Jak z dziecięcej czytanki

Pamiętam taki dialog …

Pamiętam taki dialog z dziecięcej czytanki.
-Trzeba to przybić – mówi tata.
-Nie można tego przybić, trzeba to przyszyć – mówi mama.
-Przyszyć?! Tego nie można przyszyć ale można to przykleić – mówi tata.
Czy mama i tata mówią o tym samym?

– A wiesz, jak szedłem do księgarni to postawiłem samochód tam, gdzie wtedy, pamiętasz, jak odbieraliśmy dokumenty…No, tam z tyłu za urzędem, tam zawsze są miejsca i wszędzie blisko
– A, tam, prawda, pamiętam. O kurcze, właśnie…Tam jest sklep plastyczno-papierniczy. Nawet myślałam, żeby cię poprosić żebyś tam zaszedł bo mi potrzebne passe partout takie duże, wiesz. Będę miała wystawę! Będę wieszała pięć moich prac na wystawie!
– No mogłem zajść… A wiesz, tej książki co chciałem to nie było ani w tej taniej księgarni, ani w tej dużej, piętrowej. To poszedłem do centrum handlowego, do empiku i tam też nie mieli, powiedzieli że mają  w drugim punkcie, to pojechałem i mieli. Ogórek ze mną był, ale się wyczekaliśmy pod szpitalem, wiesz? Cały dzień nam zeszło. A jak jedną babę opierdzieliłem! Słuchaj, ja jechałem tak, a tam szlaban był, no wiesz, bramka, żeby wjechać, brałem bilet a ta mi tak, jak wariatka, tak mnie wystraszyła, słuchaj pojechałem za nią, wysiadłem i…




Sverige, Sverige älskade vän…

Szwecjo, Szwecjo, …

Szwecjo, Szwecjo, kochana przyjaciółko
tygrysie, który się wstydzi
Ja wiem jak to jest
Gdy powaga staje się żartem
Gdy cisza przeraża
Co się stało?

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz,

Przystrój swą werandę na festyn
dla gości z daleka
w kraju gdzie lagom* jest najważniejsze
Wypijmy za Midsommar
do świeżych ziemniaków i śledzia
jakby czas się zatrzymał

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz

Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w krainie bez dźwięku
a szkło wciąż cicho lśni na naszym stole 
tak samo puste jak słowa
Wiadomo, że miłość jest wielka

Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś, skądkolwiek przybywasz



 

Im dłużej tu mieszkam tym coraz częściej odbieram ten tekst jako ironiczny.
Jakoś Cię ostatnio nie lubię przyjaciółko. Bo choć równość masz na plakatach i sztandarach to jest to równość z podtekstem „asflat ma leżeć na swoim miejscu”.

 

*lagom – trudne do przetłumaczenie słowo oznaczające zwrot „w sam raz” nie za dużo, nie za mało, narodowe słówko Szwedów.

Permanentny wk…No, ciągle mnie wszystko denerwuje

Nie wiem o co chodzi….

