66.

Wciąż jeszcze jestem pod wrażeniem co potrafi natura.
Przedwczoraj…
Cały dzień był gorący i parny. Nad miastem rozciągał się błękit nieba, ale powietrze było ciężkie. eM wróciłz pracy około szesnastej, spakowaliśmy różne śmieci i pojechaliśmy na wysypisko.
(O samym wysypisku muszę napisać oddzielny pean).
Wróciliśmy. Wstawiliśmy samochód do garażu.
Powietrze nadal było ciężkie, ale w powietrzu zaczynało się czuć zimne, podmuchy, a na błękicie nieba pojawiła się ciemna chmura.
eM powiedział:
– O, ale zaraz będzie…
Ja zbagatelizowałam:
-E, z wielkiej chmury mały deszcz.
Ale te zimne, naprawdę zimne jęzory na odkrytej skórze sprawiały, że czułam, że to nie będzie taki zwykły deszcz.
Chmura sobie sunęła, usiadłam na balkonie i zaczęłam się gapić, myśląc czy jest w tej szarej masie coś ciekawego do uwiecznienia aparatem. I gdy tak się gapiłam dotarło do mnie, że chmura sunie z ogromną prędkością, choć wiatr nie wieje jakoś szybko. Błysnęło. Zagrzmiało nim doliczyłam do pięciu. Pomyślałam, że to będzie chyba coś więcej niż zwykła burza.
W górze kłębiło się białe z szarym, coraz mocnej zasnuwając niebo nad moim domem. Spadła jedna kropla, za nią tysiące małych drobnych, które z każdym ułamkiem sekundy stawały się coraz większe. Umknęłam do domu gdy na balkon spadła pierwsza lodowa kuleczka wielkości grochu. I się zaczęło…

Mogłam tylko bezradnie patrzeć jak grad masakruje moje kwiatki. I z trwogą zaglądać do Pani Gołąbkowej na gnieździe, ale korona drzewka jest dość gęsta i chyba ją troszkę osłoniła.
Pomiędzy zdjęciem 1 a 9 jest tylko 6 minut odstępu.
Ledwie tylko zelżała gradowa kanonada gdy na parking wylegli sąsiedzi. A my mogliśmy odetchnąć z ulgą, że nasze auto było w garażu.
Chwilę potem kolega męża przysłał mu film z drugiej strony miasta. Wszędzie było tak samo: zalane ulice, samochody w wodzie aż po podwozie, górki lodu pod rynnami.
Pies na wieczornym spacerze odkrył taką górkę i miał minę pod tytułem „GWIAZDKA W CZERWCU!”. Tarzała się w tym lodzie z lubością, wtykając nos w lód i wzdychając głęboko. Jeszcze 12godzin później bez większych poszukiwań znalazłyśmy leżącą wciąż choć już brudną i dużo mniejszą górkę lodu.
Trawniki i chodniki pod drzewami przykryte były małymi kasztanami, orzechami bukowymi, liśćmi i gałązkami.
Straszny widok.
Szczęście w nieszczęściu, że ten grad spadł głównie w mieście. Po za miastem tylko popadało, więc może nie narobiło szkód rolnikom.
A kiedy kolega eMa zadzwnił do ubezpieczyciela, by zgłosić szkodę samochodu był trzytysięczny w kolejce.

Tymczasem dziś mamy Midsommar Afton. Czyli Wigilię Nocy Świętojańskiej.
W Szwecji Midsommar Afton jest dniem tej samej rangi co Jul Afton czyli Wigilia Bożego Narodzenia.
A skoro Midsommar to znaczy jedno: idziemy znowu w mrok. Jeszcze z tydzień – a potem dzień będzie się skracał i skracał.

65.

