50.

W Kołobrzegu było lato. Późme, kaprysne, ale wciąż lato.
U mnie – jesień. Rano 7 stopni. Złote słońce, pożółknłe brzozy i lipy. Cisza w powietrzu.
Ale ja to lubię. Lubię zmiany pór roku. Nawet gdy jesień przechodzi w zimę. Tylko zimy nie lubię, a raczej tego, że tutaj jest najdłuższą porą roku. Gdyby zima trwała miesiąc-dwa… ale cztery w porywach do pięciu, to przesada.

Nie lubię wyjeżdżać d Waldka. Lubie być u siebie, bycie samą i samodzielną mi nie przeszkadza. Ale nie lubię rozstań. Choć przecież wciąż jesteśmy w kontakcie: piszemy, dzwonimy, rozmawiamy co najmniej dwa razy dziennie na wideo. Ale mimo wszystko to nie to samo co fizyczna obecność.
Choć ta fizyczna obecność bywa niełatwa. Ścieramy się. O prozę życia: niezmyty od razu talerz, o nieumytą powierzchnię.
Ale ścieramy się też o inne rzeczy. O kontrolę, o próby zbyt głębokiej ingerencji w przestrzeń osobistą.
Na szczęście w pryncypiach jesteśmy zgodni.
Np. Odyseja nas zachwyciła. Nolan pokazał starą jak świat historię, ale udało mu się wydobyć z niej coś zupełnie nowego. Wojna to zawsze zło bez względu o co, kto z kim i kto wygra.
Kora śpiewała „nie wyobrażam sobie miły abyś na wojnę kiedyś szedł, życia nie wolno tracić miły, życie jest po to by kochać się”

Na ulicy możemy nie zauważyć dziwnie ubranego człowieka, wypasionego (lub wręcz odwrotnie) samochodu… ale zawsze zauważymy pieska.

Z ciekawostek: poznałam najmłodszą członkinię rodu. Czyli urodzoną w styczniu Misię – wnuczkę W. Oraz jej mamę. Chyba poszło dobrze.
Małe dzieci są słodkie. Szczególnie jak po 30minutach można sobie pójść.

A teraz trzeba wracać do codzienności.
Dziś spotkanie z trenerem. Trzeba zmusić krnąbrne ciało do pracy.
Wysłuchałam audiobooka Michała Figurskiego „Najsłodszy”. Dobra przestroga dla cukrzyków. Samego dziennikarza kojarzę słabo, choć oczywiście wiedziałam kim jest. Warto posłuchać, nawet jak się nie ma cukrzycy to w tle jest kawałek ciekawej historii radia w Polsce.
Mnie takie historie motywują. Bo żadne logiczne argumenty nie przebijają się przez wygodnictwo. Za to strach przed utratą kontroli nad własnym ciałem, przed byciem zależnym od fizycznej pomocy innych… to jak najbardziej.

49?

Pięknie w Polsce, w Kołobrzegu.

Miałam pracować wczoraj, ale poniosło mnie w miasto. Na przystnku… Spóźniłam się 1 minutę na autobus i już nie chciało mi się wspinać na 4 piętro. Siadłam na ławeczce i robiłam za tubylca. Ludzie mnie pytali czy kupią bilet w autobusie. Więc tłumaczyłam, że tak, ale nie papierowy.
W autobusach powinna być wielka informacja, w co najmniej 3 językach, że nie biletów papierowych i że wystarczy zapłacić kartą a w razie kontroli przytknąć tę samą kartę do czytnika który nam poda kontrloler.
Wciąż widzę ludzi szarpiących się z biletomatami, pełnych stresu, bo płacą a biletu nie ma… I w Gdańsku i tu, w Kołobrzegu.
Poprzednim razem pomogłam parze Szwedów. Teraz było to starsze małżeństwo.
Połaziłam po miasteczku, po sklepikach, drogeriach…
Nic nie kupiłam…bo było za dużo wszystkiego i nie umiałam wybrać.
Pytanie do znających się: GDZIE SĄ PEELINGI? Widziałam sto pięćdziesiąt maseczek, kremów, cudów-wianków, nawet jaakieś jogurty do ciaała (WTF) a normlnego, kwasowego peelingu do stóp to już nie.
Cukrzycowe stópki wymagają luksusu, specjalnych skarpet, dobrych butów, wkładek oraz jak najmniej scierania. W Szwecji o takich luksusach to w ogóle nie ma co marzyć. Dobrze jak się znajdzie peeling do twarzy w Dollarstore pełnym chińszczyzny.
W Polsce sklepy pełne wszystkiego. Ceny różne taak jak i jakość różna.
Niczego nie świdoma wlazłam do jakiegoś sklepiku, chyba to jakaś marka. Złote wieszaki, we wszystki złote lub srebrne niktki, wszystko naćkane brynancikami, nawet paski od torebek. Wszystko migocze, lśni. W składzie głównie plstik. Ceny jak dla mnie kosmiczne.

