31. Do lata

Bilety na prom kupione. Dla nas i Tosi.

Zobaczymy czy da się zabrać podstrzelonego psa na urlop i nie zwariować.

Reklamy

30. Święta u Wandali

Jak się ich nazwisko wymówi fonetycznie to tak właśnie brzmi 😀

W sumie to nie ma co pisać, bo nudy sameeeee byłyyyy. Ziew.
Wycięliśmy starą wiśnię, zrzucili gałęzie na stos do spalenia. Stos tradycyjnie jest palony na Wielkanoc, ale jest tak przeraźliwie sucho, że odłożyliśmy to do Midsommar. Jak rzekła Stina:
– Tak, w Midsommar na pewno będzie padać.
Taka szwedzka tradycja.
Zozo latała pomiędzy nami wszystkimi. Bawiła się wkrętarką, nożem do drewna, dokładała drewno do badtuny po rusku zwanej banią. Ciągała gałęzie, jeździła wierzchem na Melu, przekomarzała się z jego ojcem i z dziadkiem. Cały dzień na słońcu, w biegu, pomiędzy jednymi ramionami a kolejnymi. Ani nie spojrzała w telefon czy komputer. A jaka była szczęśliwa! Pierwszy raz w życiu nie chciała z nami, do nas, wolała zostać w lesie. A mnie nawet przykro nie było.
Inna rzecz, że zasięgu tam nie było. Internet jakiś się z trudem odnajdywał, ale dało się tylko podejrzeć facebooka.
Naprawdę cudne miejsce choć mało fotogeniczne.
Pogoda nam dopisała, było słonecznie, bezwietrznie i bardzo ciepło.
O 23 wszyscy spaliśmy jak zabici.

Wróciliśmy w niedzielę, lekko po południu. Zabraliśmy psa na Hindens Rev. Nadal było bardzo ciepło. A ja pierwszy raz widziałam tam tyle aut, że zabrakło miejsc na parkingu. Pies prawie cały czas na smyczy, bo ludzi jak na deptaku. Koszmar.
Wczoraj, nadal upał. Szukając miejsca dla psa pojechaliśmy sprawdzić jedno miejsce. Ale tam na odmianę pastwiska i pola dookoła. Znów smycz. Choć miejsca ładne, ale o 14 gdy słońce prawie pionowo nad głową zdjęć się robić nie da. Znaczy da się, ale po co?
Jest strasznie sucho! Ziemia na polach aż biała, tak wyschnięta. Wszystko płowe, tylko liście na drzewach wyskoczyły.
Deszcz potrzebny. Jeszcze jak potrzebny. Oj żeby tak popadało, tak kilka dni, tylko, żeby się zaraz zimnica nie zrobiła.
A dziś, po tygodniowej ponad przerwie muszę znów usiąść na biurka i już jestem z tego powodu strasznie zła.



29. I w domu

Skania jest przepiękna! Może dlatego, że dość podobna do Warmii? Pagórki, pagóreczki, rzeczki, pola nie pod sznurek i krzywe opłotki. Nie ma trawy wszędzie przyciętej równo. A nawet zdarzają się nieużytki. Dać tam bociana i Warmia w całej swej krasie… ? Nie, jednak nie. Nie widziałam przepaścistych lasów i schowanych w nich jezior. Domy są jednak inne. Oczywiście porządniejsze i starsze. Murowane z cegły w kolorze piasku, i z drewna. Zazwyczaj niewielkie, dość skromne…lagom jak to w Szwecji.
Ludzie są tam inni niż w mojej mieścinie. Różnorodni, przede wszystkim. I nie chodzi tu o różnorodność „rasową” (czy to poprawne słowo?) etniczną. Wiadomo: są biali, czarni, żółci i „ciapaci” – w sensie, że nie biali jak człowiek północy i nie czarni jak człowiek z Afryki-pewnie i czerwonoskórych też by się znalazło. Nie o to chodzi. O to, że nawet ci biali są RÓŻNI. W sumie to najmniej widziałam typowych, północnych nordyków: wysokich, smukłych, o jasnych oczach, włosach i cerze ubranych w nieśmiertelne czernie i biele (kobiety) oraz pastele – beże, róże i błękity (mężczyźni).
Ot, taka ciekawostka przyrodnicza.
Byłam nad morzem na krótką chwilę. Było ciepło i spokojnie.
Pomyślałam, że zamiast następnym razem się włóczyć bóg wie gdzie to powinniśmy z eM wyprawić się w objazd południowej Szwecji. Zjechać w dół aż do Ystad, przez Lund i Malmo.

