76. Deszczowa sobota

Z samego rana wczoraj, nawet nie wychodząc wcześniej na spacer, pojechaliśmy do Litwinów. EM i Litwin oraz jeszcze taki jeden kolega robili piwo. A że orzekli, że piwo to męska rzecz więc Litwinka i ja zostałyśmy w domu a „chłopcy” pojechali.
Było pochmurnie, ale bezwietrznie bo dwadzieścia kilometrów od brzegu jeziora Wener klimat jest zupełnie inny czytaj: łagodniejszy.
Pogadałyśmy. Tosia grzecznie buszowała w ogródku. Przypomniało mi się, że nie była na spacerze więc rzekłam do niej:
– Chodź idziemy za stodołę zrobić kupę. (przepraszam)
I poszłam. Pies za mną. Ledwie się znalazłyśmy za ową stodołą – pies zrobił co należy.
Taki to pies!
Potem już bez stresu mogła latać dookoła domu.
Chłodno było a temperatura malała. Z początkowych 17 stopni zrobiło się 15, potem 14…Siedziałyśmy w domu, przy otwartych drzwiach. Tosia latała po ogródku, co chwila tylko wpadając do domu żeby skontrolować czy „mamusia” nigdzie nie poszła.
Zaczęło podać, zawołałyśmy psa i zamknęły drzwi. Ja przestało oberwałyśmy maliny i porzeczki, ja dodatkowo zebrała porzeczkowych liści na herbatę zimową. Nadciągnęła wielka chmura, znowu padało.
Litwinka rozpaliła w kominku …
Tosia rozwaliła się jak długa na podłodze.

Tosia w charakterze skóry przed kominkiem


Nie sądzicie, że w takim spokojnym, choć obfitym deszczu jest coś kojącego? To miarowe stukanie o dach i parapety, cichy szum, szmer spływającego deszczu. Uwielbiam to. Najpiękniejszy dźwięk przyrody. Na samo wspomnienie czuję jak rozluźnia mi się wszystko to pozaciskane i pokurczone. Ale to tylko na wsi, w domu deszcz ma to charakterystyczne brzmienie. W bloku brzmi inaczej, choć też miło dla ucha. Lubię deszcz, zwłaszcza w bezwietrzny i w miarę ciepły dzień.
Jak się deszcz wypadał poszłam na trochę z aparatem i proszę bardzo.

A potem Zoozoo miała przyjęcie urodzinowe – rodzinne to znaczy, że przyszli rodzeni babcia z dziadkiem oraz przyszywani dziadkowie, pradziadkowie, wujek z ciocią i maleńką kuzynką – dwumiesięczną Stellą.
Zoozoo dostała prezenty w tym ten największy od Mamy i Mela – trampolinę! Cóż, kiedy lało i dziecko nie mogło się prezentem nacieszyć.
Po dwóch godzinach nieustającego deszczu dziecko uznało, że idzie poskakać, ale mamy na nią popatrzeć. Łaskawie zezwoliła nam zostać na tarasie.
No i skakała:

A gdy z krzykiem, że zmarzła w stopy przybiegła do domu – Mel już czekał z suchym ręcznikiem.
Mała Stella też wzbudzała ogromne zainteresowanie. Przy okazji zrobiłam cudne zdjęcie…ale kurde trzeba mieć jakieś dwie lewe ręce, żeby najlepsze ujęcia mieć kiepskiej jakości.
Ech. …Ale i tak…Zobaczcie: całe życie na jednym obrazku.

Całe życie

Stella i jej prababcia.

75. My tu gadu-gadu

a tymczasem, borem lasem, powstał torbo-plecak (turbo – plecak?)
Ze starych jeansów i zasłonki.
Krawcowa ze mnie słaba, tu i tam krzywo, ówdzie plątanina nitek (nie zaglądać pod kokardkę!) ale chyba da się z tym iść do ludzi.

Zdjęcia z telefonu więc liche, ale chciałam się pochwalić twardym dowodem na mą ciężką pracę ostatnich trzech dni.

74.

