30. Ciąg dalszy wspomnień

Mazury, wieś gdzie spędziłam wiele wakacji, gdzie mieszkała moja siostra a teraz mieszka siostrzenica.

Dom naszych mazurskich gospodarzy.


Wczesny ranek nad Mazurami

Leśniewo i niedokończona śluza na Kanale Mazurskim

Wilczy Szaniec

A potem przejazd przez moje rodzinne miasto: cmentarz, uliczka gdzie mieszkałam, szkoła podstawowa.
Na wieczór zjechaliśmy nad Jeziorak.

Zrobiliśmy sobie wypad do Malborka. Tłumy młodzieży szkolnej zniechęciły nas do zwiedzania zamku wewnątrz, więc tylko pospacerowaliśmy dookoła.

Dorka wieczorami zażywała kąpieli.

I koniec.
I tylko jedna konstatacja: Polska jest przepiękna!

29. Jeszcze odrobina wspomnień

Panna Gryzelda von Varkot zwana Dorką

Na początku był Kołobrzeg.
Potem przystanek w Toruniu

Spacer po Toruniu był krótki, bo zrobiło się chłodno i byliśmy zmęczeni. A że był już prawie wieczór to nawet pierniczka nie udało się kupić bo wszystko już było pozamykane.
Z tego wniosek, że musimy wrócić.
Dalej był y okolice Mińska Mazowieckiego, ale nie mam stamtąd żadnych zdjęć. Nie mam pojęcia dlaczego.
A potem Hajnówka i Białowieża.

Poniżej: Białowieski Park Narodowy. Spacer z przewodnikiem po Rezerwacie ścisłym. Pierwsza jest nasza rodzima, podlaska orchidea.

Ten grzyb jest podobno jadalny, a w dodatku świetnie udaje kurczaka.

Dorka niestety w spacerze po rezerwacie ścisłym udziału wziąć nie mogła.

Pojechaliśmy do Teremisek tropić żubry, ale jak na złość nie wyszły. Zadowoliliśmy się okolicznościami przyrody.

Obejrzeliśmy Stację Białowieża Towarowa

A także stację Białowieża Pałacowa – niestety tylko przez płot

A potem wróciliśmy do Teremisek, ale na próżno: żubry się nie pokazały.

Nazajutrz ruszyliśmy na Mazury. Z krótkim postojem w Krainie Otwartych Okiennic

28. Honey, I’m home

I po urlopie.
Wczoraj wieczorem wróciłam do swojego domu. Jeden skrzydłokwiat mi padł, chyba woda do niego nie kapała, buuuu! Wstawiłam do miski z wodą, ale nie wstaje, choć moczy nogi już kilka godzin. A był taki piękny! Gęsty, z wielkimi liśćmi.
W Szwecji milusie ciepełko. Zaczynają sprzedawać truskawki przed marketami. To znaczy, że koniec tanich truskawek w Lidlu?!
Te lokalne, sprzedawane na litry kosztują pewnie 60kr za litr… (litr truskawek to często mniej niż pół kilograma)
Te importowane kosztowały max 30kr za pół kilo. A truskawki stały się moją kolacją od pewnego czasu.

Tosia jeszcze u eksa, bo stwierdził, że odda mi ją dopiero dziś…

Urlop, urlopem, ale jak wlazłam do wanny z gorącą wodą to aż mi się jękło z uciechy.

Kolejne dwa tygodnie z W.
Zadziwia mnie, że można być z kimś tak po prostu. Bez spinki, bez zgadywania, bez ukrywania siebie i kontrolowania.

Dziś pranie. Trzeba kupić kwiatki na balkon. Odwiedzić córeczkę. I syneczka.
Ups… nie kupiłam niczego, nikomu.
Pod wieczór do Heleny. Dziś? Czy jutro? Muszę sprawdzić.

Ale może jeszcze pośpię?

26. Mazury

Stojąc nad grobem mojej siostry czułam przejmujący, ogromny żal.
14 lat. A ja się nadal nie pogodziłam.
A potem patrzyłam na siostrzenicę i w jej oczach widziałam moją siostrę.
I wciąż myślałam : Baśka pękałaby z dumy.

Misia mówi „zazdroszczę ci tego spotkania”.
Chciałabym tu przyjechać z moimi dziećmi. I z wnuczką.
Chciałabym zobaczyć wnuki mojej siostry i moją – razem.
Chciałabym zobaczyć nasze dzieci razem.