Poszłam do Hosso, taka niby galeria. Jest tam sklepik Medicine. Ten to jest odjechany: feeria barw, wszystko kolorowe, pstrokate papuzie, piękne!
Szkoda, że wszystko, albo większość znowu w składzie ma głównie plstik. Oraz CENY… Ale któregoś razu kupimy soie z Waldkiem takie same odjechne tshirty…
Padało, przestawało, znowu padało.
Kupiłam parasolkę składaną, niebieską. Ciepło było i wilgotno bardzo. Lubię taką pogodę.
Chciałam wejść gdzieś na kawę i ciastko, żeby usiąść i dać odpocząć stopie do której się przyczepił Morton, taki nerwiak. Ale wszędzie miejsca zajęte. Mało tych kafejek w okolicy katedry, mało w nich miejsc. W końcu weszłam do jednej, wzięłam kawę i ciastko omlet, z decyzją, że trudno postoję. Bo cukier już spadał… Wzięłam łyka i wreszcie para siedząca nad pustymi naczyniami zdecydowała się wyjść. Natychmiast przeniosłam się do stoliczka, zaaprosiłam panią stojącą obok mnie: co będę stoliczek na mnie jedną marnować. Ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Pani wcinała ptysia. Ale ja ptysiową normę wyrobiłam pierwszego wieczoru, jak zawsze. Omlet ma mniej węglowodanów, więcej tłuszczu. Chyba.
Wieczorem siedzieliśmy nad brzegu morza patrząc jak niebo zaciąga się granatem. Duże, ukośne fale podpływały i leniwie rozlewały na piasku. Mogłabym tak siedzieć i siedzieć. Ludzi tak sobie, więcej jest pewnie w samym mieście, więc w miarę spokój i cisza. Piesków dużo. Dorka krążyła wokół nas, pilnowała naszego terytorium.
O 13 jdę do Koszalina. Zjemy coś, poszwędamy się a o 17 do kina.
Trzeba popracować chyba?

47.

Znowu nawarczałam na klienta/tów.
Kurczę.
Czegoś nie potrafię, czegoś nie umiem opanować.

Mam takiego klienta. Jest u mnie od prawie 10lat, więc to jeden z najstarszych klientów. Nigdy nie był zbyt dobrze zorganizowany, ale od jakiegoś czasu jest coraz gorzej… Na co dzień działa w najpopularniejszej wśród Polaków branży, ale próbuje znaleźć sobie jakąś alternatywę, bo zdrowie mu wysiada.
Jego poprzedni projekt skończył się fiaskiem,bo miał za małe zaplecze finansowe, żeby to ciągnąć. Obowiązkowe opłaty zżerały cały zysk. Gdyby miał ze dwa miliony w zapasie pociągnąłby jeszcze kilka lat, aż obroty by się na tyle rozwinęły, że dałby się z tego utrzymać. Bo z każdym rokiem obroty mu rosły. Ale nie miał.
Tamto działanie popierałam, uważałam, że ma sens, choć od początku przestrzegałam, że może być trudno.
Po tamtym fiasku wymyślił sobie coś innego. I tu mam sprzeczkę serca i rozumu. Wymyślił sobie taką branżę, która jest chyba na najostatniejszym miejscu potrzeb ludzkich. I się zaczęło: rachunki za uczestnictwo w eventach, noclegi w drogich hotelach, zakupy „towarów”, których chyba nikt nie kupi.
Wszystko to jest bez sensu, bo gość tak naprawdę nie ma w tej kwestii żadnego, najmniejszego punktu zaczepienia. Nie ma wiedzy teoretycznej, jeszcze bardziej wiedzy praktycznej. Bazuje tylko na tym, że ktoś mu powiedział, że ma w tej kwestii „dobre oko”.
I tu się właśnie zaczyna mój rozjazd mózgu i serca.
Bo mózg mówi to, co powyżej co w skrócie można przetłumaczyć ” z czym do ludu”.
A serce mówi: a pamiętasz jak najpierw rodzice, a potem już tylko matka komentowali twoje ciągoty do „sztuki” wszelakiej? Czyli właśnie: TY? PISARKĄ? Ortografii się naucz. Matematykę zalicz na coś więcej niż trója.
Ty, piosenkarką/aktorką/dziennikarką…czymkolwiek… weź się ogarnij, przecież nie ty masz tego, co powinnaś mieć. Nie urodzi orła wrona czy coś takiego…

