36. Covid-sytuacja

Jak wiadomo moim głównym źródłem informacji wszelakiej jest Facebook.
No więc żyję sobie w swojej bańce i robię wszystko, żeby wiadomości ze świata docierały …a raczej w ogóle do mnie nie docierały.
Niektórzy się gorszą.
No bo jak to tak… gdzieś coś się stało, wybuchła wojna, nowa mutacja eboli, zamach, katastrofa samolotu, trzęsienie ziemi czy wybuch wulkanu …a ty nie wiesz? Ano nie wiem… Co mi po tym że wiem? Nie uratuję nikogo, nie zmienię biegu zdarzeń, akcji humanitarnej nie zorganizuję, leku nie wymyślę…Nie mam na to wpływu, to po co mi wiedzieć? Żeby się dodatkowo stresować?
Ale covid jest tu i teraz, nie da się od tego odciąć, bo jest za progiem mieszkania.
Tylko patrzę na to co się dzieje i myślę, że to przechodzi ludzkie pojęcie.
Nie dyskutuję z faktami: covid jest faktem.
Nie wiem czy szczepionki działają, czy nie. Póki mnie to nie dotyczy, a nie dotyczy, bo w kolejce jestem na szarym końcu …dzięki bogu… bo jestem zdrowa, nie_taka_stara i nie wykonuję zawodu wymagającego osobistych kontaktów.
Ale kilka dni temu znajoma na swojej tablicy wrzuciła dramatyczny wpis, że dziś 495 zgonów (w Polsce) i że nigdy z tego nie wyjdziemy.
Zajrzałam w szwedzkie statystyki i się zdziwiłam mocno.
Bo wg statystyk Folkhalsomyndigheten (coś w rodzaju Szwedzkiej Organizacji Zdrowia) to w Szwecji z powodu covid umiera dziennie kilka osób. Na przykład 7 kwietnia zmarły 4 osoby.
Zobaczcie tu: https://experience.arcgis.com/experience/09f821667ce64bf7be6f9f87457ed9aa

Ale google pokazują zupełnie inne dane:

Dziwna taka rozbieżność danych, nie?
Szwedzi mówią 4, świat mówi, że 45. Jak na statystyczny margines błędu to różnica jest cokolwiek za duża. Świat wie lepiej? Ktoś manipuluje danymi? Kto? Szwedzi zaniżają? Bo np. jeśli ktoś miał raka i zachorował na covid i zmarł to jako przyczynę podają raka, a nie covid? Nie wiem czy tak robią, ale to możliwe.
(Wiem np. że poziom bezrobocia w Szwecji jest wyższy niż pokazują statystyki, bo statystyki nie ujmują bezrobotnych uczestniczących w jakimś programie, nawet jeśli jest to program „nauka pisania cv i szukania pracy”. Fałszerstwo? Nie, po prostu statystyka).
Ale nawet przy tym co podaje google: 45 zgonów w ciągu dnia to nic, w porównaniu do niemal połowy tysiąca w Polsce.

Jak wiadomo, nie prowadzę zbyt rozległego życia towarzyskiego. Ale kilkoro znajomych w realu posiadam. Mam też męża, córkę i syna – oni mają swoich znajomych (no, poza synem, bo on zna tylko Sebastiana ). Znajomych różnej narodowości i różnych zawodów. Mam też mniej więcej 30klientów. Ci klienci mają swoje rodziny, znajomych, klientów… I słuchajcie: NIKT nie zmarł na covid. Ani nikt nie zmarł w ich otoczeniu! Owszem ludzie chorują, owszem, niektórzy dłużej dochodzą do siebie, owszem niektórzy, bardzo rzadko, ale się zdarza, lądują na OIOMie.
A w Szwecji nadal w zasadzie nie ma obostrzeń. Nie ma lockdownu, choć urzędnicy masowo pracują zdalnie. Szkoły podstawowe, przedszkola funkcjonuja normalnie. Tylko licea i studia są zdalne. Maseczki wymagane są tylko w komunikacji publicznej oraz w obiektach służby zdrowia.
Na ulicach i w sklepach coraz więcej osób w maseczkach, ale nadal jest to całkowicie dobrowolne.
Zamknięte są kina, baseny, obiekty sportowe, muzea…chyba też. Ale np. dzieciaki nadal mają swoje treningi różnej maści, szkoła wciąż ma lekcje pływania, szkoła muzyczna też ma lekcje, więc się domyślam, że wiele innych tego typu obiektów funkcjonuje.
Szczepienia idą swoją drogą. Bez paniki, bez sensacji, bez rozdmuchiwania kto dostał, a kto nie.
Więc ja się pytam: czy aby na pewno te lockdowny, maseczki, restrykcje i stany wyjątkowe działają?
Czy może to my, tu w Szwecji, jesteśmy bezczelnie oszukiwani?

