Umówiłam się z koleżanką na pogaduchy. Spotkanie ustaliłam we wsi, nie wiem dlaczego.
Zadzwoniła, że jedzie. Zebrałam manatki: aparat, wodę, portfel, kapelusz, telefon. W ostatniej chwili dorzuciłam psią miskę. Trampki na nogi, smycz w łapę, pies do smyczy przypięty – idziemy.
Podwórze, kur jeszcze nie ma, koty się pochowały, ciągnę Tośkę nie dając chwili do namysłu bo jak ją znam, uwali się w trawie i będę ją namawiać do usr…do śmierci.
Za chaszczami zastępującymi bramę spada na nas żar. Nie ma jeszcze jedenastej, z nieba na głowę spada piekło w czystek postaci. Ani podmuchu wiatru tylko biała droga wśród pół. Na łące spaceruje bocian, ale ogłupiałe od nagłego gorąca nie jesteśmy w stanie skupić na nim uwagi. Tośka dyszy jak miech, jęzor sobie prawie przydeptuje.
Idziemy. Wypatruję cienia i tam daję i jej i sobie chwilę wytchnienia. A potem ruszam dalej. Pies dogania mnie dopiero po chwili, jakby do końca miała nadzieje, że tym razem to dalej jej nie pogonię. Gonię jednak. Solidarnie z psem – nie piję ani kropli z butelki. Byle szybciej do wsi – tam ignorując opory przez komunikowaniem się z obcymi poproszę o miskę wody dla psa.
Przy pierwszym domu zakładam jej smycz. Po ulicy jeżdżą auta w te i we wte, wypasione limuzyny każde na warszawskich blachach. Sąsiednia agroturystyka ma w soboty dzień otwarty.
Tośka uwala się pod płotem. To znaczy najpierw usiłuje wtargnąć na cudze podwórze, ale ją powstrzymuję. W zamian za to uwala się na trawie z miną: nie wstanę, tak będę leżał.
Namawiam, tłumaczę, zmuszam. Mogę se…
Po dziesięciu minutach pies wstaje, gotów do drogi. I nieruchomieje. CZŁOWIEK!
Człowiek woła:
– O, narzeczona! Cześć!
Do mnie? Podchodzi kilka kroków
– Aneta?
– Nie – odpowiadam.
– Ojej, przepraszam, myślałem, że to znajoma, przepraszam…
– Nie szkodzi – mówię i idę. Tośka na szczęście też. Koleżanka zadzwoniła, że już jest we wsi, stoi pod sklepem. Zaraz będę – odpowiadam.
Mijam dom z wysoką rampą, wygląda jak stary sklep, z klubokawiarnią. Ilekroć tamtędy przejeżdżam, na schodach wylegują się psy. Teraz ich nie ma, ale zapach ściąga Tośkę. Węszy, ciągnie po schodach, zza otwartych drzwi szczeka pies. Ciągnę bydlaka siłą, na szczęście idzie, dyszy jak miech kowalski. Aśkę dostrzegam na ławce, nim zdążę zrobić gest podnosi się i idzie do mnie. Tośka się cieszy, ślini Aśce spodnie, Aśka mówi
-No kurde – i strzepuje portki, ja przepraszam
– Zapomniałam ci powiedzieć, że masz nie ubierać elegancko
Ona macha ręką, śmieje się i pyta czy kiedykolwiek widziałam ją ubraną elegancko.
Uściski. Ustalanie, że samochód to trzeba w cień, a psu wody. Mija nas kolejny człowiek.
-Proszę pana a gdzie tu można dostać miskę wody dla psa? – pytam.
-Co?
– Gdzie dostanę wodę dla psa? Miskę mam…
– A tam – macha ręką w nieokreślonym kierunku – pani tam podejdzie, taki w żółtej koszulce to właściciel, pani mu powie to on da.
Podchodzę. Siedzi ich kilku, wokół nich butelki po piwie. Milkną gdy podchodzę. Grzecznie się witam.
– Przepraszam, a gdzie możemy postawić auto, żeby było w cieniu?
Podchodzą wszyscy, chcą być pomocni, machają rękami mówią, że tu, tu będzie dobrze, tu jest w porządku, i tam, tam też można. Jeden w pomarańczowej koszulce wysuwa się naprzód.
– A ten pies to gryzie…- bardziej stwierdza niż pyta.
Zapewniam, że nie, wcale, łagodny, ale Tosia przykleja mi się do nogi, stoi na ukos, odgradza mnie od obcych. Kurde…Wionie alkoholem, nie wiem co mój pies na to. Wcale się do panów nie wdzięczy.
Proszę o wodę, podaję miskę. Pomarańczowy oddala się w stronę domu.
– A ten pies to jakiś rasowy, nie? – odzywa się Szczerbaty. I tak ma więcej zębów niż jego koledzy.
– Tak, rasowy – przytakuję. Kątem oka patrzę jak Aśka przestawia samochód.
– A my tu mamy dużo psów- ciągnie Szczerbaty.- Mogą ją zgwałcić. To suka, nie?
– Suka.
– I co będzie?
– A co ma być?
– No jak ją zgwałci jakiś nasz pies?