Nie wiem o co chodzi. Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. O pieniądze? No, nie wiem, ale może..?
Chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam, wszystkim mam za złe a najbardziej mam za złe samej sobie, że chodzę zła jak osa, wszystkich się czepiam i wszystkim mam za złe.
Ale tak. Od dwóch miesięcy jestem chora. Co prawda odkąd zaczęłam kijkować to ból sobie poszedł precz, wróciła mi pełna ruchomość i łokcia, i ramienia i szyi. Czasem tylko drętwienie kciuka, palca wskazującego oraz środkowego przypomina mi „usiądź prosto, nie garb sie i nie krzyw pleców”. Mimo to chodzę do sjukgymnast zgodnie z zaleceniem lekarza, żeby nie było. Pierwszego czerwca wracam do pracy. Do sprzątania znaczy.
Jednak długo zwolnienie ma to do siebie, że odbija się na finansach nawet w Szwecji.
I tu się zaczyna.
Szwedzki odpowiednik ZUSu, który ma  i płacić od 15 dnia zwolnienia naliczył mi wynagrodzenie 66kr netto za każdy dzień. 66koron to jest jakaś paranoja skoro na godzinę mam mam chyba 80-90kr netto, a mój dzienny czas pracy 1,5godziny. Do tego dochodzą dodatki za pracę w czasie niewygodnym, nadgodziny itd. Skąd to 66koron? Zadzwonili, raz pan, raz pani, tłumaczyli długo i po szwedzku skąd. Ja jestem wzrokowiec, żeby cokolwiek zrozumieć muszę zobaczyć. Zapamiętuję lepiej ze słuchu, ale żeby rozumieć, muszę widzieć. Pani naliczająca wystawiła przelew i poszła na urlop. I naraz się okazało, że naliczyła mi tylko do 19 maja. Czyli do dnia kiedy ze mną rozmawiała. A co dalej? Kiedym się wreszcie dodzwoniła, inna pani powiedziała, że reszta będzie jutro. Dziś zajrzałam na stronę a tam…66kr do wypłaty. Żarty jakieś??? I tak mi teraz będą co dzień po te 66 kr cykać?
A wczoraj dostałam wynagrodzenie, za zwolnienie z firmy. Za pięć dni. 314kr.
Patrzę na kwitek, a tam potrącenie za jakieś wolne w kwietniu. Jakie wolne?! Przecież byłam na zwolnieniu. Napisałam maila do biua. Dostałam odpowiedź, że..nie mają mojego zwolnienia od 23 kwietnia.
Jak to nie maja? jedno było do 22 kwietnia drufie od 23 kwietnia do końca maja. Skoro mają pierwsze, muszą mieć i drugie bo wysyłałam w jednej kopercie. Ale proszę bardzo – mam kopię w komputerze niech sobie spojrzy.
Chyba spojrzała, bo za chwilę mail, że przecież zwolnienie jest tylko na 50%, więc co z resztą?
Piszę jej, że wg lekarza i ZUS owe 50% oznacza, że mogę pracować maksymalnie 4 godziny dziennie, i nie jako sprzątaczka.
Ona do mnie, że skąd miała wiedzieć, że mam jeszcze inną pracę, skoro nic nie mówiłam?
Ja – że przecież na zwolnieniu stoi jak byk, czy ona w ogóle to czytała.
Dziś rano mail – że okej, ona to skoryguje…w przyszłym miesiącu.
Ja znowu, że nie w przyszłym tylko już, bo jak się dostaje 315kr to każda korona się liczy.
Na co ona, że ale przecież ten okres to jest opłacany przez ZUS, więc raczej żadnych pieniędzy nie będzie.
No to ja jej przepisałam jej obliczenia z pominięciem kwoty potrącenia, za rzekome wolne. Nawet podatek jej policzyłam jaki powinna mi potrącić. Wyszło mi, że powinnam dostać ponad 1100kr.
Ona już nie odpisała.
Sto razy pisałam i sto razy kasowałam tekst „Podejrzewam, że przegapiłaś to drugie zwolnienie, a teraz chcesz koniecznie udowodnić, że to ja jestem sama sobie winna. Nieładnie. Jak chcesz kłamac rób to inteligentnie. Nie mów co chwila czego innego. Że nie dostałaś, że nie wiedziałaś, że mi się nie nalezy, bo to wszystko jest łatwo udowodnić. Zrobiłaś błąd, to się przyznaj i przeproś, i nie rób ze mnie idiotki”.

ZUS tymczasem ma przerwę na lunch a mailować do niech nie można.
A tymczasem zadzwoniła kobieta z firmy rekrutującej.
22 kwietnia miałam rozmowę w sprawie pracy dla firmy szwedzkiej działającej też w Polsce. Rozmowę, na którą czekałam miesiąc.
Tydzień po rozmowie napisałam do rekruterki maila z pytaniem o rezultat. Cisza.
Odczekałam jakiś czas, zadzwoniłam, ale nie odebrała. Także nie oddzwoniła.
Dwa tygodnie temu napisałam sms z pytaniem czy coś wie. Oddzwoniła, obiecała, że da znac do wieczora. Ten wieczór okazuje się był dziś rano.
Powitałam ją chłodno i bardzo powściągliwie.
-Pamiętasz mnie?- zapytała
-Owszem – powiedziałam chłodno – pamiętam, ale sądziłam, że to ty o mnie zapomniałaś
-Ależ pamiętam – zapewniła mnie
– No wiesz, nie odpowiedziałaś na mój mail, nie odpowiedziałaś na smsa mimo, że obiecałaś, uznałam, że już o mnie zapomniałaś ( szwedzki jednak nie zna wyrażenia ” że masz mnie w du…gdzieś”)
Długo i po szwedzku tłumaczyła, że to nie tak.
Jej klient się nie może zdecydować.

EM jest chory coraz bardziej, przynajmniej jeden dzień w tygodniu nie daje rady pracować, ma co prawda zwolnienie z dnia karencji, ale i tak daje to po kieszeni.
Zrobiłam wczoraj opłaty i wyszło, że w tym miesiącu żyjemy na kredyt.
A będzie gorzej, bo eM za tydzień ma operację, a po niej co najmniej miesiąc bezwarunkowego zwolnienia.
Pochorowałam się ze stresu. Dostałam migreny i zgagi. Nie poszłam na kije i przeleżałam cały dzień w łóżku.
Lało i wiało na dodatek, zimno jak nie wiem.