Nie podobają się moje diamenty? Czy może macie już dość moich zachwytów nad światem „oddolnym”?
Mnie nie nudzi. Zachwyca, że aparat łapie takie ulotne chwile i takie gołym okiem trudne do zobaczenia zjawiska. Kocham tę zabawkę 😀
A tymczasem dni pędzą. Gdzie się podział czerwiec? Wczoraj był maj a tu już Midsommar w piątek. Midsommar oznacza, że idziemy w stronę mroku, niestety. Ale póki co cieszymy się długimi dniami, ciepełkiem choć pogoda w tym roku strasznie nieobliczalna i jakaś taka niezgodna z termometrem.
Nim wyjdę rano z Tosią sprawdzam temperaturę. I zawsze, ale to zawsze jest inaczej niż by się można było spodziewać. Bo jak jest 12stopni to można myśleć, że cienka, ale pikowana kurtka będzie w sam raz. A tu wychodzisz i jednak nie, za ciepło.Nic to, myślisz, nad rzeką, na otwartej przestrzeni na pewno poczuję te 12-13 stopni. Idziesz nad rzekę a tam woda jak szkło, słońce pada sponad koron drzew…zdejmujesz kurtkę, bo za gorąco. A przypominam, że na spacer Tosia wyprowadza mnie przed ósmą rano.
Innym razem, w sobotę, wybraliśmy się z psem nad jezioro w środku dnia. W mieście zaduch, ani podmuchu, pochmurno, temperatura jakieś 21stopni. Wzięłam ręcznik, buty do wody, bo dno kamieniste…A tu nad jeziorem jak dmuchnie! Odechciało mi się kąpieli i Tośka wlazła tylko raz. I tak w koło Macieju.
Wciąż wieje, mocno i chłodno, ale jak się odjedzie ze 20km od jeziora to przestaje. Czyli to Wener generuje wiatry i zawirowania.
Tymczasem pracuję. Dużo i dużo. Tak dużo, że spadek aktywności Szweda i jego powolne, lecz dość systematyczne przenoszenie spraw do innej pani nie wzbudza jakoś mocno mej paniki, choć trochę wzbudza. Panikę wzbudza też kolejny klient z cyklu „jestem w czarnej dupie”. Bo roboty huk, jak zawsze przy poprawkach, a z zapłatą może być różnie.
Dobrze choć, że zyskałam pomoc takiej jednej księgowej, Szwedki, z którą nawiązałam współpracę. Szwedka jest czymś w rodzaju biegłego rewidenta. Robi dla mnie to, czego ja nie umiem (jeszcze) lub to, do czego auktoriserad revisor jest wymagany.
I od razu mówię: nie, nie zrobię sobie takich uprawnień, bo jestem za stara*.
Ale dobrze ja mieć za plecami, wreszcie jakieś wsparcie choćby mentalne.

*czytaj: nie chce mi się

63.

Taką wczoraj kobietkę wyhaczyłam jak poszłam połazić z aparatem. Ciekawa… Ten motor ma dwa różne koła, widzicie? A kobieta ma loki i szminkę. Nie jest młoda.
Kim jest? Turystką co przejazdem tu zawitała? Nie ma bagaży, więc może jednak miejscowa. Bardzo mnie zaciekawiła.

62. Piper to the end

… This has been a day to die for
Now the day is almost done
Up above, a quiet seabird
Turns to face the setting sun
Now the evening dove is calling
And all the hills are burning red
And before the night comes falling
Clouds are lined with golden thread…

This has been a day to die for
Now the day is almost done
Up above, a quiet seabird
Turns to face the setting sun
Now the evening dove is calling
And all the hills are burning red
And before the night comes falling
Clouds are lined with golden thread …

Posłuchajcie, jakie to piękne. I ten tekst. Tekst człowieka spełnionego, wdzięcznego…
Tak się właśnie dziś kończy mój dzień.