– Szczeniaki będą. Może nawet całkiem ładne – mówię spokojnie, bo Tośka aktualnie woli bożej nie czuje.
Pomarańczowy wraca z miską pełną zimnej wody. Tośka grzecznie chłepcze, ale nie tak jak sądziłam, że będzie. Chyba odpoczęła. Idziemy dalej. Wreszcie stwierdzamy, że nie mamy siły szukać miejsca na kawę, siadamy po prostu pod jakąś lipą, na wystrzyżonym skwerku, z dala od domów. Mijają nas różne auta – tu w okolicy pełno jest jakichś agroturystyk, pensjonatów, ludzie wożą się starymi drogami, pełnymi kocich łbów. Jakaś kobiete chyba kończy sprzątanie, wylewa wodę w wiadra wprost na trawnik spogląda na nas. Chwilę potem wyjeżdża złotym matizem. Kłania mi się, ja jej odpowiadam, a ona nieruchomieje – raportuje mi Aśka. Chyba znowu mnie z kimś pomylono.
Gadamy, gadamy. Lipka daje cień, stoi na wzniesieniu czasem zawiewa leciuteńki wiaterek. Ale gdy słońce się lekko przesuwa znowu czuć żar.
Aśka stwierdza, że musi wracać. My też.
Myśl o drodze mnie przeraża. Ale co mam robić? Idziemy.
Skądś dudni – na ogrodzonej działce staw, dymi grill, z samochodu dudni muzyka, jakieś dzieci biegają. Pytam młodego, do połowy rozebranego mężczyznę, czy mogę wejść na jego teren, żeby dać psu wejść do wody.
Pozwala, ale mówi, że z zejściem słabo bo od razu głęboko, i nie wie…
Proszę więc o tylko wodę. Przechodzi na drugą stronę ulicy, odkręca kran na budynku. Psy za płotem zaczynają ujadać, Tosia kręci się w kółko. Aśka bierze miskę, ja psa i odchodzimy, żeby psy się uciszyły.
Dajemy psu wodę, która jej wcale nie interesuje, żegnamy się. Do za rok.
Aśka odjeżdża, a my ruszamy. Idę trzymając smycz w jednej, a miskę z wodą w drugiej ręce. Zero cienia, biała droga i kłęby kurzu od kolejnych aut.
Mijamy dom z rampą. Psy wybiegają, poszczekują, lgną do Tośki a ona wcale nie jest im niechętna. Z domu wychodzi mężczyzna. Obwisły dres, rozciągnięty, sprany t-shirt. Uśmiecha się szeroko, woła psy
– Przepraszam panią, bardzo przepraszam za psy
Ja się uśmiecham bo mam w sobie przyjaźń do świata, psy są zadbane – puchate, nie wychudzone i wcale nie agresywne. Obwąchują się z Tośką. Niechby sobie razem i pobaraszkowały, ale ukrop z nieba a my w pełnym słońcu. Dodatkowo obok droga i te auta. Cieszę się w duchu widzą jak w ślimaczym tempie suną po kocich łbach kolebiąc się na dziurach. Może i dobrze, że w środku wsi nie ma lepszej drogi. Tak „warszawka” musi zwolnić.
Słońce się przesunęło, teraz świeci wzdłuż drogi, cienia na niej coraz mniej, ale wreszcie gdzieś na skraju wsi, pod płotem wilgoć trawy i cień. Siadamy obie. Tosia wypija resztkę wody. Nie poganiam jej. Niech leży. Przed nami 20 minut drogi niemal w pełnym słońcu.
Sama nie mam chęci iść. Mogę tu siedzieć.
Chłopiec za płotem odgania Tosiowych wielbicieli, którzy dotąd szli za nami. Chwilę potem słyszę głos:
– Czy ja dobrze widzę? To berneńczyk pod moim płotem? Boże jaki piękny!
Młoda kobieta stoi w bramce. Podnoszę się.
– Mogę się przywitać? – pyta kobieta. Zapraszam. Ale dostrzegam w jej dłoniach kanapki więc mówię, żeby je lepiej odłożyła. Kobieta cofa się, wraca woła:
– A może pani tu wejść? Ja tylko te kanapki odłożę.
Idę, kobieta stoi w bramce, woła Tośkę zachwyconym głosem. Puszczam smycz. Pies jak petarda wpada w ramiona nieznanej kobiety. Potem ją mija, wpada do ogrodu, obskakuje radośnie chłopca, chłopiec kładzie się na trawie i pozwala lizać.
Dostajemy obie wodę – ja dodatkowo z cytryną i miętą. Tosia, już bez smyczy kręci się jak fryga, węszy, szuka, biega za chłopcem. Kobieta się przedstawia – Agnieszka Jakaśtam- stoimy, gadamy. O psach, berneńczykach, bo ona miała, ale zachorował na raka…Ale kupi następnego, bo to rasa jedyna na świecie taka cudowna: mądra i przytulna.
Dom jest przepiękny: murowany, z czerwonej cegły, z dobudowanym tarasem z ciemnego drewna. Na podwórzu rabaty z cieniolubnymi kwiatami i wysokie drzewa. Domek na jednym z nich. Chłopiec, Franek buszuje z Tosią. Tosia cała szczęśliwa.
