55. Kołobrzeg

Dotarłam wczoraj po 22giej.
Jakoś bardziej męcząca niż zwykle była to podróż.
Jakbym się nie starła – nigdy nie udało mi się dotrzeć tu w mniej niż 10 godzin.
Samochód na lotnisko 2 godz
Oczekiwanie na lotnisku 2 do 2,5 godz
Lot 1 godz
Oczekiwanie oraz jazda na stację 1 godz
Podróż pociągiem 3 do 3,5 godz.
Pociąg był opóźniony. By kupić sobie choćby kilka minut wysiadłam w Ustroniu.
Urocza stacyjka, ale w nocy ciemno choć oko wykol.
Nie chciałam truskawek, ani buzi, ani kolacji ani w ogóle nic. Umyłam się i padłam.
Nad ranem oczywiście ból, więc zestaw prochów, i spanie.
Przez sen zanotowałam buziaka pożegnalnego od pana W i że Dorka położyła się przy mnie na łóżku. Głasnęłam ją parę razy…
Normalnie podróżuję z małym plecakiem, bo wszystko czego mi potrzeba mam tutaj: majtki i skarpety na zmianę, kilka koszulek, zapasowe spodnie oraz kosmetyki.
W zasadzie mogę wziąć tylko laptop, leki telefony i portfel.
Ale tym razem jadę jeszcze do Olsztyna na całe 5 dni i stwierdziłam, ze wezmę dodatkowe ciuchy więc walizka okazała się potrzebna.
W pociągu był tłok, na szczęście w moim przedziale tylko jeden cichy pan. Za to obok rodziny z małymi dziećmi. Wiadomo: późne popołudnie, dzieci zmęczone i przebodźcowane, ale głosiki mają takie że wwiercają się w mózg.
Chyba zainwestuję w słuchawki kryjące uszy. Nie żeby czegokolwiek słuchać, ale żeby niczego nie słyszeć.
Hałas męczy mnie okropnie. Każdy. Coraz więcej czasu spędzam w ciszy. Nawet bez muzyki.
I pomyśleć, że kiedyś potrzebowałam muzyki ciągle.
W Koszalinie pociąg opustoszał. Zrobiło się przyjemnie, no ale ja już pilnowałam stacji w Ustroniu.
Teraz sobie siedzę na kanapie, w koszuli nocnej i uprawiam kontrabandę w postaci otwartego okna. Waldek jest zmarźluchem i jak mu w domu temperatura spada poniżej 23stopni to wkłada na siebie polary i zamyka okna. Jak to chudzielce…
Ja przywykłam do szwedzkiego zimnego chowu i 21 stopni uważam, za absolutne LAGOM (ulubione szwedzkie słowo oznaczające w sam raz).
Moje ciało natomiast uważa, że jak jest zimno to znaczy, że pora spać. Więc pospałabym, ale obiecałam Waldkowi domowy obiad: domowe szwedzkie pulpeciki oraz kartofelki.
To trzeba się zaraz brać za robotę.
Nad morzę pójdę później, wieczorkiem może.
Ten weekend jest wyłącznie dla odpoczynku.
Będziemy oglądać Lalkę na Netflixe. Zaczęłam pierwszy odcinek i wyglądało zachęcająco choć nie przepadam za Sandrą Drzymałowską, bo jej role są zawsze takie same: emocjonlna mieszanka pychy i kompleksów. No ale nie ma ani Szyca ani Woronowicza, to już coś.(Z powodu tych dwóch boję się otwierać lodówkę). Nie oczekuję fajerwerków, ale może innego spojrzenia na tę starą historię. Kto wie?

W międzyczasie wyciągnęłam książkę Ericha von Dänikena „Bogowie byli astronautmi”. Też inne spojrzenie na starą historię. Czyli ta sama bajka ale od innej strony.
A w Szwecji, pod moimi brzózkami wyrosły borowiki

nor




54. Wybory w Szwecji

Odbyły się wczoraj.
Według wstępnych rezultatów wygrała Partia Pracy czyli Socjaldemokraci.
Zaraz po nich Moderaci czyli Partia Burżujska, a na trzecim miejscu Szwedzcy Demokraci (czyli partia skrajnie prawicowa zwana też populistyczną lub faszystowską).
Na szczęście tym ostatnim poparcie spada…

Trzęsienia ziemi nie będzie. W Szwecji nie robi się niczego na hurra. Nie ma bezczelnego marnotrawienia zasobów tylko dlatego, że „wygraliśmy to możemy, a po nas choćby i potop”.
Frekwencja nieco ponad 80%.

