57.

Do Olsztyna dojechałam gładko. Marlena pracuje blisko dworca, więc spokojnie sobie tam poszłam. Mogłam wysiąść na stacji Śródmieście, byłoby jeszcze bliżej, ale chciałam zobaczyć nowy dworzec.

Zobaczyłam – pięknie, choć sama bryła, z zewnątrz mocno przypomina ten stary dworzec. Ale ładne otoczenie, wygodne zejście do tunelu. Szkoda, że dworzec autobusowy i budynek obok stoją niczym ponure wspomnienie czasów słusznie minionych.
Jakiś czas później przywitałam nowe mieszkanie Marleny i zaczęłyśmy gadać, gadać, gadać…
I tak zleciało trzy dni.
Byłam w Miasteczku. Obeszłam je dookoła. Odwiedziłam rodzinne groby, zjadłam małe pączki od Maziuka. Kto był w Miasteczku i próbował, ten już zawsze będzie tęsknił.
Zdziwiło mnie, że wyjątkowo chodzenie po uliczkach z mojego dzieciństwa nie sprawiło bólu i smutku. Patrzyłam z rozrzewnieniem na to co stare i znane i z uśmiechem na to co nowe. Nie chciało mi się spotykać ludzi, nie chciało mi się odpowiadać na pytania z cyklu „Co, przyjechałaś?” „A jak się tam żyje”. No bo co tu odpowiadać? I na szczęscie nie musiałam.
Załatwiłam co mogłam i wróciłam do Olsztyna. Przeszłam pod torami do nowej siedziby Szeficy Kultowej, odebrałam zaświadczenie i wróciłam. Dobry pomysł z tym tunelem pod torami. Trochę się poszwędałam po okolicy dworca i stwierdziłam, że mam dość. Było ciepło, stopy bolały.
Znaleźć połączenie autobusowe do sąsiednich miast to jest koszmar. W sumie funkcjonują dwa dworce autobusowe z tym, że ten drugi jest tylko dla wtajemniczonych. Rozkłady jazdy jeśli są są tylko sugestią, ceny biletów też. Koszmar dla cudzoziemca, który polskim nie włada. Pytałam i pytałam, a wielu ludzi patrzyło na mnie jakbym się z choinki urwała…

Następny dzień, środa był dla przyjemności. Rozbiłam bazę w Aurze i tam spotkałam się najpierw z Ewą, potem Agnieszką. Oba spotkania wzruszające. Nie gadamy ze często online, bo żadna z nas za tym nie przepada, ale spotkania osobiste to co innego.
Z Agnieszką przeszłyśmy na Stare Miasto… I znów obyło się bez żalu, bez drapania po starych bliznach.
Piękna ta Polska, choć wciąż nowoczesne obok ruinki, choć śmieci, szyldy, graffiti i pustostany. Obsługa w urzędach uprzejma, czasem wręcz miła, ludzie na przystankach gburowaci (ci starsi) i pomocni (ci młodsi).
Wieczorem Marlena zabrała mnie do kina Totalną Magię 2. W rolach głównych dwie Główne Mumie: Kidman i Bullock. Kidman już nas przyzwyczaiła, że twarz ma nieruchomą. Ale Sandra niepokojąco upodabnia się do Cher… Film nudził okropnie, czymś się trzeba było zająć. Marlena wysnuła teorię: planowany jest film biograficzny o Cher i Sandra zagra w nim główna bohaterkę, stąd to podobieństwo.
Po seansie jej zachciało się pizzy a mi szarlotki. Dowiozłyśmy do domu, skonsumowały i odfrunęłam, ale kupiłam bilet powrotny do Koszalina.
Już wiedziałam, że nie uda mi się zarejestrować rozwodu, więc nie było sensu siedzieć dłużej. Na wizytę w ZUSie nie wystarczyło mi mocy.
Rano skoczyłam do Miasteczka zabrałam wybrakowane dokumenty z USC. Potem siedziałam z Marleną w pracy aż do czasu pociągu.
Pociąg…
Kupiłam bilet na wagon bez przedziałowy. Nie znoszę zaduchu przedziałów, tego, że zawsze trafi mi się ktoś, kto absolutnie nie da ani otworzyć okna, ani drzwi oraz ktoś pachnący niefajnie…
Ale mój wagon niestety miał przedziały. Za to nie miał gniazdek do prądu oraz niektórych miejscówek.
Przeniosłam się do drugiego wagonu, konduktor wypisał mi miejscówkę na inne miejsce…ale w felernym wagonie, więc bez sensu. Do Gdańska dojechałam, potem musiałam się przenieść.
Na moim pierwotnym miejscu ktoś siedział, a tego nowego nie było. Siadłam gdzie bądź, zależało mi tylko by mieć miejsce przy drzwiach. Bo w wagonie panował ukrop nieziemski. Dwa przedziały dalej darło się dziecko. Nie płakało, albo nie tylko płakało, ale wrzeszczało. Potem ucichło na chwilę i zobaczyłam 3-4 latka na smyczy przymocowanej do szelek oraz w samej pielusze i koszulce. Zgadłam, że dziecko jest niepełnosprawne, może z autyzmem, może coś. Niemniej ponad 3 godziny niemal nieustającego krzyku wykończyły mnie na amen.
Dobrze, że współpodróżnicy zgodzili się na otwarcie okna…
W Koszalinie wpadłam w ramiona Waldka. Padłam prawie natychmiast po przyjeździe do domu.
Dziś cieszę się tym, że nigdzie nie muszę iść czy jechać. Pracuję niespiesznie, miziam Gryzeldę i cieszę się ciszą mojego „zastępczego domu”.
Ale tęsknię za Tosią.
Resztę będę ogarniać zdalnie.