No więc do tego klienta mam właśnie takie podejście. I wiem, że jest z jednej strony okropnie niesprawiedliwe. Z drugiej: rzeczywistość jest taka, jaka jest. I można mieć piękne plany, ale trzeba też przestrzegać przepisów.
A klient jak wszedł w rolę „artysty” to ze wszystkim – więc i nieogarnięciem także.
Do tego ma najlepszego przyjaciela, którego ja nie znoszę. Bo w moim odczuciu jest to tępy gość, który jest pazerny na kasę i i jakimś cudem ta kasa mu przychodzi. Może takim cudem, że z każdej sytuacji potrafi wydusić dla siebie kilka tysiączków sam jednocześnie unikając płacenia za cokolwiek. Między innymi za usługi moje.
I ten przyjaciel podsyła mojemu klientowi czasem takie pomysły, że ręce mi opadają i nie wiem czy się śmiać czy rwać włosy w głowy.


No i wczoraj wzięłam jego księgowość na tapet. I na wstępie mną szarpnęło.
Bo nie ma wyciągu bankowego, który jest podstawą księgowania. A w poprzednim okresie też go nie było, więc mam teraz do zaksięgowania 6 miesięcy. A klient przez 6 miesięcy tegoż wyciągu nie dosłał.
Miałam chęć rzucić jego papierami przez okno.
Zamiast tego wysmarowałam sms: weź się ogarnij, zejdź na ziemię, zajmij się porządnie papierami, albo szukaj innej księgowej, bo mam dość.
I wysyłając to byłam przekonana, że mam rację, że postępuję słusznie i że robię to całkiem spokojnie.

4 godziny później zadzwonił i zaczęliśmy na siebie krzyczeć.
On – że jak to, dotąd był dobrym klientem, a teraz co – ostatni i najgorszy? Bo przecież dotąd nic nie mówiłam, albo mówiłam, że rozumiem, albo coś tam, a teraz nagle…
Ja najpierw mu potakiwałam, że tak właśnie, jest najgorszym klientem i że mam dość jego bałaganiarstwa, równi pochyłej, durnych planów i słuchania wszystkich poza mną…
Aż w końcu się ze mnie wyrwało coś, co myślę, że leży u podstaw
Cukrzyca daje mi kość bardziej niż się przyznaję. Jestem ciągle senna i zmęczona, wykonywanie obowiązków wysysa ze mnie resztki energii. Na dodatek mój mózg działa mniej sprawnie. Zapominam, nowych rzeczy nie przyswajam albo zajmuje mi to dużo więcej czasu. Jest mi coraz trudniej pracować tak, jak pracowałam dotąd i nie jestem w stanie pilnować bałaganu każdego z moich klientów.

Doszliśmy do porozumienia w końcu, chyba na bazie dawnej sympatii. Przeprosiliśmy się wzajemnie.
Ale cała sytuacja wprawiła mnie w zażenowanie. I popłoch. Bo to nie pierwszy w ostatnim tygodniu taki wybuch.
I teraz nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nie panuję nad gniewem, szczególnie gdy jestem dodatkowo zestresowana presją czasu. Jak mam postępować z najbardziej nieogarniętymi klientami, kiedy ich bałaganiarstwo i wygodne „nieogarnięcie” staje się dla mnie coraz bardziej męczące i nieakceptowalne? Często mam poczucie, że gdyby tylko się odrobinę postarali daliby radę ogarnąć.
Czasem mam też wrażenie, że do niektórych ludzi spokojne, rzeczowe stawianie wymagań – nie działa. Oni dopiero jak usłyszą złość i zniecierpliwienie to na ten jeden raz się ogarną. Jeden raz. Z wielkim dąsem.
Nie chcę być megierą. Ale ze względu na własne ograniczenia – nie mogę być dalej tą cierpliwą panią Kasią, która zawsze zrozumie i pogłaszcze i poprowadzi za rączkę.
Muszę coś zmienić ale nie wiem co.

46.