I żyjemy dalej.
Jeszcze niedawno benzyna 95 po 15 z groszem a teraz po 17 z groszem…

Obowiązek spełniłam.
Polski też od pewnego czasu spełniam, bo mogę.

A z ważnych spraw to Tosia znowu „dreptała”. Kilka dni temu sugerowała, że będzie mieć cieczkę lub zapalenie dróg moczowych. Wyklną mnie wszyscy od veta po psich entuzjastów: miałam w domu antybiotyk z ostatniej infekcji. Dawka na tydzień. Podałam. Wczoraj zamiast lepiej było gorzej, już myślałam, że zaszkodziłam. Ale dziś już dobrze. Śpi za moim fotelem i chrapie.
Dlaczego to się zawsze dzieje tuż przed moim wyjazdem?
Chyba zacznę uważać co przy niej mówię.

Nie śpię, lub śpię źle, bo przeraża mnie ilość spraw do wydeptania w Polsce.




53.

Eks się zaręczył. O czym zawiadomił świat przez facebook.
Córkę zawiadomił przez telefon tydzień później.
Synka pewnie wcale…

Mam z tym jakieś własne refleksje, ale nie będę się tym dzielić tutaj.
Szkoda mi moich dzieci.


52. Jesienny niedzielny poranek

Lało wczoraj cały dzień. Niby z przerwami, ale jednak. Tosia nasiąkła wodą, że pół dnia schła. A jak doschła to była pora na kolejny spacer. Tak, oczywiście, że ją wycieram po powrocie.
Dziś rano spektakularna mgła…
Wzdech.
Uwielbiam mgłę, zwłaszcza taką prześwietloną słońcem. Tęsknię do włóczenia się z aparatem. Ale Tosia. Z nią to żadne fotografowanie. Bez niej: stres, że może hałasuje. Albo, że będzie hałasować gdy będę wracać. Więc zapomnij Kasiu o wszesnoporannych fotkach…
Uczę się więc fotografowac telefonem. Efekty są takie sobie – jak widac poniżej. Jasne, że mogłabym zaprząc AI, ale wtedy to żadna sztuka i w sumie nawet z domu wychodzić nie trzeba. Ja się pytam, czy AI, jak jest takie mądre i chętne do wyręczania, może mogłoby za mnie się poruszać, pogimnastykować? Ale tak, żeby moje ciało poczuło efekty: spadek cukru, wzrost mięśni?

Wczoraj skręcałam szafkę na buty, taka taniochę z Juska. Nawet sprawnie mi poszło, choć oczywiście panienki w powietrzu furczały. A bo mi śrubka wchodziła krzywo, a bo se jedną płytę porysowałam, a bo ja nie jestem dobra w czytaniu pisma obrazkowego…
Dziś mnie wszystko boli, pewnie od dźwigania 17,5kg z samochodu do domu oraz od wielokrotnego wstawania i siadania na podłodze.
Ale szafka stoi, buty schowane, pudełka kartonowe wywalone, plastikowe czekają na pomysł co z nimi zrobić. Spokojnie: jest przestrzeń – znajdzie się towar by tam umieścić. Rozważam przemeblowanie przedpokoju, a przy okazji porządki w garderobie…
No wiecie: nowa szafka w domu, trzeba zrobić generalny remont pod nią. Kto tak ma?
Zaczęłam 2 sezon Opowieści Podręcznej. Ten serial mnie mrozi i budzi grozę. Jak łatwo można nam odebrać wszystko.
Jak to było? Gdzie to było? „Wolność nie jest nam dana na zawsze”.