55. Kołobrzeg

Dotarłam wczoraj po 22giej.
Jakoś bardziej męcząca niż zwykle była to podróż.
Jakbym się nie starła – nigdy nie udało mi się dotrzeć tu w mniej niż 10 godzin.
Samochód na lotnisko 2 godz
Oczekiwanie na lotnisku 2 do 2,5 godz
Lot 1 godz
Oczekiwanie oraz jazda na stację 1 godz
Podróż pociągiem 3 do 3,5 godz.
Pociąg był opóźniony. By kupić sobie choćby kilka minut wysiadłam w Ustroniu.
Urocza stacyjka, ale w nocy ciemno choć oko wykol.
Nie chciałam truskawek, ani buzi, ani kolacji ani w ogóle nic. Umyłam się i padłam.
Nad ranem oczywiście ból, więc zestaw prochów, i spanie.
Przez sen zanotowałam buziaka pożegnalnego od pana W i że Dorka położyła się przy mnie na łóżku. Głasnęłam ją parę razy…
Normalnie podróżuję z małym plecakiem, bo wszystko czego mi potrzeba mam tutaj: majtki i skarpety na zmianę, kilka koszulek, zapasowe spodnie oraz kosmetyki.
W zasadzie mogę wziąć tylko laptop, leki telefony i portfel.
Ale tym razem jadę jeszcze do Olsztyna na całe 5 dni i stwierdziłam, ze wezmę dodatkowe ciuchy więc walizka okazała się potrzebna.
W pociągu był tłok, na szczęście w moim przedziale tylko jeden cichy pan. Za to obok rodziny z małymi dziećmi. Wiadomo: późne popołudnie, dzieci zmęczone i przebodźcowane, ale głosiki mają takie że wwiercają się w mózg.
Chyba zainwestuję w słuchawki kryjące uszy. Nie żeby czegokolwiek słuchać, ale żeby niczego nie słyszeć.
Hałas męczy mnie okropnie. Każdy. Coraz więcej czasu spędzam w ciszy. Nawet bez muzyki.
I pomyśleć, że kiedyś potrzebowałam muzyki ciągle.
W Koszalinie pociąg opustoszał. Zrobiło się przyjemnie, no ale ja już pilnowałam stacji w Ustroniu.
Teraz sobie siedzę na kanapie, w koszuli nocnej i uprawiam kontrabandę w postaci otwartego okna. Waldek jest zmarźluchem i jak mu w domu temperatura spada poniżej 23stopni to wkłada na siebie polary i zamyka okna. Jak to chudzielce…
Ja przywykłam do szwedzkiego zimnego chowu i 21 stopni uważam, za absolutne LAGOM (ulubione szwedzkie słowo oznaczające w sam raz).
Moje ciało natomiast uważa, że jak jest zimno to znaczy, że pora spać. Więc pospałabym, ale obiecałam Waldkowi domowy obiad: domowe szwedzkie pulpeciki oraz kartofelki.
To trzeba się zaraz brać za robotę.
Nad morzę pójdę później, wieczorkiem może.
Ten weekend jest wyłącznie dla odpoczynku.
Będziemy oglądać Lalkę na Netflixe. Zaczęłam pierwszy odcinek i wyglądało zachęcająco choć nie przepadam za Sandrą Drzymałowską, bo jej role są zawsze takie same: emocjonlna mieszanka pychy i kompleksów. No ale nie ma ani Szyca ani Woronowicza, to już coś.(Z powodu tych dwóch boję się otwierać lodówkę). Nie oczekuję fajerwerków, ale może innego spojrzenia na tę starą historię. Kto wie?

