77. Północ czyli tam, wysoko…

Trzy dni. Ponad 1400km. Ponad 1100mnpm na Lilla Nipfjället. Najwyższy w Szwecji wodospad 93m – Njupeskär. Trzy landy- Värmland, Dalarna, Jämtland. Trzy języki, a w porywach nawet cztery. Polski i szwedzki, angielski czasem oraz sami, tylko w nazwach mijanych miejscowoci. Tylko 160zdjęć, bo musiałam oszczędzać miejsce na karcie, żeby na nic nie zabrakło. Słońce nas smażyło, deszcz zlewał i wychładzał.
Zwierzęta jakich nie spotkasz nigdzie indziej: młoda sójka syberyjska, piżmowoły i renifery. Niespotykanie życzliwi ludzie, zagadujący sami z siebie i pytający o wrażenia z ich krainy, bezbłędnie wykrywając turystę. Turyści życzliwi – jak ten pan co znalazł portfel mego męża i zostawił w kawiarni przy wodospadzie- wracaliśmy się 100km w panice.
I spanikowana pani w Härjedalen, która krzyczała na Misię, że ma się odsunąć na 2 metry, bo korona i ona chyba nigdy w życiu nikogo nie straciła. Na co moja córka spokojnie odrzekła, że ona stoi za linią i to raczej pani powinna się cofnąć, a poza tym nie musi być niegrzeczna.
Trolle -schowane na drzewie, maleńkie, nie do zobaczenia niemal i duże, dumnie stojące przy drogach.
Chatki dla wędrowca, w przy których czyjeś dobre ręce gromadzą drewno na opał – do kozy w środku. Za darmo. Wybrane i oznaczone miejsca, zawsze blisko wody, gdzie można rozbić namiot lub postawić samochód i pomieszkać na dziko. Sławojki blisko tych miejsc.
Mel śmiejący się wraz z Zozo z Misi. Misia fukająca i Zozo bezbłędnie ją naśladująca. Zozo szczęśliwa jak nigdy dotąd, Zozo robiąca „za psa bernardyna” bo kazdy się z nią fotografował. eM który dowiózł nas bezpiecznie do domu jadąc ciurkiem ponad 700km, na szczęście w większości w świetle dziennym bo przecież nocy teraz prawie nie ma.
Komary…Kochane, widzialne komary, bojące się każdego spraju. I małe, niewidoczne meszki, które w jednej sekundzie zagryzają człowieka niemal na śmierć, na które nie działa nic. Podobno działa jedynie dziegiedź albo coś do niego podobnego.
Przyroda. Całe pola białych puchatych kulek. Kwitnąca moroszka i jagody. Maciupkie brzózki. I ponad sześćsetletnie drzewa iglaste -poskręcane ale wciąż wyciagnięte w górę do światła.
Przestrzeń. I widoki zapierające dech (gdy deszcz nie zalewał widoku).
…Było cudnie! I mówię wam: na zdjęciach wcale tego nie widać! Chciałabym…jeszcze???
eM zaczyna urlop za tydzień . Anulowali mu lot do Polski. Namawia na Kirunę…
No nie wiem…Te meszki, deszcz…
Warto?



Pamiątka z Jämtland.