A ja nabieram powietrza w płuca. Tak. Tak powinien być mój pies witany. Tak traktowany. A nie – ledwie tolerowany.
Wreszcie – trzeba się pożegnać. Idziemy. Za krzyżem odpinam smycz znowu. Tu już mało kto jeździ. Idziemy od plamy cienia do plamy cienia. Coraz bardziej niechętnie im bliżej naszej siedziby.
Wpadamy do pokoju, Tośka rzuca się na michę z karmą. Ja do prysznica, ale najpierw nalewam zimnej, pachnącej bagnem wody po brzegi.
A potem trochę drzemiemy przytulone na łóżku.
I tak nam moja dzień przedostatni pobytu tutaj.
Jeszcze tylko dwie noce i jeden, jutrzjszy dzień.
eM dostał instrukcję, że w poniedziałek ma być wcześnie rano, jak najwcześniej. Nie chcę tu być ani minuty dłużej niż muszę. Już tu nie wrócę. I do tej wsi pewnie nie wrócę, chyba, że przejazdem, choć ludzie wydają się tu nie być źli.
85.
Nad ranem obudził mnie lekki ból głowy. Aż dziw, że tak lekki. Ale okropny ucisk w żołądku i – dzień dobry, tak dawno cię nie było- zgaga.
Gdy wstałam o siódmej ból głowy zniknął, ale zgaga powiedziała, że ona się wprowadza, tylko leci po rodzinę…
Dobra dowcipkuję, bo powoli wracam do równowagi.
Tylko tylko, że nie chciało mi się iść na śniadanie, nie chciało mi się być uprzejmą, nie chciało mi się gadać…nawet karteczki pisać mi się nie chciało. Napisałam SMS: Migrena, nie szykuj mi jedzenia.
Zwinęłam się w kłębek na łóżku, zawołałam Tosię, bo jest mi lepiej gdy mam ją pod ręką. I drążyłam.
Czemu mnie to tak dotknęło nadal nie wiem. Ale chyba dlatego, że dość szybko nawiązaliśmy osobistą relację i po prostu miałam nadzieję, że będzie to relacja trwała.
Jaka reakcja byłaby dla mnie dopuszczalna w tej sytuacji: żadna, w myśl zasady, że za własne błędy i niedopatrzenia odpowiada się samemu. Tak, nie uważam, że zaistniała sytuacja wynika z mojego niedopatrzenia, wręcz przeciwnie, uważam, że zrobiłam więcej niż wielu ludzi w mojej sytuacji by zrobiło. Kurde. Ja za pobyt tutaj zapłaciłam, nikt mnie tu nie przyjął z litości, z powodów innych niż finansowe, nikogo nie błagałam o pozwolenie przywiezienia psa. Owszem: obiecałam, że dopilnuję by pies nie stał się kłopotliwym intruzem, ale jednak decyzja należała do gospodarza.
Czemu nie poszłam na to śniadanie, czemu nie chce mi się robić wspólnie kolacji? Chyba po dziecinnemu chcę sprawić temu człowiekowi przykrość czyli go ukarać. Najbardziej chciałabym sobie już stąd pojechać, nawet zaczęłam szukać czegoś na te ostatnie dni, ale raz że zostały tylko oferty najdroższe, dwa, że nie chcę robić demonstracji.
Siedzę w pokoju, na podwórku chyba upał, wszystkie fruwaczki teraz polują na żer, więc nie pójdę na pola, posiedzę sobie tutaj, w ciszy, chłodzie, z psem u boku.
84. …i zdechło…
Gospodarz wypatrzył jakieś rysy na jasnej podłodze, prawdopodobnie zrobione przez psa. Zwrócił mi uwagę, grzecznie, żeby nie było. Był poruszony owszem, ale nie żeby niegrzeczny.
Mnie się zrobiło przykro. Bardzo przykro. Chyba czuję się potraktowana lekko niesprawiedliwie.
Ja rozumiem: jego dom, wypieszczony, ukochany.
Z drugiej strony: pytałam czy mogę z psem, mówiłam, że pies duży. Przywiozłam własną pościel, poprosiłam o zabranie z pokoju wszystkiego wrażliwego, na łóżko narzuciłam foliowany koc, żeby nie pobrudzić materaca. O podłodze nie pomyślałam w kontekście psa. Choć kilka dni temu powiedziałam, że taka jasna podłoga, a przy wejściu tylko wycieraczka na zewnątrz. W środku przy drzwiach żadnego miejsca na odstawienie choćby brudnych butów. Mój pokój jest oddzielony od reszty mieszkania, ma oddzielne wejście i żeby iść do kuchni to trzeba wychodzić na dwór. A pokoju zupełnie żadnego miejsca na ubłocone kalosze. Zasugerowałam, że powinna tam leżeć jakaś łatwa w utrzymaniu mata, która zbierze gruby brud typu żwir wniesony na butach.
A dziś, gdy wróciłam z pobliskiego miasteczka, pod drzwiami leżała mała mata, a chwilę potem usłyszałam, że ma prośbę, bo wiesz pies ryje podłogę…
Jaka miała być ta prośba już z przejęcia nie zapytałam.
Mam…co? Uwiązać psa na dworze? Oddać do eMa na resztę dni?