Jesiennie, jeszcze pięknie, kaloryfery lekko ciepłe, bo w nocy było poniżej 10 stopni. Znowu piję herbatkę. Misia przywiozła z Nepalu pyszną, liściastą, co umarłego by chyba na nogi postawiła.
Wieczorami raczę się owocową z prawdziwego suszu owocowego luzem. Więc nie ma ściemy. Pycha. Choć odrobinę za kwaśna dla mnie. Aż sie prosi o miód, ale CUKIER. Ych.

Truskawki się powoli kończą. Tzn. Niby są, ale często bez smaku lub za kwaśne.
Cieszę się śliwkami i nektarynami.
Usiłuję zrobić sobie szare kluski, ale ciągle mi się rozpływają. Nie wiem gdzie tkwi błąd…

51.

Jednak miałam rację, że nie chwaliłam się wszystkim dookoła moim życiem uczuciowym.
Teraz powoli zaczęłam się przyznawać do rozwodu – do końca roku chciałabym przeprowadzić zmianę nazwiska w obu krajach – więc klienci zauważą. Natomiast o nowym związku wiedzą nieliczni. I każdy z nich udowodnił mi, że lepiej było tę wiedze zachować przy sobie. Bo teraz, za każdym razem, gdy coś idzie nie tak jak powinno, słyszę teksty o zakochaniu.
Raz – można uznać, że to taki żarcik. Za drugim i kolejnym razem mam chęć się odciąć. Np. pytając „a tobie się pomyłki nigdy nie zdarzają? Nie wylałeś nigdy oleju ze skrzyni biegów zamiast z silnika?” (było tak).
Dziwne, że kobiety w ogóle się do tego nie odnoszą. To faceci jakby mieli problem, że ich księgowa ma kogoś.
Kolejna scysja z byłym. O opiekę nad Tosią – znowu.
Teksty:
– może poproś dzieci o pomoc.
– jesteśmy sobie obcy
– nadużywasz moją dobrą wolę
– ja nie chciałem psa
A kiedy odpowiedziałam, że dzieci przecież bez proszenia zabierają Tosię w dzień na najdłuższy spacer, psa chciał i mam na to dowody, co do obcego nie ma sprawy – może być tak, tylko niech pamięta że jak dotąd to on częściej potrzebował mnie niż ja jego…
Wtedy stwierdził, że nawet mu się nie chce dyskutować.

Myślę sobie: Tosia całe życie kochała nas wszystkich, a teraz gdy nie jest już słodkim pieseczkiem nagle każdemu przeszkadza.
Oraz: jak to dobrze, że nie mam z nim dziecka i nie muszę się handryczyć o opiekę i finanse.
Bo oczywiście swoją część do karmy dokłada niechętnie i dopiero po wezwaniu. A i to jeszcze potrafi skomentować, że powinnam grzecznie poprosić. Wtedy odpyskowałam, że ja nie proszę, ja przypominam.

Waldek leje oliwę na te wzburzone wody, ale nic więcej nie może zrobić. Nie – przez najbliższe dwa lata, które mu zostały do emerytury.


Cukrzyca dała mi ostatnio w kość. Albo ja sama..?
Otóż jestem więcej niż pewna, że moje potyliczne bóle głowy są powiązane z tym co jem, czy nadużywam cukrów prostych i jak często to robię.
Raz na tydzień grzeszek – spoko. Ale już po dwóch dniach z rzędu – kara musi być.
Jestem uzależniona i reaguję na te przemysłowe słodkości/węglowodany jak alkoholik na alkohol. Miewam cukrowego kaca, źle znoszę, a organizm potrzebuje się potem odtruć. Jak wytrzymam te pierwsze dwa -trzy dni to potem jest łatwiej. I organizm się uspokaja. Do następnego razu.

Z ciekawych rzeczy: lekarze zalecają cukrzykom dzienną porcję ruchu, wysiłku wręcz jako sposób na prawidłową glikemię. A tymczasem podobno, lepsze efekty daje 10minut spaceru, lub kilka prostych ćwiczeń gimnastycznych kilka razy dziennie niż jeden, ponad trzydziestominutowy wysiłek.
Podobno wystarczy po posiłku robić takie ćwiczenie: usiąść na krześle ze stopami na podłodze i przez 10 minut podnosić pięty opierając stopy tylko na palcach. W ten sposób aktywuje się miesień płaszczkowaty, który jest podobno pożeraczem glukozy.