W tej sytuacji, zabrakło mi ludzkiej życzliwości do opornego rodaka, który zadzwonił i po usłyszeniu mojego zwyczajnego
– Katarina, hallo – powiedział
– Bo ja w sprawie deklaracji do skatu

Ani dzień dobry, ani nazywam się…Przerwałam mu. Chyba nieco oschle.
-A może zaczniemy od dzień dobry i tego jak się pan nazywa.
Zdziwił się się. Przedstawił.
Wypytałam w czym ma problem. Powiedział.
– Ale ile to kosztuje?
– Sporządzenie deklaracji rocznej kosztuje 500koron – powiedziałam.
To on się namyśli, bo może kolega…
A to proszę bardzo. Namyślaj się razem z kolegą. Żeby cię tylko to nie kosztowało więcej- pomyślałam wrednie.
Bo czasem bywam wredna. Jak świat jest wredny dla mnie to i ja dla świata. Efekt motyla. Po prostu.

Prywatny kabaret

Kilka dni temu, na …

Kilka dni temu, na komputerze, który służy mi do pracy, wyskoczyło okienko z pytaniem:
„Czy poleciłbyś Windows 10 znajomym?”
Aż mnie podrzuciło na krześle.
„Nie – odpisałam natychmiast- Nigdy w życiu!”
Tu się zatrzymałam,  bo taka kategoryczna odpowiedź mnie samą zaskoczyła. Zastanowiłam się o co mi chodzi?  Dlaczego tak negatywnie oceniam ten chwalony przecież system?
Windows 10 nie jest niczym innym jak Windowsem 8.1 – tylko bez tego irytującego panelu bocznego. Przeciętny użytkownik raczej innych zmian nie dostrzeże. A  ósemka była porażką. Siódemka była dosyć dobra, ale po Viście – chyba nawet ósemka wydawałaby się dobra. Ale najlepszy był Windows XP. Tak, na początku miał jakieś poślizgi ale potem był cudowny stabilny system, przyjazny człowiekowi.
To, co obecnie proponują komputery z Windowsem, to jest dziwna mieszanka. Z jednej strony setki aplikacji, jakby komputer miał służyć do obsługi małego centrum lotów kosmicznych co najmniej. Z drugiej strony – komputer wciąż podsuwa nowe propozycje, sam coś aktywuje, instaluje, podpowiada. Jakby użytkownik był ostatnim debilem i nie potrafił sam z siebie wyszukać czegoś interesującego dla siebie. Pół biedy jeżeli używa się komputera do rozrywki. Gorzej, gdy się chce na nim pracować. Komputer nieustająco czegoś chce, a to bardzo przeszkadza w pracy.
Brawo Microsoft. Jeszcze jedna tak genialna modernizacja systemu i ich klientami zostaną sami idioci, bo każdy kto chce użyć komputera do czegoś innego niż do oglądania facebooka przejdzie do Apple.
Tak mniej więcej napisałam. I wysłałam pełna satysfakcji.

Chwilę potem wyskoczyło okienko: Dziękujemy za odpowiedź. Użyjemy jej by poprawić nasz system tak, abyś był bardziej zadowolony.

AAAAAAAA!!!! NIE!!! Proszę! Nie chcę być zadowolona bardziej! Chcę być wręcz nieszczęśliwa! Proszę! Nic już nie ulepszajcie!

Ale okienko znikło i już nie dało się odszukać.

Matko boska! Każą mi instalować Win11?! Czy ten będzie już tak intuicyjny (co to do cholery oznacza? Moja intuicja jest chyba niekompatybilna z intuicją tych z Microsoftu) że nawet pisać i czytać do jego obsługi nie będzie trzeba? Wystarczy znać pismo obrazkowe?
A nie, przepraszam. Teraz już można być analfabetą, bo obrazki zastępują wszystko.
Czy ktoś oglądał film Idiokracja?
Czy to jest nasza przyszłość?

Feministycznie – niesprawiedliwość dziejowa.