Nagadana jestem po pachy. Przez dwa i pół dnia buzie nam się nie zamykały. Cóż…Kasia jest gaduła a i ja nie milczek…Szmatki, nitki, kotek, piesek, obrazki, Zozo, Szwecja wady i zalety, książki, kotek, piesek…i tak w kółko.
Tosia piszczała na mój widok i pilnuje mnie jeszcze bardziej. Biedna Tosia.
A od dziś mamy Wielkanoc w Szwecji. EM poszedł jednak do pracy bo coś pilnego i ekstra płacą. Ja muszę: posprzątać dom, bo wczoraj nie zdążyłam. eM zaprószył sobie oko w poniedziałek, czekał, że minie, ale nie minęło i z przychodni odesłali nas do szpitala w Skövde. W samym szpitalu zeszło nad podziw szybko, ale wszystko razem zajęło nam całe popołudnie. Zatem dziś muszę zrobić wszystko, czego nie zrobiłam wczoraj oraz to, co zaplanowałam na dziś. Sprzątanie, krokiety z pieczarkami oraz sałatke i mazurka.
Jedziemy do rodziców Mela, i chcemy im dać popróbować typowych polskich potraw. Nie, z jajkami faszerowanymi pobawię się kiedy indziej.

Tosia wczoraj dostała ostatni antybiotyk. Zaiste: czas był najwyższy bo coraz trudniej było ją oszukać i przemycać te wielkie tabletki. Gula zniknęła i nic się stamtąd nie sączy. I niech tak zostanie.

28.Nigdzie

Siedzę w w kawiarence w centrum handlowym Nordstannw Göteborgu. Nie ms mnie w domu. Nie ma mnie w mieście.Nie ma mnie w pracy.Ani u Kasi. Jestem… nigdzie.

Gdzieś w oddali gra akordeon – ktoś usiłuje zachować godność w swym żebractwie. Tęskna rzewna melodia, zdaje się że z Ojca Chrzestnegoto cichnie to głośnieje w zależności od ilości przechodzących ludzi. Huczy ekspres do kawy i sokowirówka.Dzwoni telefon. Czarnoskóry chłopak w odblaskowym roboczym mówi coś w obcym jezyku a w jego gardłowym hallalala brzmi rozbawienie.

—Pajdziom – mówi jakaś młoda mama do swego synka zainteresowanego autometem z kolorowymi kulkami. Obok mamy druga kobieta z jaskrawoczerwonymi ustami mówi cos szybko po rosyjsku. Obie mają jasne cery, pszenne włosy, coś takiego co wyróżnia je z tłumu Szwedek.

Prze okno pod sufitem wpada smuga słońca wprost na moj tablet. W obi strony plynie rzeka ludzka rozgadana we wszystkich językach swiata. Ascetyczne czarno-biale Szwedki i Azjatki przy nich jak kolorowe ptaki.

Oglądam.Notuję. Cieszę się.

Lubię być nigdzie….

27. Podróże

Za pół godziny idę z Tosią na spacerek. A potem zbieram manatki i jadę do Kasi, do Skåne. To daleko. Będę na miejscu dopiero po czternastej. Moja pierwsza, samodzielna wyprawa poprzez Szwecję. Przywykłam do wygody jaką daje samochód, ale ciąganie męża ze sobą bywa męczące. On ma zawsze jakieś „ale”.
Prawo jazdy jest dla mnie nie do ogarnięcia. Wyhodowałam sobie jakąś blokadę i nie jestem w stanie tego przeskoczyć. Co mnie złości strasznie, bo możliwość przemieszczania się autem byłaby dla mnie naprawdę cudną perspektywą.
Tylko mi nie mówcie tego wszystkiego co byście chcieli. Ja to wszystko wiem, słyszałam sto razy.
Zarezerwowałam też pokój na lipiec. W Polsce, blisko Miasteczka. Tzn. na tyle blisko by można było bez większego kłopotu się tam dostać, na tyle daleko by jednak nie codziennie się chciało :D. EM tradycyjnie zatrzyma się u matki i to ona jest powodem dla którego on jedzie na urlop.
Zżymałam się, że całe 10 dni, noż kurde. Środek lata, tu będzie pewnie najfajniejsza pogoda w całym roku, jezioro przyjazne kąpielom na drugim końcu ulicy…
Tam: upał nie-do-zniesienia, koszty przeprawy promowej też zniechęcające, ale eM się upiera jak co roku od dziesięciu lat, że może to już ostatnie lato matki. I że z samochodem, bo wygodniej i ten sam koszt co samolotem. :/ Tu już mogę tylko minę zrobić.
Skoro i tak jedzie to postanowiłam zobaczyć, czy da się wykroić z tego jakiś pożytek dla mnie. Zobaczymy. Tęsknię za warmińskimi pagórkami, za piaszczystymi drogami, polami i łąkami nie pod sznurek.
A potem wpadłam na pomysł, że może by się tak pieseła dało wziąć? Bo jak zostawić pieska na całe 10 dni jak ona wciąż ze mną i ze mną, i nawet na spacerki bez mnie chadza niechętnie. Będzie tęsknić, będzie jej źle.
Pan właściciel agroturystyki powiedział, że o ile potrafię upilnować psa by nie ganiał kotów oraz nie zaczepiał kur w zagrodzie to bardzo proszę. Nie wiem czy potrafię. Ale stwierdziłam że się nauczę.
Na wszelki wypadek zastrzegłam sobie u eM, który bardzo mnie namawiał do zabrania Tosi, że opieką będziemy się dzielić, bo ja będę chciała do Olsztyna pojechać i po okolicy się powłóczyć.
Zaliczka wpłacona. I klamka zapadła.