35. Wcześnie rano

Jak zwykle: pobudka około czwartej rano, choć zasnęłam po 23.
Walałam się przez godzinę. Potem wstałam. Popracuję, skoro spać nie mogę…
Ale jak zobaczyłam maila od klienta, że on wydał średnio 600kr na każdy bilet i przejechał około 600km za każdym razem …to mi się odechciało pracować…
I tak za każdym razem jak wezmę jakąś deklarację roczną do zrobienia.
Dlatego w tym roku robię co mogę, żeby nie robić. Nie mam siły cierpliwości.
Wypiłam kawę.
I poszłam pojeździć.
Wcześnie rano, szósta, będzie pusto…
Wzięłam aparat.
Dzięki Astrze widzę w porannym słońcu to, co zwykle oglądam oświetlone zwykle z zachodu.

Kinnekulle
Zimno i zimno…a tu: o!

Wjechałam na punkt widokowy nad żwirownią.

Znowu Kinnekulle
Silosy w porcie i spalarnia śmieci
Zatoka, wieża ciśnień i wieża kościoła św. Mikołaja, a na pierwszym planie flagi żwirowni
A tu dowód na to, że Szwecja jest jak ogr: ma warstwy

A potem wróciłam do domu bo dochodziła ósma i trzeba było Tosię zabrać na spacer. Durny, uparty pies nie wie ile traci przez niechęć do Astry.

A teraz okazało się, że volvo zastrajkowało (pierwszy raz odkąd jest u nas czyli od pięciu lat) i eM musiał wziąć Astrę.
Ups…wietrzę problemy :/

34.

Przyszedł P. mój klient z dokumentami.
Tośka rzuciła się go całować bo jakoś się lubią wzajemnie. P, który zawsze jest porządnie ubrany gdy do mnie przychodzi, nawet nie protestuje, że mu Tośka obślinia ubrania. Kiedyś powiedział, że chciałby mieć takiego psa, ale żona się nie zgadza.
Teraz też się pomiziali chwilę z Tosią, ale ponieważ była zbyt namolna i przeszkadzała, wyrzuciłam ją za bramkę.
Zaczęła szczekać oburzona niesprawiedliwością, więc dodatkowo zamknęłam drzwi, odsyłając dziecko psa do pańcia.
Chwilę potem: miękkie drapanie w drzwi. Basil.
Wpuściłam, bo ten przynajmniej jest mniej absorbujący. Zazwyczaj.
Teraz obwąchał gościa, przespacerował mu pod nosem, podsunął ogon z przyległościami pod nos… A potem się zaczęło:
– Ty, obcy, a umiesz tak? – i hop z półki na szafę. Hop z szafy na półkę.
– Ty, obcy, a wiesz, że ja tu jestem najważniejszy? Zobacz jakie mam fajne miejsce – i hop na drukarkę.
– I w ogóle to ja mogą wszędzie leżeć, wiesz? – Uwalił się na zamkniętego laptopa.
– Ty, obcy, a patrz jak poluję, widziałeś? I umiem tak skakać…
I tak cały czas.
Kot, który normalnie, w ciągu dnia jest w zasadzie niewidoczny, nagle znajdował się w 10 miejscach na raz.
Skończyliśmy rozmawiać, otworzyłam drzwi, Tośka podleciała i dawaj pyskować, że ale jak to Basil może, a ona nie…
Otworzyłam bramkę, poleciała łasić się do P.
P. klepiąc futrzaka zmierzał w kierunku wyjścia, ale zatrzymał się na chwilę na pogawędkę z eM.
Basil przeleciał
– Ty, obcy patrz! – i hopsasa z kanapy na szafę. – Dobry jestem, nie? Ty tak nie umiesz, co?
P. tylko się pośmiał, bo eM się przyznał, że na szafie leży kocyk, bo kotek lubi tam sypiać.
– A u niej w pokoju to drabinkę dla niego zrobiłem…- przyznał się jeszcze eM.
P. popatrzył na mnie.
– Jakbym był psem albo kotem to bym chciał mieszkać u ciebie – powiedział. I poszedł.
Uznałam, że to komplement.