Ostatnio przebywam …

Ostatnio przebywam dość często w rozmaitych przybytkach lecznictwa i dokonałam pewnego spostrzeżenia.
Otóż.
Chory mężczyzna zawsze! ma przy sobie jakąś kobietę, nawet jeśli nie przy łóżku szpitalnym, to w poczekalni.
Chora kobieta jest zazwyczaj sama.
(Oczywiście wykluczam tu sytuacje, gdy osoba chora ma jakiegoś osobistego asystenta z racji wieku czy też niepełnosprawności.)
Obserwacje czyniłam i w Polsce i Szwecji. Tak, w Szwecji, gdzie zrównanie kobiet i mężczyzn jest tak oczywiste jak wschody i zachody słońca.
Nie macie wrażenia, że w ogóle w naszej kulturze jest tak, że mężczyznę zawsze wspiera jakaś kobieta, ale za kobietą to już rzadko kiedy stoi jakiś mężczyzna?
Daleko nie szukając – popatrzmy na polską scenę polityczną.
Prezydent w kampanii, a i teraz też,  bardzo często ma przy sobie żonę. A premier, która jest kobietą, jakoś nie jest specjalnie wspierana przez jakiekolwiek mężczyznę.(Heh, inna rzecz, że nawet panowie, którzy tę panią na stołku posadzili, wsparcia jej nie udzielają). Tak samo było za czasów poprzedniego rządu.
Panią Tusk znali wszyscy. Ktoś zna pana Kopacz?
To jak to jest? Kobieta ma swojego mężczyznę wspierać, gdy on walczy o zdrowie/o pozycję/o zbawienie świata, ale w odwrotnym kierunku to już nie działa? Bo co? Bo to jest okej być żoną swojego męża, ale mężem swojej żony to już nie?
Ciekawa jestem ile z was, dziewczyn odwiedzających mój blog, w trudnej chwili miało przy sobie swojego partnera, tak naturalnie, bez proszenia i negocjacji, bez napomykań i pytających sugestii? A ile z was tak samo, niemal odruchowo stawia się u boku swojego partnera, gdy to on ma trudną sytuację? Powiecie mi, że przecież panowie uczestniczą w porodach? Tak? A popytajcie znajomych, ile z nich praktycznie tę obecność na partnerach wymogła odwołując się do ich chęci spotkania potomstwa już w pierwszej chwili, do kontroli czy aby żadna położna potomka na podłogę nie upuściła? Jak wiele z was/nas odwołało się do zwykłego wsparcia?
Nic dziwnego, że zdanie „śpij, ja pobujam” wydaje się być wyznaniem miłości piękniejszym i o wiele bardziej romantycznym niż to z „Pretty Woman”.
Tylko…czy jeśli mężowi w środku nocy przypomni się, że być może zostawił w aucie włączone radio to deklaracja żony „śpij, ja sprawdzę” wywoła taką samą reakcję?
Zajrzyjcie do poczekalni u ginekologa i urologa i policzcie nie-pacjentów.

Naszła mnie taka refleksja, bo sama jestem nieustannie w takiej sytuacji. Mój mąż nie czuje się nawet w obowiązku napomknąć, że na badanie ze mną nie pójdzie. Bo to jest OCZYWISTE, że nie pójdzie. Bo po co? Tłumacza nie potrzebuję, szpital w odległości 10minut spacerem, to po co? A wiecie co jest jeszcze gorsze? Że ja tego też już nie oczekuję. JUŻ nie. Że wolę sama. Że jak już coś, to potrzebuję męża tylko jako wsparcia logistycznego – zawieź, odwieź, podnieś, przynieś. Wsparcia psychologicznego dostarczam sobie sama lub dostaję od przyjaciółek.
Naturalna rzeczywistość czy smutny nawyk?

Tam i z powrotem

Dojechałam do domu w …

Dojechałam do domu w piątek, wczesnym popołudniem.
Pies się popłakał z radości.
Potem tak: zjadłam. Zasnęłam. Zjadłam. Wyprałam ciuchy ( kiedyś polskie proszki nie miały zapachu, teraz mają go w nadmiarze). Znowu poszłam spać.
Wczoraj posprzątałam. Podlałam kwiatki. Spotkałam się z nowym klientem. Zrobiłam mu styczeń.
A dziś wieczorem znowu jadę do Polski.
Tym razem już wiem na pewno po co.

Uczucia?
Spokój. Zgoda. I nie wiem co jeszcze, bo się pochowały. Tylko głowa boli codziennie.
I lewy bark, od wypadniętego dysku. Całe lewe ramię od szyi po palce. 

Ostatnia naiwna czyli fałszywy jak…Szwed(?)

Siedzą we mnie …

Siedzą we mnie niewypowiedziane emocje. Złość? Nie, może trochę. Bardziej zawód . I zaskoczenie. Że naprawdę są TACY ludzie? Ludzie, którzy patrzą ci w oczy, uśmiechają się do ciebie, są mili, przyjacielscy, naprawdę zdający się być godni zaufania, ludzie, którzy w końcu okazują się …Nie wiem kim. Nie wiem jacy. Fałszywi? Cyniczni? Wyrachowani?
Chyba pierwszy raz w życiu zetknęłam się z czymś takim.