W międzyczasie wyciągnęłam książkę Ericha von Dänikena „Bogowie byli astronautmi”. Też inne spojrzenie na starą historię. Czyli ta sama bajka ale od innej strony.
A w Szwecji, pod moimi brzózkami wyrosły borowiki

nor




54. Wybory w Szwecji

Odbyły się wczoraj.
Według wstępnych rezultatów wygrała Partia Pracy czyli Socjaldemokraci.
Zaraz po nich Moderaci czyli Partia Burżujska, a na trzecim miejscu Szwedzcy Demokraci (czyli partia skrajnie prawicowa zwana też populistyczną lub faszystowską).
Na szczęście tym ostatnim poparcie spada…

Trzęsienia ziemi nie będzie. W Szwecji nie robi się niczego na hurra. Nie ma bezczelnego marnotrawienia zasobów tylko dlatego, że „wygraliśmy to możemy, a po nas choćby i potop”.
Frekwencja nieco ponad 80%.

I żyjemy dalej.
Jeszcze niedawno benzyna 95 po 15 z groszem a teraz po 17 z groszem…

Obowiązek spełniłam.
Polski też od pewnego czasu spełniam, bo mogę.

A z ważnych spraw to Tosia znowu „dreptała”. Kilka dni temu sugerowała, że będzie mieć cieczkę lub zapalenie dróg moczowych. Wyklną mnie wszyscy od veta po psich entuzjastów: miałam w domu antybiotyk z ostatniej infekcji. Dawka na tydzień. Podałam. Wczoraj zamiast lepiej było gorzej, już myślałam, że zaszkodziłam. Ale dziś już dobrze. Śpi za moim fotelem i chrapie.
Dlaczego to się zawsze dzieje tuż przed moim wyjazdem?
Chyba zacznę uważać co przy niej mówię.

Nie śpię, lub śpię źle, bo przeraża mnie ilość spraw do wydeptania w Polsce.




53.

Eks się zaręczył. O czym zawiadomił świat przez facebook.
Córkę zawiadomił przez telefon tydzień później.
Synka pewnie wcale…

Mam z tym jakieś własne refleksje, ale nie będę się tym dzielić tutaj.
Szkoda mi moich dzieci.


52. Jesienny niedzielny poranek

Lało wczoraj cały dzień. Niby z przerwami, ale jednak. Tosia nasiąkła wodą, że pół dnia schła. A jak doschła to była pora na kolejny spacer. Tak, oczywiście, że ją wycieram po powrocie.
Dziś rano spektakularna mgła…
Wzdech.
Uwielbiam mgłę, zwłaszcza taką prześwietloną słońcem. Tęsknię do włóczenia się z aparatem. Ale Tosia. Z nią to żadne fotografowanie. Bez niej: stres, że może hałasuje. Albo, że będzie hałasować gdy będę wracać. Więc zapomnij Kasiu o wszesnoporannych fotkach…
Uczę się więc fotografowac telefonem. Efekty są takie sobie – jak widac poniżej. Jasne, że mogłabym zaprząc AI, ale wtedy to żadna sztuka i w sumie nawet z domu wychodzić nie trzeba. Ja się pytam, czy AI, jak jest takie mądre i chętne do wyręczania, może mogłoby za mnie się poruszać, pogimnastykować? Ale tak, żeby moje ciało poczuło efekty: spadek cukru, wzrost mięśni?