75.2020

Dziś wreszcie upał zelżał nieco. Niebo poszarzało i spadł deszcz. Ochłodziło się. Mimo to, w mieszkaniu nadal gorąco. Gratulacje dla geniusza, który zamawiając plastikowe, wielkie okna nie pomyślał o takich dniach. Brawo geniuszu, obyś do końca życia mieszkał w mieszkaniach urządzonych wedle tego samego projektu.
Jestem rozdrażniona i niekontaktowa. Bo upał. W nocy sypiam po 4-5 godzin, często z przerwami co godzinę. W dzień chodzę senna i rozlazła. Jak się położę – zasypiam w jednej sekundzie a po 10minutach się budzę, w ogóle nie wypoczęta.
Tośce też upał pada na głowę. Dziś rano wlazła mi na kolana, a siedziałam na swoim fotelu. Potem się tak kręciła, że omal mnie z tego fotela nie zepchnęła.
Dostawszy wołową, szpikową kość…po prostu ją ignorowała. Potem wzięła w zęby i położyła się na łóżku. No hola, panienko! Ja wiem, że to NASZE łóżko, ale czy ty widziałaś żebym ja w nim jadła?! Pół dnia śmierdziało mi pod nosem tą kością.
Byliśmy u Litwinów. Przyroda szaleje. Litwinka dostała kilka kur. Stwierdziła, że kury ma głupie bo nie chcą iść na dwór. Abba zrobiła się jeszcze bardziej namolna, aż tracę cierpliwość. Może to ten stan. Może psie pazury na nieosłoniętym ciele.
Basil jest cały czarny. Urodził się jako pierwszy i jest indywidualistą. Gdy pozostała czwórka przewraca się ze sobą, kotłując i tocząc udawane wojny Basil eksploruje odległe tereny. Usiłuje rozgryźć czym jest kabel od lampy, a czym kokardka od poduszki, wspina się po poduszce wysoko, by sięgnąć półki. Nauczył się korzystać z kuwety! A ma dopiero miesiąc!
Cała piątka je już z miski, choć mama jeszcze je dokarmia. Jeden z pręgowanych usiłował dziś odgonić matkę od wspólnej miski! Położył jej łapę na głowie i fukał i warczał. Rozpuszczony smarkacz. Matka go ignorowała.
Mama-Simha wyznaje zasadę: nakarmione, umyte – teraz matka ma wychodne. I wychodzi.
Jeszcze dwa miesiące…Może półtora. Potem Basil wyląduje u mnie.
Ciekawe co Tośka na to…
Czy ja na pewno wiem co robię???

74/2020 Zarzekała się żaba błota

Na północ?! Latem?! Po 9-10 miesiącach permanentnej szarości, zimna, lodu lub pośnieżnej brei dookoła? NIGDY W ŻYCIU! Nope! No way! Glöm det!
Że nie dodam wszystkich znanych mi przekleństw w różnych językach.
I co?
I to.
Termometr pokazał wczoraj 33stopnie. Tak w okolicy godziny 12. W cieniu. Woda w Vener ma temperaturę zupy, zwłaszcza jak nie wieje. Bardziej zwłaszcza – na płyciźnie, a tu przecież wokół sama płycizna.
Chyba, że wieje, wtedy woda ze środka jeziora się wpycha do brzegu i miesza. Zozo mówi, że jak zimna woda to dopiero jest fajnie, bo śmiesznie.
A na północy takie przyjemne 23stopnie. I białe noce jeszcze bielsze. Tylko komary i inne bestie żądne mordu. Na przykład misie. Brunatne.
Ale co tam…Jedziemy! Ja jadę. Oni jadą.
To znaczy: eM+ja, oraz Misia+Mel+Zozo. Miała być jeszcze Tosia na pokładzie, ale. To krótki, ale daleki wyjazd. Wyjeżdżamy za tydzień, we czwartek. Wracamy w niedzielę. A przejedziemy jakieś 670km. W jedną stronę! Jedziemy zobaczyć najwyższy wodospad w Szwecji -Fulufjälet oraz takie dziwne zwierzęta co się zwą piżmowół.
W sumie będziemy bardzo długo jechać, a potem dużo chodzić po parku narodowym. To nie jest dobre dla Tosi. Tosia zostanie więc w domu z Yankiem.
A my będziemy spać na dziko, pod namiotami. Mel, jak się okazuje ma duszę włóczęgi jak my wszyscy w naszej rodzinie, i też wyznaje zasadę, że prysznic w podróży nie jest niezbędny. Ja i eM z wiekiem co prawda zaczynamy doceniać wygodne i czyste sanitariaty, ale nie jest to sprawa nadrzędna.
No to jedziemy!
Zozo jest szczęśliwa, bo dla niej idealny stan to mieć na wyciągnięcie ręki całą rodzinę. Do rodziny zaliczają się oczywiście bonus dziadkowie i pradziadkowie ze strony Mela. Już zapowiedziała, że spać będzie ze mną.
Oraz, że ona też będzie robić zdjęcia.
– A kto będzie nosił aparat? – pytam ją.
– Ty – mówi i śmieje się cwaniacko.
– Ja jestem stara i gruba! – protestuję.
– Nie jesteś! – ripostuje ta szelma i nie wiadomo: mówi tak z przekonania czy z wyrachowania.
Zamówiłam olejki eteryczne eukaliptusowy i z mięty pieprzowej, ponoć bestie tego nie lubią. Tylko nie wiem jak to stosować. Dokupię oczywiście jakieś normalne preparaty, ale w Szwecji nie ma zbyt wielkiego wyboru, a wszystkie one mają intensywny, drażniący mnie zapach.
Ale to wszystko za tydzień dopiero.
Teraz jeszcze jesteśmy tutaj. Jest ciepło i tak ma zostać według prognoz. Po deszczach odżyła trawa ale pół dnia później kosiarki ją skosiły. To jest właśnie takie szwedzkie: wygolimy miasto i przedmieścia, nawet tam gdzie tylko psy, za przeproszeniem, srają. Wygolimy do wysokości max 3cm. A potem, cali dumni i bladzi, będziemy ustawiać domki dla owadów, bo giną…
Mój pomidor na balkonie chyba będzie kwitł…