Ależ mnie dziś łupie w głowie!
Tak się wczoraj nakręciłam tą podróżą, ustaleniami wszystkimi, że nie mogłam się skupić na normalnej pracy, więc po dwunastej się poddałam, wyciągnęłam stary materiał w koty i uszyłam powłoczkę na jasiek. Tak mi to szycie poszło z płatka, że uszyłam planowany od dawna plecak-torbę ze starych jeansów i zasłony w paski.
Plecak szył się też jakoś tak sam, choć w pewnej chwili dotarło do mnie, że zaczynam kombinować jakby tu szybciej. Z tego kombinowania wyszło prucia a prucia. Zgromiłam samą siebie, bo co za natura taka, że zawsze kombinuję jakby tu na skróty, co kończy się zawsze tak samo.
Plecakowi muszę doszyć:
– kieszonkę w środku na telefon
– kieszonkę z wierzchy na klucze
– zamek do zapinania
– paski na szelki/uszy
No i na koniec zszyć to wszystko razem.
Będzie pikny…

O 21 mnie zmorzył sen, co nie jest dziwne, skoro wstałam 5 rano. Zaczęłam przysypiać. Zadzwonił telefon. Litwinka, która kilka godzin temu nie odebrała ode mnie telefonu bowiem jak zgadywałam była w ogródku. Teraz oddzwoniła. …Wiedziałam, że tak będzie.
Pogadałam, ustaliłam plany na sobotę. Ułożyłam się spać. Przysypiam. Titut! SMS. Koleżanka pyta czy pogadamy jutro. Pogadamy. A o której. A o tej. Albo tamtej. Ustaliłam. Wyłączyłam dźwięk w telefonie. Ułożyłam się, ale spanie już nie przychodzi.
Brzyt-brzyt. Ki grzyb??? Noż…Tablet zgrzyta, że ktoś do mnie napisał na messengerze. Głupi tablet nie chce przyjąć do wiadomości, że messenger może poczekać, nie muszę być informowana natychmiast. Niezależnie od tego ile razy i na jakie sposoby wyłączam powiadomienia z aplikacji – ten swoje.
Zajrzałam, bo i tak nie śpię. Moja koleżanka Adaś.
Poklepaliśmy trochę.
Ustawiłam 3 pasjanse. Ułożyłam się spać. WSTAŁAM, ŁYKNĘŁAM WALERIANĘ. Ułożyłam się ponownie. Jakiś kretyn przejechał pod oknami z muzą na cały regulator i silnikiem o skali odrzutowca. Było prawie wpół do północy.
Zawraczał pies. Yanki wrócił z pracy.
O 00:10 poddałam się. Usiadłam, wzięłam książkę. Czytałam pewnie z pół godziny. I wreszcie zasnęłam.
O 5 obudził mnie znajomy ból głowy. Łyknęłam procha, ale widać jeden za mało, bo o 7 obudziło mnie jeszcze gorsze łupanie. A mówiłam wziąć od razu dwa. Teraz siedzę nie-do-życia. Po kawie, prochu i płatkach umysł jakby lekko się przejaśnił, ale …Jak ja nie lubię takiego stanu. Będzie mnie mulić cały dzień i ćmić gdzieś w skroni. Na tyle słaby ból, by uniknąć kolejnego procha, na tyle irytujący, że nic, nie można poradzić ani niczym sensownie się zając.
Ych!
Trzeba Tosię wziąć na spacer.

73. Groch z kapustą

Kiedy na porannym spacerze mówię do Tośki jak co dzień, że wracamy do domu to dodaję obietnicę, że jeszcze tylko tyle a tyle dni i będzie leżała na trawie po całych dniach a jak zechce to i po nocach.
Z dzisiejszym dniem to 10dni.
Stres mi rośnie bo:
1 – podróż
2 – praca przed wyjazdem, zdążyć wszystko zrobić i jeszcze na zapas
3 – znaleźć dentystę który znajdzie dla nas czas
4 – i jak to będzie w ogóle

