119

Lądując w Berlinie mialam wrażenie że ląduję w największym mieście świata.Niebo utkane było chmurami i popołudniowym słońcem a daleko, daleko aż po horyzont ciągnęło się miasto. Bloki budowane w szergacg wydawaly się urwiskami nad przepasciami ulic. Potem samolot doknął ziemi… (ja przepraszam ale pisanie z polskimi znakami oraz przecinakmi na klawiaturze ekranowej przekracza granice mej cierpliwosci)

…dotknal ziemi i wrazenie zniklo. Tlum ludzie jazgot ogloszen warkot tysiaca aut…Zanalezlismy naszego busa, przy czym Szwed z uporem godnym maniaka namawial mnie by sie o busa spyatac w informacji.Ja – z doświadczenia wiedzac ze obsluga lotnika nie ma zielonego pojecia o busach przed lotniskiema zwlaszcza o busach linii prywatynych. Przytanki autobusowe byly oznakowane wolami ale ten uparcie nie chcial isc sprawdzic czy ten bus tam jest tylko ciagnal do informacji. Gdyby to byl moj chlop poslalabym go do diabla czyli do owej informacji a sama bym poszla za owymi znakami.No ale do busa dotarlismy w koncu i juz po 1.5 godziny mknelismy w kierunku Poznania.

Berlin z ziemi przypomina Warszawe. Stare i nowe sporo zieleni ruch jak niewiadomo co. Dotarlismy do Pznania bez przygod .( Naprawde? Ta watla rzeczulka o wielkosci Lyny to nasza rzeka graniczna?! Jestem rozczarowana.)

Mieszkanie w keminicy przypominajacej neapolitanska: klatka schodowa na zewnatrz. Podworze w ksztalcie studni sznur aut na ulicy pkd domem. Pokoj….No mogloby byc lepiej.Czystosc taka sobie. Brudne drzwi wejsciowe brzydki poczernialy silikon w kabinie sprana posciel okna z ktorego wialo w nocy tak ze ubieralam sie w skarpety. No ewidentnie lokum dla osob bardzo malo wymagajacych a wcale nie taki tani choc moze znaczenie ma okolica.

Po pierwszym dnniu targow jestem zaskoczona jak duzo sie nauczylam w ciagu minionych trzech lat! Patrze na ustrojstwa rozne i wiem co to jest oraz czy bedzie interesowalo Szweda. Nie, no jasne że nie znam wszystkiego ale wiele urzadzen znam. Znam tez slownictwo! Imo wiele latwiej mi sie tlumaczy.Nawet nie zauwazylam kiedy mi sie tak rozwinal jezyk. Cieszy. spotkalam kilka osob znanych z maili i telefonow.Dziwne tak polaczyc glos i czlowieka.

Padam. Wczoraj pomprzybyciu o 23 Szwedowi zachcialo sie szukac knajpy z jedzeniem. Na prozno tlumaczyalm ze o tej porze to moze dostac ew kanapke z chlodziarki.Wlazl do pobliskiej restauracji i choc piwo sobie kupil. Miałam chec mu owe piwo wylac na glowe. Dzis chyba zaspokoil swoj glod wrazen bo dal sie zamknac w pokoju.Ufff.

Reklamy

118.