Rozłożyłam na podłodze stary koc, który wzięłam jako narzutę na łóżko.
…Jak raz przyjechali moi goście. Niby atmosfera się ociepliła, ale w głowie już mnie łupie. I już nie chcę tu być.
83. Rycerzy Trzech
Ketling, Wołodyjowski, Zagłoba
dręczy nas pech:
Wszystkim nam się Basieńka podoba…

Po prostu: pewne rzeczy są niezmienne.
82. Miasteczko…
Dzień w Miasteczku obfitował we wrażenia.
Najpierw cmentarz i wizyta u rodziców. Bijąc się sama ze sobą kupiłam
plastikowe kwiaty, bo mam świadomość tego, że najwięcej wokół grobów robi
ciocia Wanda. A ona ma około osiemdziesięciu lat.
Nasze groby leżą na uboczu i do najbliższego śmietnika jest kawałek drogi…
Groby zadbane.
Potem wolnym krokiem przeszłam się do centrum, odnotowałam most 100-lecia
Niepodległości – czyli kładkę nad Łyną i betonowy chodnik. Pod basztą, w cieniu
tradycjnie siedziało trzech Panów Lumpów. Jeden spał na chodniku, z głową na
schodku. I właśnie łapię się na powrocie do starego myślenia: w środku dnia, w
środku miasta na ulicy lezy człowiek, ubranie świadczy o niezbyt wysokim
statusie społecznym, nawet mi do głowy nie przyszło podejść i sprawdzić czy on
naprawdę śpi czy może potrzebuje pomocy. Założyłam, jak wielu innych, że śpi
pijany…
Można wyjechać z Polski, ale Polska chyba nie tak szybko wyjeżdża z
człowieka…
Potem zabrała mnie Ania. Kilka godzin spędziłam u niej – z jej rodzicami, moim
wujkiem i jego ciocią. Oni niedawno świętowali 65 rocznicę ślubu!
Ciocia się krygowała, że bluzkę ma brzydką, „a ty Edek też mówiłam weź
lepszą koszulę”. Patrzyłam na nich i byli najpiękniejsi na świecie.
– Nie trzeba – powiedziałam im – i tak jesteście śliczni oboje. Takich was
kocham. – wyrwało mi się. I się troszkę zawstydziłam. Ciocia nic nie
odpowiedziała, wujek też nie.
Pokazywałam zdjęcia Zozo i Misi i Mela i Yankiego. Opowiadałam. Byli ciekawi,
jak zawsze, naszego życia, ale już nie zadawali pytań o imigrantów.
A potem, kiedy obejrzeli kolejny odcinek tureckiego serialu, wyciągnęłam ich na
wspominki. Głównie chodziło mi o Helenę, ale opowieściami o Franciszku też nie
pogardziłam. Franciszek to był rodzony brat mojej prababci Katarzyny i ojciec
wujka Edka. Dla mnie był dziadkiem
Franciszkiem, jedynym jakiego miałam. Wujek ma w głowie tyle anegdot z życia
swego ojca, byłego piłsudczyka! Troszkę mi opowiadał choć trudno się go słucha.
Mówi już trochę niewyraźnie i robi sporo dygresji, w których się nieco gubiłam
choć słuchałam z całą uwagą. No, ale czegóż chcieć od człowieka który ma 91
lat?
Ciocia mówi krótko, konkretnie. Często rzuca jedno słowo tylko i ono jest
tymnajważniejszym. To ona powiedziała o kościele w Szumsku – tam odbywały się
śluby, chrzściny i pogrzeby, bo w Kowalczukach kościoła wtedy nie było. I to
ona z czeluści pamięci wydobyła nazwę Połubeczki -stamtąd pochodziła moja babka
Helena. I piękna była. Nie wysoka, ale nie niska, proporcjonalnej budowy, z
okrągłą buzią i włosami nie blond, ale i nie ciemnymi, a na pewno nie
czarnymi…Czy te złoto-brązowe włosy u mojej córki i wnuczki to może być
spadek po niej? Rodzice Heleny mieli restaurację i ona w wojnę była tam kelnerką.
Jest jeszcze kilka historii o Dziadku Franciszku, ale to innym razem. Ważne, że
nasze rodowe nazwisko (wujek takie nosi, moja prabaka się tak nazywała nim
wyszła za mąż) pisało się przez E nie przez O. Spolszczono je świadomie przy
repatriacji dziadka. Ale zachowane są oryginalne dokumenty dziadka, ze
właściwie napisanym nazwiskiem, różne przepustki z wojska i dowód tożsamości i
inne takie. (Ania pieczołowicie pokserowała co było, a oryginały schowała w
plastikowych koszulkachi nie wyciaga ich na światło dzienne). I jeszcze mój pradziad Stanisław (chyba)
pierwszy mąż prababci Katarzyny zmarł w czasie I wojny światowej bo go Niemcy
wzięli do nagonki na polowaniu, gdzie przemarzł i dostał zapalenia płuc. A
dziadek Wiktor, ojciec mego ojca, zmarł na gruźlicę.
Potem poszłam do Cioci Wandy.
Ach ta ciotka…
Znowu to jej:
– Cześć stara! I gruba!