Kiedy w lipcu, przed wyjazdem na urlop zapytałam szefa czy mam wrócić „tutaj” czyli do Akwarium do pracy odpowiedział, że tak,  oczywiście.
Wróciłam.
Roboty nie było, co uczciwie zameldowałam szefowi.
Powiedział, że to nic, żebym zajęła się przygotowaniami do własnego startu.  
Karnie, dzień po dniu przychodziłam na godzinę 8:30 lub 9. Zostawałam do 13. Ponieważ nie było co robić, pomyłam okna, posprzątałam, parzyłam kawę, starałam się być jakoś tam użyteczna, no bo to głupio siedzieć w pracy i tak bez skrupułów, oficjalnie robić nic.
W między czasie trwały między nami rozmowy na temat mojej firmy.
Najpierw o miejscu. Przed moim wyjazdem stanęło, że wezmę pokój, w którym aktualnie pracuję. Trochę się martwiłam, bo cenę usłyszałam 3 tys, a to nie mało. Wspomniałam, że wolałabym coś mniejszego, któryś z tych pokoi bocznych, małych, może 10metrowych.
– No ale wiesz, będzie ci potrzeba dużo miejsca, będziesz miała masę dokumentów -odpowiedział mi. Zgodziłam się, mówiąc:
-Okej, jakoś dam radę, pracujemy razem od pół roku, już widzę, że da się z tobą dogadać, mnie też już chyba zdążyłeś poznać, wiesz jak pracuję, wiesz, że nie robię problemów, będzie dobrze.
Przytaknął mi. Za jakiś czas przyszedł do mnie:
– Zobacz, tu jest lista, to są firmy, które będą twoje.  Ta X jest dobra, facet inwestuje, będzie się działo, będzie dużo pracy, ta Y trochę gorsza – facet nie chce płacić, ale powiesz mu, że ma ci płacić z góry…No i ta, Stefana, to już wiesz, bo robiłaś. W tych  pozostałych nic na razie się nie dzieje, ale zaraz się rozkręcą.
Potem rozmowy o podziale kosztów. Internet, telefon? Nie myślał o tym. Pomyśli. Meble…A właśnie.
– Słuchaj, tak pomyślałem, ten pokój będzie dla ciebie rzeczywiście za duży. Będzie ci trudno na początku go utrzymać. Może jednak weźmiesz ten mały, wiesz ten obok Milana.
Ucieszyłam się. Jasne, pewnie, że tak…
– Bo wiesz…koszty to nie tylko pokój. Dojdzie jeszcze elektryczność no i koszty sprzątania. Wiesz tu jest masa metrów, chcę zatrudnić firmę sprzątającą.
– Ale po co ci firma sprzątająca? Jest nas tutaj 4 osoby.  Nie ma komu brudzić, sprzątanie tutaj to najwyżej 2 godziny w tygodniu. Przecież to robię, to wiem.  Mogę to robić. Rozliczymy to w czynszu. Wiesz, że nie mam pieniędzy, a póki nie zdobędę klientów to każdy grosz ma dla mnie znaczenie.
 – Nie pomyślałem o tym, ale brzmi dobrze.
I tak sobie budowaliśmy wspólny biznes. Wyglądało dobrze. Wyglądałoby, gdyby nie to, że co kilka dni L. miał nową ideę.
– Wiesz, ten mały pokój, to jednak nie,  tu taki gość chce mieć biuro, on rzadko tu będzie, nie potrzebuje dużo miejsca, ale musi mieć gdzie trzymać swoje dokumenty.  A ten duży to jednak naprawdę będzie lepszy, bo …coś tam..tam…
Okej może być duży.
Za kilka dni, gdy zbliżał się termin składania deklaracji poszłam z listą firm, które mi dał, ustalić komu jaką deklarację.
– Firma X? Nie, nie, to przecież moja była żona będzie robiła. Ja ci to napisałem? Pomyliłem się, ona już z nimi rozmawiała, wiesz, to przecież nie będę im co chwila zmieniał.
Zgrzytnęło. To miała być ta dobra, obrotna firma. Szkoda, kurde, no ale skoro ona już z nimi gadała…
Za jakiś czas wrócił temat pokoju:
– Nie, jednak ten mały, ale nie ten, ten co teraz ma go Milan. On ma swoje plany i chyba się wyniesie, wzięłabyś ten?  On jest większy, będzie ci lepiej. Bo te dwa obok mnie to ja połączę z moim.  
– Nie ma problemu, jak będę miała to sprzątanie, to mogę nawet i ten największy wziąć.
– Sprzątanie, a nie, nie. Zapomniałem, że już wcześniej moja była żona mówiła, że ona mogłaby tu sprzątać. Już dawno to było, to zapomniałem…A ten duzy to bierze taki gość, co firmę transportową rozkręca.
Już nie zazgrzytało. Już się pojawiło uczucie, że coś jest nie tak, że kręci, że jest nie w porządku. Że okej, raz zapomniał o tym tamtej obiecał firmę, ale teraz znowu „przypomina się” o sprzątaniu?
Kiedy po kilku dniach znowu wrócił do tematu pokoju już się nie ekscytowałam. Zaczęłam się irytować. Bo znowu – ten też nie, bo coś tam, jednak ten duży, będziesz go dzieliła z kimś innym może, ale dla ciebie dobre, bo taniej, no i nie będziesz ciągle sama.