No to zaczęłam swoje „fikołki”.
Wczoraj pierwszy raz samodzielny trening.
Najfajniejsze jest to, że na sali mogę być całkiem sama. Mam własny klucz z hasłem i mogę wchodzić od 3 do 23 czy jakoś tak.
Salka mała, urządzeń sporo, ja używam trzech. Z założenia – bo jednego nie dałam rady ruszyć. Miałam pójść pieszo, żeby wydreptać swoje 10 000 kroków, ale padało. No i miałam jeszcze chwilę czasu, to uruchomiłam sobie bieżnię na 10minut. Odkryłam, że moje ulubione tempo to 4km/h.
Przy czym, głupia sprawa… Czułam się na tej bieżni jakbym robiła coś nielegalnego. Wciąż łapałam się nad tym, że nasłuchuję nerwowo, czy nikt mnie nie przyłapie.
Chore. Bo przecież instruktor mi nie zabronił korzystać z czego innego. Tak jak nie zabronił przychodzić częściej niż 3 razy w tygodniu. On zalecił. A ja w swym rozsądku nie będę używać urządzeń nieznanych. Ale bieżnią to sobie krzywdy nie zrobię. Resztą maszyn – możliwe. Więc jestem ostrożna. Bo mam też świadomość, że to, że instruktor mi raz pokazał – to dla mnie za mało. Ja i tak za chwilę się pokrzywię, zmienię układ ramion itd… Byłoby lepiej raz w tygodniu pójść w środku dnia i poprosić, żeby ktoś mi się przyjrzał i ewentualnie skorygował.
Wyszłam po 40 minutach.
Na haju. Naćpana endorfinami.
Chyba pierwszy raz w życiu miałam takie uczucie, że moje ciało aż krzyczy z radości. Te nędzne resztki mięśni reagowały na wysiłek …poczuciem ulgi! Tak jakby pozostając w spoczynku się męczyły i cierpiały.
Powiedziałam do Waldka: ćwicz rano, będziesz szczęśliwy, bo będziesz mieć pewność, że już nic gorszego cię dzisiaj nie spotka.
No ale jak to mawiała Babcia Józia „Wczoraj było dydy-dydy a dzisiaj kawał bidy”.
Czyli zakwasy. Było zacząć od bieżni!
A po wszystkim radosne rozkojarzenie do południa. Żarcie kompulsywne. A wieczorem panika: nie zdążę do 17!. I niespanie do północy.





45.

Miałam nie pracować w piątek… I nie pracowałam.
Taką nagrodę sobie dałam za zamknięcie księgi Norwega.
No dobra, tak troszkę pracowałam. Bo musiałam dopilnować, żeby chłop podpisał co ma do podpisania.
Ale polazłam też na miasto.
I spotkałam moją koleżankę ze szwedzkiego. Sonję.
Chyba jeszcze zeszczuplała. Włosy ma już całkiem białe (szczęściara). A przecież jest jakieś 10lat młodsza ode mnie. Mimo szczupłości twarz ma wciąż młodą, niemal bez zmarszczek. Piękna jest.
Jej starsza córka skończyła liceum.
Ale jak to…?
Ano tak to: szkołę zaczęłyśmy 18 lat temu, a mała miała wtedy prawie dwa lata.
A młodsza, rówieśnica Zuzu?
Zmieniła imię. Na męskie.
Dobrze rozumiem? Tak: były dwie córki, a teraz jest córka i syn. Synek ma dodatkowo autyzm.
Ale gdy wreszcie się dowiedzieli to wszystko stało się prostsze.

Przypomniałam sobie córkę Heleny. I blizny na jej ramionach. Jak wielki ból musiała nosić w sobie przez lata nim wreszcie mogła oficjalnie powiedzieć, że jest kobietą.

I koleżankę Zuzu ze szkoły. Piękną, roześmianą dziewczynę, która szła po świadectwo w gorącym aplauzie rówieśników. Nikomu nie szkodzi to, że wciąż nosi imię chłopca.

Czy nie mogłoby być tak wszędzie?