– Ooo, nastolatka się odezwała – odcięłam się. Parsknęła śmiechem. Zatrzymała
się w pół schodka.
– No też prawda. Ale ty zobacz na Edka! 91 lat! Czy on na tyle wygląda? Nie
wygląda, nie?
– Nie wygląda.
Ciocia na te swoje prawie osiemdziesiąt też nie wygląda. Sprawna umysłowo i
fizycznie. Szczupła, z głądką twarzą.
Moje staruszki zachowały sprawność umysłową, wciąż są ciekawi świata, używają
komórek, wujek to nawet internetu. Podziwiać.
A potem eM odwiózł mnie i Tosię do Włodowa.
Od Światek chyba do Miasteczka jedzie się aleją lipową. A na jej początku i
końcu stoją tablice: „Drzewa proszą: zwolnij”. „Drzewa
dziękują”. Miłe to i ładne. Tylko nadal wielu ludzi ma to gdzieś.
Wysiadłyśmy z Tosią na rozwidleniu, bo droga do naszego domu jest mało
komfortowa. eM odjechał…i stało się to, co przewidywałam, że się stanie.
Tosię wmurowało w ziemię. Iść chciała jedynie z powrotem do rozwidlenia. Po
odejściu dwóch metrów kładła się i nie było siły by ją ruszyć. Nie pomogło
nawet standardowe „to ja idę, papa”. Odeszłam z pięć metrów, a ona
stała tak jak zamurowana. Wróciłam, bo się bałam, że poleci śladem
samochodu.Wzięłam smycz, pozwoliłam się prowadzić. Wróciłyśmy do rozwidlenia.
Pies stanął na zbiegu trzech dróg i kręcił się w kółko unosząc nos w górę i
łapiąc wiatr.
Spróbowałam siłą: złapałam za szelki i ciągnęłam. Dwa kroki poszła, potem
ciągnęłam ją jak worek, wreszcie udało się jej położyć na ziemi, łapami do
góry. Nawet nie warknęła, nie kłapnęła na mnie tylko patrzyła błagalnie ledwie
kiwając koniuszkiem ogona. Myślałam, że mi serce pęknie.
Zadzwoniłam do eM
– Daleko jesteś?
Był daleko…I wtedy wpadł mi do głowy szalony pomysł. Poprosiłam, żeby się
zatrzymał. Przełączyłam telefon na głośno mówiący i nakazałam mu:
– Wołaj ją.
Zawołał. Zerwała się i zaczęła kręcić w kółko szukając źródła głosu. Ruszyłam
do przodu lekko ciągnąc smycz. Podbiegła.
eM zagwizdał, zatrzymała się i znowu nasłuchiwała.
Powiedziałam, żeby nie gwizdał bo wtedy wariuje, niech ją tylko woła.
On wołała, ja ją zachęcałam żeby szukała Pańcia. I tak doszłyśmy do naszego
tymczasowego domu.
Już z nią nie wychodziłam, bo bałam się że mi znów poleci na rozwidlenie i nie
da się przywlec do domu.
Jak nauczyć Psa Pasterza, że stado się czasem rozdziela i że jest to w
porządku? Ot zagwozdka.
Czyli problem z Psem Myślącym.
81. Dzień trzeci i poranek czwartego
Śliczne pojechały. Przyjechała Ewa z mężem. I psem. Pytając gospodarza o przyjmowanie gości zapomniałam zapytać o gości czworonożnych :D.
Wypiliśmy kawę i poszli na łąki, żeby nam się psy zintegrowały. Psy lekko na siebie warczały, od czasu do czasu próbowały kłapać na siebie paszczami, ale wystarczyło huknąć na jedną bądź drugą i się uspokoajały.
Poszliśmy spory kawał na spacerek co dla 12letniej Debry było sporym jednak wyzwaniem. Zwłaszcza, że był upał.
No ale pieski sobie radziły jak mogły…

Odjechała Ewa, urządziłyśmy sobie z Tośką sjestę.
Wieczorem, po kolacji długa, bardzo osobista rozmowa z gospodarzem.
A dziś wstałam o szóstej. I za to dostałam nagrodę
A teraz zagadka: wytęż wzrok i policz koty na fotelu

80. Dzień drugi
Przy ognisku zebrało się ich czworo.
Dwie Śliczne rozpoczynające życie dwudziestoparolatki, jeden sterany życiem czterdziestolatek (na oko), jedna pięćdziesięciolatka (mówiąc optymistycznie) po przejściach oraz Pies Marki TOSIA -przedziwna mieszanka tchórzostwa i odwagi, szaleństwa i stateczności.
Ognisko płonęło, komary cięły, ziemniaki w ogniu się piekły a Tosia buszowała po chaszczach by wreszcie usiąść z dala od ognia, z nosem skierowanym na wyłaniający się właśnie spoza chmur księżyc prawie w pełni.