Ale na siłkę chadzam. Obiecuję sobie 3 razy w tygodniu, wychodzi dwa, ale dobre i to. Staram się też jeść prawidłowo. Pierogi, placki, babka ziemniaczana, biały chleb odeszły w dal. Czasem sobie pozwolę, ale rzadko, rzadziej niż raz w tygodniu.
Dziś w planach zupa „śorba adaś”. Czyli zupa z czerwonej soczewicy z cytryną.

No i jesień. Nie ma na to rady.





50.

W Kołobrzegu było lato. Późme, kaprysne, ale wciąż lato.
U mnie – jesień. Rano 7 stopni. Złote słońce, pożółknłe brzozy i lipy. Cisza w powietrzu.
Ale ja to lubię. Lubię zmiany pór roku. Nawet gdy jesień przechodzi w zimę. Tylko zimy nie lubię, a raczej tego, że tutaj jest najdłuższą porą roku. Gdyby zima trwała miesiąc-dwa… ale cztery w porywach do pięciu, to przesada.

Nie lubię wyjeżdżać d Waldka. Lubie być u siebie, bycie samą i samodzielną mi nie przeszkadza. Ale nie lubię rozstań. Choć przecież wciąż jesteśmy w kontakcie: piszemy, dzwonimy, rozmawiamy co najmniej dwa razy dziennie na wideo. Ale mimo wszystko to nie to samo co fizyczna obecność.
Choć ta fizyczna obecność bywa niełatwa. Ścieramy się. O prozę życia: niezmyty od razu talerz, o nieumytą powierzchnię.
Ale ścieramy się też o inne rzeczy. O kontrolę, o próby zbyt głębokiej ingerencji w przestrzeń osobistą.
Na szczęście w pryncypiach jesteśmy zgodni.
Np. Odyseja nas zachwyciła. Nolan pokazał starą jak świat historię, ale udało mu się wydobyć z niej coś zupełnie nowego. Wojna to zawsze zło bez względu o co, kto z kim i kto wygra.
Kora śpiewała „nie wyobrażam sobie miły abyś na wojnę kiedyś szedł, życia nie wolno tracić miły, życie jest po to by kochać się”

Na ulicy możemy nie zauważyć dziwnie ubranego człowieka, wypasionego (lub wręcz odwrotnie) samochodu… ale zawsze zauważymy pieska.

Z ciekawostek: poznałam najmłodszą członkinię rodu. Czyli urodzoną w styczniu Misię – wnuczkę W. Oraz jej mamę. Chyba poszło dobrze.
Małe dzieci są słodkie. Szczególnie jak po 30minutach można sobie pójść.

A teraz trzeba wracać do codzienności.
Dziś spotkanie z trenerem. Trzeba zmusić krnąbrne ciało do pracy.
Wysłuchałam audiobooka Michała Figurskiego „Najsłodszy”. Dobra przestroga dla cukrzyków. Samego dziennikarza kojarzę słabo, choć oczywiście wiedziałam kim jest. Warto posłuchać, nawet jak się nie ma cukrzycy to w tle jest kawałek ciekawej historii radia w Polsce.
Mnie takie historie motywują. Bo żadne logiczne argumenty nie przebijają się przez wygodnictwo. Za to strach przed utratą kontroli nad własnym ciałem, przed byciem zależnym od fizycznej pomocy innych… to jak najbardziej.

49?

Pięknie w Polsce, w Kołobrzegu.