A po jeszcze kilku dniach.
W sumie to wiesz, pod nami to całe piętro jest wolne, jak byś chciała to możesz wybierać któryś z tych na dole. Tam jest masa miejsca. I wiesz, tu przyjdą inne firmy, to będziesz miała kontakty z innymi, to nawet lepiej dla ciebie.
Myśl „chce się mnie pozbyć?”. Dlaczego mi zwyczajnie nie wymówił? Ale było dobrze, mówił, że nie ma zastrzeżeń, cały czas go pytałam i zawsze mówił, że jest dobrze. Czemu teraz zmienił front? O co mu chodzi?
Zniecierpliwiłam się. Powiedziałam:
– Wiesz, ja się zastanawiam, że chyba jednak póki mam tak mało klientów, to będę pracowała z domu. Muszę myśleć o kosztach
-Tak, tak, masz rację .
Sierpień zbliżał się do końca. Zbliżał się termin wypłaty za lipiec ( w Szwecji zwyczajowo wypłata jest 25 dni po zakończonym miesiącu. Czyli za lipiec -25 sierpnia). Zaniosłam mu raport z ilością godzin.
60 godzin pracy. 50 urlopu.
A kuku!
– Ale za urlop to ci się nie należy wynagrodzenie. Przecież nie przepracowałaś u mnie roku.
…?!…Odebrało mi mowę. Poczułam się ogłuszona, bo naraz okazało się, że dostanę połowę wypłaty.
Tak, wiem, że nie minął rok, ale wiem, że mimo to, gdyby chciał to mógłby mi zapłacić i ująć to w kosztach. Tu prawo nie jest tak restrykcyjnie przestrzegane, a świadczenia dla pracowników są zawsze kosztem.
Potem jeszcze, że może jednak zapłaci mi gotówką, za te 60 godzin. Czyli na czarno. Dla mnie to 30 procent więcej, bo brutto, policzyłam sobie. Stracę tylko 1/4, a nie połowę tego co sądziłam, a to ważne teraz, gdy utrzymuję matkę i płacę jej rachunki oraz opiekunkę.  Zgodziłam się. Poczułam co to znaczy mieć „nóż na gardle” . To, że L. wie dokładnie o mojej sytuacji, nie miało znaczenia, no bo co go mogą obchodzić moje problemy?
Następnego dnia zaniosłam listę godzin za sierpień, bo też się kończy.
I znowu a kuku!
– Ale przecież nie pracowałaś  cały miesiąc. Zapłacę ci tylko za te godziny, kiedy pracowałaś dla mnie. Bo przecież większość czasu zajmowałaś się swoimi sprawami.  
Znowu mnie ogłuszył. Zaniemówiłam.Zrobiło mi się ciemno w oczach.
Bo nie było o tym mowy. To po co szarpałam się z psem rano, laciałam ze sprzątania z jęzorem na brodzi, żeby szybko wyprowadzić psa, i być na czas w pracy? Po co siedziałam dzień w dzień w nagrzanym pokoju, zamiast iść z psem na plażę? Byłam do dyspozycji! Słowem nie wspomniał, że nie będzie mi płacił, że nie muszę przychodzić. Że zadzwoni jak będę potrzebna.
Zdołałam tylko pokiwać głową i wykrztusić, że w takim razie już dziś zabiorę moje rzeczy i powiem Hej då.
Drżącymi rękami poskładałam co mogłam do reklamówek i pudełek. Było mi przykro. Poprosiłam o rozmowę.
– Czy zrobiłam coś źle? – zapytałam.
Zdziwił się.
– Mam wrażenie, że jesteś niezadowolony z mojej pracy. Ze mnie.
– Ale dlaczego?
– No właśnie nie wiem dlaczego, po prostu mam takie uczucie.  
– Nie, nie, nie. Wszystko jest dobrze. Jestem bardzo zadowolony, ale wiesz. Ciężko jest. Ciężko o robotę, mało pieniędzy, ale nie wszystko jest w najlepszym porządku, przecież będziemy współpracować. Te firmy ci daję. Zgraj sobie księgowość. Stefana też. Stefan to dobra firma. Weź też jego papiery od razu…Albo wiesz co? Zadzwoń do niego. Powiedz, że ja powiedziałem, że oddałem go tobie…A jutro nie przyjdziesz? Masz urodziny to chyba zjemy jakiś tort, co?
Tak. Miałam urodziny. Okrągłe, pięćdziesiąte. Tu, w Szwecji bardzo uroczyście świętowane. eM dostał od firmy dodatkowy dzień urlopu i wypasiony prezent. Na prezent nie liczyłam, ale skoro czekają, wiedzą…
Przyszłam z tym tortem, ostatnia naiwna. Dostałam życzenia i szoku. Jak mówili w jakimś kabarecie. Nie dostałam nawet kwiatka. A jedynie i dosłownie „uścisk dłoni prezesa”.
Epilog
Kilka dni potem zadzwoniłam do owego Stefana.
Odpowiedział, że dla niego okej, ale jeszcze z L. musi pogadać, żeby się upewnić i żebym zadzwoniła w następnym tygodniu to ustalimy resztę.
Zadzwoniłam.
– Tak, rozmawiałem z Lennarta. On powiedział, że jego była żona będzie nadal to robić, tak jak poprzednie lata.
Czyli została z dwoma klientami Polakami, których sama zdobyłam.