Ja to jednak lubię ponarzekać i poprzewidywać na czarno by potem się miło rozczarować.
Zadzwoniłam do tego hostelu i uprzejmy pan zmienił nam rezerwację na pokoje z łazienkami za niewielką dopłatą, którą uiszczę na miejscu. Choć nadal spodziewam się różnych fajnych atrakcji w tym miejscu, bo hostel to jednak hostel…No, ale mając kibelek oraz czajnik i kawę w pokoju mogę się zabarykadować i nie wychodzić póki nie będę musiała, prawda?
A dziś byłam u doktora Amira . Doktorem okazał się młody człowiek z rudą brodą, doskonale mówiący po szwedzku z lekkim tylko obcym akcentem. Doktor Amir jak się okazało jest młodym lekarzem i pracuje pod nadzorem lekarza starszego. Lekarz Starszy ewidentnie z Bliskiego Wschodu, mówił po szwedzku prawie niezrozumiale, zdaje się, że lekko się jąkał i strasznie czerwienił.
Ale ciśnienie mam dobre, wyniki prawidłowe, odruchy neurologiczne prawidłowe. Troszkę się uniosłam jak mi Młody Lekarz zasugerował fizjoterapeutę/rehabilitanta (tutaj jest kult fizjoterapii – jak cię coś boli to pół roku będą cię wysyłać do fizjoterapeuty nim zdecydują się robić badania). Uniosłam się, choć samodzielnie też wpadłam na taki pomysł. Więc Starszy Lekarz zapytał czego oczekuję. Powiedziałam, że chcę by mi zrobili badanie głowy – miałam na myśli jakąś tomografię -i wyleczyli lub/oraz ewentualnie znaleźli leki przeciwbólowe, które pomogą. Na co Młody skwapliwie przytaknął, że tak, tak, tak, CT też, ale jednocześnie bym jednak sjukgymnast odwiedziła. Powiedziałam ok.
Pakować się trzeba, ale… Jak mi się nie chce jechać!!!
Chce mi się siedzieć w domu, nie spotykać ludzi, czytać, oglądać seriale i dziergać lniany sweterek-narzutkę.
YCH!
Nie biorę komputera, tylko tablet bo to odporniejsze na transport i lżejsze. Mniej jednak wygodne, ale powieści pisać nie będę.
Aparat oczywiście biorę, bo jak nie?

Jak moja Tosia przeżyje te 5, w sumie 6 dni????

117.

Napisałam do Szweda: Kupiłam zakwaterowanie w hostelu a nie w hotelu. Wiesz jaka to różnica? Będziemy zmuszeni korzystać z publicznych łazienek i toalet.
Odpisał mi: Nie przejmuj się, najwyżej solidarnie nie będziemy się myć.
Hm…mycie to mały problem. Gorzej z sikaniem w nocy…no ale tego już nie pisałam.

Poza tym całą sobotę i w niedzielę od nowa aktualizował mi się komp. Ten od zabawy. Ja pierdziu…W sobotę po 4 godzinach mielenia miał nadal tylko 5% aktualizacji. Stwierdziłam, że 4 godziny to przesada, odcięłam mu źródło zasilania, przerwałam aktualizację (wiem, jestem ryzykantką) i uruchomiłam ponownie. Mielił chyba ten start ze 30 minut ale zastartował. W niedzielny poranek i Starej Jędzy wyczytałam, że ładowanie wszystkiego na pulpit spowalnia komputer.
Na pulpicie mam porządek. Mam dwa rzędy ikon a pomiędzy ładny obrazek. Większość ikon to skróty, ale jest też ileś tam folderów. A w nich masa innych folderów :D. Np. mam folder zdjęcia – tam są oddzielne foldery na każdy rok, a w roku na każdy dzień. Taki fotograficzny pamiętnik. (Zdjęcia mam jeszcze na dysku zewnętrznym, żeby nie było). Mam też folder prywatne – a w środku różne foldery: pisanie, rachunki, przepisy itp. Albo np. folder rozrywka w środku foldery muzyka (i foldery na płyty, lub grupy), książki, filmy…
A tu się okazuje, że to może sprawiać, że komputer muli. A muli ostatnimi czasy na tyle okropnie, że nawet pisanie bloga bywa kłopotliwe. Z jednej strony to wina wifi – w tym mieszkaniu wifi chodzi kiepsko, a i na kablu internet bywa kapryśny, zwłaszcza po południu jak eM odpali równocześnie i kompa i telewizor, choć mamy najwyższą prędkość.
No więc czego nie bałam się przenosić poprzenosiłam z pulpitu do biblioteki, ale bojąc się, że potem tego nie znajdę na pulpicie utworzyłam skróty. A boję się, że nie znajdę dlatego, że mam wrażenie, że nie mam wpływu na to co robi mój komputer. Bo tak: mam takie coś jak biblioteka. Ale katalogu/folderu biblioteka ni grzyba wyszukać nie mogę. Mogę tylko wyszukiwać pojedyncze folder: muzyka, filmy, dokumenty.
Szczerze mówiąc najchętniej zapłaciłabym jakiemuś dobremu informatykowi by mi przeinstalował kompa. Żeby mi powywalał tysiące aplikacji jakie mam wgrane fabrycznie, a których za grzyba nie potrzebuję. Teraz, po chyba 4 latach aplikacje pozamykały mordy, bo się nauczyły, że mają się nie odzywać nie pytane. Na początku był koszmar. Przez kilka tygodni wiecznie któraś darła japę „kup mnie!!” „weź mnie!” „zaktualizuj mnie” „jestem ci potrzebna, jestem ci niezbędna, dzięki mnie będziesz wiedziała czego chcesz, nawet jeśli nie chcesz niczego to ja ci znajdę”.
Byłam wściekła, bo kupiłam permanentną reklamę, a nie bezwonne, bezgłośne, nieinwazyjne narzędzie, które pracuje dokładnie tak jak JA tego chcę.
Wreszcie spacyfikowałam – przestały mi wyskakiwać tysiące informacji, a niektóre były z dźwiękiem. Ale nadal mendy są …
Tak więc do końca nie ufam temu komputerowi, bo ja sobie mogę wybierać miejsce a on potem powie ” serio, naprawdę chcesz to tutaj położyć? Nie, ja mam lepsze miejsce, przełożę ci to gdzie indziej. Wprawdzie zapytam, ale tak żebyś nie zrozumiała o czym ja mówię, bo jeszcze się uprzesz, a tak powiesz okej, na odczepnego. Hahaha..ale będzie zabawa zanim to znajdziesz…”
W każdym razie coś niecoś poprzekładałam. Oraz usunęłam cookies. Potem komputer mi powiedział, że nie dokończył aktualizacji i czy chcę ją dokończyć teraz, za godzinę czy w innym czasie. Kliknęłam w innym czasie sądząc, że jak telefon – pokaże mi zegar bym wybrała kiedy. Nic takiego! Po prostu uznał, że inny czas to inny czas. Potem pojechałam z psem na spacer, do sklepu, zrobiłam sałatkę. Nie było mnie ze dwie, może trzy godziny. Wróciłam – a tu niebieski ekran i informacja: aktualizacja 5%.
!@#$% !!!!
Dałam mu 2 godziny. Ale ponieważ po tych dwóch godzinach miał już 87% to dałam mu całą noc. Wreszcie skończył około północy.
Rano okazało się, że muszę od nowa wpisywać hasła. Tym sposobem weszłam we wnętrzności bloga i odkryłam, że mam ileś tam nie zatwierdzonych komentarzy sprzed miesiąca czy dwóch. To wreszcie zatwierdziłam.
Więc jakby ktoś kiedyś coś pisał nie z wordpressa i nie widział swego komcia to teraz już jest.