33. Vadlidenfallet/Edsvidsleden

Zimno. Wieje, ale słonecznie.
Wybraliśmy się wczoraj na oglądanie kolejnego wodospadu (taki mój nieoficjalny plan: odwiedzić wszystkie wodospady w Szwecji…a przynajmniej w Zachodniej Gotlandii).
Bardzo często, gdy szukam jakiegoś celu na wycieczkę zaglądam na tego bloga: https://ronnyvonfrankeinsteinsvandringstips.se/
Nie wiem nic o panu, który to pisze, ale jego wskazówki są bardzo pomocne w odszukaniu atrakcji, często bardziej niż lokalne mapki lub strony internetowe. Napisałam mu dziękczynną wiadomość, bo facet robi naprawdę dobrą robotę.
Strasznie nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale trzeba psa przegonić, bo znowu jej tyłek urósł, a waga wskazała +2kg ostatnio. Czyli odzyskała te, które straciła jesienią.
Pojechaliśmy, przy okazji oglądając co jest po drugiej stronie Göty.
Naszym celem była taka wioska Hjärtum i leżący w okolicy Vadlidenfallet.
Wiedziałam, że nie jest specjalnie imponujący, ale uznałam, że warto zacząć sezon od czegoś niewymagającego. A trasa wyglądała na łatwą i niezbyt długą. I taka była.
No i było tak:


Kiepskie zdjęcie…bo zgłupiałam do reszty i wzięłam inny obiektyw. W dodatku tylko ten jeden, choć wszystko się we darło „weź jeszcze jeden!”.
No i okazało się, że na zbliżenia ten jest cudny, ale przy wodospadzie nie poszalałam, bo musiałabym się cofnąć, a nie było gdzie.
Inna rzecz, że miejsce nie jest jakoś spektakularnie piękne. Odnotowałam, odhaczyłam. Wystarczy.
W drodze powrotnej fotografowałam okolicę. Musi tam być pięknie gdy jest zielono lub jesienią…

Obszczekały nas dwa bassety. A Tosia, jak to ona, nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.

Zaczęliśmy wracać, ale pora dość wczesna, a my wciąż żądni wrażeń. Po drodze widzieliśmy parking z charakterystycznymi tablicami. Zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić co i jak … i odkryliśmy szlak Edsvidsleden. Szlak jest długi, 14km, wiedzie brzegiem Göty potem zakręca w las…Co tam na nim jest jeszcze sprawdziliśmy, teraz tylko rzuciliśmy okiem na Götę.
A jest na co rzucać.

Najpierw z dołu…

A potem zaczęliśmy się wspinać wyżej i coraz wyżej…

Zeszliśmy z góry i grzecznie dojechaliśmy do domu.
Tosia padła.
Ja też.
W nocy był mróz, kałuże skute lodem.
Dziś już tylko w domu, w południe na chwilkę do Misi wpadniemy.
A na obiad będzie zupa kalafiorowa.

32.