Te punkty wymagają omówienia.
1.Podróż już sama w sobie jest stresująca. A co z Tośką? Do promu jedziemy około 4 godzin. Sama nie wiem czy lepiej na te 4 godziny wsadzić psa i popierniczać do skutku czy lepiej robić co godzinę przystanek na 15 minut by pies odpoczął?
Czy na prom lepiej wejść z psem przez rękaw? Czy lepiej wjechać i szarpać się z nią już na promie.
Tosia jest strachliwa, boi się schodów, nieznanych pomieszczeń. Do rękawa trzeba będzie wejść po schodach kafelkowanych, więc śliskich. Tłum ludzi, także z innymi psami i kotami. Z dziećmi. Rękaw dudni i chyba drga. Rozpłaszczy mi się na bank gdzieś w tym tłumie i będę ją sama, siłą wlec.
Z pokładu samochodowego mniej więcej to samo, ale będzie nas dwoje, a schody są wyłożone dywanami.

2. Praca. Panikuję, ale w sumie mam zrobione to, co mogę mieć zrobione do tej pory. A jednak…Bo np. u jednego klienta muszę zaksięgować cały rok. Mam czas do końca września, ale oczywiście wolałabym zrobić już.
Poza tym wyszło mi, że zarabiam w tym roku dużo i powinnam płacić dużo więcej podatku. Ale jak zapłacę podatek to z tego dużo zostaje mało. I jak to zrobić żeby mieć, ale nie płacić podatku. Czyli stała bolączka pracujących na własny rachunek.
Miewam tez jakieś dziwne przeczucia…Na wszelki wypadek w programie księgowym uzupełniłam dane klientów o maile i telefony i pouczyłam Yankiego co i jak w razie gdyby coś.
Bo kurdę przecież nie można zostawić klientów na lodzie, nawet jak człowieka szlag trafia.

3. Dentysta…Przegapiłam, jakoś mi umknęło, choć miałam z tyłu głowy, że trzeba. I oczywiście to będzie TWOJA WINA bo przecież TO TY MIAŁAŚ itd… A dentysta jak nas przyjmie to i tak będę musiała wysłuchać niezadowolonych uwag. Bo przecież jest na świecie tylko jeden PAN IDEALNY. Grrrrr

4. No dobrze, na google map i erth obejrzałam sobie okolice. Pola, pola, Pasłęka, pola. Doga kilka metrów od posesji, chyba szutrówka, więc nie jakaś mocno uczęszczana.
Ale jak Tośka tam będzie się zachowywać? Czy będzie się mnie pilnowała? Czy po dwóch dniach poczuje się na tyle odważna, że poleci za zającem czy czymś tam? Nie chcę jej trzymać na uwięzi!
Jak to jest mieszkać w czyimś domu? W takim pensjonacie? Mam mieć własną kawę, cukier itd? Czy to będzie bardzo krępujące? Czy luz jak w hotelu?
Postanowiłam, że wezmę własną bieliznę pościelową, oraz narzutę na łóżko. Tośka ma zwyczaj walania się po łóżku – po co ktoś ma narzekać, że coś niszczy brudnymi łapami. O czym jeszcze powinnam pomyśleć?

Poza tym pogada jest koszmarna! Albo leje i wieje i jest zimno, albo praży i słupek termometru leci w kosmos. W nocy temperatury w okolicach 10stopni. Woda w Wener lodowata, tylko Tośce nie przeszkadza.
A Polsce na odmianę upały i plaga komarów.
A może lepiej wcale nigdzie nie jechać…?

72.

Coś się stało u Pani Gołąbkowej. Coś dramatycznego. Jeszcze wczoraj rano widziałam taki widok:

A dziś pusto. Nie ma pani Gołąbkowej, nie ma pisklaków, gniazdo też jakby zmalało. Nie było żadnej nowej nawałnicy. Więc albo mewy albo jakiś kot.
Stawiam na mewy, sama widziałam w parku jak polowały na małe kaczęta.
Nie było nas wczoraj cały dzień a dziś taki widok.