Wczoraj skręcałam szafkę na buty, taka taniochę z Juska. Nawet sprawnie mi poszło, choć oczywiście panienki w powietrzu furczały. A bo mi śrubka wchodziła krzywo, a bo se jedną płytę porysowałam, a bo ja nie jestem dobra w czytaniu pisma obrazkowego…
Dziś mnie wszystko boli, pewnie od dźwigania 17,5kg z samochodu do domu oraz od wielokrotnego wstawania i siadania na podłodze.
Ale szafka stoi, buty schowane, pudełka kartonowe wywalone, plastikowe czekają na pomysł co z nimi zrobić. Spokojnie: jest przestrzeń – znajdzie się towar by tam umieścić. Rozważam przemeblowanie przedpokoju, a przy okazji porządki w garderobie…
No wiecie: nowa szafka w domu, trzeba zrobić generalny remont pod nią. Kto tak ma?
Zaczęłam 2 sezon Opowieści Podręcznej. Ten serial mnie mrozi i budzi grozę. Jak łatwo można nam odebrać wszystko.
Jak to było? Gdzie to było? „Wolność nie jest nam dana na zawsze”.

Jesiennie, jeszcze pięknie, kaloryfery lekko ciepłe, bo w nocy było poniżej 10 stopni. Znowu piję herbatkę. Misia przywiozła z Nepalu pyszną, liściastą, co umarłego by chyba na nogi postawiła.
Wieczorami raczę się owocową z prawdziwego suszu owocowego luzem. Więc nie ma ściemy. Pycha. Choć odrobinę za kwaśna dla mnie. Aż sie prosi o miód, ale CUKIER. Ych.

Truskawki się powoli kończą. Tzn. Niby są, ale często bez smaku lub za kwaśne.
Cieszę się śliwkami i nektarynami.
Usiłuję zrobić sobie szare kluski, ale ciągle mi się rozpływają. Nie wiem gdzie tkwi błąd…

51.

Jednak miałam rację, że nie chwaliłam się wszystkim dookoła moim życiem uczuciowym.
Teraz powoli zaczęłam się przyznawać do rozwodu – do końca roku chciałabym przeprowadzić zmianę nazwiska w obu krajach – więc klienci zauważą. Natomiast o nowym związku wiedzą nieliczni. I każdy z nich udowodnił mi, że lepiej było tę wiedze zachować przy sobie. Bo teraz, za każdym razem, gdy coś idzie nie tak jak powinno, słyszę teksty o zakochaniu.
Raz – można uznać, że to taki żarcik. Za drugim i kolejnym razem mam chęć się odciąć. Np. pytając „a tobie się pomyłki nigdy nie zdarzają? Nie wylałeś nigdy oleju ze skrzyni biegów zamiast z silnika?” (było tak).
Dziwne, że kobiety w ogóle się do tego nie odnoszą. To faceci jakby mieli problem, że ich księgowa ma kogoś.
Kolejna scysja z byłym. O opiekę nad Tosią – znowu.
Teksty:
– może poproś dzieci o pomoc.
– jesteśmy sobie obcy
– nadużywasz moją dobrą wolę
– ja nie chciałem psa
A kiedy odpowiedziałam, że dzieci przecież bez proszenia zabierają Tosię w dzień na najdłuższy spacer, psa chciał i mam na to dowody, co do obcego nie ma sprawy – może być tak, tylko niech pamięta że jak dotąd to on częściej potrzebował mnie niż ja jego…
Wtedy stwierdził, że nawet mu się nie chce dyskutować.

Myślę sobie: Tosia całe życie kochała nas wszystkich, a teraz gdy nie jest już słodkim pieseczkiem nagle każdemu przeszkadza.
Oraz: jak to dobrze, że nie mam z nim dziecka i nie muszę się handryczyć o opiekę i finanse.
Bo oczywiście swoją część do karmy dokłada niechętnie i dopiero po wezwaniu. A i to jeszcze potrafi skomentować, że powinnam grzecznie poprosić. Wtedy odpyskowałam, że ja nie proszę, ja przypominam.

Waldek leje oliwę na te wzburzone wody, ale nic więcej nie może zrobić. Nie – przez najbliższe dwa lata, które mu zostały do emerytury.