Komentarz chyba nie jest potrzebny?
 Ale gdyby jednak, to jako komentarz dodam jeszcze jedno.
Z ciekawości poszukałam pokoi biurowych w mieście, w innym niż tamten budnku.
I okazało się, że za pokój o powierzchni około 20m kwadratowych czyli podobny jak Akwarium zapłacę około 1500koron.



k!@#a jego w dupę kopana kleszczowa mać!

Jakaś kleszczowa, …

Jakaś kleszczowa, zawirusowana menda napluła mi w dziecko. Misia ma kleszczowe zapalenie opon mózgowych od ponad tygodnia.
Jakby ktoś chciał pośmiać, to może pomyśleć, że to trzeba mieć pecha, żeby móc legalnie się naćpać morfiny i nawet nie mieć z tego odlotu.
Ale po co odlot mojej córce jak ona i tak, jakby na karuzeli siedziała.
Dziś zabraliśmy dziecko do domu bo, poza lekami przeciwbólowymi, obniżającymi gorączkę i jakimiś przeciw zawrotom głowy, nie ma innej medycyny. Czekać. I modlić się, żeby nie było powikłań.

Rollercaster – ostatni zjazd

Czyli epilog do …

Czyli epilog do wpisu Rollercaster

 

Człowiek uzależniony od alkoholu zawsze znajdzie powód i towarzystwo do picia. W przypadku mojej matki była to kuzynka. Było to o tyle gorsze, że kuzynka mieszkała po drugiej stronie podwórka.
Nie zawsze piły razem, ale gdy już…Wtedy były najgorsze jazdy: wyzwiska, groźby, plucie najgorszą nienawiścią.
Oooo…Pamiętam, do końca życia będę miała w głowie te teksty:
– Ciociuś, ale co się Kaśką przejmujesz, na łasce u ciebie siedzi, nie zasługuje na taką matkę, gdybym ja taką miała, co ma gówniara do gadania, za swoje pijesz, ciężko pracujesz to wolno ci odpocząć…
I tak dalej, i tak dalej.
Ciociuś był na zawołanie.
Pożyczyć pieniędzy, uciec przed pijanym mężem, zaopiekować się dzieckiem, wesprzeć. Bo przecież rodzina, najbliższa rodzina, siostrzenica, od jedynej siostry.
Wreszcie wyjechała. Znalazła sobie swoje szczęście gdzie indziej, z kim innym piła i z kim innym pić przestała, gdy zdrowie już pić nie pozwoliło.
Po jakimś czasie zaczęła przyjeżdżać. Gdy życie w jej osobistym piekiełku stawało się nie do zniesienia, pod pretekstem badań, wizyt u lekarzy, zjeżdżała do Miasteczka i zakotwiczała u matki na długie tygodnie, które przechodziły w miesiące. Nie dokładała się do opłat, ani do jedzenia, w ramach podziękowań znosząc chińskie badziewie ze sklepu „wszystko za 5 złotych”.
Jakiś czas potem pojawiła się druga siostrzenica.
Ta na odmianę nigdy nie piła przeciwnie niż jej mąż, świadek Jehowy, który uwielbiał. Tylko u siebie, w małej dziurze na Mazurach, nie mógł sobie pozwolić jako praktykujący Jehowita. Więc co kilka tygodni był wyjazd do cioci. Ciocia wódkę postawiła, żarcia nagotowała, zaopiekowała się i jeszcze kasę na drogę powrotną „pożyczyła”.
Zdanie córki było nieważne. Nie liczyła się w ogóle, bo nie ma nic do gadania głupia gówniara co myśli, że wszystkie rozumy zjadła, a nie wie, że rodzina to się powinna trzymać razem.
I tak się trzymała. Do teraz.
Kiedy windykatorzy różnej maści zaczęli nachodzić matkę zabierając ile tylko się dało z emerytury (pozdrawiam wszystkich wierzących w tanie kredyty), nie było już pieniędzy na goszczenie ukochanych siostrzenic. I skończyły się przewlekłe wizyty.