:/

71. Meandry umysłu

Naprawdę, mam w umyśle zakamarki, które mnie samą zaskakują. Nie dość, że mam tam pochowane różne dziwne rzeczy, to jeszcze na dodatek te rzeczy czasem same z siebie wyskakują jak diabeł z pudełka.
Wczoraj, gdy dokonywałam wieczornych ablucji, wyskoczył mi pewien poemat. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ileś tam wierszy w swym życiu napisałam, „a każdy gorszy od drugiego”. Kiedyś nawet miałam je spisane, potem je przepisałam do komputera a plik wrzuciłam na któregoś bloga, żeby nie zgubić, a potem zgubiłam.
I w ten sposób nie zostanę współczesną Safoną -wszystkie wiersze pełne były gorących uczuć- i umrę w zapomnieniu.
No chyba, żebym z liryki się przerzuciła na satyrę…
No dobrze, ale do rzeczy.
Poemat poniższy nawiązuje do pewnej wrednej sąsiadki, którą ochrzciłyśmy z Baśką Prukwa. Prukwa mieszkała na parterze i reagowała nerwowo na właściwie wszystkich, którzy na dłużej zatrzymali się pod jej balkonem. Problem w tym, że balkon Prukwy był nad chodnikiem prowadzącym do bloku a krótszym bokiem był od strony zwykłego, osiedlowego traktu.
Jednak największe emocje Prukwy wzbudzała młodzież wszelkiej maści – kiedyś jeden kolega podjechał motorem pod nasz blok i Prukwa rzuciła (!) w niego garnkiem z wodą. Drugą, ale nie mniejszą nienawiścią darzyła Prukwa psy. Kiedy widziała psa na podwórku wychodziła i wrzeszczała, rzucała kartoflami i co tam miała pod ręką. A my z Baśką posiadałyśmy wtedy psa o imieniu Simka. Wprawdzie jeden wujek mówił, że ona żadna Simca tylko Tatra Niskopodwoziówka, ale on się nie znał i nie umiał doceniać oryginalnej urody naszego psa.
Prukwa umilała nam więc każde wyjście z psem. I na tę okoliczność powstał:
POEMAT O STRASZNYM KOŃCU PRUKWY I NIE TYLKO

Siedzi Prukwa na balkonie
ciągle sapie, gniewem płonie
bo te psu tu wciąż pod blokiem
zatruwają życie smrodem.
Patrzy Prukwa: Co się dzieje?!
To ty kundlu znów tu lejesz,
znowu szczekasz, znowu brudzisz?!
Ja nie zniosę tego dłużej!
Pójdę do administracji
i pokażę, że tu taki ten i owy
pod mój balkon lać gotowy!
Jako rzekła-tak zrobiła.
Poszła, wchodzi: Pani Miła!
-woła Prukwa już od progu-
Ja wytrzymać już nie mogę!
Ciągle tylko jakaś świnia
otruć mnie chce! Mnie! Niewinną!
Zrób coś pani bo nie ręczę
na milicję się poświęcę!
-Mam dla pani ja receptę:
niech do domu szybko drepce,
niech nagrzeje kubeł wody
i w tę wodę wsadzi nogi.
A jeżeli  to nie starczy
to niech weźmie wody garczek
niech namoczy siebie całą
 wtedy smrody się oddalą.
Przyszła Prukwa do dom wściekła:
A to małpa mi dopiekła!
Ja się na niej zemścić muszę:
Wszystkie kundle wnet poduszę.
Szybko wzięła się do dzieła,
ale pech i się potknęła,
no i wpadła. Spójrzcie sami:
wprost do wanny z ogórkami
gdzie do dzisiaj sobie siedzi
bo niedobrzy ci sąsiedzi
deską wyjście wnet zabili
i już wyjść nie pozwolili
by nie truła życia jadem.
Oto Prukwa jest przykładem
jakie wyjdą z tego chryje
 gdy się kto za rzadko myje.

No ja wiem, wiem. Długie i w dodatku rymowane.
Kto doczytał aż tutaj – łapka w górę, dostaniecie uścisk dłoni prezesowej.




70.