No to święta…
Zapomnieliśmy o barwnikach do jajek. Jakoś nie rzuciły nam się w oczy …a jak zaczęliśmy szukać kilka dni temu to się okazało, że nie ma. Mnie tam nie robi różnicy, ale eM lubi wszystkie te świąteczne, tradycyjne rzeczy. No to kupiłam kurkumę, czerwoną kapustę oraz obłuszczyłam całą cebulę jaką miałam w domu i ugotowałam w tym jajka.
No i najładniejsze wyszły właśnie te z cebuli. Ale są kolorowe jajka.
Sernik znowu ma grubość 1centymetra. Możliwe, że blaszka za duża, ale jak piekłam w mniejszej to mi rósł i się wylewał a potem opadał :/.
Mistrzem sernika nie będę, trudno.
Dziś upiekę ciasto z orzechami włoskimi dla syna.
Nie pomyłam okien, więc jak święta będą do kitu to będzie to moja wina 😀
Wczoraj posprzątaliśmy w domu, ale na długo nie wystarczy, bo Tośka gubi sierść, Basil też…To znaczy gubią bardziej niż zwykle, więc 5 minut po sprzątaniu znów jest pełno kłaków.
Zrobiłam sałatkę. Ale chyba mam poczucie, że za mało się narobiłam bo mózg mi wczoraj podsuwał wizję pierogów z pieczarkami.
Rzeczywiście menu ubogie w tym roku jak nigdy. W sumie to sałatka i ciasta, oraz jakieś pieczone mięso robione przez eMa. On też się nareszcie nauczył, że to bez sensu zabijać się gotowaniem mnóstwa potraw, a potem na siłę to jeść bo się zmarnuje…Pewnie duży udział w zmianie toku myślenia miał fakt, że musiałby to sam sobie robić, bo ja się wreszcie przestałam poddawać tyranizacji i odmówiłam stania przy garach przez trzy dni.
I takie to są poboczne skutki niejedzenia mięsa.
…google play zrobiło mi brzydki kawał i przestało sprzedawać muzykę. A mnie brakuje jednej płyty Marka K. do kolekcji. I nie umiem znaleźć sklepu, w którym można kupić MP3. Nie mam klasycznego odtwarzacza płyt, muzyki słucham z komputera lub telefonu, a one nie mają czytnika płyt cd. Jedyne miejsce gdzie mogę odtwarzać płyty to Astra.
I zanim mi ktoś wyjedzie ze spotify: nie, nie, i jeszcze raz nie. Dlaczego mam płacić jakiś abonament, skoro mam własną kolekcję muzyki? Dodatkowo, aby słuchać spotify trzeba być podłączonym do internetu, co zjada te megabity. W domowej sieci nie ma znaczenia, w telefonie, gdy jestem na wyjeździe, ogromne! Nie chcę płacić większego abonamentu by mieć więcej internetu, bo to bez sensu.
…skończy się tym, że kupię płytę fizycznie i zgram na starym laptopie. Wcześniej rozważałam nawet nielegalne źródła, ale jakoś odwykłam, nie umiem tez szukać, nie wiem jak sprawdzić źródła by wraz z tym co chcę nie pobrać wirusa. Nie mówiąc już o tym, że wstyd okradać ukochanego artystę.

Nasz kolega, a zarazem mój klient odwiedził nas wczoraj.
Od jesieni walczy z rakiem jelita grubego.
Wygląda jakby miał 70lat.
Przyglądamy mu się z trwogą. Kazałam mu się pospieszyć z tym leczeniem, bo mam do niego sprawę zawodową. Przecież mu nie powiem, że tak naprawdę chodzi o to, że się martwię, i że gdyby coś … to świat co prawda będzie nadal trwał, ale będzie troszkę gorszy, bo zabraknie na nim jednego źródła wiecznej pogody i optymizmu.

Zawodowo to „pitolenie” w toku.
Chyba zaczynam się wypalać, bo jak nigdy irytują mnie pytania klientów „kiedy, kiedy” bo zobaczyli, że mają po kilkanaście tysięcy do zwrotu i jak co roku nie pamiętają, że system widzi ile wpłacili zaliczek na podatek dochodowy, ale nie wie, bo skąd, ile zarobili w swoich firmach. Ale ludzie jak widzą „ZWROT” to dostają amoku.
Druga rzecz to te indywidualne rozliczenia, dla ludzi prywatnych.
Jak jeszcze raz komuś będę musiała tłumaczyć dlaczego nie może sobie odliczyć wydatków na jedzenie mimo, że koledzy to robią, to chyba komuś przegryzę tętnicę.
Trzecia rzecz to dojazdy do pracy. I znowu to samo: inni sobie odliczają. I koronny argument: ale ja mam taki samochód co dużo pali i to mnie strasznie dużo kosztuje, żeby jeździć do pracy.
A na stronie urzędu skarbowego jest nawet specjalny kalkulator do obliczenia kosztów dojazdu, gdzie pierwszym pytaniem jest: czy masz możliwość dojeżdżania komunikacją publiczną? Jeśli tak, i jeśli na jeździe samochodem oszczędzasz mniej niż 2 godziny dziennie – to nie ma prawa do odliczeń. ych…patrzą na mnie jakbym była taka wredna, i z czystej zawiści odmawiała im odliczania.
Aż się ciśnie na usta chamskie: ale dlaczego JA mam płacić za to, że ty sobie chcesz wygodnie tyłek wozić autem wielkości małej ciężarówki? Kup mniejsze auto oraz przeprowadź się bliżej.
Odmówiłam jednemu gościowi. Wrócił do mnie po raz trzeci. Dwa lata temu musiałam mu kilka razy przypomnieć o zapłacie. W zeszłym roku też, zapłacił po kilku wezwaniach, ale urwał z zapłaty jakieś 20 czy 50koron. Niby mała rzecz, ale nie lubię takiego cwaniactwa. Mogłam gościowi to wytknąć, ale naprawdę mi się nie chciało. Po prostu odmówiłam.
Coraz częściej odmawiam. Szkoda i czasu i energii.