W nawiązaniu do rozmowy ze śniadania, a potem kolacji Śliczne drążyły temat dwutlenku węgla i smutkowały, że po co one w ogóle te studia robią jak za 25 lat nasz świat zniknie. Gospodarz, do tego kociołka dorzucał to coraz nowe informacje lejąc wodę na młyn, ale nie wydawał się tym rozbawiony, raczej przyjmował wszystko z pesymistycznym spokojem na zasadzie „zawsze wiedziałem, że to się zawali”. Pięćdziesięciolatka, która swoje w życiu przeszła, choć wojny to może i nie, ale wie, że jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Szybko uświadomiła Ślicznym, że ich działania dzisiaj mają jak najbardziej sens. Jedna Śliczna już za chwilę będzie architektem, więc będzie projektowała prawdziwe, ekologiczne, samowystarczalne domy. A druga śliczna, która za chwilę będzie prawnikiem będzie ścigała tych, którzy zanieczyszczają nasz świat. Oraz, że świat nie zniknie ot tak, ona nadal będzie tylko może będzie na nim trudniej…
Gospodarz zamilkł. Śliczne poszły po saperkę, żeby zakopać ziemniaki w żarze. Kiedy wracały świecąc sobie latarkami Tosia podkuliła ogon o czmychnęła w krzaki i z oddalenia przyglądała się uważnie nadciągającym Potworom. Potwory się odezwały i Tosia nareszcie je zidentyfikowała jako Śliczne, więc dopadła do nich cała szczęśliwa i chyba nieco zawstydzona, bo nader gorliwie usiłowała dać obu Ślicznym całuska.
Księżyc sobie wyszedł, a wraz z nim nad głowami zapalił się Wielki Wóz.
Gdzieś z oddali niósł się słaby głos szczekającego psa. Tosia znów siadła na łące i zagapiła w księżyc.
Pięćdziesięciolatka zaczęła się zbierać do snu. Zamiast pożegnania zaproponowała bajkę na dobranoc. I powiedziała zgromadzonym Przypowieść o maku Czesława Miłosza
Na ziarnku maku stoi mały dom
pieski szczekają na księżyc makowy
i nigdy jeszcze tym makowym psom,
że świat jest większy – nie przyszło do głowy.
Ziemia to ziarnko – naprawdę nie więcej.
A inne ziarnka -planety i gwiazdy.
A choćby ich było nawet sto tysięcy
domek z ogródkiem może stać na każdym.
Wszystko w makówce. Mak rośnie w ogrodzie,
dzieci biegają i mak się kołysze
A wieczorami, o księżyca wschodzie
pieski szczekają to głośniej, to ciszej…
Śliczne się rozpłynęły w zachwycie. Tosia przytuliła się do nogi. Księżyc świecił. Łąka pachniała. Komary cięły. Ogień grzał.
Wszystko było było jak trzeba.
79. Holly Tolly – w podróży
Ten pies jest święty! Tak, świetny też. Ale święty przede wszystkim.
Zdarzyło mi się podróżować już ze zwierzętami na trasie Polska – Szwecja. I naprawdę to w niczym nie przypominało podróży z Tosią.
W samochodzie leżała, siedziała lub stała, nie szczekała, nie piszczała, po przerwie grzecznie wracała na swoje miejsce.
Na promie odmówiła wspinaczki po schodach, ale tylko na chwilę – schody zawsze są wyzwaniem. W kabinie była grzeczna, ale spała ze mną…albo ja z nią jak kto woli. To znaczy ona spała, a drzemałam. Normalnie na promie sypiam źle, ale teraz doszła Tosia i element stresu związanego z miejscem pobytu.
W drodze powrotnej do auta wybraliśmy windę i było to najlepsze rozwiązanie.
Oczywiście, jak wszędzie tak i na promie nasza Piękna wzbudzała zainteresowanie i podziw, choć na promie jak zawsze są i inne pieski.
Tylko tylko, że dwa razy nakłapała paszczą i nawarczała na inne pieski. Mam wrażenie, że ma to związek z nadmierną bliskością obcego i Pańci. Ale temat będę zgłębiać. Na bank jest to kwestia dystansu tylko nie wiem czy nie podoba jej się spoufalanie z nią (czyt. zbyt nachalne wsadzanie jej nosa pod ogon) czy zazdrość/próba obrony mnie. Może być ostatnie, bo w chwili ataku przywiera mocno do mojej nogi.
Jechaliśmy 20 godzin!
Do Pasłęka jechało się cudnie. Piękna droga, aż serce cieszy. Od Pasłęka…im głębiej w „interior” tym bardziej dziury. Ostatni odcinek, od wsi do Kaszarni to już był prawdziwy hardcore. EM psioczył i panikował, że zawiśnie.
Gospodarz Marcin miły, kontaktowy. Wiek nieokreślony, ale na oko po trzydziestce, blisko czterdziestki. Szczupły, ciemnowłosny, niebieskooki. Przystojny skubaniec, choć w taki chłopakowaty sposób. Coś mi nie pozwalało sądzić, że to rolnik, co odziedziczył schedę po rodzicach…I miałam rację. Warszawiak, informatyk czy inny programista. W moim pokoju od razu rzuciła mi się w oczy książka Wajraka…No! Tośmy w domu, co nie , Tosia? Znaczy: sami swoi.
Otoczenie sprawia wrażenie jakby nie było wykończone. Zarośnięte podwórze, poorane kretowiskami. Weranda z ciemnego drewna, która wygląda na niewykończoną…Potem się okazało, że weranda jest ze stuletniego drewna, jak takie coś malować?