73. Midsommar

Wczoraj był Midsommarafton czyli drugie najważniejsze święto w Szwecji.
Pierwsze to Wigilia Bożego Narodzenia.
Midsommarafton (zazwyczaj nazywane Midsommar) tak, jak i Wigilia, to święto, które powinno się obchodzić w gronie rodziny i przyjaciół.
To takie święto, o którym śpiewa się piosenki.

Duka din veranda till fest
För en långväga gäst
I landet lagom är bäst
Vi skålar för en midsommar till
Färsk potatis och sill
Som om tiden stått still

Välkommen, välkommen hit
Vem du än är, var du än är

(Nakryj stół na werandzie
dla gości z daleka
w kraju, gdzie LAGOM jest najlepsze.
Wypijmy za kolejny Midsommar
za młode ziemniaki i śledzia
jakby czas stanął w miejscu
Witaj, witaj
Kimkolwiek jesteś
Skądkolwiek jesteś)


W każdym mieście, na centralnym placu stawia się ubrany zielono słup, którego poprzeczne ramiona wieńczą ustrojone obręcze. A potem ruszamy w tany wokół słupa, śpiewając stare piosenki. Tańczymy w wiankach na głowach, a wianki muszą być z siedmiu rodzajów kwiatków.
Naprawdę wynosimy stoły na zewnątrz (o ile mamy jakieś „zewnątrz” i o ile nie pada deszcz, a pada prawie zawsze w Midsommar), a na stołach muszą być obowiązkowo młode ziemniaki, śledź i tort truskawkowy.

Tak i my świętowaliśmy wczoraj u Litwinów. Tyle, że nie mogliśmy posiedzieć do świtu – bo Tosia, bo odległość, więc trzeba jechać samochodem. Szkoda, zawsze mi się marzy by w tę jedną noc pobyć na zewnątrz do wschodu słońca.
Noce teraz najkrótsze. Słońce zachodzi u mnie o 22:18 a wschodzi już o 3:59. Ponad 18 godzin dnia! Niecałe sześć godzin nocy, ale ciemno jest tak pomiędzy północą a godziną drugą. Przy czym o północy na wschodzie niebo pozostaje jasne, a o drugiej – na zachodzi już jest jasne.
To czas, gdy uwielbiam Szwecję! Nawet jeśli pada, tak jak to było rok temu.
Jeszcze przez trzy dni będziemy się cieszyć długimi dniami, a potem powoli dzień zacznie się skracać. Niedostrzegalnie, po minucie, dzień po dni, a pod koniec sierpnia ze zdumieniem odkryjemy, że znowu wieczorem trzeba zapalać lampę by poczytać.
Od kilku dni zwyczajowe Hej då zastąpione zostało „Glad Midsommar”.
Życzymy wszyscy -wszystkim. Sąsiadom na schodach, znajomym na facebooku, pracownikom w sklepach i urzędach, bliskim, którzy są daleko ślemy kartki: Glad Midsommar! Lub -od dzisiaj – Trevlig Sommar!
Wesołego Midsommar lub Miłego Lata.
A od poniedziałku rusza sezon urlopowy. Wiec jeśli nie załatwiliśmy jakiejś ważnej dla nas sprawy dotąd – nie liczymy, że załatwimy ją przed sierpniem. Teraz czas się zatrzymuje, wszystko musi poczekać. Bo jest LATO. Pięc tygodni należnego odpoczynku, prażenia się na słońcu, kapieli w jeziorze, żeglowania, zbierania jagód, biesiadowania z przyjaciólmi do późna. Czas resetu. Czas ładowania baterii.
Mnie smutno troszeczkę. Bo to już taki początek końca lata.
Jak widać jestem osobą, dla której szklanka jest do połowy pusta. Ale może dzięki temu bardziej doceniam te lepsze rzeczy?
Miejscie się dobrze! Życzę Wam Miłego Lata!
A na koniec moje dwie ulubione piosenki o lecie.