116. Plötsligt händer det

czyli nagle staje się…

Wczoraj rano Szwed zapytał mnie czy mogę z nim pojechać na targi rolnicze do Bednar. Teraz już mamy kupione bilety na samolot do i z Berlina, na autobusy Berlin-Poznań i z powrotem oraz zarezerwowane lokum. To ostatnie przysparza mi zresztą stresu bo nie sprawdziłam dokładnie i kupiłam noclegi w hostelu. Mamy oczywiście każdy swój pokój, ale łazienkę pewnie będziemy dzielić z innymi. Szfak!!!
Ale targi zaczynają się we czwartek i ceny hoteli gdzie były jeszcze wolne miejsce poleciały w kosmos.
Inna rzecz, że te durnowate wyszukiwarki typu booking uparcie ignorowały moje opcje wyszukiwania hoteli z uporem maniaka proponując mi apartamenty z małżeńskimi łożami choć na wstępie zaznaczyłam: dwa pokoje! Nie mówiąc o opcji „podróż służbowa”.
Jakoś przeżyję.
Będę w Pl od czwartku 19 września do poniedziałku 23 września. Ale na życie czasu to raczej mieć nie będę, no chyba, że wieczorem.

115. Whoop de doo

Odpowiedziałam. Grzecznie i w zachęcającym tonie zaproponowałam nowy początek. Wprawdzie nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, ale…może to już inna woda. Minęło lat tak wiele.
Zatem poznajemy się od nowa, na razie pisemnie.

