Bezrocze

taki czas mamy.<br …

taki czas mamy.
Stary sobie poszedł. Nowy jakoś nie może się zacząć. Czas zatrzymał się gdzieś między nocą a dniem, o szarej godzinie. Szyby zlane deszczem, obudziło mnie bębnienie w parapet. Jarzębina za oknem roni łzy jak grochy.
Śniła mi się czysta, przejrzysta jak kryształ, ciepła woda, z miękkim piachem na dnie i strachem na wróble na brzegu. Zanurzyłam się w tej wodzie cała. Było cicho, bezpiecznie, kojąco. Kłopoty z wyjściem nie były straszne, raczej zabawne.
Oby to była wróżba na nadchodzący rok.

Fajerwerki na rynku o północy, pierwszy raz oglądane gołym okiem a nie przez obiektyw aparatu nie zrobiły szczególnego wrażenia. Może muzyka była nie taka ? (była nie taka) Myśl o przerażonych ptakach może przeszkadzała? (przeszkadzała) Refleksja o tym, że my też jak te iskry na niebie, może niepotrzebna? (potrzebna)

Miasto śpi po nocnym szaleństwie.
PanMarek Trójkowy w słuchawkach.
Jak to dobrze, że jutro już normalnie.

Do spotkania z Zozolem 14 dni.

Hę ?

Ktoś jeszcze prócz mnie …

Ktoś jeszcze prócz mnie dostał powiadomienie od bloxa o nowym wyglądzie, z linkiem który odsyła do… poprzedniego wyglądu ? Oraz z linkiem do forum z wpisami z…2009 roku ?
To żart ?
Pomyłka ?
Atak wirusa lub hakera ?

Ostatni dzień roku najgorszego

Sylwestra zaczynam bólem…

Sylwestra zaczynam bólem głowy i ogólnym „nie do życia”. Całkiem trafne podsumowanie roku. W głowie mi tli myśl by zadzwonić do siostry, ale bezradność mnie powstrzymuje. Brak słów, nieumiejętność pocieszenia czy dodania otuchy. Gdybym była na miejscu mogłabym się wesprzeć gestem.
…jeszcze 10 dni do wyjazdu. I już tylko. Czy to egoizm, że tak naprawdę marzę o ucieczce ?
Mam wrażenie, że rok, który odchodzi był najgorszym rokiem mego życia. To rok strat i innych nieszczęść. Tym, co się wydarzyło tylko w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy mogłabym z powodzeniem obdzielić kilkoro wrogów (mam tylko dwóch) a na pewno spokojnie mogłabym to rozłożyć na lat kilka.
W dodatku mam takie dziwne uczucie, że u innych też jakoś kiepsko się wiedzie, też ich nawiedzają nieszczęścia częściej niż przeciętnie. A świat co rusz wstrząsają nowe kataklizmy. Kraje arabskie przerabiają swoją wersję Wiosny Ludów. Azja, po kolejnych wstrząsach i tsunami, teraz drży przed wstrząsami politycznymi w Korei (nigdy nie  pamiętam  :ta „zła” to Północna ?). W Ameryce albo susza albo tornada. Euro się chwieje, kryzys stał się stanem codziennym. A arktyczne góry lodowe topnieją coraz szybciej.
Czy tylko mnie nawiedzają końco-światowe myśli ? Jakby nasz świat nabrał przyspieszenia do samozagłady.
Takie myśli mi się snują od jakiegoś czasu po głowie.
 
Tymczasem ranek jasny od słońca i mrozu. – 3 stopnie. Niebieskie niebo i zero wiatru.
Trójkowy Marek gra tanecznie. Kocio leży na moim ramieniu i oburzony pomiaukuje, bo się ruszam.
Mąż chrapie donośnie, jak zawsze.
Sobie życzę żeby następny rok był jednak choć trochę lepszy. Niech mi się wreszcie uda znaleźć pracę. I żeby siostra nie odchodziła tak szybko. I Zuzia niech nie choruje i niech się nadal tak ładnie rozwija.
Wam życzę samego dobrego, jak zawsze.
 