26. W Białowieży

Toruń był pierwszym przystanekiem. Nasz hotel „budget” leżał nie całe 10 min od starówki. Starówka piękna! Ale wszystko niestety już było pozamykane i nie kupiłam pierniczka. Ale dom Mikołaja K. znaleźliśmy.
Nazajutrz w drogę do Mińska Mazowieckiego.
Pierwsze popołudnie spędziliśmy na cmentarzu w rodzinnej wsi mamy Waldka. Szukaliśmy grobów jego bliskich. W. znalazł je dopiero nazajutrz, sam. Ja zostałam w hotelu razem z Dorką i pracowałam.
Nie zrobiłam zdjecia ze szczytu cmentarza i żałuję, bo to był piękny widok. Taki… filmowy.
Przedwczoraj dotarliśmy do Białowieży. Ale najpierw był postój w Hajnówce i obiad. Waldek jadł soljankę a ja kartacze. O matko jaakie były pyszne!! Soljanka mi słabo przypadła do gustu, ale może to kwestia przyzwyczajenia. Ciasto marcinek tak samo.
Wciąż obiecuję sobie kupić sękacza.
Na czas pobytu w Białowieży dałam sobie dyspensę na wszystko.
Wczoraj przez prawie 4 godz wędrowaliśmy po rezerwacie ścisłym. Naszym przewodnikiem był Andrzej. Jakie niesamowite rzeczy opowiadał..! Od teraz już bedę zupełnie inaczej patrzyła na las.
Po wędrówce zaszliśmy do kanjpy na jedzenie. Waldek wziął jakąś dziczyznę, nie chciałaam próbować. Ja – zgadnijcie co- …Kartacze znowu. Bo 7 szt ruskich to cokolwiek za mało,
Pan, który dostarczył mi jedzenie postraszył: kto nie zjada wszystkiego idzie na zmywak.
Phi… Dwa kartacze..? Co to dla mnie..? Potrzymaj mi kwas chlebowy…
Nie wiem jak oni to zrobili, ale w połowie drugiego miałam uczucie, że pęknę…
Wladek zjadł mięsko ;).
Gdy wychodziliśmy, stęknęłam z przejedzenia, a pani kelnerka tylko się życzliwie uśmiechnęła.
Doszliśmy do „domu”. Była 17:30. Padłam na łożko… i tyle mnie widzieli.
O 5:30 stwierdziłam, że dość tego spania.
Ale teraz jeszcze bym drzemnęła.
Dziś ma być ciepło – wczoraj było chłodno, pochmurno i naawet leciutko siąąpiło – ideaalna pogoda do lasu.
Pójdziemy ogląądać dworzec towarowy, drezyny i nie wiem co jeszcze. Może skoczymy do Hajnówki na obiad. A pod wieczór do Teremisek na żubry na wolności.
Jutro wyjazd. Kierunek Mazury, okolice Kruklanek.
Odpoczywam. Choć każdego dnia pracuję odrobinę.


25.

I znowu Kołobrzeg.
W mieszkaniu gorąco, na zewnątrz dość chłodno, więc bilans cieplny się raczej wyrównuje.
Oczywiście wczoraj migrena przez cały dzień.
Zmęczenie, odwodnienie oraz stres (nawet jeśli pozytywny) – trzeba odpracować koszty własne podróży.
Ale nad morzem było pięknie!
Nad ranem wstałam. W strzelającym od kamienia czajniku zagotowaałam wodę i wypiłam pełny kubek. Potem przestawiłam i włączyłam wiatrak, żeby mnie chłodził. Potem wypiłam kawę i łyknęłam paracetamol.
Będę żyć. No!
Dlaczego ja tego wiatraka nie postawiłam wieczorem? Aaa… No tak…
Wiatrak by zazgrzytał, może bym o coś stuknęła, zrobiłby się hałas, mój współspacz by się obudził i był zły na mnie… E tam, zniosę jaakoś…
Taki mam mechanizm.
I dopiero po roku uświadamiam sobie, że ten współspacz otwierając oczy od razu się do mnie uśmiecha.
Jeśli macie przy sobie kogoś, kto się do was uśmiecha od razu po przebudzeniu – doceńcie. Nawet nie wiecie jaakie macie szczęście.
Pamiętam jak Misia uśmiechała się do mnie ledwie otworzyła oczy. Misia miała taki specjalny uśmiech, do dziś ma, zarezerwowany dla najbliższych. Zawsze od tego uśmiechu rozpływa mi się serce.
A teraz ten tutaj…

24.