Pojechałabym gdzieś… Gdzieś gdzie jeszcze nie byłam.

31.

A dziś rano, na spacerze spotkałyśmy Molly i jej człowieka.
Molly jest młodą, rozbrykaną dziewczynką (strasznie nie lubię słowa suka). Wielkością dorównuje Tosi, ale jest smuklejsza. Ma jedwabiste, płowo-złote futro falujące przy każdym ruchu. Jest mieszańcem golden retrivera i jeszcze jakiejś rasy. Jest piękna. I strasznie spragniona towarzystwa.
Na widok Tosi znieruchomiała. Tosia oczywiście też.
Upewniłam się co imienia, pan się lekko zdziwił, że pamiętam. Sama się zdziwiłam.
Pieski podeszły (Molly podprowadziła człowieka) wachlujac ogonkami. Poluzowałam smycz. Stanęły do siebie bokiem mordka-do-zadka. Poniuchały. Mordka-do-mordki. Poniuchały. Zaczęły się kręcić w kółeczko. Molly przysiadła na przednich łapkach. Odskoczyła.
Tosia tylko stała i wchlowała ogonem.
Nie umiem opisać jej wyglądu, ale widziałam (czułam?), że jest rozluźniona, nastawiona przyjacielsko, chętna do kontaktu.
Gdyby to było inne miejsce namawiłabym pana do odpięcia smyczy. Ale to centrum miasta, więc niestety po kilku minutach musieliśmy pójść każde w swoją stronę.
Więc żeby nie było, że z Tośki wredna suka i rzuca się z zębami do każdej dziewczyny. Tosia nie jest agresywna, ale wleźć sobie na głowę nie da.

A ja umieram na migrenę.
Wieje, jest wilgotno i dość ciepło.

Wczoraj posadziłam żółte i jasnofioletowe bratki. Na balkonie i w domu. I teraz wyglądam na balkon czekam kiedy odżyją.

Acha.
W weekend przejechałam około 300km, jakieś 150 na drodze szybkiego ruchu, a pozostałe 150 na dość wąskiej i krętej ale ruchliwej drodze. Jakieś 50km w deszczu. Z czego 50km zupełnie sama.
I powiem wam: jazda bez osoby towarzyszącej to zupełnie inna bajka.
Ja naprawdę doceniam chęci mojego męża, ale jazda z nim to koszmar.
Widzi i wytyka każdy błąd i STRASZY! To znaczy on uważa, że mi uświadamia ryzyko, ale w efekcie jest tak, że czuję się coraz bardziej niepewnie, coraz bardziej spięta, coraz bardziej przerażona, a wtedy mózg mi zwalnia albo w ogóle się wyłącza i zaczyna się robić coraz bardziej nieciekawie.
Wiedziałam, że muszę się przejechać za miastem SAMA, żeby nabrać pewności siebie. Pojechałam więc wczoraj do Litwinów – tak 25km w jedną stronę.
W tamtą stronę byłam z każdym kilometrem coraz bardziej przerażona, miałam wrażenie, że mi samochód tańczy po drodze, na każdej mijance bezwiednie uciekałam w prawo, a droga wąska a pobocze miękkie…
Gdy dojechałam do Litwinów ręce mi skakały.
Posiedziałam. Wypiłam herbatkę. Pogadałam.
Ruszyłam w drogę.
Było jakoś mniej strasznie. Droga była jakaś krótsza. I ominęłam maszynę sprzątającą, która łaskawie zatrzymała się w jakimś szerszym nieco miejscu… Co było robić? Kierunkowskaz, gaz i naprzód. Widać było daleko, że droga pusta. Ale ta maszyna z prawej była straszna…a potem jeszcze z tyłu nie wiadomo gdzie się podziała i czy ja już mogę na mój pas?
No, jakby mi ktoś zaraz po tym manewrze kazał wysiąść to bym nie dała rady, bo kolana miałam miękkie. Ale chwilę potem poczułam, że jakiś kawałek stresu ze mnie zszedł. Uświadomiłam sobie, że tańczące auto może mieć związek ze złym ustawieniem fotela.
Pamiętam jak na którejś lekcji Erik pokazał mi regulację fotela i kierownicy. Usiadłam wyżej, za to fotel odsunęłam nieco dalej, kierownicę opuściłam niżej. I Golf przestał mi tańczyć na drodze.
Wysokość fotela i kierownicę w Astrze już sobie dopasowałam, ale odległość może być za mała. Już na parkingu, pod domem, cofnęłam lekko siedzenie i odchyliłam oparcie.
Zobaczymy wieczorem…
…no to zasłużyłam sobie na tę migrenę tymi kilometrami, co nie?