Whoop de doo

Byłam na badaniach tydzień temu, dziś miałam wizytę u pielęgniarki.
Wesoło…
– Porozmawiamy o twoim wysokim ciśnieniu – zaczęła.
Wytrzeszczyłam oczy.
– Ale przecież nie mam wysokiego.
– No tak, bo bierzesz tabletki.
– Nie biorę! Nie potrzebuję ich.
– Ale jak masz wysokie ciśnienie…
– Ale ja mam prawidłowe. Twój kolega tydzień temu mi mierzył i mówi, ze jest w porządku. Sama w domu czasem mierzę jak bardzo mnie boli głowa i zawsze mam w normie. Sama sprawdź zresztą
Popatrzyła na mnie. Wreszcie w mój dziennik. Złapała mnie za rękę.
– To sprawdzę puls…
– Proszę. Ale wiesz – jechałam tu na rowerze a potem się stresowałam w recepcji bo kolejka…
– A nie masz problemu z oddychaniem? A w piersiach cię nie boli? A jak trenujesz? Nie trenujesz… A, z psem co dzień co najmniej pół godziny, no bardzo dobrze. To nie wiem po cię tu przysłali, bo wszystkie wyniki masz dobre.
– O! Nawet CRP? Żadnej infekcji? Jestem zdrowa i nie mam raka? – ucieszyłam się.
– No, tego to nie mogę zagwarantować, ale wyniki masz dobre.
No fajnie. Tylko czemu ta głowa boli każdej nocy? I już tabletki nie pomagają. Za tydzień spotkanie z doktorem. Niestety doktor Ameer co znaczy, że z Bliskiego Wschodu. On będzie kiwał głową i powtarzał jak katarynka, że nic mi nie jest, a na ból zaproponuje mi znowu super ekstra mocny lek: PARACETAMOL 1000mg czyli to samo co dwie tabletki apapu. To jest bardzo poważny lek, ajajaj! Gdyby nie szkodził na wątrobę mogłabym go łykać jak cukierki z takim samym efektem dla głowy.
ych…
Whoop de doo
Klienci się postarali i wszystkie dokumenty dostaję w tym tygodniu. A we czwartek jest termin. Brawo. Każdemu doliczam ekstra czas. Za ekspres i stres należy mi się.
Nowi klienci, jak się okazuje podwójni sąsiedzi – bo tu mieszkają w sąsiednim miasteczku, a w Polsce też na Warmii – wprawili mnie w osłupienie opowiadając jak pracowała ich poprzednia księgowa.
Ot…odlicza to, czego nie powinna, nie zwraca uwagi, że na fakturach sprzedaży ulga budowlana jest bezprawnie. Na litość boską..! I była droższa niż ja!
Nie wiem jak tym ludziom nie wstyd brać grube pieniądze za podliczenie słupków. Przecież tyle każdy potrafi sam zrobić.
Whoop de doo
Bo tak mi gra dziś w głowie. Whoop de doo
https://www.youtube.com/watch?v=D-ZQ5nuw-6Y

On tu śpiewa, że nie już nie czeka, już poszedł dalej, po powrocie do domu nie leci do automatycznej sekretarki, że wszystko jest lepsze, a on już nie płacze i dodaje na koniec Whoop de doo czyli takie „No i co z tego wielka mi rzecz”.
Można myśleć, że śpiewa dla utraconej kobiety…
Może tak, to pewnie wie tylko Mark. Ale ja często mam wrażenie, że wiele jego tekstów jest adresowanych do jego brata Davida. Ale to może tylko moja interpretacja podyktowana osobistym doświadczeniem.

O, a w niedzielę zrobiłam takie zdjęcie i strasznie mi się ono podoba:

I jeszcze to:

Umarła lawenda: jesień, nie ma na to rady.

Whoop de doo, whoop de doo

114

List z przeszłości przyszedł do mnie wczoraj.
Ktoś, z kim dawno temu spędzałam dużo czasu, napisał w nim, że było to ważne i przeprasza mnie.
To dziwne… Zrobiło mi się miło, ale nie odczułam żadnych głębszych emocji. Może jeszcze odrobinę ciekawości „co z niej wyrosło”.
To dziwne… trochę jak z książką czytaną dla zabicia nudy na wakacjach. Wakacje się skończyły, trzeba było wracać do domu, książka została. Nie pamięta się ani tytułu ani autora bo nie była to jakaś szczególnie zajmująca lektura, ale człowiek by chciał wiedzieć jak się to skończyło.
To dziwne… dowiedzieć się, że się było kimś ważnym dla kogoś.
To dziwne… że ja mogłam dla kogoś być na tyle ważna, że po wielu latach wychodzi ze swej strefy komfortu by mnie za coś przeprosić.
To dziwne… pamiętam detale tego co nas poróżniło, ale dziś wzruszam tylko ramionami, że to głupota kłócić się o takie pierdoły.
To dziwne…bo mam ochotę otworzyć szeroko drzwi, ale całą sobą zasłonić wejście.
Wszystkie ognie wypalają się z wolna – taki cytat mam w głowie.