72/2020

Zawiesiłam się. A raczej… jakoś tak zwróciłam w głąb siebie, mało mnie na zewnątrz, bardzo dużo wewnątrz.
Byłam z synem na wieczornych zdjęciach, więc może je tu tylko zostawię na znak, że wciąż żyję.
W Szwecji lato, ciepło, słońce i susza.

Popadało wczoraj odrobinę i w nocy jakby trochę więcej. Teraz jest pochmurno, ale temperatura w okolicach 16 stopni, czyli całkiem ciepło.
Trawniki są żółte i przypominają klepisko. Bo oczywiście w całym mieście nawet tam, gdzie miejsca są zupełnie dzikie, goli się całe połacie do wysokości 2-3cm. Ale – ktoś chyba poszedł po rozum do głowy, bo w jednym miejscu nad rzeką przestali golić. Trawa wybujała…i nie zżółkła! Może to początek jakiegoś trendu? Kto wie…

A poniżej mamusia i jej dzieci. Rosną, rosną i coraz bardziej przypominają kocięta. Tylko fotografować je jest niemożliwe, bo wiercą się strasznie. Nadal nie wiem, który mój.

71/2020

Wczoraj o 3:30 obudził mnie ból głowy. Trzecią noc z rzędu. Walczyłam do mniej więcej, 5 ale ból nie dawał mi spać więc wstałam. Uznałam, że najwyżej w dzień przysnę.
To była kolejna noc kiedy z niewiadomych przyczyn nie mogę spać. Ale podejrzewam, że Lucia mogła mieć rację, co do wpływu zimna na głowę.
Miotam się po łóżku: za zimno, za gorąco, coś śmierdzi (syfon połączony ze zmywarką!), ktoś drze japę pod oknem…
W dzień poodkurzałam, pomyłam podłogi, uprałam dywan, posprzątałam obie lodówki, umyłam zmywarkę, poprałam wszystko co było do prania. Prócz tego naturalnie popracowałam. Położyłam się w dzień gdy poczułam, że mnie morzy ale nawet nie zasnęłam.
Jakbym na jakimś haju była.
Dziś wreszcie zasnęłam i wstałam bez bólu głowy, choć w nocy zapowiadało się kiepsko. Zamknęłam okno około północy i wreszcie zasnęłam.
Od tygodnia ćwiczę jogę. Znalazłam taki kanał na YT gdzie sympatyczna dziewczyna, ładnie prowadzi jogę dla początkujących. Co jest ważne – wystarczy jej słuchać, nie trzeba patrzeć, i się wie co robić i jak robić.
Wiadomo: ćwiczenia z wirtualnym trenerem to nie jest to samo co na żywo, ale lepsze to niż nic. A ćwiczenie w okularach by widzieć ekran nie jest zbyt dobre.
Dziewczyna jest dobra! Już pierwszego dnia zrobiłam psa z głową w dole! A byłam pewna, że nie ma opcji!
Oczywiście w żadnej pozycji nie wytrzymuje tak długo jak ona, o gadaniu przy tym nie ma mowy! Sapię jak miech kowalski, ręce mi drżą i nie mają siły utrzymywać ciężaru ciała, cycki spadają na twarz przy pochylaniu i blokują oddech, oddychać oczywiście na zawołanie nie potrafię. Dziewczyna mówi wydech, a ja robię wdech. Dziewczyna mówi wdech tak, żeby brzuch się powiększył – a u mnie się zmniejsza. Ale wczoraj poczułam, że jakoś mi te głębokie wdechy-wydechy zaczynają wychodzić. I że ręce drżą jakby ciut, ciut mniej. I jakby mniej bolało siedzenie na piętach.
No to jedziemy dalej. Dziś ostatni dzień lekcji pierwszej, a od jutra lekcja druga. Bo ta pierwsza zaczyna mnie nudzić.
Zawzięłam się. Zawsze mówiłam, że chcę ćwiczyć jogę, ale na gadaniu się kończyło. Teraz ćwiczę i zadziwiające jak bardzo mi się to podoba.
A poza tym uszyłam sobie majtki. Ot tak, żeby zobaczyć czy umiem.

