw Łańcuch Bałtycki. Ponad milion ludzi z Litwy, Łotwy i Estonii podało sobie ręce i stanęło w szeregu by zaprotestować przeciw polityce ZSRR. Łańcuch ten był początkiem odzyskiwania niepodległości przez Litwę, Łotwę i Estonię. Piękny, pokojowy protest upamiętaniony pomnikami w wielu miejscach.
Ale jechać tą trasą nie było wesoło. Droga, choć międzynarodowa- dwupasmowa. Pełna aut. Gdy niechcący wyjrzałam zza siedzenia i spojrzałam w szybę kierowcy, zrobiło mi się słabo: po prawej TIR, przed nami światła samochodu… Nie wiem jakim cudem nie doszło do kolizji. Potem starałam się nie patrzeć.
Dojechałyśmy.
No i zaczął się Tallin.
Już pierwszego wieczoru poszliśmy połazić po starówce, wciąż w siąpiącym deszczu, więc nawet nie brałam aparatu.
Atrakcją wieczoru była restauracja Drakon. Restauracja stylizowana na średniowiecze: brak elektryczności, oświetlenie jedynie świecami, obsługa w stosownych strojach… no i takież jedzenie: jakaś zupa na mięsie, jakieś kiełbaski, jakieś żebra wołowe. Jedyna co mi naprawdę smakowało to ogórki kiszone, wyciągnięte z beczki przy pomocy drąga z gwoździem.
Potem snuliśmy się po uliczkach, by na koniec wspiąć się na wzgórze Toompea skąd oglądaliśmy nocną panoramę miasta.
Wróciliśmy do domu we wciąż siąpiącym deszczyku.
Oni poszli spać, a ja się przewalałam w łóżku, by wreszcie włączyć sobie ebooka i tak dotrwałam do świtu czyli mniej więcej do ósmej rano.
Pogoda się poprawiła, przestało padać, chciałam połazić po mieście sama, ale Zuzu zapytała czy może ze mną… Uprzedziłam, że będę robić zdjęcia, ale to jej nie zniechęciło.
Mama i Mel musieli trochę popracować, potem mieliśmy się spotkać w mieście, bo obiecali Zuzu zakupy ciuchowe.
Łaziłyśmy bez celu, zaglądając w uliczki, szukając ciekawych ujęć, Zuzu mnie rozśmieszała, psociła, wstawiałam ryjek w najlepsze kadry i miałyśmy śmiechu co niemiara.
Wreszcie po kilku godzinach naglące stało się znalezienie toalety… więc poszłyśmy do księgarni-restauracji w której zakotwiczył Mel. Zuzu prowadziła przy pomocy google map i była z tego bardzo dumna. Doszłyśmy bez problemu.
W przepięknej stylowej księgarni, przy wejściu, urządzono kawiarnię. Pokazałam mój covid-pass i mogłam zdjąć maseczkę. Bo w Estonii maski wymagane są w pomieszczeniach i komunikacji. Zjadłyśmy z Zuzu po wielkim ciachu, ona popiła to jeszcze kubkiem kakao, ja się zadowoliłam gorzką kawą.
Ciasta w Estonii są pyszne, ale bardzo, bardzo słodkie. Słodsze niż te łotewskie.
Później, nauczona doświadczeniem wybierałam takie, w których były świeże owoce, co przełamywało słodycz.
A potem doszła do nas Misia i poszliśmy na lunch… Do naleśnikarni. Po słodkim cieście nie byłam głodna, ale wiadomo, że w towarzystwie się trzeba dostosować. Wzięłam naleśnika z boczkiem i serem bo to było jedyne co wydawało mi się sensowne w tej sytuacji.
Zuzu wzięła jakiegoś słodkiego i poskubawszy chwilę oznajmiła, że się najadła. I się zaczęło. Najpierw dobrotliwe nakłanianie, a wreszcie próba nakarmienia siłą…Tu już nie zdzierżyłam i nie pozwoliłam.
Jak trzeba być bezmyślnym żeby nie zrozumieć, że dziecko, które niecałą godzinę wcześniej zjadło wielkie ciastko oraz wypiło kubas czekolady nie da rady zjeść ogromnego i na pewno znowu bardzo słodkiego naleśnika.
Wysyczałam, że karmienie na siłę to to samo co bicie.
Ale oczywiście miałam się nie wtrącać… Bo Zuzu po prostu marudzi, żeby wymusić uwagę.
No żesz..! Mel oczywiście popierał Misię, a Zuzu patrzyła na niego wilkiem.