61. Ciepło

tak, czuję ciepło koło serca. Jakby ze sceny spłynęła na mnie najlepsza na świecie energia.
Nie wiem co inni powiedzą o tym koncercie, dla mnie było to przeżycie trudne do opisania.
Muzyka Marka Knopflera jest kołysząca i zataczająca kręgi. Może się komuś zdawać, że to taki pop, ale niech was nie zwiodą taneczne momentami rytmy. To nie jest ten pop jakim częstują nas w radio. W zasadzie to w ogóle nie jest pop. Muzyka wymyka się klasyfikacji, bo jest w niej wszystko: jazz, blues, pop, folk, dance no i rock, jakże by inaczej. Gitara a raczej gitary Marka…
(Powiedział wczoraj: gdy byłem młody miałem tylko jedną gitarę, a teraz są wszędzie.)
Gitara Marka to jeden z 41 instrumentów na scenie! Czy to daje wam pojęcie o tym jak bogate i rozległe jest brzmienie jego piosenek? Gitary, perkusja, jakieś klawiszowe, to normalne. Ale poza nimi były saksofon, trąbka, flet, klarnet, skrzypce, wiolonczela, jakieś dudy i naprawdę nie wiem co jeszcze. Autorem wszystkich piosenek – zarówno muzyki jaki i słów jest Mark Knopfler.
I tu kolejna rzecz, którą trzeba powiedzieć. Teksty Marka to nie powtarzane przez trzy i pół minuty dwa wersy. Każdy tekst to opowieść.
Naprawdę – weźcie pierwszą lepszą piosenkę i przeczytajcie tekst.
To jest poezja. Teksty zazwyczaj mówią o prostych sprawach. O dzieciństwie, o zwykłych ludziach, o miłości- jak w Romeo and Juliet.
Porażony miłością Romeo śpiewa uliczną serenadę
urzekając wszystkich miłosną piosenką.
Znajduje latarnię, wychodzi z cienia
i mówi coś w stylu „Ty i ja, kochanie, co ty na to?”
A potem toczy się opowieść o miłości i stracie, upływie czasu…Na koniec Mark Knopfler mówi „Ty i ja, kochanie, co ty na to?” a w głosie ma chrypkę starego człowieka i wiemy, że choć czas był nie ten, on nadal kocha swą Julię.
Ocierałam łzy i musiałam zdjąć okulary. Pan obok zerkał na mnie ukradkowo. Potem pewnie opowie swojej kobiecie, że ta Polka to się poryczała. Ale co mnie to obchodzi?
Romeo and Juliet to dla mnie szczególny utwór. Zresztą -wiele piosenek Knopflera jest w mojej głowie związanych z przeszłością i gdy którąś z nich słyszę widzę miejsca i ludzi, których już nie ma.
Koncert był długi..długaśny! Prawie dwie i półgodziny. Nie było Brothers in Arms, nie było Sultans of Swing, nie było nic z mojej ukochanej płyty Tracker – czyli ani Lights of Taormina ani Basil, ani Wherever you go.
Nie szkodzi. Koncert otworzył energetyczny Why Aye Man – opowieść o emigrantach ekonomicznych i cóż lepszego można było zagrać w Goeteborgu pełnym takich ludzi z całego świata? Na koniec trzy bisy, jednym z nich było Money for Nothing. Ech. A pomiędzy tym wszystkim, pomiędzy balladami – Mark pokazał, że mimo iż ma 70lat! to potrafi dać czadu. I dawał.
…Tylko ta publiczność jakaś taka niemrawa. Nie byłam w Polsce na koncercie od lat, ciekawa jestem, czy Polacy też tak grzecznie siedzą na krzesełkach, pojadają popcorn a w czasie gdy artysta mówi, i jest dość cicho, bez oporów szeleszczą opakowaniem od czipsów? Czy upijają się tak, że przewracają na schodach do toalety? Czy w trakcie koncertu przeglądają fejsa? Po co przychodzą w takim razie na taki koncert? Przecież bilety nie są tanie, nie szkoda im kasy?

Koncert się skończył.
I jest mi smutno. Przez ostatnie kilka miesięcy kopertę z biletami miałam przyklejoną do szafy obok biurka. Zahaczałam i nią wzrokiem kilkanaście razy dziennie i czekałam. Czekałam cierpliwie, tak samo jak przez prawie czterdzieści lat życia.
A teraz koniec. Mark ma 70lat, czy ruszy jeszcze w trasę? Czy dany mi będzie jeszcze jeden taki koncert? Czuję niedosyt. Nie spojrzałam mu w oczy. Nie powiedziałam: Dziękuję za Twoją muzykę.