Umiem. Choć te majtki to nie jest coś co np. chciałabym mieć na sobie w razie wypadku…Ale pierwsze koty za płoty.
Zawsze sądziłam, że szycie dzianiny to wyższa szkoła jazdy. A teraz mam wrażenie, że dzianina to bardzo miły materiał dla początkującej krawcowej. Kupiłam sobie kawał bawełny w bratki i uszyję z tego z spodnie na lato – mam wykrój, muszę tylko siebie przekonać, że wykrój nie gryzie.

Z wykrojami mam ten problem, że one wymagają dużej powierzchni, a tej u mnie brak. Ale w niedzielę jedziemy do Litwinów na kilka godzin, może skorzystam u niej ze stołu. Ona ma taki wielgaśny na co najmniej 12 osób.
Chyba, że jednak się nie będę mogła doczekać i rozłożę się na podłodze.
U mnie lato, ciepło, ale tak w normie, wiatr od jeziora sprawia, że zawsze jest trochę chłodniej. Truskawki po 60kr za litr! To drogo! Zwłaszcza, że jak jest ciepło to powinny tanieć. A drożeją bo …nie wiem. Może dlatego, że trzeba je podlewać, a może dlatego, że są smaczniejsze i ludzie chętniej kupują, bo słodsze.
Moja Kasia ze Skanii ma koronę. I jej mąż. Wczoraj się nie meldowała i się martwię czy wszystko u nich ok. Bo jak się dowiedziałam, że są chorzy to prosiłam, żeby dawała znaki życia.

70. Nigdy w życiu w życiu

Przyszli do mnie dwa lata temu po jej dramatycznym telefonie, który sprowadził się do krótkiego „Pani Kasiu, ratuj!”.
Przyjechali przywieźli dokumenty.
Ona elegancka, pachnąca, szczupła, zgrabna kobieta, z burzą włosów. Energiczna i przedsiębiorcza, ale nie w taki drapieżno-agresywny sposób.
On dość spolegliwy, też porządnie ubrany, pachnący… na kacu – jak się żyje z ludźmi nadużywającymi przez lat wiele to się rozpoznaje to szkliste oko, ten rumieniec, te opuchliznę…czy ja wiem co jeszcze?
Oboje zrobili dobre wrażenie, nic nie zazgrzytało.
Kilka tygodni później mieliśmy spotkać się raz jeszcze.
Telefon. Ona. Że on już jest w drodze, ale ona nie przyjedzie, przeprasza, ale…
Banał: coś ją tknęło i przejrzała jego komórkę. Romans. Wiadomości typu: jeszcze tylko załatwię to i to, a potem ci się oświadczę…
Dramat. Rozsypała się na amen. Bo ona go kochała. Nadal po tylu latach małżeństwa. Pytałam czy ma kogoś bliskiego koło siebie, poza córką. Nie bardzo. Poprosiłam niech dzwoni do mnie zawsze, gdy będzie się czuła samotnie.
Przez kilka miesięcy dzwoniłyśmy do siebie regularnie.
– Pani Kasiu, mam podział majątku, podpisał!
– Pani Kasiu, mam mieszkanie! Musi pani przyjechać i zobaczyć!
– Pani Kasiu już jesteśmy po rozwodzie
Potem przyszło lato, wakacje, urlop. Zamilkła. Chyba zaczęła żyć.
Czasem jeszcze dzwoniłyśmy do siebie.
– Jaka to ulga nie musieć się tym zajmować. Przychodzi weekend a ja mam wolne! Nie czeka na mnie sterta nie moich papierów do ogarnięcia…
On był dobrym klientem. Całkiem zdyscyplinowanym. Ale kompletnie zagubionym. Robotę ogarniał. Papiery – słabo. Nie umiał robić przelewów, gubił faktury, terminy płatności, jak dziecko we mgle.
Powoli się uczył, ale wciąż prosił o pomoc córkę.
I pił. Jak donosił mi inny klient z tego samego miasta. Jak donosiła mi była już żona. Inna kobieta się nie pojawiła.
Jakoś tak latem ubiegłego roku zapytałam go co u niej.
– A dobrze. Mamy dobre relacje. A ona ma nowego faceta, stary znajomy, spotkali się w czasie jej urlopu…
Jakoś tak krótko po tym zadzwoniła.
– Pani Kasiu, jestem z kimś…On tu przyjedzie, chcielibyśmy otworzyć firmę, pomoże nam pani?
Zgodziłam się.
Przyjechali do mnie.
Ona jeszcze szczuplejsza niż ją zapamiętałam – schudła przez rozwód. Maleńka twarz i burza włosów. On …nawet nie wiem jaki. Miły, to pewne.
Siedzieli na kanapie w kwiaty i trzymali się za rączki bez przerwy. Ona mówiła o nim ciepło. On nie odrywał od niej oczu.
Wystartowali z firmą szarpiąc się ze szwedzką biurokracją. Jej były mąż im nieco pomagał dając im zlecenia.
Minął kolejny rok.
Wczoraj dostałam zaproszenie na ślub.