Miałam pracować wczoraj, ale poniosło mnie w miasto. Na przystnku… Spóźniłam się 1 minutę na autobus i już nie chciało mi się wspinać na 4 piętro. Siadłam na ławeczce i robiłam za tubylca. Ludzie mnie pytali czy kupią bilet w autobusie. Więc tłumaczyłam, że tak, ale nie papierowy.
W autobusach powinna być wielka informacja, w co najmniej 3 językach, że nie biletów papierowych i że wystarczy zapłacić kartą a w razie kontroli przytknąć tę samą kartę do czytnika który nam poda kontrloler.
Wciąż widzę ludzi szarpiących się z biletomatami, pełnych stresu, bo płacą a biletu nie ma… I w Gdańsku i tu, w Kołobrzegu.
Poprzednim razem pomogłam parze Szwedów. Teraz było to starsze małżeństwo.
Połaziłam po miasteczku, po sklepikach, drogeriach…
Nic nie kupiłam…bo było za dużo wszystkiego i nie umiałam wybrać.
Pytanie do znających się: GDZIE SĄ PEELINGI? Widziałam sto pięćdziesiąt maseczek, kremów, cudów-wianków, nawet jaakieś jogurty do ciaała (WTF) a normlnego, kwasowego peelingu do stóp to już nie.
Cukrzycowe stópki wymagają luksusu, specjalnych skarpet, dobrych butów, wkładek oraz jak najmniej scierania. W Szwecji o takich luksusach to w ogóle nie ma co marzyć. Dobrze jak się znajdzie peeling do twarzy w Dollarstore pełnym chińszczyzny.
W Polsce sklepy pełne wszystkiego. Ceny różne taak jak i jakość różna.
Niczego nie świdoma wlazłam do jakiegoś sklepiku, chyba to jakaś marka. Złote wieszaki, we wszystki złote lub srebrne niktki, wszystko naćkane brynancikami, nawet paski od torebek. Wszystko migocze, lśni. W składzie głównie plstik. Ceny jak dla mnie kosmiczne.

Poszłam do Hosso, taka niby galeria. Jest tam sklepik Medicine. Ten to jest odjechany: feeria barw, wszystko kolorowe, pstrokate papuzie, piękne!
Szkoda, że wszystko, albo większość znowu w składzie ma głównie plstik. Oraz CENY… Ale któregoś razu kupimy soie z Waldkiem takie same odjechne tshirty…
Padało, przestawało, znowu padało.
Kupiłam parasolkę składaną, niebieską. Ciepło było i wilgotno bardzo. Lubię taką pogodę.
Chciałam wejść gdzieś na kawę i ciastko, żeby usiąść i dać odpocząć stopie do której się przyczepił Morton, taki nerwiak. Ale wszędzie miejsca zajęte. Mało tych kafejek w okolicy katedry, mało w nich miejsc. W końcu weszłam do jednej, wzięłam kawę i ciastko omlet, z decyzją, że trudno postoję. Bo cukier już spadał… Wzięłam łyka i wreszcie para siedząca nad pustymi naczyniami zdecydowała się wyjść. Natychmiast przeniosłam się do stoliczka, zaaprosiłam panią stojącą obok mnie: co będę stoliczek na mnie jedną marnować. Ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Pani wcinała ptysia. Ale ja ptysiową normę wyrobiłam pierwszego wieczoru, jak zawsze. Omlet ma mniej węglowodanów, więcej tłuszczu. Chyba.
Wieczorem siedzieliśmy nad brzegu morza patrząc jak niebo zaciąga się granatem. Duże, ukośne fale podpływały i leniwie rozlewały na piasku. Mogłabym tak siedzieć i siedzieć. Ludzi tak sobie, więcej jest pewnie w samym mieście, więc w miarę spokój i cisza. Piesków dużo. Dorka krążyła wokół nas, pilnowała naszego terytorium.
O 13 jdę do Koszalina. Zjemy coś, poszwędamy się a o 17 do kina.
Trzeba popracować chyba?

47.

Znowu nawarczałam na klienta/tów.
Kurczę.
Czegoś nie potrafię, czegoś nie umiem opanować.