60. 12 godzin 45minut

czekałam niemal całe życie. Dziś mam się doczekać. Mark Knopfler zagra dziś dla mnie. Że dla jeszcze kilku setek innych? Nie szkodzi. Ja będę się czuła jakby grał tylko dla mnie.
I nie, wcale nie będę rozczarowana jak nie zagra Sułtanów. Ale chciałabym usłyszeć Basil, Lights of Taormina a najbardziej: Wherever you go, byle nie towarzyszyła mu jakaś miaucząca Szwedka ;).
Tymczasem słucham płyty, którą promuje tym koncertem – Down the road wherever. I myślę sobie, kurczę, może powinnam nabyć płytę na koncercie – taką fizyczną, z okładką i tekstami, bo ta, którą mam to plik elektroniczny…Tylko na czym bym słuchała, nawet nie mam odtwarzacza. Od dawna słucham wszystkiego z komputera lub telefonu.
Tu się na chwilę zadumałam, że jestem szczęśliwym człowiekiem: moje ukochane rzeczy, te bez których da się żyć, ale po co, mam w jednym miejscu i w razie czego tylko jedną rzecz muszę zabrać ze sobą: komputer…a raczej przenośny dysk. Mam tam książki, muzykę, zdjęcia i własne bazgrołki. Reszta się nie liczy, choć fajnie mieć swoje łóżko, swój fotel itd…
Nie mogłam zasnąć z ekscytacji. I nie mogę spać teraz.
Jedno mnie boli: nie zrozumiem co mówi, albo zrozumiem piąte przez dziesiąte. Ech…gdyby ktoś wpadł na pomysł emitowania tego co mówi na bieżąco w formie pisanej. Ale głusi mają gorzej.
Będzie pięknie!


58.

Jedna z moich klientek wraca za tydzień do Polski.
I się zadumałam. Bo nie sądziłam, że to powiem, ale…rządy PiSu tak krytykowane, odnoszą skutek. Na przykład taki, o jakim mówiło wielu prze nimi: że ludzie będą chcieli wrócić do Polski.

Młodzi ludzie, z małymi dziećmi, jeszcze w wieku przedszkolnym. Ona sprzątała, on pracował gdzieś przy remontach. Mieszkali w mieście podobnym do mojego: poniżej 10 tys mieszkańców, na uboczu, zbyt daleko od wielkich miast, by móc szukać tam zatrudnienia. Żyli tu spokojnie, ale wyobcowani, bo z językiem kiepsko, znajomych niewielu, a rodzina w Polsce. Finansowo dolne poziomy stanów średnich albo i to nie. Kilka miesięcy temu on uległ wypadkowi…no i stracił pracę.
Mogę się domyślać, że pracował u rodaka. Grosze do ręki, więc ubezpieczenie słabe, albo żadne.
No i podjęli decyzję: on dostał pracę w Polsce z dobrą pensją. Tam mają rodzinę, mieszkają w dużym mieście. Jak dostaną od państwa 1000zł na dzieci plus jego pensja, będą mogli żyć lepiej niż tutaj, bez poczucia że są obywatelami drugiej kategorii, u siebie, bez codziennych potyczek z językiem i nieznanymi zwyczajami.
W sumie ich rozumiem.
To zwykli, szarzy ludzie, bez wielkich ambicji, tacy przeciętni Kowalscy. Polityka ich nie obchodzi, kościół im nie przeszkadza, pewnie są typowymi polskimi katolikami (dwa razy w roku do kościoła, ślub kościelny i chrzciny dzieci, bo wszyscy tak robią, dzieci na religię, do pierwszej komunii i bierzmowania, nie kradną, nie zabijają, nie cudzołożą) są heteroseksualni, ani in vitro ani aborcje im głów nie zaprzątają. Co ich tam obchodzi, że jakiś polityk dostaje premię, albo zatrudnia swoją rodziną wszędzie, gdzie tylko może? Zawsze tak było i zawsze tak będzie.
Wrócą do Polski i poczują, że odzyskali godność.

I nie piszę tego złośliwie czy ironicznie. Oto fakt, prostu.
I choćbyśmy nie wiem jak się zżymali to tego się nie zmieni: przeciętny Kowalski tak chce żyć i takie życie mu wystarcza.
Jakby w zgodzie z moimi przemyśleniami na fejsie co chwila ktoś udostępnia artykuł jakiejś pani o jej kuzynach, który stwierdza podobny fakt.
Kim jesteśmy by ich oceniać?