30.

Piątkowe, wczesne popołudnie to dobra pora, żeby pojechać gdzieś z psem. Od czasu pandemii wszystkie fajne miejsca spacerowe są w weekendy zapchane ludźmi – no bo skoro zamknięte jest wszystko: kina, muzea, obiekty sportowe (choć treningi młodzież w różnych dyscyplinach podobno nadal się odbywają), to coś trzeba robić.
Oczywiście, że mamy tu więcej powierzchni do dyspozycji, więc nie jest to tłok tego typu, żeby człowiek na człowieku, ale jednak na tyle by nie móc puszczać psa luzem.
A spacer na smyczy to żaden spacer…
Szwedzi są …nie wiem… zdyscyplinowani? Odpowiedzialni? Jak jeździmy po tych szwedzkich bezdróżkach to często widzimy ludzi z psami gdzieś tam na polu. Ale te psy są zawsze albo prawie zawsze na smyczy.
Choć tydzień temu akurat spotkaliśmy jednego pana z psem luzem, a w tym wypadku akurat powinno być odwrotnie. Pies był z gatunku psów myśliwskich, jakiś mieszaniec wprawdzie, ale długie uszy, długie łapy skojarzyły mi się z gończym polskim. I do tego też dziewczyna…
Tosia jest mało agresywna, ale z innymi dziewczynami jakoś jej nie pod drodze i często przy bliskim spotkani wynikają jakieś awanturki.
Ponieważ tamta była luzem to my naszą też puściliśmy, bo ja uznałam, że w razie czego Tosia luzem będzie mogła swobodniej okazać brak złych zamiarów. Tamta podeszła Tośkę od tyłu i szczypnęła ją w zadek. Tośka wystawiła zęby, na chwilę zaczęły się kotłować…
Facet był idiotą i nie odwołał swego psa, nie wziął go na smycz mimo moich kilkukrotnych próśb, machał ręką, że to nic, to nic.
No nie wiem czy nic, jak mój pies jest podgryzany przez innego…
Teren mieliśmy trudny, bo z jednej strony jezioro- kawałek kamienistego, skalistego brzegu, a z drugiej facet, więc nie bardzo mogliśmy te niewczesne zapędy towarzyskie ukrócić. Wreszcie zdecydowaliśmy się ruszyć w stronę tych mokrych skał na brzegu, wzięliśmy Tosię na smycz, panu powiedziałam, żeby wziął swojego…i tak się to skończyło.
Ale to jeden przypadek na sto- głupi właściciel psa. Zazwyczaj ludzie mają świadomość, że psy tej samej płci mogą się konfliktować, no i zwyczajnie nim puszczą swoje luzem najpierw upewniają się, że nie będzie awanturki.
A wczoraj pojechaliśmy na Stenbrott z planem by zajrzeć na Munkangarna, żeby sprawdzić czy widać jakieś oznaki wiosny. No bo ileż można w tym szarym kolorycie.
Pogodna średnia, na otwartej przestrzeni wiało dość mocno, chwilami kropił lekki deszczyk, pochmurno.
W głębi placu stało kilka kamperów, ale samochodów osobowych żadnych. Wreszcie mogłam obejść staw prawie dookoła: zazwyczaj jest pełno wędkarzy, co uniemożliwia spacer z Tosią.