Mam takiego klienta. Jest u mnie od prawie 10lat, więc to jeden z najstarszych klientów. Nigdy nie był zbyt dobrze zorganizowany, ale od jakiegoś czasu jest coraz gorzej… Na co dzień działa w najpopularniejszej wśród Polaków branży, ale próbuje znaleźć sobie jakąś alternatywę, bo zdrowie mu wysiada.
Jego poprzedni projekt skończył się fiaskiem,bo miał za małe zaplecze finansowe, żeby to ciągnąć. Obowiązkowe opłaty zżerały cały zysk. Gdyby miał ze dwa miliony w zapasie pociągnąłby jeszcze kilka lat, aż obroty by się na tyle rozwinęły, że dałby się z tego utrzymać. Bo z każdym rokiem obroty mu rosły. Ale nie miał.
Tamto działanie popierałam, uważałam, że ma sens, choć od początku przestrzegałam, że może być trudno.
Po tamtym fiasku wymyślił sobie coś innego. I tu mam sprzeczkę serca i rozumu. Wymyślił sobie taką branżę, która jest chyba na najostatniejszym miejscu potrzeb ludzkich. I się zaczęło: rachunki za uczestnictwo w eventach, noclegi w drogich hotelach, zakupy „towarów”, których chyba nikt nie kupi.
Wszystko to jest bez sensu, bo gość tak naprawdę nie ma w tej kwestii żadnego, najmniejszego punktu zaczepienia. Nie ma wiedzy teoretycznej, jeszcze bardziej wiedzy praktycznej. Bazuje tylko na tym, że ktoś mu powiedział, że ma w tej kwestii „dobre oko”.
I tu się właśnie zaczyna mój rozjazd mózgu i serca.
Bo mózg mówi to, co powyżej co w skrócie można przetłumaczyć ” z czym do ludu”.
A serce mówi: a pamiętasz jak najpierw rodzice, a potem już tylko matka komentowali twoje ciągoty do „sztuki” wszelakiej? Czyli właśnie: TY? PISARKĄ? Ortografii się naucz. Matematykę zalicz na coś więcej niż trója.
Ty, piosenkarką/aktorką/dziennikarką…czymkolwiek… weź się ogarnij, przecież nie ty masz tego, co powinnaś mieć. Nie urodzi orła wrona czy coś takiego…

No więc do tego klienta mam właśnie takie podejście. I wiem, że jest z jednej strony okropnie niesprawiedliwe. Z drugiej: rzeczywistość jest taka, jaka jest. I można mieć piękne plany, ale trzeba też przestrzegać przepisów.
A klient jak wszedł w rolę „artysty” to ze wszystkim – więc i nieogarnięciem także.
Do tego ma najlepszego przyjaciela, którego ja nie znoszę. Bo w moim odczuciu jest to tępy gość, który jest pazerny na kasę i i jakimś cudem ta kasa mu przychodzi. Może takim cudem, że z każdej sytuacji potrafi wydusić dla siebie kilka tysiączków sam jednocześnie unikając płacenia za cokolwiek. Między innymi za usługi moje.
I ten przyjaciel podsyła mojemu klientowi czasem takie pomysły, że ręce mi opadają i nie wiem czy się śmiać czy rwać włosy w głowy.


No i wczoraj wzięłam jego księgowość na tapet. I na wstępie mną szarpnęło.
Bo nie ma wyciągu bankowego, który jest podstawą księgowania. A w poprzednim okresie też go nie było, więc mam teraz do zaksięgowania 6 miesięcy. A klient przez 6 miesięcy tegoż wyciągu nie dosłał.
Miałam chęć rzucić jego papierami przez okno.
Zamiast tego wysmarowałam sms: weź się ogarnij, zejdź na ziemię, zajmij się porządnie papierami, albo szukaj innej księgowej, bo mam dość.
I wysyłając to byłam przekonana, że mam rację, że postępuję słusznie i że robię to całkiem spokojnie.

4 godziny później zadzwonił i zaczęliśmy na siebie krzyczeć.
On – że jak to, dotąd był dobrym klientem, a teraz co – ostatni i najgorszy? Bo przecież dotąd nic nie mówiłam, albo mówiłam, że rozumiem, albo coś tam, a teraz nagle…
Ja najpierw mu potakiwałam, że tak właśnie, jest najgorszym klientem i że mam dość jego bałaganiarstwa, równi pochyłej, durnych planów i słuchania wszystkich poza mną…
Aż w końcu się ze mnie wyrwało coś, co myślę, że leży u podstaw
Cukrzyca daje mi kość bardziej niż się przyznaję. Jestem ciągle senna i zmęczona, wykonywanie obowiązków wysysa ze mnie resztki energii. Na dodatek mój mózg działa mniej sprawnie. Zapominam, nowych rzeczy nie przyswajam albo zajmuje mi to dużo więcej czasu. Jest mi coraz trudniej pracować tak, jak pracowałam dotąd i nie jestem w stanie pilnować bałaganu każdego z moich klientów.