———–

Norweg nie odpowiadał na moje wiadomości.
Na szczęście mam kontakt do jakiejś kobiety, która mu pomaga z papierami. Napisałam do niej i przynajmniej tyle, że podpisał to, co miał podpisać. Nie wiem tylko czy potwierdził wysyłkę ostatniego dokumentu, już na stronie urzędu – nie odpowiedział mi na SMSa.
Podając mu wynik napisałam, że kończę współpracę z nim wraz z rozliczeniem 2 kwartału ponieważ znając jego sytuację obawiam się, że nie będzie w stanie mi zapłacić. A mnie nie stać poświęcenie 10-12 godzin miesięcznie na pracę charytatywną.
Ale prawda jest taka, że jego uparte milczenie, brak najmniejszej woli współpracy sprawia, że zwyczajnie mi się nie chce. Poświęciłabym mu te 10 godzin w miesiącu za symboliczną zapłatę, bo niejednemu już tak pomogłam. Gdyby rozmawiał ze mną rok temu, półtora, gdyby chciał posłuchać moich rad… Ale ilekroć próbowałam – on krzyżował ręce na piersiach i jedyne co mówił to: a ja nie umiem, nie lubię, nie znam się…
A dziś jego sytuacja jest katastrofalna: prawie milion długu z tytułu podatków i faktur od dostawców. Oraz brak F-skatt. To coś w rodzaju utraty statusu przedsiębiorstwa i skutkuje tym, że każdy jeden nabywca jego towarów i usług musi pomniejszać wypłatę dla niego o podatek i składki socjalne i na własną rękę odprowadzać je do urzędu skarbowego.
Można było tego uniknąć, naprawdę…
Czuję się niefajnie, mam coś w rodzaju poczucia, że zawiodłam. Bo może mogłam zrobić coś więcej. I nie ma znaczenia, że sama też nie czułam się w ciągu ostatnich dwóch lat za dobrze.
Nie wiem co będzie dalej z gościem.
Smutne jest to, że facet jest w moim wieku, czyli powinien już się powoli szykować do emerytury.
A do tego ma żonę o jakieś 20 lat młodszą. I dwójkę dzieciaków przed 10rokiem życia…

Helena, gdy jej opowiedziałam zadała mi pytania:
– Czy on cię kiedykolwiek poprosił o pomoc a ty mu odmówiłaś?
– Czy gdyby poprosił o pomoc, o wytłumaczenie, o nauczenie, to byś odmówiła?
W obu wypadkach odpowiedź brzmi NIE.
Czyli ja wiem, ale jest mi źle i tak.

—————–
No i jeszcze ta moja cukrzyca.
Zamówiłam jadłospis … I dupa. W teorii miło to być coś dopasowanego do mnie i mojego sposobu odżywiania.
Ale to, co dostałam kompletnie mnie nie zadowala. Jakieś takie to…
Nie wiem powiedzieć co mi dokładnie nie pasuje.
Jak rozkładam na czynniki pierwsze to tak:
Owsianka? Fuuuuuj… I to dwa razy w ciągu 7 dni?
Przecież mówiłam, że nie znoszę papkowatego jedzenia.
Ale owsianki imiennie nie wymieniłam. No nie. Ale kaszy manny też nie…
Kompletnie pominięte pomidory świeże, ogórek, kapusta, kalafior i marchew. Nie ma rzodkiewki, kalarepy. Za są bataty (bleee, też ich nie wymieniłam na liście „nie jem”)
W adnotacjach, że zaleca się kiszonki, ale klientka nie podała, żeby je ująć. Noż kurde, zapomniałam o nich, bo to nie sezon. Ale jadłospis miał być na cały rok.
Plus do tego zalecenie (jak dla mnie całkiem od czapy i cholernie przestarzałe), że pierwszy posiłek powinno się zjeść najpóźniej 1 godzinę od przebudzenia.
Co za bzdura! Znam ludzi, którzy zjadają pierwszy posiłek po południu i czują się dobrze. Znam takich co jedzą śniadanka zgodnie z zaleceniami i mają brzuchy jak bęben.
Niby drobiazg, ale podważa mi to wiarygodność.
Do tego pani zaleca słodzenie syropem z agawy… Niby rzadko, ale jednak. No nie wiem…
Wiadomo, że nie cukier i nie miód, ale syrop z agawy to też nie jest zdrowa alternatywa.

Jestem rozczarowana.



Nie pamiętam który to wpis w tym roku

Księżyc sobie świecił niczym lampa, może dlatego tak się walałam po łóżku. Co godzinę, co 40min. Siku, pić. Pić-siku.
A może winny pilaw?
Jednak odwykłam od jedzenia pełnego ciężkiego ryżu/kartofli/makaronu.
Ugotowałam pomidorową (Zuzu zamówiła) na passacie i miksie warzyw z masłem. Wyszło gęsto, aromatycznie… Wcisnęłam pół porcji.
Wczoraj pilaw…albo danie a la pilaw czyli jednogarnkowa mieszanka ryży, warzyw i mięsa z kury z dodatkiem curry. Znowu zjadłam połowę tego co zazwyczaj, a i tak czułam się jakbym połknęła kamień.
Mimo trudnej nocy wstałam w dobrym humorze.
Powoli kawa, poszłam z Tosią.
Było tuż po 7.
Psiarze jeszcze nie wyszli. Rowerzyści już dojechali do swoich prac.
Miałyśmy dla siebie całą ścieżkę. Tosia węszyła, ja sobie szłam. Czułam ciepło na stopach w sandałach. Lekki powiew na twarzy.
Bosko było. Pomyślałam z tęsknotą, że chciałabym w taki dzień pojechać nad wodę, spędzić cały dzień na plaży, w piasku, w zapachu olejku do/przed opalaniem. Pomoczyć stopy w zimnej wodzie, a może i tyłek. Opalić ramiona i łydki. Drzemać pod kapeluszem. Leniwie odłożyć papierową książkę. I elektroniczną, bo słońce nie daje. Posłuchać plusku wody. I krzyku dzieciarni.
Poczuć wakacje…