26.Równowaga

Wczoraj, prócz tego że Szefica, to jeszcze taki jeden pan.
– No widzi pani, a ja tylu osób pytałem i każdy mi odpowiedział, że nie wie jak to zrobić…
– Ja też nie wiedziałam.
– Ale wiedziała pani jak się dowiedzieć. I chciało się pani.
…Co miałam mu powiedzieć? Że jestem specjalistką od spraw beznadziejnych? Od spraw pt „jestem w czarnej dupie”? Że jak jest robota przy której trzeba się natyrać i guzik zarobić to na bank to wezmę?
Urosłam. Co z tego, że pracowałam w sumie dwa dni, a zapłatę wzięłam za godzinę, bo tak się na wstępie umówiłam? Zapłaty w sumie jeszcze nie dostałam…
Ale urosłam i nagle wszystko zrobiło się takie łatwe.
Dziś. Dzwonię do X.
– Co z tym twoim mieszkaniem, bo kończę rozliczenia?
– Yyyyy…a ja jeszcze znalazłem kilka faktur. (Dwa tygodnie temu przywiózł mi koszyk mieszanki faktur, paragonów i rachunków domowych z prawie trzech lat).
– SŁUCHAM? Znalazłeś i jeszcze mi ich nie dałeś? -całkiem bez mej woli mój głos zrobił się lodowaty.
– Bo ja po psa pojechałem, do Polski
O boże jaką miałam ochotę powiedzieć „Ale co mnie to obchodzi?”. Nie powiedziałam.
– Wyjeżdżam w niedzielę, wracam we środę. Zaraz potem jest Wielkanoc, a po Wielkanocy ostatni tydzień, który zarezerwowałam dla dwóch dużych firm. Jak mam ci to doliczyć to we środę wieczór te faktury mają być u mnie w skrzynce mailowej albo pocztowej. Jak nie będzie – zamykam tak jak jest.
Nie wiem jak się pożegnałam, ale mam nadzieję, że nie było słychać zgrzytania zębami.
Kilkanaście minut potem na email, którego używam wyłącznie do tłumaczeń przyszedł email po szwedzku. Jak zobaczyłam nazwę firmy w tytule już wiedziałam. A jakże: Y postanowił powierzyć swe sprawy komu innemu, ten inny prosi o dokumentację elektroniczną. Kuriozalne jest to, Y był u mnie kilka dni temu. Odebrał dokumenty papierowe, tłumacząc się, że chce coś wyszukać, choć nie musiał, bo dokumenty oddaję na bieżąco, komu mogę, ze względu na brak miejsca. Pogadał ze mną grzecznie. Na koniec zapytałam kiedy przyjdzie następny raz, odpowiedział, że po Wielkanocy. A tu zonk.
Zrobiło mi się przykro. Nie dlatego, że mnie porzucił, ale dlatego, że nawet nie próbował ze mną porozmawiać, że coś mu się nie podoba.
Napisałam mu maila: że zachował się dziennie i fałszywie. I że jest mi przykro, że nie zawiadomił mnie sam.
To drugi taki przypadek.
A ja nawet wiem kiedy się na mnie obraził. We wrześniu. Bo mu powiedziałam, że ma bałagan w dokumentach. Na co on, że płaci mi za to by bałaganu nie było. No ale ja za niego papierów nie pozbieram.
W duszy myślę: a idź do diabła ze swoim bałaganem. Zapłacisz komuś innemu dwa razy tyle i tylko daj ci boże byś nie trafił na takiego speca od jakiego do mnie ty sam przyszedłeś albo inni.