Mój pokój ma oddzielny tarasik i wejście oraz własną łazienkę. Komfort kurczę! Jestem u kogoś, ale u siebie. Pod oknem chaszcze, obok tarasu chaszcze. Pełno fruwaczków różnej maści, usiłuję walczyć z fobią, będzie gdzie ćwiczyć charakter.
A zaraz za siedliskiem: WARMIA.
………………………………………………………………………………………. Boże jaka ta kraina jest piękna!!!! …………….Jaka tu przestrzeń! I te pagórki najkochańsze na świecie. Moje! Moje własne. ………………………………………………………………….
Tylko woda w łazience pachnie bagnem i dziwnie się myje zęby. Oraz prysznic ma fochy i uważa, że lepiej wie jakiej ja wody potrzebuję. Ale co tam…nie będę się myć co godzina.
Tylko Tosia nie chce nigdzie iść. Kilka razy próbowałam ją wyciągnąć poza dom i ciągle się zapiera łapami, że ona nie idzie. Nie wiem czy chodzi o Pańcia – tu mnie zostawił, tu będę czekać, zgłupiałaś chyba, że chcesz iść, przecież nas nie znajdzie, o boże kochany, no dobrze, idę, idę, bo ktoś cię musi pilnować, żebyś nie zginęła, bo co ja mu potem powiem – tak do mówi, całym swym zachowaniem.

Ale myślę, że to też i ogromne zmęczenie. Ta podróż ją też wykończyła.
Spałyśmy od 21 do 2 bez przerwy. Potem obudził mnie mój przyjaciel- ból głowy. Dwa voltareny + nurofen + 1 godzina później zasnęłam ponownie. Obudziłam się o siódmej. Nadal z bólem głowy. Dodrzemałam do ósmej. Poszłam do kuchni, a tam stała przygotowana kawiarka…
Wcześniej poprosiłam Gospodarza by mi ją zostawił na wierzchu. A on ją przygotował tak, że tylko musiałam postawić na gazie. Uśmiechnęłam się ciepło. Kawa się gotowała, a przez okno zaglądały mi kotki…
No dobra. To zaczynamy urlop.

koty… 
kury… 
stary dom… 
w oknach rosną kotki 
a dookoła łąki 
i pagórki 
i ptaszki
78. Ciśnienie rośnie

Miałam pracować do ostatniego dnia przed wyjazdem, ale jestem już tak nakręcona, że nie ma mowy – nie jestem w stanie się skupić, kręcę się w koło tylko i nic z tego nie wynika.
Trudno. Trzeba jakąś cenę płacić za bycie niezwykłą…
Koszmar to jest prawdę mówiąc. Nie wiem jak to nazwać. Niecierpliwość? Nerwowość? Jak np. jadę pociągiem w nieznane to już półgodziny przed moją stacją podrywa mnie i pcha w stronę drzwi wyjściowych. Stoję potem jak durna w korytarzu ze wszystkimi bambetlami, potrącana ze wszystkich stron, z poczuciem, że trasuję drogę, że innym utrudniam życie.
Najgorzej mam w samolocie – bo tam nie dadzą wejść/wyjść wcześniej, ba! stanąć przy drzwiach do WYJŚCIA nie dadzą wcześniej. Boże ile ja się nagimnastykuję w samolocie żeby się zachowywać, a i tak jestem jedną z pierwszych osób, które się podrywają.
Czekanie przy wjeździe/zjeździe na/z promu to też ćwiczenie silnej woli.
Zresztą wycieczki objazdowe to też…Przelecę dookoła, cyknę parę zdjęć, rzucę okiem i już bym gnała dalej. I denerwuje mnie jak eM się zatrzymuje przy jakichś duperelach i kontempluje. Na co się gapisz, jedziemy, jedziemy, jedziemy…
Lata mijają a ja wciąż taka sama. Wciąż poganiam czas a potem płaczę, że tak szybko zleciał.
Wczoraj zabraliśmy Tosię na spacer w kamieniołomie. Wtorek, dzień roboczy, więc tłumów nie było, ale sporo ludzi i tak się kręciło. Na górze wiało chłodkiem, ale w niecce zrobiło się bardzo gorąco.
Leszczyna ma już całkiem spore orzechy, lipy zaczynają kwitnąć i tam, kwiatów i traw różnej maści pełno.
Przynajmniej chociaż tam nie sięgnęły nożycorękie łapy komuny. Nie rozumiem co to za mania żeby strzyc trawę wszędzie gdzie się da. Moce przerobowe mają za duże? Plan do wykonania?
Golą trawniki w całym mieście – no dobra niech im będzie, estetyka itp. Ale na jaki grzyb strzyc strawę na obrzeżu miasta, na nieużytkach po których tylko psy latają za potrzebą? Na łące nad jeziorem, na wale przeciwpowodziowym, w lesie wzdłuż ścieżek dla biegaczy?
Po co? Nie dość, że w całym mieście, to jeszcze i dookoła wygolone wszystko w dywanik. Na przekór temu o czym mówią ekolodzy.
Hipokryzja szwedzka w temacie ochrony środowiska powinna być przysłowiowa.