Cukrzyca dała mi ostatnio w kość. Albo ja sama..?
Otóż jestem więcej niż pewna, że moje potyliczne bóle głowy są powiązane z tym co jem, czy nadużywam cukrów prostych i jak często to robię.
Raz na tydzień grzeszek – spoko. Ale już po dwóch dniach z rzędu – kara musi być.
Jestem uzależniona i reaguję na te przemysłowe słodkości/węglowodany jak alkoholik na alkohol. Miewam cukrowego kaca, źle znoszę, a organizm potrzebuje się potem odtruć. Jak wytrzymam te pierwsze dwa -trzy dni to potem jest łatwiej. I organizm się uspokaja. Do następnego razu.

Z ciekawych rzeczy: lekarze zalecają cukrzykom dzienną porcję ruchu, wysiłku wręcz jako sposób na prawidłową glikemię. A tymczasem podobno, lepsze efekty daje 10minut spaceru, lub kilka prostych ćwiczeń gimnastycznych kilka razy dziennie niż jeden, ponad trzydziestominutowy wysiłek.
Podobno wystarczy po posiłku robić takie ćwiczenie: usiąść na krześle ze stopami na podłodze i przez 10 minut podnosić pięty opierając stopy tylko na palcach. W ten sposób aktywuje się miesień płaszczkowaty, który jest podobno pożeraczem glukozy.

Ale na siłkę chadzam. Obiecuję sobie 3 razy w tygodniu, wychodzi dwa, ale dobre i to. Staram się też jeść prawidłowo. Pierogi, placki, babka ziemniaczana, biały chleb odeszły w dal. Czasem sobie pozwolę, ale rzadko, rzadziej niż raz w tygodniu.
Dziś w planach zupa „śorba adaś”. Czyli zupa z czerwonej soczewicy z cytryną.

No i jesień. Nie ma na to rady.





50.

W Kołobrzegu było lato. Późme, kaprysne, ale wciąż lato.
U mnie – jesień. Rano 7 stopni. Złote słońce, pożółknłe brzozy i lipy. Cisza w powietrzu.
Ale ja to lubię. Lubię zmiany pór roku. Nawet gdy jesień przechodzi w zimę. Tylko zimy nie lubię, a raczej tego, że tutaj jest najdłuższą porą roku. Gdyby zima trwała miesiąc-dwa… ale cztery w porywach do pięciu, to przesada.

Nie lubię wyjeżdżać d Waldka. Lubie być u siebie, bycie samą i samodzielną mi nie przeszkadza. Ale nie lubię rozstań. Choć przecież wciąż jesteśmy w kontakcie: piszemy, dzwonimy, rozmawiamy co najmniej dwa razy dziennie na wideo. Ale mimo wszystko to nie to samo co fizyczna obecność.
Choć ta fizyczna obecność bywa niełatwa. Ścieramy się. O prozę życia: niezmyty od razu talerz, o nieumytą powierzchnię.
Ale ścieramy się też o inne rzeczy. O kontrolę, o próby zbyt głębokiej ingerencji w przestrzeń osobistą.
Na szczęście w pryncypiach jesteśmy zgodni.
Np. Odyseja nas zachwyciła. Nolan pokazał starą jak świat historię, ale udało mu się wydobyć z niej coś zupełnie nowego. Wojna to zawsze zło bez względu o co, kto z kim i kto wygra.
Kora śpiewała „nie wyobrażam sobie miły abyś na wojnę kiedyś szedł, życia nie wolno tracić miły, życie jest po to by kochać się”

Na ulicy możemy nie zauważyć dziwnie ubranego człowieka, wypasionego (lub wręcz odwrotnie) samochodu… ale zawsze zauważymy pieska.

Z ciekawostek: poznałam najmłodszą członkinię rodu. Czyli urodzoną w styczniu Misię – wnuczkę W. Oraz jej mamę. Chyba poszło dobrze.
Małe dzieci są słodkie. Szczególnie jak po 30minutach można sobie pójść.

A teraz trzeba wracać do codzienności.
Dziś spotkanie z trenerem. Trzeba zmusić krnąbrne ciało do pracy.
Wysłuchałam audiobooka Michała Figurskiego „Najsłodszy”. Dobra przestroga dla cukrzyków. Samego dziennikarza kojarzę słabo, choć oczywiście wiedziałam kim jest. Warto posłuchać, nawet jak się nie ma cukrzycy to w tle jest kawałek ciekawej historii radia w Polsce.
Mnie takie historie motywują. Bo żadne logiczne argumenty nie przebijają się przez wygodnictwo. Za to strach przed utratą kontroli nad własnym ciałem, przed byciem zależnym od fizycznej pomocy innych… to jak najbardziej.