A na koniec okazało się, że komuś innemu spełniło się moje marzenie.
I nie ma tu myślenia: czemu ona a nie ja zamiast niej. Jest myślenie: dlaczego nie umiem tak zrobić by te marzenia realne, materialne mogły spełnić się mnie.





25. czas przeszły

-Dzień dobry, nazywam się KasiaP…- zaczęłam
-Kasia?! Cześć! Tu Agnieszka!
Pamiętam stamtąd jedną Agnieszkę…ale ona odeszła przede mną.
– Przepraszam…chyba cię nie kojarzę – pokajałam się
-Nie szkodzi, ty akurat odchodziłaś jak ja przyszłam, mogłaś mnie nie pamiętać…W czym ci pomóc?
Wyłuszczyłam sprawę. Wyjaśniła mi to, czego nie rozumiałam, bo przez ponad dziesięć lat przepisy się miały prawo zmienić.
Pożegnałam się:
– Nie przeszkadzam, bo wiem, że teraz macie urwanie głowy. Pozdrów Szeficę. Powiedz jej, że często o niej myślę i zawsze ciepło wspominam.
– Ona ciebie też bardzo często wspomina, będzie jej miło.
– Co ty powiesz?!
– Bardzo często o tobie mówi.
Założyłam, że skoro mi o tym mówi, to Szefica nie robi mi czarnego „pijaru”, ale nie przyszło mi do głowy zapytać.

18 albo 19 lat jak tam nie pracuję. To to się nazywa zostawić po sobie dobre wrażenie?
I uśmiecham się do siebie tu i teraz. I do siebie tamtej.
Spędziłam tam niecałe 5 lat. Cztery właściwie. To zabawne jak taka krótka chwila może zdeterminować resztę życia.



24. Koncert w szkole muzycznej

Zozo czyli PannaS miała popis. Tzn nie ona sama, tylko różne tam grajki.
Kto czytał Bezgrzeszne lata Kornela Makuszyńskiego? Tam był opis takiej akademii ku czci…
Leciało to mniej więcej tak: wychodzi skrzypek i zaczyna na skrzypcach grać Legendę Henryka Wieniawskiego.
Wieniawski przewraca się grobie, a ten gra.
Wieniawski się w grobie zrywa na równe nogi, a ten gra.
Wieniawski w krzyk, a ten gra!
-Słyszysz jak gra?
-Słyszę, bodaj by mu tak w piersiach grało…
Takie miałam skojarzenie i nie wiem, przysięgam, nie mam pojęcia jakim cudem ale Mel, który siedział obok, musiał czytać w moich myślach bo nagle dostał ataku śmiechu. Ale jakiego..! Łzy mu poleciały. Z boku ktoś mógłby pomyśleć, że chłopina wzruszył występem dziecka.