Woda w stawie jest niesamowita: przejrzysta i szmaragdowo-turkusowa. W trzcinach kotłowało się ptactwo wodne, poza tym było cicho bo nawet wiatr tu nie docierał. Tosia cała szczęśliwa: właziła do wody po brzuch w każdym możliwym miejscu, piła, taplała się, potem hasała po górkach cała radosna od czubka nosa po czubek ogona.
Na drzewach pąki i bazie…

Wróciliśmy tą samą drogą, bo rumowisko skalne zniechęciło nas do obejścia stawu dookoła, i poszliśmy na Munkangarna.
A po drodze eM wypatrzył wysoko, na skale takie coś:

Kaczka, co się dziwisz..?

Wstydliwe kwiatki

Wylinka z drzewa..?

Czosnek niedźwiedzi rośnie na całego

Papier, kamień, nożce… Wygrywa papier
Zrywa się wiatr

29. 2021

Wyglądam tej wiosny i zanudzam wszystkim tym wyglądaniem…
Rok temu na niektórych drzewkach było już widać malutkie listki, cebulice i krokusy kwitły na całego, przylaszczki zaczynały…
W tym roku jest zimniej. Krokusy nad rzeką dopiero wyłażą, kilka dni temu zobaczyłam pierwszy kwiatek cebulicy.
Sucho.
Wczoraj niby popadało, ale to, dosłownie, kropla w morzu potrzeby.
Mimo to, jak zawsze nawet ta kropla wystarczy by przyroda wreszcie ruszyła.
Nad miastem po całych dniach znowu krzyczą mewy. A gdy milkną, słuchać wielogłosowy ptasi świergot. Jak ja to lubię. Tyle siły w tych maleństwach.
Wczoraj na spacerze koło boiska szkolnego spotkałyśmy zajączka. Wyskoczył nam prawie spod nóg, spłoszony, widać zagapił się i nie zauważył, że to już pora się chować. Przeleciał Tosi pod nosem tak znienacka, że psica zgłupiała bez reszty i stanęła jak wryta.
Wczoraj wreszcie pojawiły się sadzonki bratków! Jak ja na nie czekałam..! Znów nie będę wiedziała które kupić. Te wielkie ciemnofioletowe z żółtymi środkami? A może te drobne, liliowe, z dolnymi płatkami ciemniejszymi? Pomarańczowe? Czy znowu skończy się na żółtych? Chciałabym wszystkie ale nie mam tyle miejsca na balkonie… Gulsum obiecała mi sadzonkę pomidora. Muszę mieć na niego miejsce. I jeszcze siatkę trzeba założyć, żeby Basil mógł bezpiecznie wychodzić. Pierwsze piętro niby nie wysoko, ale pod balkonem asfalt. W Polsce była trawa, Kocio ze dwa razy wyfrunął. Na starość utykał…
Ach ten Basil…
Zamordowałabym drania czasami. Zwłaszcza jak o 2 w nocy zaczyna harce. Ale jest takim przytulnym kotkiem…
A Tosia nadal nie lubi Astry. Yankie ostatnio próbował ją wsadzić…Nie i koniec.
Już sama nie wiem czy warto psa stresować…

Wielkanoc za tydzień..?
Ustaliłyśmy z Misią, że nic nie planujemy. Jak nam się zachce, jak pogoda dopisze to może się spotkamy żeby posiedzieć u nich w ogródku, albo coś razem porobimy – jakiś wyjazd albo coś.
Tylko Zuzu muszę zabrać kiedyś do siebie, bo coraz rzadziej jest u nas…

eM pracuje na pół etatu. We wtorek miał tomografię, czekamy na wynik.
Drugi rok pandemii.
Jakoś przywykliśmy do maseczek, do spirytusu, do nieustannego mycia rąk, odsuwania się od ludzi jeszcze dalej. Moje życie towarzyskie umarło śmiercią naturalną, choć trzeba przyznać, że nawet w czasach przed pandemią nie było zbyt bujne.
eM planuje na lato wyjazd do Polski.
Teściową zaszczepili.
No, ja nie pojadę…
Chwilami sobie myślę, że może dam się namówić Gulsum i pójdę pracować tam gdzie ona – jako objazdowa opiekunka staruszków.
Wciąż im brak personelu i biorą każdego, kto choć trochę się nadaje.
Praca przyjemna – odwiedza się samotnie żyjące osoby w ich domach rozsianych na koloniach. Nie ma demencji, nie ma ciężko chorych tylko zwyczajna starość. Trzeba sprawdzić branie lekarstw, ogólny stan i samopoczucie, zamienić kilka słów, pomóc czasem umyć głowę czy coś… Tak myślę, że spróbuję czy dam radę. Jeśli tak to kto wie…

Tylko najpierw muszę przestać się bać jeździć po tych wąskich dróżkach, gdzie żeby się minąć z innym autem trzeba się zatrzymać w specjalnie poszerzonym punkcie drogi…



28.

