Bolesny powrót

Postawszy przed otwartą …

Postawszy przed otwartą lodówką, westchnąwszy zamknęłam ją by za chwilę
znów otworzyć. Jednak żołądek domaga się pożywienia i jest mu wszystko
jedno co, ale głowa notuje tylko "nie ma". Nie ma twarożku. Nie ma dżemu
wiśniowego. Nie ma polędwicy łososiowej i nie ma też berlinek.
Jest serek Philadelfia, słony. I truskawkowy "sylt" – coś pomiędzy
dżemem a sokiem. Jest jakaś wędlina, tak słona, że w sumie nie ma
znaczenia co to tak naprawdę jest. O. Są jeszcze cienkie kiełbaski,
udające parówki. Chyba dzieci znów usiłują oszukać Zozola, że to to samo
co berlinka.
Powrót do codzienności jest bolesny.
Jedząc naprędce usmażony omlet, jedyne co wydawało mi się nie tyle
apetyczne co godne przełknięcia, uświadomiłam sobie, że każdy mój powrót
z Polski powoduje gwałtowny wzrost tęsknoty za różnymi rzeczami.
Za córką, za wnuczką. To wiadomo. Ale też za krajobrazem
"nie-pod-sznurek". Za krzywymi opłotkami i trawnikami nie-ostrzyżonymi
równiutko. Za ptasim mleczkiem, KFC i berlinkami. Dziewczyny ściągnęłam,
krzywe opłotki a raczej ich namiastkę znajduję, do jedzenia przywykłam.
A boli. I nie wiedziałam co.
Spotkanie w Tajemnicy Poliszynela otwarło mi oczy. Brakuje mi
rozmów…nie, brakuje mi spotkań z ludźmi, którzy zmuszą mój umysł do
pracy.
Takie sobie wczesne południe było. Znienacka w leniwość poranka wtargnął
jeden pan i jego syn. Zburzył nasze przyjaciółkowe sam-na-sam.
Zaskrzyło się dowcipem, ciętymi ripostami, odwołaniami i aluzjami do
filmów i muzyki. Nie jestem mistrzem ciętych ripost więc siedząc sobie
cichutko, cieszyłam się tylko, że łapię sens, nie próbując nadążyć z
odpowiedziami. Zadałam kilka pytań sympatycznemu nastolatkowi ( miał
koszulkę Iron Maiden i okulary, więc skojarzenie z Jankiem kazało mi go
od razu polubić). Tatusia nastolatka poinformowałam, że aczkolwiek
Szwecja prowincją stoi, to YouTube tu dociera. I zamilkłam.  Chłonęłam
atmosferkę. Wodziłam wzrokiem po tytułach książek wokół. Łowiłam uchem
głos pani Asi witającej serdecznie kolejnych gości (nie, nie klientów, w
Tajemnicy Poliszynela nie jest się klientem). Wdychałam zapach kawy,
słuchałam syku ekspresu i głosu Ewy Bem. I czułam jakbym po długim
zamknięciu wreszcie wyszła na świeże powietrze.
Tu, w Szwecji nie mam takich klimatów. Z tubylcami trudno osiągnąć ten
specjalny rodzaj porozumienia, bo język. Wciąż jeszcze nie łapię
niuansów, lapsusów i aluzyjek. A rodacy…
Brzydko to zabrzmi, może. To są dobrzy, ciężko pracujący, uczciwi,
porządni ludzie. Lubię ich. Cenię. Szanuję. Ale to nie te fale. Są jak
chleb. I dobrze, że są. Ale brakuje jeszcze czegoś pozornie zbytecznego.
Jak perfumy na przykład. Coś takiego co mogę wziąć dla siebie, co mnie
wzbogaca, czym potem mogę się podzielić z kimś innym.
TO jest lekkie i trudno uchwytne. Ale da się złapać i wypuścić a
jednocześnie dalej mieć. Coś co śni się czasem w nocy i wtedy cały dzień
duch jest nieobecny.
A teraz wróciłam. Jestem.
Jeden problem się chyba rozwiązał. Dwóm innym stawiłam czoła. Trzeci w tej sytuacji uznałam za żaden problem.
A tu, ledwie weszłam, ledwie uściskałam Zozolka, już kolejny puka do
drzwi. U męża w pracy duże zwolnienia i nie wiemy czy on też jest na
liście.

Rzeczywistość nie skrzeczy. Ona czasem zwyczajnie boli.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s