Doszliśmy do porozumienia w końcu, chyba na bazie dawnej sympatii. Przeprosiliśmy się wzajemnie.
Ale cała sytuacja wprawiła mnie w zażenowanie. I popłoch. Bo to nie pierwszy w ostatnim tygodniu taki wybuch.
I teraz nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nie panuję nad gniewem, szczególnie gdy jestem dodatkowo zestresowana presją czasu. Jak mam postępować z najbardziej nieogarniętymi klientami, kiedy ich bałaganiarstwo i wygodne „nieogarnięcie” staje się dla mnie coraz bardziej męczące i nieakceptowalne? Często mam poczucie, że gdyby tylko się odrobinę postarali daliby radę ogarnąć.
Czasem mam też wrażenie, że do niektórych ludzi spokojne, rzeczowe stawianie wymagań – nie działa. Oni dopiero jak usłyszą złość i zniecierpliwienie to na ten jeden raz się ogarną. Jeden raz. Z wielkim dąsem.
Nie chcę być megierą. Ale ze względu na własne ograniczenia – nie mogę być dalej tą cierpliwą panią Kasią, która zawsze zrozumie i pogłaszcze i poprowadzi za rączkę.
Muszę coś zmienić ale nie wiem co.

46.

No to zaczęłam swoje „fikołki”.
Wczoraj pierwszy raz samodzielny trening.
Najfajniejsze jest to, że na sali mogę być całkiem sama. Mam własny klucz z hasłem i mogę wchodzić od 3 do 23 czy jakoś tak.
Salka mała, urządzeń sporo, ja używam trzech. Z założenia – bo jednego nie dałam rady ruszyć. Miałam pójść pieszo, żeby wydreptać swoje 10 000 kroków, ale padało. No i miałam jeszcze chwilę czasu, to uruchomiłam sobie bieżnię na 10minut. Odkryłam, że moje ulubione tempo to 4km/h.
Przy czym, głupia sprawa… Czułam się na tej bieżni jakbym robiła coś nielegalnego. Wciąż łapałam się nad tym, że nasłuchuję nerwowo, czy nikt mnie nie przyłapie.
Chore. Bo przecież instruktor mi nie zabronił korzystać z czego innego. Tak jak nie zabronił przychodzić częściej niż 3 razy w tygodniu. On zalecił. A ja w swym rozsądku nie będę używać urządzeń nieznanych. Ale bieżnią to sobie krzywdy nie zrobię. Resztą maszyn – możliwe. Więc jestem ostrożna. Bo mam też świadomość, że to, że instruktor mi raz pokazał – to dla mnie za mało. Ja i tak za chwilę się pokrzywię, zmienię układ ramion itd… Byłoby lepiej raz w tygodniu pójść w środku dnia i poprosić, żeby ktoś mi się przyjrzał i ewentualnie skorygował.
Wyszłam po 40 minutach.
Na haju. Naćpana endorfinami.
Chyba pierwszy raz w życiu miałam takie uczucie, że moje ciało aż krzyczy z radości. Te nędzne resztki mięśni reagowały na wysiłek …poczuciem ulgi! Tak jakby pozostając w spoczynku się męczyły i cierpiały.
Powiedziałam do Waldka: ćwicz rano, będziesz szczęśliwy, bo będziesz mieć pewność, że już nic gorszego cię dzisiaj nie spotka.
No ale jak to mawiała Babcia Józia „Wczoraj było dydy-dydy a dzisiaj kawał bidy”.
Czyli zakwasy. Było zacząć od bieżni!
A po wszystkim radosne rozkojarzenie do południa. Żarcie kompulsywne. A wieczorem panika: nie zdążę do 17!. I niespanie do północy.