I love you, Ivar

W listopadzie, tuż po …

W listopadzie, tuż po pożarze chyba mąż przyszedł z pracy z hiobową wieścią : będą zwalniać. Ja się trzęsłam, on się śmiał, twierdził, że jego nie zwolnią, ale jakby nawet to mu tylko na zdrowie wyjdzie, inną robotę znajdzie raz dwa.
Nie zwolnili. Zwolnili wielu innych, stopniowo, na raty, stan załogi zmalał o połowę. Załoga szeptała, kręciła głowami, ale specjalnej paniki nie było. Panika powstała w grudniu, gdy okazało się, że…NIE BĘDZIE JULBORD! Nie będzie Julbord??? Jak to – nie będzie?
Pamiętacie film "Czy leci z nami pilot?"? Pamiętacie te scenę jak stewardessa mówi, że mają kłopoty, bo coś tam, coś tam…a pasażerowie zachowują nawet nie tyle spokój co wręcz obojętność ? I na koniec padają słowa "A po za tym zabrakło nam kawy" – i wtedy wybucha panika.
No to mniej więcej tak wyglądało z tymi zwolnieniami i Julbord. Na fali paniki czy obrazy zwolniło się jeszcze kilka osób. W ten sposób w listopadzie i grudniu w pracy u męża hala świeciła pustkami a tu terminy! No w ten sposób praca nadgodzinowa stała się nie przywilejem a koniecznością. (Przywilejem, bo dużo lepiej płatne i okazja do większego zarobku). I tak dwa ostatnie miesiące mąż w domu prawie nie mieszkał, a jak mieszkał to remontował.
I w ten sposób otrzymaliśmy ponad normatywne środki płatnicze, które na fali powszechnej w Szwecji Annan Dags Rea (wyprzedaż drugiego dnia świąt) zamieniliśmy na przedmioty konsumpcyjne.
Trochę roztrwoniliśmy w naszym mieście, resztę zostawiliśmy w Imperium Ivara Kamprada.
I z czystym sumieniem mogę się przyznać, że jak wszelkiej maści marki wiszą mi i powiewają, jak nie ruszają mnie sklepy pełne dóbr wszelakich tak niestety w tym jednym, jedynym tracę zdrowy rozsądek, dostaję obłędu i staję się rozpustną zakupoholiczką.
Mikołaj dostał od nas w tym roku wolne, postanowiliśmy, że w ramach prezentu sprawimy sobie stolik pod telewizor. I tak uczyniliśmy.
Prócz tego bogatsza jestem o dwie lampki -stołową i podłogową, patelnię, durszlak, krótki reling z haczykami, koc, dwie poduszki (dla męża)…i nie wiem co jeszcze. Znaczy szwedzkiej tradycji stało się także zadość.
A teraz w portfelu pustki. I do następnej orgii cały miesiąc.

Zarzekała się żaba błota…

W kwietniu odeszła …

W kwietniu odeszła P_Sunia. Zarzekałam się wtedy "nigdy więcej, nigdy, przenigdy" …

W długie, ciemne poranki wzdycham z ulgą, że nie muszę się zrywać i pędzić na dwór.
W mroźnie niedzielne popołudnia nie muszę odkładać tego co robię, przerywać leniwej drzemki by choć raz w tygodniu wyjechać tam, gdzie pies może wyhasać się bez smyczy.

Nie muszę zbierać kup, walczyć z podwójną ilością sierści w domu, pamiętać o wodzie w misce, o kupnie karmy, szczepieniach i innych takich. Nie mam takich obowiązków, bo kot jak wiadomo mniej kłopotliwy jest. Nie mam  więc obowiązków. Nie mam także chrobotu pazurów, zapachu mokrej sierści i lizania po twarzy i rękach. Nie mam machania ogonem i poszczekiwania.

I coraz częściej potykam się w domu o boleśnie pustą smycz i puste miski. I coraz częściej patrzę w oczy mijanym na ulicy psom. A gdy Ela na facebooku umieszcza linki do kolejnych psich nieszczęść, coraz częściej myślę, że to egoizm tak trwać w wygodzie i ciepełku, podczas gdy tyle nieszczęścia gdzieś tam czeka.
Marzyłam kiedyś o labradorze  albo goldenie, bo piękne są i fajne do dzieci. Łagodne. Ale żaden, najbardziej rodowodowy pies nie będzie kochał tak, jak pies- przybłęda, pies, który zaznał niedoli.
Nie musi być piękny, ani specjalnie mądry. Pies ma mieć cztery łapy do biegania, pysk, żeby mówić "hau" i ogon do merdania.
Dojrzałam.
Tylko jak przekonać męża ?