A tu lipa. Norweg- bumerag- jutro ostatni dzień na wysłanie zamknięcia roku. Obiecałam sobie, że go odprawię. Może mu nawet obiecam ulgę w fakturze jeśli mi obieca, że pójdzie sobie gdzie indziej. Facet przerabia takie ilości zakupów i bałagan ma nieziemski, że powinien mieć sekretarkę na etat, bo mu wyjdzie taniej.
I chyba z tego powodu nakrzyczałam na jednego klienta, na drugiego i nawarczałam na trzeciego… Bo mi żal, że lato mi ucieka. A teraz mam wyrzuty sumienia… Nie, bardziej się boję, że się obrażą i pójdą sobie.

Mój telefon Samsung S22 zbiesił się i zeżarł mi pamięć. Usunęłam wszystko a on nadal pokazywał, że ma tylko 1% wolnego miejsca.
Nic nie pomogło – tylko reset do ustawień fabrycznych.
Myślę sobie: chała, cwaniacy, nie kupię nowego tylko dlatego, że mi jakiegoś syfa z aktualizacją wpuściliście, bo telefon ponad trzyletni to już antyk.

Chcę być jak buk. I tak pokazać wszystkim




Chleb tostowy z masłem orzechowym i ciemną czekoladą na podniesienie endorfin.

43.

Dziś rano cukier 7,2 czyli w polskich normach to jakieś 130.
Każdego dnia rano mierzę cukier i obiecuję sobie, że dziś ja zwyciężę i jutro cukier będzie poniżej 6.
Ranki niestety wybitnie pokazują, że ta walka jest nierówna.
Mogłabym się poddać. Uznać, że dupatam… są lepsze metody, więc co się będę katować.
BMI + cukrzyca + podwyższony cholesterol uprawniają mnie do skorzystania z terapii ozempikiem i podobnymi… I jak mi tak rano ta cholerna cukrzyca pokazuje paluch to myśę mściwie, że czekaj zdziro już ja cię załatwię.
Ale potem przychodzi refleksja, że jak raz zacznę to będę musiała się kłuć dożywotnio.
I znowu próbuję. Więcej białka, mniej kartofelków. Więcej kapusty.
Szybszy spacer z Tośką, która właśnie okulała, więc cud, że w ogóle chce chodzić. Ćwiczenia w domu. Te zalecane przez osteo i dołożone kilka asan z jogi…
Jedno skonstatowałam: mogę jeść kartofelki, bułeczki, placki oraz inne potrawy, które wywalają mi cukier w kosmos. Ale nie mogę cukiereczków, batoników, czekolady bo wtedy z jakiegoś powodu odpala się ten ból w potylicy. Mogę nawet zjeść przesłodkie szwedzkie torty…
Cukier szaleje i tak i tak, ale ból w potylicy chyba ma związek z tymi przemysłowymi słodkościami. Tak podejrzewam.
A już miałam pomysł, żeby popytać o blokadę nerwu.
Ale skoro ten ból to mój czujnik przecukrzenia to może lepiej go nie wyłączać.
I nie, nie że sobie pozwalam na batoniki, cukiereczki i placki każdego dnia…
Mimo wszystko jest jakiś progres, bo rzadko miewam telepkę z kołataniem serca, a i siódme poty biją na mnie coraz rzadziej.
A teraz nawiązałam kontakt z dietetyczką.
Oto jej odpowiedź na moje pytanie

Jeśli dobrze podsumowałam to chciałaby Pani zamówić jadłospis z niskim IG, ograniczeniem cholesterolu, bez mięsa, owoców morza, z ograniczeniem ryb, warzyw strączkowych.
Oraz kilku rzeczy Pani nie lubi. Do zrobienia – zapraszam :)”


W kultowym filmie Nigdy w życiu Judyta dostaje pytanie czy da się zdrowo odżywiać bez warzyw, bo są wstrętne. Zatem odpowiedź brzmi: da się. Skoro można zdrowo bez mięsa, ryb, strączków…

Zainwestuję w tego dietetyka. Dostanę jadłospis na 7 dni. Luuuudzie… to i tak będzie bogatszy repertuar niż to, co jem obecnie.
Twarożek przez 5-6 dni w tygodniu na śniadanie.
Kartofelki + jajko/ryba/kotlet + surówka też przez 7 dni.
A na deser i kolację śliwki, nektarynki, truskawki.