Powiedziałam mu, że lepiej żeby się wycofał w takiej sytuacji, ale upierał się, że ona ma go słuchać. Więc go zapytałam co zrobi jak usłyszy „nie jesteś moim tatą”. On, że i tak ona musi go słuchać… A co zrobi jak nie będzie? Mel zrozumiał, że ja uważam, że ona nie musi go słuchać i musiałam mu potem wyjaśniać.
Ja swojego naleśnika też nie dojadłam i miałam chęć zapytać czy mnie też będą karmić na siłę.
Nastrój się zwarzył.
Oni byli źli na mnie, ja na nich i najchętniej bym zabrała Zuzu i poszła w miasto tylko z nią. Wlokłam się za nimi bez sensu, bo do głowy mi nie przyszło żeby ich zostawić.
Zuzu nie znalazła dla siebie nic do ubrania, wróciliśmy do domu gdzie z apetytem zjadłyśmy…”chińskie zupki” bo i ona i ja potrzebowałyśmy coś do uspokojenia żołądka zamulonego słodkim… Misia i Mel poszli się spotkać ze znajomymi, a my całe szczęśliwe, spędzałyśmy czas ze sobą.
Nazajutrz pojechaliśmy do Fotografiska czyli wystawę fotografii, a potem do jakiegoś interaktywnego muzem w stylu Juliusza Verne’a. Po założeniu gogli można było pokierować łodzią podwodną, balonem, rowerem z wiatraczkiem… Zabawa niesamowita, zwłaszcza w balonie, gdzie przepaść pod nogami zdaje się realna, problem w tym, że po chwili zaczyna się kręcić w głowie…
Mel był wycofany, widziałam to, Misia usprawiedliwiała go, że zmęczony, ale postanowiłam ignorować je humory. Skoro twierdzi, że zmęczony to nie będę na siłę lodów przełamywać, nie?
A nazajutrz wyjechaliśmy do Rygi na lot do domu.
Już rano czułam dziwne skurcze w dole brzucha. Ale po dwóch godzinach w autobusie ból stał się nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że mi coś eksploduje w tzw „dolnej, prawej ćwiartce”. Łyknęłam ipren, ale nic nie pomogło. Z zaciśniętymi zębami odliczałam czas pozostały do Rygi. Na wszelki wypadek powiedziałam córce co się dzieje, bo zaczynałam się obawiać, że może będę musiała wezwać jakąś karetkę czy coś. Ale w głowie miałam tylko „do domu, do Szwecji, do moich lekarzy”. Gdy wysiadłam z autobusu, przybrałam pozycję pionową, ból zelżał. Na lotnisku i samolocie odpuścił niemal zupełnie… a wrócił gdy wsiadłam do samochodu.
eM zobaczył co się dzieje, zdaje się że gnał jak tylko mógł, żeby tylko jak najszybciej dowieźć mnie do domu. Wysadził mnie pierwszą, powlokłam się do domu.
Tosia się popłakała na mój widok. Skamlała i piszczała, kręcąc się pod nogami, a ja rzuciłam wszystko i poszłam pod gorący prysznic, w nadziei, że ciepła woda zadziała rozkurczowo…
Nie zadziałała.
Kolejne 40minut spędziłam czekając na połączenie z 1177 czyli taką poradnią telefoniczną bo sądziłam, że aby iść bezpośrednio na ostry dyżur muszę się najpierw tam zameldować. Po 40 minutach zgłosiła się pielęgniarka. Powiedziałam w czym rzecz, zapytała o skalę 1-10 powiedziałam 11, a ona się roześmiała.
Wywarczałam, że to nie jest śmieszne…
Wysłała mnie do szpitala w Skovde, bo tam mają chirurgów, a u mnie nie, i mi nie pomogą.
EM z ciężkim westchnieniem zawiózł mnie do Skovde.
Nastawiliśmy się, że spędzimy tam całą noc, a było ledwie po północy jak wyjechaliśmy.
Na miejscu zonk: na akut wchodzą tylko chorzy, rodzina-nie. eM siedział w aucie na parkingu a ja czekałam. Dość szybko przyszła pielęgniarka, wysłuchała co mówię, zrobiła podstawowe badania. Odesłała do poczekalni. Pić mi się chciało, znalazłam jakiś automat ale serwował wyłącznie kawę lub zupę z dzikiej róży. To wzięłam tę zupę, ale że był to wrzątek to nie zdążyłam nawet ust zamoczyć, bo zawołali mnie do badania.
W międzyczasie ból zaczął przechodzić.
Nim przyszła lekarka wszystko wróciło do normy.
Zbadała mnie ginekologicznie, zrobiła USG, stwierdziła, że nie widzi żadnej przyczyny i zapytała czy naprawdę musiałam aż na akut przyjeżdżać.