Tradycji stało się zadość

U mnie na święta nie ma …

U mnie na święta nie ma uszek, grzybowej i kutii. Są pierogi z grzybami i kapustą i barszcz czerwony do popicia. W Polsce robiłam jeszcze mak z kluskami na słodko.Nikt go nie jadał poza mną, ale robiłam bo mak na wigilijnym stole to gwarancja pieniędzy w nadchodzącym roku. Była ryba "po grecku" i ryba smażona. W zamierzchłych czasach bywał nawet karp.
Teraz, wraz z wiekiem oraz zmianą  kraju zamieszkania potrawy na Wigilijnym stole przechodzą ewolucje. Nie ma maku. Mak w Szwecji jest, jak przyprawa, sprzedawany w torebeczkach po kilka -kilkanaście gramów. Nie będę się zabijała o mak, nie będę wozić z Polski, nie będę prosić znajomych, którzy sobie potrafią nawieźć tonę chleba i tonę mąki, co wg mnie głupotą jest. Nie zabiegam o ten mak skoro i tak nikt za nim nie tęskni.
Karpiową tradycję dzięki Bogu (oraz mojej mamie) mamy z głowy.
W tym roku na stole nie było dwunastu potraw. Pierogi, barszcz, tradycyjna sałatka…i już. A nie – mąż kupił śledzie w słoikach i zrobił rybę "po grecku" czego naturalnie nikt poza nim nie tknął.

Magia się nie spełniła. Nie zrobiło się radośniej. Nie spadło napięcie, nie odeszły obawa z żalem a puste miejsce przy stole tym razem nie przywodziło na myśl zbłąkanego tylko tych co nieobecni. Wigilia sprowadziła się do czystej konsumpcji. Tylko choinka była jak trzeba. Żywa, pachnąca, lśniąca.
Poganiałam noc w nocy. No, idź już sobie, idźże szybciej!

Dzień zrobił się jasny. Ale chyba i wietrzny. Ale może jednak spacer by nie zaszkodził.

jak przed wiekiem, jak przed rokiem, idą święta

Przyjaciółka mnie …

Przyjaciółka mnie wczoraj zapytała:
– A jakbyś miała wybrać między Niedźwiedzkim a Andrusem z Czubaszek …?
No co za pytanie…To jakby mnie pytać czy chcę być ładna czy mądra.
– Chcę obie – wrodzona chciwość zwyciężyła nad przyzwoitością.

Przyjaciółka zgodziła się, że to najlepszy wybór. Jestem żywym przykładem na to, że można kochać wielokrotnie i jednocześnie. Kocham i Marka i Artura, a każdego za co innego i każdego za to samo. No i teraz to się mogę przyznać, że Piotra też kocham, teraz kiedy Marek wrócił to nie zdrada.
Tak, tak. Bigos stygnie. Farsz na pierogi stygnie- zaraz będę lepić. A zasłonka na drugie okno czeka na podszycie i zawieszenie.  Idą święta i będę się nimi cieszyć bez względu na wszystko. Zozol u drugiej babci ma się dobrze. A siostra jakoś lepiej, ma więcej siły i nawet dywan uprała. Czy to nie wspaniały prezent na święta ?
Wciąż dostaję prezenty – pamięć i myśli ludzi oddalonych kilometrami ubrane w postać książek i kartek. Będzie pięknie i tym razem spełni się magia świąt.
Czego i Wam życzę, kochani

Krok za krokiem…

Mam szafki. I nowe …

Mam szafki. I nowe drzwiczki. Piękne są.
A dziś rano przyszedł elektryk i popsuł cały efekt – zamontował mi na suficie dwie lampy jarzeniowe. Brrrr. Nie cierpię jarzeniówek. Tak wiem – są energooszczędne. Ale wszystko w ich świetle wygląda potwornie. Jedzenie też.
Postawię sobie lampkę na oknie, mam światła w wentylatorze i pod szafkami – też jarzeniowe, ale jakoś inny efekt dają.

Kuchnia czeka na ostatnie skrawki tapet. Zasłonki świąteczne już wiszą.
Idą święta. Idą coraz szybciej.
W piątek jedziemy po choinkę – niedaleko, koło nas jest Polak, który ma plantację. Zadzwoniłam, już nie wycina, ale proszę bardzo – możemy sobie wybrać "na polu" i on wytnie. No bo Szwecja, Szwecją, kryzys kryzysem, ekologia ekologią, ale drzewko bożonarodzeniowe musi być świeże.