49?

Pięknie w Polsce, w Kołobrzegu.

Miałam pracować wczoraj, ale poniosło mnie w miasto. Na przystnku… Spóźniłam się 1 minutę na autobus i już nie chciało mi się wspinać na 4 piętro. Siadłam na ławeczce i robiłam za tubylca. Ludzie mnie pytali czy kupią bilet w autobusie. Więc tłumaczyłam, że tak, ale nie papierowy.
W autobusach powinna być wielka informacja, w co najmniej 3 językach, że nie biletów papierowych i że wystarczy zapłacić kartą a w razie kontroli przytknąć tę samą kartę do czytnika który nam poda kontrloler.
Wciąż widzę ludzi szarpiących się z biletomatami, pełnych stresu, bo płacą a biletu nie ma… I w Gdańsku i tu, w Kołobrzegu.
Poprzednim razem pomogłam parze Szwedów. Teraz było to starsze małżeństwo.
Połaziłam po miasteczku, po sklepikach, drogeriach…
Nic nie kupiłam…bo było za dużo wszystkiego i nie umiałam wybrać.
Pytanie do znających się: GDZIE SĄ PEELINGI? Widziałam sto pięćdziesiąt maseczek, kremów, cudów-wianków, nawet jaakieś jogurty do ciaała (WTF) a normlnego, kwasowego peelingu do stóp to już nie.
Cukrzycowe stópki wymagają luksusu, specjalnych skarpet, dobrych butów, wkładek oraz jak najmniej scierania. W Szwecji o takich luksusach to w ogóle nie ma co marzyć. Dobrze jak się znajdzie peeling do twarzy w Dollarstore pełnym chińszczyzny.
W Polsce sklepy pełne wszystkiego. Ceny różne taak jak i jakość różna.
Niczego nie świdoma wlazłam do jakiegoś sklepiku, chyba to jakaś marka. Złote wieszaki, we wszystki złote lub srebrne niktki, wszystko naćkane brynancikami, nawet paski od torebek. Wszystko migocze, lśni. W składzie głównie plstik. Ceny jak dla mnie kosmiczne.

Poszłam do Hosso, taka niby galeria. Jest tam sklepik Medicine. Ten to jest odjechany: feeria barw, wszystko kolorowe, pstrokate papuzie, piękne!
Szkoda, że wszystko, albo większość znowu w składzie ma głównie plstik. Oraz CENY… Ale któregoś razu kupimy soie z Waldkiem takie same odjechne tshirty…
Padało, przestawało, znowu padało.
Kupiłam parasolkę składaną, niebieską. Ciepło było i wilgotno bardzo. Lubię taką pogodę.
Chciałam wejść gdzieś na kawę i ciastko, żeby usiąść i dać odpocząć stopie do której się przyczepił Morton, taki nerwiak. Ale wszędzie miejsca zajęte. Mało tych kafejek w okolicy katedry, mało w nich miejsc. W końcu weszłam do jednej, wzięłam kawę i ciastko omlet, z decyzją, że trudno postoję. Bo cukier już spadał… Wzięłam łyka i wreszcie para siedząca nad pustymi naczyniami zdecydowała się wyjść. Natychmiast przeniosłam się do stoliczka, zaaprosiłam panią stojącą obok mnie: co będę stoliczek na mnie jedną marnować. Ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Pani wcinała ptysia. Ale ja ptysiową normę wyrobiłam pierwszego wieczoru, jak zawsze. Omlet ma mniej węglowodanów, więcej tłuszczu. Chyba.
Wieczorem siedzieliśmy nad brzegu morza patrząc jak niebo zaciąga się granatem. Duże, ukośne fale podpływały i leniwie rozlewały na piasku. Mogłabym tak siedzieć i siedzieć. Ludzi tak sobie, więcej jest pewnie w samym mieście, więc w miarę spokój i cisza. Piesków dużo. Dorka krążyła wokół nas, pilnowała naszego terytorium.
O 13 jdę do Koszalina. Zjemy coś, poszwędamy się a o 17 do kina.
Trzeba popracować chyba?