23. Tableteczki

Czy ja mówiłam, że Tosia nie jest zwyczajnym psem?
Tosina oryginalność przejawia się w wielu aspektach, jednym z nich jest sposób jedzenia.
Otóż Tosia…nie jest damą. Nie w Europejskim sensie w każdym razie.
Wszystkie znane mi psy, dostając smakołyk: serek, kiełbaskę, ciasteczko po prostu to połykają. Wyciągasz rękę, psia pasza ostrożnie łapie to, co tam masz, potem HAM! i nawet największy kawałek kiełbasy znika w czeluściach żołądka. Ale nie u Tośki!
Tośka…żuje! Przysięgam! Tośka przeżuwa to co dostanie, zwłaszcza to co lubi. Mlaszcze przy tym, ciamka, fafle jej się trzęsą, oblizuje się, ślini, ciamka dalej. Nawiasem mówiąc, jest to przekomiczne! Jedyne momenty gdy Tośka nie żuje to wtedy gdy jeden kawałek przysmaku ma w paszczy i widzi, że drugi czeka w kolejce. Wtedy ten pierwszy łyka, drugim i kolejnymi już się rozkoszuje.
No. A ja dziś musiałam dać piesełkowi cztery tabletki z antybiotykiem. Tabletki wielkości sporego guzika albo szwedzkiej dziesięciokoronówki. Kurde, nie wiem jak wyglądają polskie pieniądze.
Rano,po spacerze zapakowałam tableteczki w gustowne kieszonki z serka. Piesio połknął posłusznie. Phi! też mi problem – ucieszyłam się przedwcześnie. Piesełek bowiem ma tableteczki dostawać trzy razy dziennie, po dwie. Czyli w sumie sześć.
Kiedyś słyszałam taką teorię, że psy łykają, gdyż nie czują smaku na języku, smak dochodzi im z żołądka. Do tego Tośka jak wiadomo inteligentna jest…
O 14. ukroiłam grubo kiełbasy krakowskiej, nacięłam plaster poziomo by wyszła kieszonka, wetknęłam tam tabletkę. Zrobiłam takie dwie kieszonki. Tosia pierwszą swym zwyczajem łyknęła, dałam drugą…i piesek sobie poszedł choć w dłoni trzymałam trzeci kawałek. Wtedy wiedziałam.
Wyjrzałam.
Pies ciamkał kiełbasę, pokruszona tabletka leżała obok. Brakowało może 1/4. Zebrałam, wsadziłam w kolejny kawałek. Przyszła, co miała nie przyjść, wzięła i wyszła. Wyjrzałam. Pies ciamkał kiełbasę, pokruszona tabletka leżała obok. Brakowało kawalątka…albo i nie. Ukroiłam serek, zrobiłam kieszonkę, wcisnęłam pozbieraną z podłogi tableteczkę. Zawołałam pieska mego ukochanego. Przyszła. Podejrzliwie obwąchała serek. Zawahała się, cofnęła. Nastawiła LEWY kieł. Wzięła. Wyszła. Wyjrzałam. Pies ciamkał serek, pokruszona tabletka leżała obok. Nie brakowało ani okruszka.
Spróbowałam jeszcze raz…Zgadnijcie…
Nie brakowało ani okruszka.
……
Idę dać trzecią dawkę.


22 U wterynarza

Z doktor Katariną znamy się już daaaawnoooo…
To u niej leczyłam Kocia. I u niej się z nim żegnałam.
Mel mówi, że Katarina jest nie bardzo miła. Tak, jest nieco szorstka do ludzi, mówi krótko, zdecydowanie, nie rozpływa się w serdecznościach.
Nie pieści się też ze zwierzętami, ale jej diagnoza jeszcze nigdy nie była mylna.
Mel się ze mną zgodził. I dodał, że jak był ze swoimi kotami to Katarina powiedziała krótko: to nie zwierzęta mają problem, to właściciel. I to była cała diagnoza.
I tak gotowa jestem wyhodować sobie ogon by mnie w razie czego leczyła.
Nabrałam ze sobą psich przysmaków. Kupnych ciasteczek oraz serka i kiełbasy krakowskiej w drobna kosteczkę krojonych. Tośka owszem zjadła co jej dałam, ale nadal dyszała nerwowo w oczekiwaniu na wizytę. Szczęście, że zwykle to oczekiwanie odbywa się w oddzielnym, zamkniętym pokoju, gdzie nie ma innych zwierząt. I stres dla wszystkich mniejszy, i ryzyko zarażenia zwierzęcia.

Katarina nas zna i pamięta.
Weszła mało uważnie podała rękę, bo jej oczy już lustrowały psa.
– No, pełna życia, błyszczące oczy, piękna, lśniąca sierść…Nie wygląda na chorą – oznajmiła. Wyciągnęłam torebkę z serkiem i kiełbaską.
-Może tak…na dobry początek…- zaproponowałam.
-A może to na koniec?
-Uwierz mi: na koniec to ona nic od ciebie nie weźmie – zapewniłam ją.
Wyjęła serek. Tosia zaczęła ruszać nosem. Serek podjechał pod nos. Tosia już, już sięgała…i się cofnęła.
Zdaje się, że Katarina śmierdzi strachem innych zwierząt. Bo Tosia się przed nią cofa obronnie. Tylko tu muszę psu zakładać „namordnik” bo kłapie paszczą całkiem na poważnie. Tym razem trafiła moją dłoń gdy zdarła sobie namordnik. Trochę boli…Ale tylko trochę.
Jakieś bakterie jej wlazły, z guli coś się sączy, a sama gula jakby się zmniejszała. Mamy tabletki na 10 dni. Jak nie pomogę trzeba będzie założyć dren.
Poza tym uszy ma śliczne, z paszczy jej nie śmierdzi, z drugiej strony też wygląda okej.
Bardzo dziękuję, tysiąc koron się należy.
Czort brał kasę. Zapłacę drugie tyle, ale niech nie muszą jej żadnego drenu zakładać i trzecie by okazało się, że jest całkiem zdrowa.
Ciekawe czy tableteczki będę jej wrzucać do paszczy czy połknie z serkiem?