Tymczasem u Pani Gołąbkowej sytuacja się rozwinnęła i wczoraj, około południa ZoZo odkryła ruch w mieszkaniu.
I jest o tak:

Zdaje się że wczoraj była dwójka małych.
Telefonem zrobiłam zdjęcie jak małe wystawiają łebki i otwierają paszcze, ale jakość tego jest żadna.
Od wczoraj Pani Gołąbkowa jest odwrócona …ekchem…zadkiem w stronę mojego okna. Chyba chce mi pokazać co myśli o moim wścibstwie.

W internetach lamenty na temat temperatur. Ale nie u mnie, proszę państwa. U mnie jest 17 stopni, w porywach do 21, jak wyjdzie słońce i wyjątkowo nie wieje. Jak mówię: nie wieje to nie mam na myśli spokoju w powietrzu, z flagami leżącymi na masztach i dymem z kominów pionowo w górę. Nie. Jak mówię „Nie wieje” to domyślnie opuszczam ciąg dalszy zdania które brzmi „tak bardzo” czyli wieje, ale łba nie urywa.No taki wiatr z prędkością maksymalną do 5m/s.
Ostatnimi czasy jest bowiem tendencja by taki słaby wiaterek pojawiał się w momencie deszczu. Jak deszcz się odsuwa, wychodzi słońce – wtedy zaczyna wiać mocniej. I tak w koło macieju. W sumie to byłoby sympatycznie kilka dni ciepełka powyżej 21 stopni, niechby sobie wtedy i wiało…

Urlop się zbliża, powinnam popracować intensywniej, ale…Żeby mi się choć w połowie tak chciało, jak mi się nie chce! Najchętniej spędzam czas z książką. Z całą świadomością unikam fejsbooka i innych takich. Staram się zaglądać jak najmniej, choć ostatnio, z powodu poszukiwań znowu zaglądam częściej.
W sprawie poszukiwań stop. Czekanie.
Napisałam do gazety z prośbą o przekazanie wiadomości dla p. Leokadii o której jest w komentarzu pod poprzednim postem. Innego kontaktu nie znalazłam. Ośrodek w którym ta pani pracuje nie ma strony internetowej, pani chyba nie ma fejsbooka, google innych informacji o tej pani mi nie podaje.
Wychodzi na to, że powinnam jesienią, jak się te wakacyjne tłumy przewalą pojechać najpierw do Rynu (mam wszak ulicę i zdjęcie bloku) a potem do Wilna i Kowalczuków. Sama, czemu nie? Tam gadają po polsku…Albo namówić Anię Kuzynkę…
Hm…
Piszę a głowa już planuje połączenia i oblicza budżet.
Hm…