69. Po przeczytaniu Unorthodox

Taka garść refleksji.
Przede wszystkim: historia opowiedziana w filmie jest zupełnie inną historią. Chyba…złagodzoną i przyciętą dla potrzeb komercjalnych. Jeśli znasz film – spokojnie przeczytaj książkę. Tu, w tym wypadku nie chodzi o to jak się to zakończy.
Niewiarygodne, że w środku największego miasta na świecie, w państwie które chce uchodzić za lidera państw zachodnich, może istnieć – za wiedzą i zgodą wszystkich dookoła – taka społeczność. Program szkolny realizowany z przymusu więc raczej w zakresie absolutnego minimum.
Zamiast nauk przyrodniczych, fizyki, chemii – religia.
Religia…znowu dochodzę do wniosku, że jeśli coś nam, ludziom, szkodzi wszędzie tak samo, to religia. Nie ma znaczenia jaki to Bóg i w jakim języku wyznawany ani według jakich świętych zapisów.
Mam też wrażenie, że religie świata najbardziej przyczyniają się do nerwic seksualnych i trudności w pożyciu i spłodzenia potomstwa.
Tu jest taka scena…przyjaciółka głównej bohaterki opowiada o swej nocy poślubnej…Horror!
Siedemnastolatki wydawane za mąż, bo dwudziestolatka to już stara panna. I rodzenie dzieci najlepiej co 9 miesięcy!
I prawo…
Kobieta ucieka z dzieckiem z opresyjnego, zacofanego świata – żeby sobie ale także i dziecku dać szansę na normalne życie. A w sądzie musi walczyć o prawo do opieki nad synem. W sądzie świeckim, państwowym, nie rabinicznym, w sądzie, który powinien być niezależny od wszystkiego, w sądzie który powinien obiektywnie szukać rozwiązań najlepszych dla dzieci.
Mamy XXI wiek a sprowadzanie kobiety do roli inkubatora wciąż ma się mocno i jak się okazuje wszędzie.
Wstrząsająca lektura, choć momentami przydługie są rozmyślania Deborah, ale one pokazują dojrzewanie dziewczyny.
Przeczytajcie.