W obliczu koszmarnego weekendu (migrena, koszmarny ból pleców, dół jak do antypodów i dojmujące poczucie samotności) ten list zza światów był jak koło ratunkowe.
Taki kawałek złotej nitki…

113. W snach

Nie wiem dlaczego przychodzi. Ale przychodzi dość często. Zwykle jest tylko fantomem, czymś o czym wiem, że istnieje ale nie mogę go spotkać. Męczę się wtedy i szukam, uporczywie i bez skutku.
Budzę się poirytowana i zżymam się na własny mózg, że mi takie jazdy funduje.
Czasem jest bardziej namacalny. Jest, ale odwraca ode mnie twarz, chowa oczy, wytropiony – zamyka się przede mną, odgradza innymi ludźmi i zdarzeniami.
Budzę się wtedy z przeraźliwym smutkiem, ogromnym rozczarowaniem i szarpiącą tęsknotą.
A czasem…bardzo rzadko. Jest tak jak dzisiaj. Obejmuje mnie wzrokiem, a w spojrzeniu ma uśmiech i ciepło. Dotyka mojej dłoni, jak zawsze, takim lekkim jak dotyk motyla gestem. I czuję jak coś się we mnie rozlewa i koi, jakby mi ktoś położył ciepłą dłoń wprost na sercu.
Budzę się i coś w duszy mi mówi „wszystko będzie dobrze”. Ale oczy mi wilgotnieją.

Zdarzyło się nie pierwszy raz,
Że wrócił gdzieś o wschodzie
Jak z morskiej piany biały ptak
Mój Anioł Stróż, dobrodziej…

112

Są takie dni w tygodniu,
gdy nic mi się nie układa
i jak na złość wypada wszystko z rąk.
Zasłaniam wtedy okna,
w najdalszym kącie siadam
i sama z sobą chcę do ładu dojść…