I tylko smutno, i strasznie pusto, bo Zozol z tatą w Polsce u drugiej babci.

I wiele niepokoju. Ale z siostrą lepiej. 

Kochany Pamiętniczku

O godzinie siódmej rano,…

O godzinie siódmej rano, kilka dni temu spotykałam w "rowerowni" znanego mi z widzenia sąsiada w średnim wieku, który wyglądem przypomina początkującego bezdomnego i  pomyślało mi się samo, że jakby mnie tak zaciukał i zamknął w pralni to ciekawe po jakim czasie by mnie ktoś znalazł.

Innego dnia, wychodziwszy z pralni, wyszłam wprost na otwartą na przeciw piwnicę, a zobaczywszy w niej starszego pana pomyślało mi się jak wyżej.

Dzisiaj, wracając z przedszkola z Zozolem, przy drzwiach wejściowych do bloku spotkałam kolegę syna, niejakiego Sebastiana, który tenże blok właśnie opuszczał. Nadmienić należy tutaj, że rzeczony S. jest sympatycznym młodym człowiekiem. Nie pijącym, nie ćpającym, nawet nie palącym, za to sobotnie wieczory spędzającym w przykościelnej kafejce. Normalna rzecz, chłopaki razem wychodzili i widać wrócili już ze wspólnego robienia filmu na potrzeby szkolne i kolega się u syna przechował. Jednakże, syna w domu nie stwierdziłam. Po namyśle sprawdziłam czy jest syna aparat fotograficzny oraz szkolny komputer oraz mój komputer. Były. Na klawiaturze syna znalazłam podejrzaną kartkę o treści w języku angielskim, która zaczynała się od słów "Sorry, Bro…". Po dłuższym namyśle stwierdziłam, że kontaktu z synem nie posiadam bo dziecię nie ma komórki zatem nie pozostaje mi nic innego jak czekać, aż wróci…o ile wróci a jak nie wróci to kiedy mam wołać policję i czy 18 miesięczne dziecko może być świadkiem, że widziałam kolegę syna…

Kochany Pamiętniczku.
Mam paranoję czy tylko przedawkowałam serial o policji kryminalnej z Warszawy ?
A co jeśli do tego mam wszystkie te same choroby na które cierpią pacjenci ostrego dyżuru w pewnym szpitalu w Chicago?

Powoli, ale sytematycznie

zmierzamy do końca …

zmierzamy do końca remontu.

Hurra! Mam już nowe tapety i w kuchni i w przedpokoju.
Kuchnia oczywiście nie cała, bo czekamy na szafki, które odgradzają kuchnię od jadalni. Ich "plecy" też muszą być pokryte tapetą.
W sobotę robiliśmy kuchnię, ale ponieważ mąż pracował, to zaczęliśmy późno i dość późno skończyliśmy. Wczoraj przedpokój. Też nie od samego rana, bo nim wstaliśmy to była 10. A to jeszcze na wysypisko ze śmieciami z balkonu na którym dotąd było składowisko pustych wiaderek po farbach, nadpalonych drzwiczek i stłuczonej szyby. Wczoraj nareszcie pozbyliśmy się tego.
Tapetować zaczęliśmy mniej więcej w południe.
Mój mąż mógłby spokojnie pracować jako poganiacz niewolników. Pracowaliśmy bez przerwy do 21. Nie dał mi zjeść obiadu, (zupka ugotowana w międzyczasie) sam też nie zjadł.
Gdy kończyliśmy, byłam tak zmęczona, że nie kojarzyłam i nie przyswajałam sobie nawet kilkakrotnie powtarzanych informacji.
Machnęłam ręką na sprzątanie, zebrałam tylko najgrubsze śmieci i poszłam spać. Nawet nie ciesząc się nowym wyglądem.

Zaraz się zbieram, ogarniam i idę podziwiać.
Tylko, że za oknem wciąż zmierzch. Chyba już dziś tak zostanie, znów pewni chmury.
Kończę malować szafki. Mąż kaloryfery. Dołożenie kilku kafelków. Docinanie, skrobanie, wieszanie, montowanie…I będzie koniec.
Potem już nie nasza robota tylko stolarza i speca od podłogi, który jeszcze terminu nie wyznaczył. A mógłby.