W Pendolino, w strefe ciszy nawet konduktor szepcze.
Mogłam pojechać zwykłym IC. Czasu by wystarczyło. I bilet o połowę tańszy.
Ale wagon ciszy to rzecz bezcenna jak się ma przed sobą 10 godzin podróży.
Wprawdzie w pociągu tylko 2,5 godziny, ale dobre i to. Gdańskie lotnisko też jest „ciche” z założenia. Cicho to tam nie jest, ale fakt: ciszej niż na Landvetter.
Tak mi się zrobiło.
Lubię ciszę. (No chyba, że akurat mam fazę na słuchanie muzyki – to wtedy nie).
Ostatnio coraz więcej czasu spędzam bez zagłuszaczy w tle. Przyciszyłam telewizor i komputerowe głośniki. Drażni mnie gdy ktoś mówi bardzo głośno, męczy okrutnie wszechobecny hałas w miejscach publicznych.
Zadziwiające jak ludzie boją się ciszy. Na siłce, jeśli nieszczęśliwie trafię na towarzystwo, głośniki jazgoczą na maksa. A ja się wtedy czuję tak jakby mi ktoś strzelał z nerwów jak z ramiączka od stanika (kto pamięta głupawe zaloty chłopaków w szkole?).
Ludzie się chyba boją własnych myśli czy co?
Więc siedzę sobie w pociągu i ubolewam, że w takich warunkach nie mogę dojechać choćby do Goeteborga. Fajnie by było…
Załapałam się na ostatnie dni lata. Ciepło, choć wietrznie. W południe na plaży były tłumy. Wieczorem też.
Wzięliśmy krzesełka i siedzieliśmy jak „ta królewska para” tuż przy morzu. Fale zwijały się w rulonik i rozbijały na piasku, morze oddychało z szumem. A potem na wschodzie pojawiła się czerwona kula i rosła, rosła…
Robiłam telefonicznym aparatem co mogłam. Albo co umiałam.
…czemu ten nikon taki ciężki i wielki…



Przed snem obejrzałam końcówkę „Podręcznej”.
Finał rozciągnięty do 10 odcinków, zdecydowanie można było to zrobić krócej… Zwykle gdy kończę taki wielosezonowy serial mam przez kilka dni uczucie, że tęsknię za bohaterami. Tutaj żegnam z ulgą. Zniecierpliwił mnie ten ten świat. W pierwszym sezonie Gilead był klaustrofobiczny, duszny, straszny… A potem nagle każdy z bohaterów mógł sobie wchodzić i wychodzić z niego kiedy chciał, jak chciał. No i to, że June mogła każdego przekonać wspierania jej działań samym tylko odwoływaniem się do sumienia… Oraz nalot na obce państwo tylko po to by wydostać córkę jakiejś tam kobiety, nawet całkiem zasłużonej…Oraze ten wszędobylski Bóg…kobiety gwałcone z Bogiem na ustach nadal w niego wierzą i go chwalą. Każda z nich jak jedna…
Nie jest to zły serial, podoba mi się, że bohaterowie są nie zawsze jednoznaczni (poza główna bohaterką, bo ona jest świętą męczennicą i heroiczną bojowniczką). Najlepsza postać to chyba Lawrence, polubiłam go.
Muszę wrócić do książki. I może gdzieś znajdę starą adaptację…
A teraz mam w planach Lalkę…
Zaraz Gdynia..! Już?!
Pójdę do mojego ulubionego Kropka.