To jednak fajnie… Masz potrzebę, wsiadasz, jedziesz, załatwiasz co trzeba na drugim końcu miasta. Że wieje, że siku, że coś tam…
No problem.
Godzina 13. Dużo aut w mieście, ludzi też, pasy co chwilę…
Nikogo nie zabiłam, nikt na mnie nie trąbił (eM mówi, że tu się nie trąbi, jak ktoś trąbi to nie szwed) nikt nie uciekał z przejścia w popłochu.
Ale fajnieeeee…

A tymczasem zrobiło się tak ciepło, że zamieniłam buty trekkingowe na ukochane trampki Palladium. I długą kurtkę – na krótką. I choć wieje – można chodzić bez czapki. Ale to w ciągu dnia. Ranki wciąż chłodne a nawet przymrozek wciąż łapie. Ale krzaki zaczynają się zielenić.
Nad rzeką zaczęła kwitnąć cebulica. A krokusów jak nie było, tak nie ma.
Chmurzy się. Może popada? Sucho jest bardzo.

27.

Jednak, jeśli chodzi o łamanie prawa gdy bezpośrednie konsekwencje będą dotyczyć mnie osobiście, to moja tolerancja jest zerowa.
Przerażenie wpisem w rejestracji Astry, że skrzynia „manuall” wczoraj
wieczorem osiągnęło zenit.
No bo na przykład…
Prawo jazdy mam wydane na próbę. Na dwa lata. Jeśli w tym czasie poważnie złamię przepisy prawo jazdy zostanie mi odebrane i aby je otrzyma ponownie będę musiała znowu zdać egzamin.
Czy jazda bez uprawnień jest poważnym złamaniem przepisów?
Mel kilka miesięcy temu stracił prawo jazdy na dwa miesiące. Bo firmowym samochodem ciągnął przyczepkę na dwóch osiach. To nie ważne, że przyczepka nie miała ładunku cięższego niż dopuszczalny prawa jazdy B. Przyczepka była dwuosiowa a tę trzeba mieć specjalne uprawnienia. Koniec kropka. Mandat zapłacił pracodawca, a na czas braku prawa jazdy wyposażył Mela w rower elektryczny. No to skoro za taką głupotę można…to za kierowaniem autem manualnuym gdy ma się uprawnienia tylko na automatyczne tym bardziej.
Zadzwoniłam do wydziału komunikacji. I odpowiedź była krótka: nie, nie możesz jeździć, dowód rejestracji rządzi!
To w takim razie czy można tę rejestrację zmienić?
Bo widziałam w ogłoszeniach Corsę o dwa lata tylko młodszą od Astry, z taką samą skrzynią i ta ma w dowodzie AUTOMAT.
Pan odesłał mnie do koleżanki.
Koleżanka odesłała do przedstawiciela Opla. Jeśli Opel wyrazi zgodę to stacja kontroli pojazdu na tej podstawie może zmienić rejestrację.
Napisałam do przedstawiciela Opla najbliższego mojego miasta.
Po czym poprosiłam Yankiego żeby mnie zawiózł do Gulsum.
Bo co innego łamać prawo z podejrzeniem, że może je łamię. A co innego łamać je z całą świadomością.
U Gulsum odebrałam wiadomość od Opla, że ich zaprzyjaźniona stacja może zmienić tę rejestrację. Koszt około 2tysiące.
Ustaliłam sama ze sobą, że do 5tysięcy mogę na ten cel wydać.
Ale gdy wyszłam od Gulsum na parkingu czekał eM z Astrą.
– Masz i mnie nie denerwuj – podał mi kluczyk. Zanim wybuchłam gniewem, dodał:
– Byłem na policji. Pokazałem im dowód rejestracyjny, pokazałem stronę info car, pokazałem instrukcję. Zapytali ile masz pedałów. Powiedziałem, że dwa. To powiedzieli, że mam powiedzieć żonie, żeby jeździła bez stresu, bo może. Ale, że bardzo dobrze, że najpierw zapytałem.
To pojechałam.
…ale może bym jednak ten wpis w rejestracji zmieniła…