Fajne sny mi się śnią.

Np. taki: zdejmuję sukienkę, która jest sztywna, ciasna i zdejmując ją czuję lęk, że się z niej nie oswobodzę.
Pod spodem mam inną sukienkę: miękką, wygodną, ciemnoniebieską.

Albo: jadę samochodem z Panem W. Leje deszcz. W mijanych ogrodach widzę stojącą błotną wodę. A potem jedziemy drogą wzdłuż jeziora. Woda sięga krawędzi jezdni. Ale woda jest spokojna, jasno niebieska, otoczenie jest jasne. Trochę się boję tej wody, ale pan W mówi, że nie ma czego.

Odstawienie sertraliny wyzwoliło we mnie pragnienie tworzenia.
Ale oczywiście moja rozlazłość ADHD sprawia, że tworzę tylko w głowie. Ale kiedyś się wezmę! Nawet pisać mi się chce i znowu mi skaczą po głowie jakieś historie.


42.

Wczoraj zadzwoniła do mnie pani z administracji. W sprawie psa, bo „ktoś” się poskarżył.
Spokojnie opowiedziałam moją wersję:
– pies w zasadzie nie szczeka w godzinach nocnych. Bywa, że szczeknie raz -dwa, gdy roznosiciel gazet za bardzo trzaska drzwiami. Dzieje się się tak, ale bardzo rzadko. Ostatni raz było to ponad miesiąc temu.
– pies nie szczeka długo. Samą mnie to irytuje i reaguję na to natychmiast.
– pies szczeka, gdy ktoś przychodzi, nim przejdzie od drzwi od klatki do naszego mieszkania. Szczeka, gdy wracam skądś i podjeżdżam pod blok. Parking mam pod balkonem. Szczekanie trwa tyle, ile trwa wyjście z auta, zabranie rzeczy i dojście do mieszkania. Ile to zajmuje? 3 minuty? 5 minut? Jak często wychodzę? Średnio raz dziennie. Wychodzę bo muszę: zrobić zakupy, iść do lekarza czy do klienta.
– zdarzyło się, że pies szczekał gdy wyszłam. Zapewne trwało to dłużej niż 5 minut. Ale nie dzieje się tak każdego dnia. Nawet nie raz w miesiącu.
– pies to zwierzę – nie da się nad nim zapanować całkowicie, zwłaszcza podczas nieobecności.
– takie są uroki mieszkania w budynku wielorodzinnym: psy szczekają, sąsiedzi trzaskają drzwiami, ktoś rozmawia na schodach, dzieci hałasują.
Póki dzieje się to bez zakłócania ciszy nocnej trzeba to znosić.
– drzwi mojego mieszkania w ogóle nie izolują dźwięków. Mówiłam cieciowi, ale rozłożył ręce „stare drzwi” i tyle.
– paniusia z góry, bo podejrzewam, że to ona, jest upierdliwa i czepialska. Poprzedni lokatorzy mówili, że ich też się czepiała. Gdybym była złośliwa powiedziałabym „pracuj poza domem, może w firmowym biurze – tam na pewno masz komfortowe warunki i bezwzględna cieszę”
Na koniec zapytałam czy jest coś co wg mojej rozmówczyni mogę zrobić żeby nie zaogniać sytuacji? Pani orzekła, że widzi, że ogarniam i zgodziła się ze mną, że póki nie ma zakazu trzymania psów, oraz że to co się dzieje nie wykracza poza zwykłe, codzienne hałasy w bloku.
Ale domyślam się, że konflikt będzie narastał.
Naprawdę próbuję Tośkę nauczyć, ale to chyba przekracza i moje i jej zdolności.
W tej chwili mam ambiwalentne odczucia: z jednej strony chcę zrobić na złość, z drugiej – wolałabym zażegnać konflikt.
W ramach diabolicznej zemsty wymyślam np. takie działanie: wieszam na klatce informację, że trenuję psa do ciszy i że niestety na początku oznacza to, że pies będzie szczekał dłużej i częściej, ale to proces edukacji, więc proszę o wyrozumiałość. I nie tylko pozwalam, ale wręcz z premedytacją prowokuję Tośkę do jazgotu. Na telefony z administracji odpowiadam: uczę psa, to wiąże się z tym, że pies musi sam zrozumieć że cisza jest nagradzana. ITp…

Ogólnie cholernie mnie to wkurza i deprymuje.
Oczywiście pani z administracji nie powiedziała kto naskarżył. A ja wiem, że to jedna osoba z tej świętej trójcy: dziunia z góry, gostek zza ściany, lub ten dzidek co mieszka obok dziuni.