68 Był weekend

Weekend zaczął się od tego, że o 14.30 zabrałam Zozo ze szkoły. Ponieważ ostatnim razem obiecałam, że kupię jej nowy kostium kąpielowy (panienka rośnie jak na drożdżach) to poszłyśmy do sklepu.
Ciepło było nad podziw, założyłam espadryle zamiast trampek, koszulkę lnianą oraz cieniutki sweter i było okej.
Zozo miała ze sobą kurtkę oraz plecak szkolny wypakowany ubraniami, bo prosto ode mnie, w sobotę rano, miała jechać z mamą i Melem na żaglówkę. Mimo wszystko dziecko za nic nie chciało iść najpierw do domu by zostawić tobołki.
Zozo wybrała sobie strój – pomarańczowy w kwiatki. Pomarańczowy i czarny to ostatnio jej dwa ulubione kolory. Przeglądałyśmy jeszcze co jest na wieszakach, ja głównie szukając czegoś w rodzaju pareo czy innego plażowego poncho dla Zozo, ona ot tak sobie. I nagle zaświeciły się jej oczy. Czarne dżinsy do kolan wisiały wysoko, ale udało mi się znaleźć jej rozmiar.
– Takie?
Oczy jej śmiały. Jakby to była kreskówka to by w nich miała serca.
– To idziemy do kasy – zdecydowałam. Rzuciła się na mnie jak jeszcze nigdy.
– Jesteś najlepszą babcią na świecie! – wykrzyknęła.
I weź tu człowieku miej silną wolę jak masz taką perspektywę…
Oczywiście natychmiast się ubrała w te spodnie i zadawała szyku cała szczęśliwa.
Nazajutrz rano pojechała. A ja się snułam. Znowu ospała, znowu byle jaka. Na podwórku było słońce i ciepełko, ale ponieważ eM pracował to nie braliśmy psa nigdzie daleko tylko kawałek koło miasta nad jezioro.
Miałam sprzątać, bo brudno w domu niemożliwie, znowu „psy” się walają po całym domu. Ale uznałam, że zrobię porządek z ubraniami, bo raz bałagan w szafie, dwa, że szafa pełna a chodzić nie ma w czym.
Postanowiłam działać radykalnie i wywaliłam wszystko z szafy na łóżko. Chwilę potem ktoś-coś, potem obiad, po nim normalna niemoc i śpiączka (szfak, poziom cukru mi wariuje pewnie się skończy lekarzem, ale na razie walczę samodzielnie ruchem, ilością i obfitością posiłków oraz zamianą produktów na te o niższym indeksie glikemicznym).
A po 18 przyszedł Yankie i przypomniał, że chciałam jechać na zdjęcia, że on jest gotów. Strasznie mi się nie chciało, ale pojechaliśmy. Na Kinnekulle. Miałam nadzieję na rzepak, ale trafiło mi się coś innego.
Póki co zatrzymaliśmy się na Medelplana, bo tam jest na samym zakręcie taki fajny kościół i cmentarz. Zaczęłam się przymierzać, ustawiać aparat, samochody jechały jeden za drugim. Coś cyknęłam, przeszłam przez drogę do owego kościoła, jakiś samochód się zatrzymał, potem cofnął, otworzyło się okno i jakiś małolat zaczął się czepiać, że robię mu zdjęcia. Odpowiedziałam, że nie robię, i poszłam dalej. Chwilę potem dwaj małolaci mnie dogonili na przykościelnym cmentarzu i znowu to samo: czemu robię im zdjęcia. Powiedziałam, że nie robiłam im zdjęć, zażądali pokazania… Powiem szczerze, że mnie wystraszyli. Bez sensu zresztą bo byłam w środku wsi, przy ruchliwej drodze, z synem i z telefonem. Mogłam wyjść na tę drogę, zatrzymać pierwsze lepsze auto lub powiedzieć gówniarzom, że pokażę policji i jak chcą to niech dzwonią albo niech spadają. Zamiast tego drżącymi dłońmi pokazałam im, że nie mam ich zdjęć. Jeszcze coś pyskowali, kazałam im się odwalić i poszłam na drogę. Odjechali wreszcie, ale przyjemność prysła, i już mi się ten kościół wcale nie podobał, ani ten cmentarz.
Yankie, który jest mało agresywny chyba też się poczuł niewyraźnie…
Ale kilka zdjęć pstryknęłam.

Pojechaliśmy dalej, wymyśliłam Camping w Hellekis. Dojechaliśmy, postawiliśmy auto na parkingu. Dziecko zobaczyło ludzi piknikujących i zasugerowało byśmy poszli gdzieś indziej. Tuż obok parkingu biegła kamienista, stroma ścieżka, synek postanowił, że się tam wdrapie, to ja za nim.
No i okazało się, że warto było…
Teren wznosił się dość stromo, ze ścieżki leśnej wyszliśmy na szutrową drogę obsadzoną kwitnącymi kasztanami.

Po jednej stronie było krowie pastwisko, po drugiej końskie, a przed nami, na wzgórzu wielki budynek jakiegoś starego dworu.
Yankie poszedł się integrować z krowami, ja skoczyłam w krzaczki a gdy wyszłam zobaczyłam taki widok:

Dziecko oglądało krowy. A właściwie byki, co nie omieszkałam mu uświadomić dodając, że byki mogą być agresywne. Uwierzył! Mimo takiego widoku

Poszliśmy dalej, wyżej. Pomiędzy budynki.