Zapowiadało się dobrze.
Wstałam jak trzeba, choć spało mi się kiepsko i wciąż coś się dziwnego śniło. No ale wstałam, porobiłam to, co zawsze rankiem czyli kawa, blogi, ablucje, pies. Potem zasiadłam do pracy i szło mi tak dobrze…tak dobrze. Aż o 10:30 zadzwonił telefon. Najstarsza moja klientka miała problem. I czy ja bym mogła zadzwonić, bo ona nie rozumie, bo ktoś mówi tak dziwnie, że nie łapie ani słowa…
Strasznie nie lubię takich spraw. Nie jestem dobra sytuacjach konfliktowych jako rozjemca. Tracę cierpliwość, zaczynam mówić podniesionym głosem, bardzo nieprzyjemnym tonem, nie daję rozmówcy dojść do słowa, zakrzykuję go. A potem mam kaca bo wiem, że zamiast załagodzić zaostrzyłam sytuacje. Pół biedy jesli to moja prywatna sprawa, gorzej jak klienta.
Ale NajstarszaKlientka była zdenerwowana i rozdygotana…To tak naprawdę młoda dziewczyna, ale jest ze mną od niemal samego początku. Ostatnio miała kilka nieprzyjemnych spraw: pracownica, której się kończyła umowa, ostatniego dnia powiedziała, że ona od jutra nie przychodzi. Rzecz w tym, że wiedziała, że NK chce jej tę umowę przedłużyć, ale się do ostatniego dnia nie zająknęła o tym, że odchodzi. Zemściła się…za co? Czort wie. NK twierdzi, że pracownica ciągle miała coś, ciągle jej się coś nie podobało, ale gdy klient się poskarżył na źle wykonaną przez nią usługę to się oburzyła.
Nie byłam tam, nie znam żadnej tak naprawdę, z NK pracuję od kilku lat, wiem, że jest pracowita, skrupulatna i nie dąży do konfliktu. Pracownicy nie znam.
Tymczasem dziś NK odebrała wyżej omawiany telefon. Zadzwonił jakiś mężczyzna, nie przedstawił się, nie podał skąd dzwoni za to zaczął coś mówić o prawach pracownika, o adwokacie , padło nazwisko męża pracownicy…No i czy ja bym mogła zadzwonić i dopytać.
Myślałam, że to jakiś …nie wiem…coach z biura pracy albo ktoś taki, bo NK odmówiła byłej pracownicy referencji. A tu się okazało, że to jakiś anonimowy pan nasłany przez męża byłej pracownicy postanowił NK złajać za atmosferę w pracy.
No i poszło jak poszło. On swoje -ja swoje. Trzasnął wreszcie słuchawką.
Oddzwoniłam do NK. Powiedziałam o przebiegu rozmowy, powiedziałam, żeby się nie przejmowała i żeby zgłosiła na policję nękanie. NK się ogarnęła, chwilę potem zadzwoniła raz jeszcze, już normalnym głosem, że facet jej teraz smsy śle. Powiedziałam, żeby zablokowała, a jak będą ją nękać niech idzie na policję.
Ale zdenerwowałam się i już.
Zdenerwowałam jakby dwutorowo. Raz, że zamiast załagodzić – chyba zaogniłam czyli NAWALIŁAM. Dwa, że prawdą okazuje się twierdzenie, że człowiek może wyjechać z Polski ale Polska z człowieka nie wyjedzie, bo to jest taki typowo polonijny klimat. To jest po prostu…Dzieci w piaskownicy. Najpierw pani się obrazi, że klient śmiał się poskarżyć a szefowa zwróciła uwagę. Potem pani poskarży się mężowi. Potem mąż się postanawia odegrać w tym celu prosząc swego znajomego by napsuł krwi byłej szefowej jego żony.
Kilkanaście kilometrów od mojego miasta jest fabryka mrożonek gdzie tylko właściciel jest szwedzki. Cała reszta to Polacy. Cuda się tam podobno dzieją, bo dodatkowo wszyscy ci ludzie mieszkają w jednej miejscowości lub w sąsiednich wioskach. Podobno bywa, że połowa ludzi nie gada z drugą połową bo biorą stronę w konflikcie miedzy byłymi przyjaciółkami które sobie poodbijały mężów.
Dobrą pracę dziabli wzięli, wbijałam każdy dokument po kilka razy, cofałam się, sprawdzałam, myliłam…
Dodatkowo od kilku dni dobijam się do różnych biur rachunkowych by znaleźć dla klientki biegłego i nikt mi na maila nie odpisuje.
A potem jeszcze przyszło pismo od ubezpieczyciela, że ponieważ nie zgłosiłam szkody to grożą mi takie i siakie konsekwencje….
Jak nie zgłosiłam, jak zgłosiłam? Napisałam maila z pytaniem o co chodzi, ale znowu wysadza mnie w powietrze.
Głowa boli mimo dwóch dużych paracetamoli.
Nalałam sobie brandy z colą i lodem. Z jakiegoś powodu ci Amerykanie są zawsze tacy „keep smiling” i wyluzowani. Może jak ja bym chodziła ciągle lekko nawalona to też bym się nie stresowała życiem.
Idę po dolewkę.
Zresztą…pogoda taka, że nic tylko się upić. Jesień i to na z gatunku parszywych: zimno i wieje. Żeby choć spokojny deszcz padał, to nie.

111. Zaspałam

Spałam do ósmej! Do ósmej! O tej porze to ja powinnam już być na spacerze z Tosią, po wypitej kawie, po obleceniu blogów i fejsa…
No ale zaspałam. Przez Tośkę.
Bo ona też zaspała. Normalnie jak o siódmej rano nie podnoszę głowy to pies przychodzi i pufa mi w nos. No, ale tym razem nie przyszła. Też spała jak zabita i jak wyszłam z łazienki to miała strasznie głupią minę, bo nie zauważyła, kiedy ja do tej łazienki poszłam.
No ale jak nie zaspać?
Przyszedł do nas Dorian. Albo jakiś inny. Wiało i lało.

Czytałam sobie spokojnie w łóżku, światło zapalone, godzina 22. Kilkanaście minut później skończyłam książkę (Moja ostatnia księżna – nie polecam, ale dokończyłam, bo obiecywali jakąś niespodziankę na koniec, niespodzianki nie było, a naprawdę miałam nadzieję, że ten książę zleci w końcu ze skały czy cóś). Zgasiłam światło ułożyłam się wygodnie, starając się myśleć o czymś innym niż o tym o czym myślę.
Sapanie.