Zawsze mnie złości, że riposty przychodzą mi do głowy po czasie, bo powinnam była jej powiedzieć, że po prostu potrzebowałam uwagi i dlatego po całodziennej podróży zachciało mi się posiedzieć na SORze w nocy, 60km od domu.
Odesłali mnie do domu bez wyjaśnienia przyczyny. W domu byliśmy o 3 nad ranem.
Ból nie wrócił.
Poszłam spać z Tosią przyklejoną do mojego boku. Nie wystarczyło jej, że jestem, musiałam ją trzymać za łapkę, a ona zasnęłam z mordką na mnie. Mówił mi eM, że jak wrócił z lotniska po odwiezieniu mnie i Zuzu, Tosia zaparła się łapami na schodach i nie chciała wejść z powrotem do domu, tylko czekała… Biedna.
Bazyl omijał mnie wielkim kołem przez cały następny dzień.
A ja następnego dnia dostałam takiej migreny, że myślałam, że się nie pozbieram. A na wieczór, gdy już opanowałam ból głowy, objawiło się przeziębienie. Zaczęło mi się lać z nosa, telepać, skoczyła mi temperatura i zaczęłam się bać, że złapałam covid.
Wymoczyłam nogi we wrzątku, łyknęłam paracetamol i rutinoscorbin. Poszłam spać przed 19. Rano wstałam rozbita, z cieknącym nosem, osłabiona, ale bez gorączki.
Spałam niemal cały dzień. Gdy nie spałam – wycierałam nos, bo katar płynął strugą. Nie było mowy o pracy.
Usiłowałam ogarnąć zdjęcia, ale szło mi niemrawo, raz z powodu zmęczenia, dwa- z powodu załzawionych i zmęczonych oczu. Poddałam się.
Teraz jest 3:19. Nie mogę spać…no ba..
I myślę sobie, że mało fajny był ten wyjazd i chyba więcej się nie zgodzę. Młodzi planują wyjazd znowu na miesiąc czy dłużej, tym razem chyba do Hiszpanii i znowu mają pomysł by im dowieźć Zuzu. Jednak po tym eksperymencie sądzę, że Mel będzie wolał raczej sam polecieć niż znosić moje wtrącanie się.
A ja z kolei wkurzam się na ich protekcjonalne traktowanie mnie, jakbym była zdziecinniałą staruszką, która niczego nie ogarnia (tekst Mela: tak, babcię trzeba odebrać z lotniska, bo się zgubi . O sorry. Poleciałam do Szwajcarii zupełnie sama. I do Neapolu. I do Berlina ze Szwedem i nie zginęłam. Dlaczego miałabym zginąć gdzie indziej?!). Oraz na traktowanie Zuzu jak szczeniaczka: o jaki słodki, jaki zabawny, poklepiemy po łebku przez 5 minut, a potem niech nie sprawia kłopotów. I nie narzeka. Buty obcierają? Narzeka. Nogi bolą? Narzeka. Siku? Narzeka.
Noż kurde.

111. Listopad

Noooo…dostrzegam pozytyw zmiany czasu: zdążyłam się wyspać, mimo perturbacji nocnych (głowa, jak zawsze). Zdążyłam wypić kawę, być z psem, zdążyłam ogarnąć maile z weekendu i nieodebrane telefony, choć wiele tego nie było. Zdążyłam wstawić pranie. A tu dopiero dziesiąta.
I nie, nie wstałam o 6, a o 8.
Piję drugą kawę i mobilizuję się do odprawy i wypełniania jakichś dodatkowych papierów przed podróżą.
Oraz z całej siły staram się przestać myśleć o koledze w hospicjum.
Usiłuję racjonalizować, ale wiadomo.
A na boku jestem pod wrażeniem tego jak ta opieka jest zorganizowana. Jak wiele jest tu szacunku dla człowieka i zrozumienia dla jego cierpienia. I że to wszystko jest systemowe czyli nie decyduje dobra wola Pani Urzędniczki jej sympatia i dobry nastrój, tylko po prostu każdy ma prawo do godnego chorowania i umierania, bez zbędnego cierpienia.
To sprawia, że moje serce przykleja się coraz mocniej do tej mojej nowej ojczyzny.
Taki to kraj, gdzie nawet jeśli pacjent jest nieprzytomny, to się pamięta o tym, żeby mu rano żaluzji nie otwierać, bo nie lubi jak go słońce razi.
Wiem, że nie ma ideałów, wiem, że czynnik ludzi bywa zawodny, ale podziwiam system, który takie rzeczy nakazuje odgórnie.
I z takim, mimo wszystko pozytywnym, nastawieniem idę w listopad.