W ostatni weekend w mojej komunie zorganizowali imprezkę na którą zjechało się kilka tysięcy starych aut. Szwedzi kochają się w samochodach amerykańskich z lat pięćdziesiątych. A te smoki mają paszcze i palą jak na smoki przystało.
Oczywiście na fanpejdżu komuny same superlatywy, brawo, cudownie, wspaniale, doskonały pomysł, och jaka atrakcja a ile pieniędzy komuna zarobi…itd.
Napisałam, że wstyd mi za komunę, która organizuje taką imprezę podczas gdy cały świat krzyczy o ograniczeniu emisji CO2. Oczywiście bonde* nie zrozumieli nic tylko tyle, że jakiejś Polce się nie podoba.
No, Szwedzi są wytresowani, więc nie padł ani jeden tekst odnoszący się do mego pochodzenia, które widoczne jest w imieniu i nazwisku, ale oczywiście leciały teksty o tym, że zawsze się coś komuś nie podoba i w ogóle jak ci kobieto się nie podoba to jedź na urlop. A takie stare samochody nie mają wpływu na środowisko bo jeżdżą tylko kilka mil w roku.
Moja córka błysnęła formą, poparła matkę używając język cyfr wytknęła im ile spalin emituje jedno auto i że komuna, która ma hasło, że wyjątkowo dba o środowisko nie powinna takich imprez organizować…
Tu się wreszcie ktoś z komuny odezwał…że to nie oni to organizują tylko prywatne firmy i organizacje.
I to już była kwintesencja hipokryzji, bo komuna to reklamuje, dostarcza zezwoleń na między innymi cruising ulicami miasta. Crusing polega na tym, że te wszystkie śmierdzące złomy jeżdżą w kółko przez kilka godzin ulicami miasta. KILKA GODZIN! Nie przez godzinę, nie. Oni startowali o 16 i jeździli całą noc. I tak przez piątek i sobotę. Zablokowane całe miasto, bramki na uliczkach wjazdowych, żeby ragare* nie wjeżdżali na osiedla. W efekcie jak to zawsze bywa: mieszkańcy mieli problem by podjechać do własnego garażu czy pod dom z zakupami, ale ragare nie mieli problemu by w środku nocy zatrzymać się w uliczce pod moim domem, stać na chodzącym silniku około pół godziny, tak że całe podwórze wypełniło się spalinami, oraz drzeć ryja. Nie tylko u mnie zresztą.
Jak w sobotę byliśmy nad jeziorem to spaliny było czuć choć od miejsce gdzie te wszystkie złomy stały, w linii prostej, było co najmniej 7km.
Taka to szwedzka dbałość o środowisko naturalne.
ych…jeszcze mnei złość trzęsie..

odnośniki: *bonde – to rolnik, ale też używa się tego w znaczeniu „wieśniak”
* ragare – to ci, co się wożą tymi starymi autami.
77.
Znacie serial Good Girls na Netflix?
Powiem wam, że czegoś tak absurdalnego a jednocześnie strasznie realistycznego i wciągającego już dawno nie oglądałam.
W dodatku ten film sprawia, że momentami śmieję się w głos.
Ja chyba mam jakieś pokrętne poczucie humoru, ale na zwykłych komediach rzadko się śmieję, nie śmieszą mnie na ogół.
W Good Girls fascynuje mnie jeszcze postać Beth, ale nie jej osobowość a wygląd.
Beth ma ładną twarz, szczupłą, z lekkim dołkiem w brodzie oraz wielki biust i dużą pupę. I o ten biust chodzi. Styliści filmowi ubierają ją w coś co unosi ten jej duży biust do góry, do nieprawdopodobnych miejsc. Gdy ją oglądam to mam wrażenie, że ona ten biust ma na obojczykach. Nie wiem jak styliści serialowi to robią, że unoszą i utrzymują taką ilość tkanki. Gorset jakiś chyba? Gorzej, bo cokolwiek Beth by nie robiła, jej piersi pozostają całkowicie nieruchome. Nawet w scenie erotycznej, gdy ręka męska się na jednej z nich zaciska to ona się nie ugina i nie poddaje.
Naprawdę, strasznie ciekawa jestem czego owi kostiumolodzy użyli by osiągnąć taki efekt. Nie wiem czy w naturze kiedykolwiek widziałam coś takiego.
Z drugiej strony patrząc na Beth faktycznie widzę że uniesienie biustu ma wpływ na sylwetkę.
Heh. takie tam rozważania cycatej przy ekranie 😀
Do wyjazdu dwa dni. Ciśnienie rośnie. Ogarniam robotę księgową, żeby po powrocie nie wpaść w czarną dziurę.
Oraz dodatkowo rozmawiam z „koleżankiem” o pisaniu książki… i nie tylko. Po 54latach życia spotkałam wreszcie kogoś, kto jest prawie identyczny jak ja. Znaczy – też ma tak porąbane w główce. Zawsze myślałam, że u mnie to efekt zaniedbań rodzicielskich, ale „koleżanek” miał dom kompletnie inny od mojego. Inne wychowanie, w zupełnie innym środowisku. I wylądowaliśmy w tym samym miejscu. No dobra – jako Szwecja ekonomicznie jest nieco lepsza od mojej, ale co do reszty wciąż mamy te same doświadczenia.
Zadziwiające.





