Dotarłam wczoraj po 22giej.
Jakoś bardziej męcząca niż zwykle była to podróż.
Jakbym się nie starła – nigdy nie udało mi się dotrzeć tu w mniej niż 10 godzin.
Samochód na lotnisko 2 godz
Oczekiwanie na lotnisku 2 do 2,5 godz
Lot 1 godz
Oczekiwanie oraz jazda na stację 1 godz
Podróż pociągiem 3 do 3,5 godz.
Pociąg był opóźniony. By kupić sobie choćby kilka minut wysiadłam w Ustroniu.
Urocza stacyjka, ale w nocy ciemno choć oko wykol.
Nie chciałam truskawek, ani buzi, ani kolacji ani w ogóle nic. Umyłam się i padłam.
Nad ranem oczywiście ból, więc zestaw prochów, i spanie.
Przez sen zanotowałam buziaka pożegnalnego od pana W i że Dorka położyła się przy mnie na łóżku. Głasnęłam ją parę razy…
Normalnie podróżuję z małym plecakiem, bo wszystko czego mi potrzeba mam tutaj: majtki i skarpety na zmianę, kilka koszulek, zapasowe spodnie oraz kosmetyki.
W zasadzie mogę wziąć tylko laptop, leki telefony i portfel.
Ale tym razem jadę jeszcze do Olsztyna na całe 5 dni i stwierdziłam, ze wezmę dodatkowe ciuchy więc walizka okazała się potrzebna.
W pociągu był tłok, na szczęście w moim przedziale tylko jeden cichy pan. Za to obok rodziny z małymi dziećmi. Wiadomo: późne popołudnie, dzieci zmęczone i przebodźcowane, ale głosiki mają takie że wwiercają się w mózg.
Chyba zainwestuję w słuchawki kryjące uszy. Nie żeby czegokolwiek słuchać, ale żeby niczego nie słyszeć.
Hałas męczy mnie okropnie. Każdy. Coraz więcej czasu spędzam w ciszy. Nawet bez muzyki.
I pomyśleć, że kiedyś potrzebowałam muzyki ciągle.
W Koszalinie pociąg opustoszał. Zrobiło się przyjemnie, no ale ja już pilnowałam stacji w Ustroniu.
Teraz sobie siedzę na kanapie, w koszuli nocnej i uprawiam kontrabandę w postaci otwartego okna. Waldek jest zmarźluchem i jak mu w domu temperatura spada poniżej 23stopni to wkłada na siebie polary i zamyka okna. Jak to chudzielce…
Ja przywykłam do szwedzkiego zimnego chowu i 21 stopni uważam, za absolutne LAGOM (ulubione szwedzkie słowo oznaczające w sam raz).
Moje ciało natomiast uważa, że jak jest zimno to znaczy, że pora spać. Więc pospałabym, ale obiecałam Waldkowi domowy obiad: domowe szwedzkie pulpeciki oraz kartofelki.
To trzeba się zaraz brać za robotę.
Nad morzę pójdę później, wieczorkiem może.
Ten weekend jest wyłącznie dla odpoczynku.
Będziemy oglądać Lalkę na Netflixe. Zaczęłam pierwszy odcinek i wyglądało zachęcająco choć nie przepadam za Sandrą Drzymałowską, bo jej role są zawsze takie same: emocjonlna mieszanka pychy i kompleksów. No ale nie ma ani Szyca ani Woronowicza, to już coś.(Z powodu tych dwóch boję się otwierać lodówkę). Nie oczekuję fajerwerków, ale może innego spojrzenia na tę starą historię. Kto wie?
W międzyczasie wyciągnęłam książkę Ericha von Dänikena „Bogowie byli astronautmi”. Też inne spojrzenie na starą historię. Czyli ta sama bajka ale od innej strony.
A w Szwecji, pod moimi brzózkami wyrosły borowiki