69. Moja babka Helena Pawtel

Wyobraź sobie:
Jest taka wieś niedaleko Wilna. Nazywa się Zielony Bór. Jest rok 1940…albo jakoś tak koniec 1939.Może Boże Narodzenie? Młody Wiktor S. żeni się z Heleną Pawtel. Wiktor jest z dobrej rodziny: dziadek pracował na kolei, matka z ojcem prowadzili piekarnię. Ojciec Wiktora zmarł dość wcześnie. Katarzyna, matka Wiktora po śmierci męża odbyła żałobę, a jakiś czas potem wyszła ponownie za mąż za niejakiego B. Urodziła temu B. syna Pawła, a potem ów B. gdzieś przepadł.  Zmarł z jakiegoś powodu i odtąd Katarzyna – podwójna wdowa, sama wychowywała dwóch synów: Wiktora S. i Pawła B.
Helena Pawtel była piękną kobietą. Miała ogromne szaroniebieskie oczy, szerokie czoło, kasztanowe włosy, nos prosty. Była drobna, ale pracowita i silna.  12 października 1940 roku urodziła Wiktorowi syna, któremu na chrzcie dano Walenty.
Trwała II Wojna Światowa.
Na Litwie rządzili Rosjanie. Wiktora wraz z wieloma innymi młodymi mężczyznami wsadzili do więzienia. Dlaczego? Może dlatego, że nie tak dawno opuścił polskie wojsko? Może prewencyjnie?
W czasie, gdy Wiktor był w więzieniu, Helena spotkała rosyjskiego oficera. Kim był? Nie wiadomo, nie wiadomo jak się nazywał, wiadomo, że był oficerem. I Helena się zakochała. A oficer zakochał się w niej. Spotykali się swobodnie, bo mąż Heleny siedział przecież w więzieniu.
A może Helena się wcale nie zakochała? Może poszła do tego oficera błagać o męża, a ten widząc jej urodę wykorzystał sytuację?
Na Litwie zmieniła się władza. Rosja, a raczej ZSRR wycofało swych urzędników i powołała litewskich. Litwini  wypuścili z więzienia Polaków. Wiktor wrócił do Zielonego Boru, a tam już mu życzliwi donieśli jak wiernie czekała na niego żona. Wiktor odwołał się więc do swego męskiego prawa i zbił Helenę za wiarołomstwo. Czy to Helena się poskarżyła? Czy ktoś doniósł? Rosyjski oficer szybko się dowiedział i Wiktor znów trafił do więzienia, a tam został bardzo mocno pobity. Nigdy nie powiedział dokładnie co go tam spotkało, ale potem mówił, że to za Helenę.
Był rok  1941…a może 1942? Wg historii raczej 1941, wiosna, może wczesne lato. Ciepło w każdym razie. Z dala słychać było odgłosy nadciągającego frontu.
Wiktor wciąż tkwił w więzieniu. Helena S. ubrana w zwykłą codzienną sukienkę i domowe pantofle przybiegła do teściowej, Katarzyny B. Poprosiła, żeby Katarzyna chwilkę popilnowała jej synka, Walka. Ona zaraz wróci, tylko jedną rzecz załatwi. Katarzyna domyśliła się, że synowa chce się pożegnać z kochankiem, ale co miała robić? Wzięła wnuka, a Helena pobiegła. I już nie wróciła.
Ktoś ją  we wsi widział ją nieco później  z tym „ruskim” oficerem.
Walek został z babcią.
Przetaczała się wojna, Wiktor gdzieś po drodze wyszedł z więzienia, zaręczył się z inną kobietą, znów do więzienia poszedł. Może miał pecha? Może robił coś nielegalnego? A może po prostu  był złym człowiekiem? Dziś się tego dowiedzieć nie sposób.
 Przyszło wyzwolenie, Jałta i obowiązkowe przesiedlenia.
Katarzyna B. jej syn Paweł i wnuk Walek S. przyjechali na Warmię w 1946roku. Do tego samego miasteczka zjechała większość ludzi z Zielonego Boru i okolic, w tym rodzony brat Katarzyny: Franciszek, dawny piłsudczyk. A także dalsza rodzina Heleny Pawtelówny. Po jakimś czasie okazało się, że najbliżsi Heleny – jej rodzeństwo (płci nie znam) osiedlili się w Rynie na Mazurach. I w tym Rynie odnalazł ich list Heleny. Helena, Helka na nią mówili, pisała, że żyje jej się dobrze w środkowej Rosji, że oficer wziął z nią ślub oraz, że ma dwóch synów. O Walka nie pytała. Korespondencja trwała jakiś czas. Rodzina zapraszała Helenę do przyjazdu, najpierw nieśmiało potem coraz częściej. I wtedy korespondencja się urwała. Listy wysyłane do ZSRR wracały z dopiskiem: Adresat nieznany.
Wiktor więzienie przetrwał. Kilka  miesięcy po matce też przyjechał na Warmię. Zabrał Walka do siebie, ale jego obecna żona nie lubiła chłopca. Walek mało o niej mówił, raz tylko się przyznał, że macocha mu jeść nie dawała.
Wiktor po więzieniu i pobiciu nie doszedł do siebie. Był chory, słaby, niezdolny do pracy. 1947 roku zmarł, a Walek znów zamieszkał z babcią Katarzyną i swoim stryjem Pawłem starszym od niego o zaledwie kilka lat. Przez całe życie Paweł był mu jak starszy brat. Katarzyna B. kochała wnuka z całej siły i rozpieszczała go jak tylko mogła. Żal jej było sieroty i tylko czasem, gdy ją czymś zirytował mówiła na niego Helczyk Kasałapy. Helczyk bo syn Heleny – podobno mocno ją przypominał. Kasałapy bo miał długie ręce.
Kiedy rząd polski zaczął wypłacać zapomogi dla sierot wojennych Katarzyna o taką zapomogę wystarała się dla Walka. Podobno jak dostała pieniądze to nie wiedziała czy śmiać się czy płakać. Kupiła Walkowi spodnie i …trójdzielny obrazek z wizerunkami: Matki Boskiej Częstochowskiej, Jezusa w cierniowej koronie i Maryii. Chyba uznała, że jedyne co może to zapewnić wnukowi to opiekę boską. Katarzyna  zmarła w 1974r.
Walek w 1962 roku ożenił się z Haliną K. Z tego związku urodziły się dwie dziewczynki:
w 1963 Barbara S. (zmarła w 2012).
w 1965 Katarzyna S. – czyli ja.
Walek, mój ociec zmarł w 1980 wskutek pobicia. Moja mama Halina zmarła w 2016.