Było pusto, cicho, bezludnie, wszystko stało otworem… Pomyślałam, że znowu zaraz ktoś się do nas przyczepi więc lepiej wracajmy. Dziecko znowu poszło na pastwisko, ja za nim. Krowy z cielętami podeszły do płotu, rozmuczały się donośnie…

Zeszliśmy na parking.
– Chcesz wracać tą samą drogą czy inną? – zapytałam.
– Inną, a wiesz dlaczego?
-…bo prawdziwy turysta nigdy nie wraca drogą, którą przyszedł…?
Pojechaliśmy inną: małą, wąską, koło miejsca, gdzie w miesiąc temu zbieraliśmy czosnek niedźwiedzi. I tu zaskoczenie. Bo przecież wciąż się po tym Kinnekulle kręcimy, właściwie jesteśmy tam co najmniej raz w miesiącu, a nigdy dotąd nie zauważyliśmy, jak ten czosnek niedźwiedzi kwitnie. A jest to widok naprawdę niesamowity. Usiłowałam oddać to na zdjęciach, ale nie. To naprawdę nie oddaje całości wrażenia.

Wyobraźcie sobie, że powyższy widok roztacza się wokół was, tak daleko jak zdołacie dojrzeć macie morze białych kwiatów.
Maleńkie parkingi-zatoczki obstawione były autami, a po ścieżkach wędrowali ludzie. Tłumy ludzi!

Yankie poszedł zdobywać kolejną górkę, a ja zrobiłam jakieś sto zdjęć kwiecia usiłując pokazać na nich ten cud natury w całości, ale ponieważ mi nie wychodziło skupiłam się na detalu.

Wróciliśmy do domu około 21:30, mąż z kwaśną miną zapytał gdzie byliśmy i czemu tak długo. Powiedziałam, że jutro mu pokażę.
Nazajutrz rano odbębniłam ostatnią deklarację dochodową takiego jednego gamonia co 29 kwietnia sobie przypomniał, że on jeszcze nie dał wszystkiego z 4 kwartału 2019 więc musiałam poprosić o odłożenie terminu deklaracji. Gamoń dostał czas do 1 czerwca. I co? Papiery przysłał dopiero po moim stanowczym oświadczeniu, że jak do 25/5 nie dostanę to niech sobie sami potem robi, bo ja na ostatnią chwilę nie będę robić. Papiery dotarły do mnie 26/5. Zrobiłam, wprowadziłam dane, poinformowałam Gamonia, że ma sobie podpisać deklarację w internecie, na co Gamoń:
– Ale ja jeszcze mam rachunek za parking. I chyba nie dałem ci polisy.
Powściągnęłam irytację. Uznałam, że zamiast się złościć – zarobię. Gamoń dostanie podwójną fakturę, za poprawki i ostatnią chwilę.
Tosia popatrywała na mnie czujnie z kanapy za plecami.

A potem pojechaliśmy znowu na spacer.
I było tak:

Znowu spacer wśród kwiecia i gorzkiego zapachu z dyskretną nutką czosnkowo-cebulową. A potem schody w górę:

Potem znowu z górki. I wyszliśmy na Stenbrottet.
Znowu tłum ludzi, grille, wędkarze, samochody i kampery. Tosia łyknęła wody, zamoczyła łapki, ja zrobiłam kilka zdjęć.

Udało mi się wreszcie złapać kolor wody taki, jaki naprawdę jest.
Wróciliśmy do domu. I wreszcie miałam czas na ogarnięcie ciuchów, które leżały na podłodze, gdzie je zwaliłam poprzedniego wieczora.
Nadal jest bardzo ciepło, jeszcze cieplej niż w poprzednie dni.
Może za dni kilka znów wyciągnę syna na wieczorną włóczęgę. Bo okazało się, że dwór w Hellekis jest dostępny od strony tych kwietnych łąk i że to wcale blisko. To po pierwsze. A po drugie: park dookoła dworu jest dostępny publicznie czyli niepotrzebnie się bałam, że ktoś nas stamtąd pogoni. A są tam jakieś niezwykłe drzewa podobno.
No a teraz mogę się zabrać do pracy.