Jak tu ciemno!
Jak tu ciemno!
Mama, mama
Posiedź ze mną!

Tam za oknem wiatr się gniewa,
krzyczy, gwiżdże, szarpie drzewa.
A jak ścicha, zaraz słychać,
jak coś w rurze głośno wzdycha.
Czy to coś, co mieszka w rurze,
to jest małe? Albo duże?
Mama może to jest mysz?
Mama, śpisz?

Otwieram oczy: pies stoi przy łóżku. Podsunęłam nogi, kołdrę, poklepałam zachęcająco. Wlazła. Usiadła, dyszy. Pogłaskałam. Poczochrałam za uchem i za drugim.
Dyszy. Usiadłam, głaszczę, przytulam. Kładę się. Podpełza do mnie, łbem podrzuca mi rękę „głaskaj”. Głaszczę, ale ile można. Trzymam za łapę, zamykam oczy.
Dyszy. Otwieram oczy. Siedzi nade mną, dyszy, wzrok wbity w przestrzeń. Słyszę jak wiatr huczy. Acha…boi się wiatru, pewnie gdzieś świszcze, ja nie słyszę, ale to nic nie znaczy. Wstaję, idę kuchni, zamykam uchylone okno. Wracam do łóżka. Pies oczywiście cały czas za mną. Zamykam oczy, przysypiam…
Drrep, drep, drep…Idzie. Wstaję, sprawdzam, gdzie poszła. Znajduję ją pod biurkiem. Dyszy i wbija wzrok w przestrzeń. Głaszczę, wołam ze sobą na łóżko. Układa się, ja też. Przysypiam.
Dyszy, zeskakuje z łóżka stoi w progu i dyszy.
– Co jest- pytam – Czego się boisz? Wiatru? Pokaż mi gdzie te potwory?
Ruszam, pies koło mnie, niespokojny, ogląda się na mnie czy na pewno idę. Prowadzi mnie do kuchni.
Ki czort? Okno przecież zamykałam..? Ale jest zimno…Balkon otwarty?
Zamykam balkon, wracam do łóżka, pies ze mną. Patrzę na zegar: 00:30.
No pięknie. Pies leży w rogu łóżka, pozamykane okna sprawiają, że robi mi się duszno i gorąco, z powodu psa nie mogę się ułożyć tak, jak lubię, ale przecież nie zgonię. Myśli wirują, serce trzepocze…No to po spaniu.
Zapalam lampkę, łykam dwie ostatnie tabletki waleriany (KUPIĆ!!), biorę kindla. Kilkanaście minut później nie rozumiem co czytam, odkładam książkę, gaszę światło, odrzucam kołdrę…zasypiam.

A teraz mamy wczesne przedpołudnie, za oknem słońce, niebo jednolicie niebieskie, świat jak świeżo wypolerowany kryształ. Tosia śpi pod biurkiem.

Cugowski śpiewa „późno, późno, późno…”
Dzień dobry.
A co u was?

110.

Wieczór i ranek upłynął nam (Zozo i mnie) fotograficznie. I nie przestraszył nas ani niezwykły jak na tę porę dnia i roku upał który panował w sobotę o zmierzchu, ani deszcz który lał dziś od rana z małą przerwą, którą właśnie wykorzystałyśmy.
Zdjęć, z dwóch godzin w sumie, mamy ze 300. Tak mało bo mam za małą kartę pamięci.
A tu kilka z tych najbardziej nam się podobających.
Wybrałam tylko takie, które nie pokazują za bardzo buzi Zozo.
Na zdjęciach z białą spódnicą (w tej roli debiutuje tiulowa firanka pochodząca z Ikea) Zozo ma na sobie strój sportowy/strój kapięlowy. Żeby nie było, że jest goła 😀
Zdjęcia robione przy opuszczonej fabryce porcelany, zdobnej w samowolne graffiti lub zamówione przez miasto murale, oszpecone przez chuliganów.
Patrzajcie i podziwiajcie – oczywiście KLIKAMY w zdjęcia, wtedy zdjęcie pokaże się całe.
Sobota:

Niedziela