Jako dziecko często słyszałam jak ojciec marzy, że któregoś  dnia pojedziemy do Rynu, odwiedzimy krewnych jego matki, a potem do Rosji by odnaleźć ją samą oraz jego braci. Nigdy się to nie stało.
Kiedy podrosłyśmy rodzina ojca patrząc na moją siostrę Baśkę mówiła, że to skóra zdjęta z Helki. Stąd wiem jak wyglądała moja babcia.
Chciałabym dowiedzieć się czegoś o losach Heleny, ale czas zatarł ślady i teraz nawet nie wiadomo gdzie szukać.
Trójdzielny obrazek jest ze mną w Szwecji, choć deklaruję się jako niewierząca, obraz ten będzie zawsze w moim domu. To w zasadzie jedyna pamiątka rodzinna jaką posiadam.

PS. Na FB dałam ogłoszenie, że szukam rodziny Pawtelów lub Paftelów z Rynu. Odezwał się jeden pan, podał ulicę przy której mieszkał taki pan.
Poprosiłam moją kuzynkę by zapytała swego prawie dziewięćdziesięcioletniego ojca, o umiejscowienie Zielonego Boru.  Na mapie Litwy znalazłam maleńką wieś o takiej nazwie. Wieś leży jakieś 34km od Wilna, dziś mieszka w niej zaledwie 7 osób. Ale Ania – kuzynka oświeciła mnie, że Zielony Bór, który widniał w dokumentach mojego ojca to obecnie Kowalczuki, wieś gminna oddalona o 24km od Wilna, położona blisko granicy z Białorusią.
Poszukiwania trwają.
Mam zamiar zwrócić się do Polskiego Czerwonego Krzyża, ale najpierw chcę ustalić jak najwięcej danych mojej babki. Może znajdę kogoś z jej rodziny u kogo przechował się bodaj jeden list? Może ustalę jej nazwisko po owym radzieckim oficerze? Albo choć ostatnie znane miejsca pobytu? A  może uda mi się poprosić kogoś na Litwie kto przejrzy księgi parafialne i znajdzie datę urodzenia Heleny oraz imiona jej rodziców?

Gdyby ktoś z Was napotkał nazwisko Pawtel lub Paftel – niech zapyta czy rodzina tej osoby podchodzi spod Wilna, a jeśli tak – niech poprosi tę osobę o telefon bym mogła się skontaktować. Nie chodzi tylko o odszukanie Heleny, ale też o poznanie historii jej rodziny.

67. Midsommar

Fejsbuk pełen zdjęć przy Midsommarowym Słupie. Dziewczyny małe i duże w wiankach, niektórzy panowie też, roześmiani, wśród bliskich, przy stole…
I my. Sami. We dwoje, każde w swoim pokoju.
Co takiego jest w nas, że ludzie trzymają się od nas z daleka? Które z nas jest bardziej odpychające? A może oboje w równym stopniu zrażamy do siebie ludzi?
W takie dni widać jak bardzo jesteśmy samotni.