Kiedy jasnym się stało, że mój osobisty rollercaster zmierza ku ostatniemu zjazdowi, pojawiła się konieczność zapewnienia matce opieki. Najlepiej całodobowej. Być może na okres niedługi, póki matka po operacji nie dojdzie do sprawności na tyle by samodzielnie pójść do toalety czy zrobić sobie kanapkę a nim postęp choroby przykuje ją na powrót na łóżka.
Oczywiście są opiekunki z MOPSu. Ale uchawałą Rady Miasta koszt ich pracy obciąża mnie. Jak nie podpiszę zobowiązania, że pokryję koszty, to opiekunka do matki nie przyjdzie. Zamiast tego matka może trafić do zakładu opieki lub hospicjum.
Zakład opieki? Hospicjum? Matka, która odmówiła leczenia, bo nie chce mieć więcej do czynienia ze szpitalami?
Koszt opiekunki? Nieśmiało zapytałam sąsiadkę.
Sąsiadka Gośka, wykwalifikowana, bezrobotna pielęgniarka, kolejna koleżanka od kieliszka, która pomieszkiwała u matki, kąpała się, prała, gotowała, bo w jej mieszkaniu przez jakiś czas odłączono media. Gośka zażyczyła sobie 1 tysiąc złotych, za to że przyjdzie popołudniami (rano zajmie się nią opiekunka z MOPSu przecież, stwierdziła), podzieli się ugotowanym obiadem, pomoże w wieczornej toalecie, dopilnuje lekarstw.
Gdy przeliczyłam koszt opiekunki z MOPSu + koszt Gośki na korony to wychodzi połowa mojej miesięcznej pensji! Miesięcznej, przy optymistycznym założeniu, że będę nadal miała pracę w biurze, bo jak ją stracę, to płaca ze sprzątania nie pokryje całości. A co z opłatami? Z lekami? Środkami higienicznymi? Powiedzmy, że na jedzenie wystarczyłaby ta resztka z emerytury. A reszta?
Zdesperowana zadzwoniłam do kuzynki pierwszej.
Zreferowałam sprawę. Nie chcę za darmo, wiem, że im się też nie przelewa. Wiem też, że to ogromny ciężar i powinien kosztować, ale nie mam więcej.  Zapłacę ten tysiąc, który miałam dać Gośce. Przynajmniej będę spokojna, że nikt nie przepije matce pieniędzy i nie zostawi na czas picia matki bez pomocy.
– Ale ja po operacji jestem – usłyszałam od Alki – Może Ewa?
– Nie mogę, dopiero z Niemiec wróciłam, jesienią znowu jadę, to nie mogę. Może Ala? – usłyszałam od Ewki. – Po operacji? Alka? Przecież ona miała operację pół roku temu!

Pożegnałam się przerywając kuzynce w pół słowa.
Pieniądze z banku wybierze Pani Prezes Wspólnoty.
Dziewczyny z MOPSu obiecały stanąć na głowie i znaleźć kumatą opiekunkę już od poniedziałku. Na godzinę rano i godzinę wieczorem.  Jedna z pań z MOPSu zostawiła mi swój prywatny numer telefonu. Na wszelki wypadek.
Te kilka dni zajmuje się mamą Gośka, której zapłacę według stawki jaką podała.
Obiady zamówię w kateringu.
A kiedy już nie będzie innego wyjścia…Trudno. Będzie musiało być hospicjum.

A potem…
Potem będę wolna.