I niby nic, niby wzięłam na luziku, a wieczorem grzmotnęło po głowie jakby mi ktoś pałą przywalił.

41. Pozrzędzę

Zazwyczaj znoszę upały o wiele lepiej niż mrozy.
No ale ostatnio to jednak była przesada: 29-30 stopni w cieniu!
Nawet moja wieża nie dawała rady. Otwierałam i odsłaniałam okna tylko na noc, zaraz po szóstej rano zamykałam, zasłaniałam. A i tak szybko robiło się 26 stopni.
Budynek w którym mieszkam ma fatalną izolację. Zimą chłód przenika przez ściany, jak wieje to od razu to czuć. Latem to samo. A niby elewacja nowa i okna nowe, ale dupatam…
Tak więc wczoraj wymiękłam. Bo do upału doszedł ból głowy. I znów się poddałam: poszłam spać i przespałam całe popołudnie.
O 23 zjadłam michę makaronu z masłem i czosnkiem. I poszłam spać.
Ranny cukier – w kosmos! Oraz nadal albo znów ból głowy.
Mam wrażenie, że ten konkretny ból jest skorelowany z poziomem cukru.
Jakbym miała swoisty sensor w głowie…
Poproszę rodzinę o sensor na urodziny i wtedy sprawdzę.
I tyle u mnie.
Nie spotykam nikogo, nie chodzę nigdzie. Tosia skutecznie ogranicza moje życie. Nigdy nie wiem kiedy będzie się awanturowała po moim wyjściu. Zazwyczaj jest cicho a potem nagle awantura.
Nie chce mi się wdawać w interakcje z tą babą z góry. Myślę o niej nieżyczliwie od ostatniego razu…
Nie wiem czy pisałam.
Byłam u osteopaty. Wyciszyłam telefon. A ta mi w tym czasie SMSy
1. Pies szczeka i szczeka
Minutę później
2. Pies przeszkadza mi w pracy.
Minutę później:
3. Dość tego! Dzwonię na skargę!

Odpisałam, że przepraszam, ale musiałam wyjść do lekarza.
A ona mi na to
„Następnym razem weź psa do samochodu”
Noż…
Ubodło mnie to na maksa i już przestałam być wyrozumiała. Sama sobie wsiądź do samochodu. Załóż słuchawki, wsadź stopery w uszy. Co byś zrobiła gdyby to było płaczące lub krzyczące dziecko? A może Zieloną na uspokojenie? Pracuj w firmie – tam na pewno masz absolutną ciszę…

A teraz, sobotni ranek. Znowu okna pootwierane na przestrzał. I czuję jak nadciąga błogosławiony chłód. Idzie ochłodzenie. Nad miastem rozciągnęła się szarość. Będzie padać. Nareszcie.

Oglądałam wczoraj ogłoszenie wyroku skazującego na 20lat więzienia tego gada co leciał ponad 200km/h po Trasie Łazienkowskiej. Chciałabym, żeby ten wyrok został nie tylko utrzymany, ale żeby stał się normą przy tego typu przestępstwach.
I chciałabym, żeby w całej Unii prowadzenie pod wpływem zostało uznane ze przestępstwo kryminalne.
Obyś gadzie z pierdla nie wyszedł…

Z niejakim zdumieniem zanotowałam też nagły (dla mnie) wybuch niechęci do Zełeńskiego i Ukrainy. I ten atak na jakieś dzieci w autobusie. Bohater! Wołyńskich Polaków własną piersią obronił. Zastanawia mnie co zrobili inni ludzie w autobusie, bo o tym się jakoś nie doczytałam. A przecież poza tą trójką był tam co najmniej jeszcze kierowca.
Następnemu życzę, żeby go skazano na dotkliwą karę.
Co w tych ludziach siedzi, żeby atakować przypadkowych ludzi..?
Jakbyście się poczuli czytając, że w Wilnie ktoś napadł na dzieci mówiące po polsku? A to nie jest wcale takie mało prawdopodobne.
Dwa stare pryki, na dwóch krańcach świata szczują resztę świata na siebie wzajemnie…
Opad rąk po prostu.
Gdy myślę, że gatunek ludzki siega dna to słyszę pukanie od dołu.

Jedyny pozytyw, że chyba odczepili się od alei drzewnych na Warmii.
Choć tyle.

A na oku zrobił mi się jęczmień.