Moja mama mawiała, że pan Bóg jak chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera.
No to mnie wczoraj ukarał: zeżarłam 4 deseczki (chlebek Vasa) żytnie z miodem i twarogiem + 2 kromki chleba zwykłego z tym samym.
Wieczorem zasnęłam, bo padnięta byłam jak koń po westernie, ale o 2:15 obudził mnie kamień w żołądku… Tośka dyszała, zatkał mi się nos, a gazeciarz napieprzał drzwiami i Tośka uznała, że musi go obszczekać (uuu, będą kwasy i liścik od sąsiadki?)
W sumie to nie wina gazeciarza, że drzwi piwniczne oraz te od wejścia na klatkę są cieżkie, na sprężynie i nie da się ich zamknąć cicho.
No ale się wybudziłam.
Cukru nie sprawdzam na wszelki wypadek.
Ostatnie dni jechałam na kapuście, pieczonym kurczaku i czekoladzie.
Co za sadysta wymyślił, żeby deklaracje roczne składać do końca kwietnia a 12 dni później raporty z pierwszego kwartału?
I co z tego, że proszę wszystkich o wysyłanie dokumentów co miesiąc jak kończy się tak, że i tak najwięcej pracy zostaje na ostatnie dwa tygodnie.
Jednemu gościowi odesłałam wyciąg z banku z zaznaczonymi pozycjami, które mam, bo więcej nie było … Uzupełniał na trzy raty, a na koniec i tak jeszcze dzwoniłam, bo nie było wszystkich wpłat opisanych.
A i Tosia uznała, że czas przed 12 maja to doskonały czas na stresowanie matki i znowu było dreptanie i dyszenie. Tym razem trzy dni z rzędu, więc musiałam znaleźć czas na veta. Oraz kasę.
W badaniu manualnym nic nie wyszło, no – jeden węzeł chłonny lekko powiększony. W krwi jeden czynnik (ALP czy takie coś) wywalony w kosmos, reszta okej. Umówiłam się, że za dwa tygodnie sprawdzimy ponownie, a jak nadal będzie kosmos to czeka panienkę prześwietlenie.
Moja karta bankowa już się poci.
Posiadanie psa to przede wszystkim koszty, zwłaszcza jak się ma takiego chorowitka. Choć Tosia, jak na Berna, to i tak ma mało problemów.
Ale było kilka dni trudnych, bo spała głównie i prawie nie jadła.
Ale wczoraj PYK i pożarła michę żarcia i żebrała o wszystko co jadłam. Oraz szczekała i psociła… Czyli odżyła. Znaczy: coś jej było, ale przeszło.
A ja około 10-12 raportów zrobiłam z sufitu. Bo nie było opcji, żeby zrobić jak trzeba. Trochę z mojej winy, trochę z winy spóźnialskich, trochę po prostu różne okoliczności.
Autoryzowany rewizor się wczoraj odezwał, bo w jednej spółce mają obowiązek takowego posiadać. Miesiąc temu wysłałam wszystko: licencję do programu, integrację z ich systemem oraz pliki z cyfrowym zapisem księgowości. Czyli 3 różne, żądane przez nich, sposoby dostępu do księgowości. Nadmieniam, że za dodatkową licencję oraz integrację musiałam dopłacić, niby nie jest to jakoś wiele, ale te 500 wolałabym dać np. Zuzi …
Dostęp do programu był na miesiąc i właśnie się skończył. Integracja jest na czas nieograniczony, ale kosztuje mnie 250kr co miesiąc, więc chciałam po badaniu bilansu to zamknąć. A ten mi pisze: „czy mogłabyś wysłać raz jeszcze, bo koleżanka mi przesłała, ale plik jest pusty, a ja się właśnie do tego zabieram”. I tak. Napisał to wczoraj z rana. DWUNASTEGO! Bo przecież 12 to każdy już jest wyrobiony, nie?
A ja teraz zapłacę za kolejny miesiąc. Noż…
Oni biorą dwu-trzykrotność mojej stawki godzinowej to dla nich 500kr nie ma znaczenia. A dla mnie to pół paczki Tosinej karmy.
A żeby było jeszcze fajniej to oni zawsze mają pytania i żądania dosłania dokumentów, uzupełnień. Ciekawe jak im to zrobię jak dwa dni najbliższe mam zapełnione po uszy, a w piątek wyjeżdżam.
Nienawidzę badania bilansu i biegłych… Książęta psia mać – rzuć wszystko i rób. Nie masz czasu? O, sorry, ale wiesz, musisz…

No ale wracam do żywych. Rzuciłam okiem na zaprzyjaźnione blogi, nie nadrobiłam wszystkiego, bo jeszcze nie mam kiedy.
Teatru, chciałam napisać komcia, ale na googlu mi zawsze wycina jakieś numery i nigdy nie wiem czy nie zamieszcza bo nie, czy nie zamieszcza bo czeka na moderację i nie mam cierpliwości. Chyba ci zacznę maile posyłać, zamiast komentarzy 😀

23.

Maj.
19 szt deklaracji rocznych do zrobienia. Termin mam wydłużony, bo do 15 czerwca, ale chciałabym wszystko zrobić w ten weekend.
Raz, że chcę jechać na urlop z czystą głową (w miarę).
Dwa, że chcę uniknąć marudzenia klientów „kiedy, no kiedy” …

Gorzej bo kwartalnych, które mają termin na 12 maja, mam 38szt. Kilka największych firm już prawie zrobiłam – czekam na resztę od klientów. Ale nadal mam dwie duże i bardzo problematyczne firmy …

A majówka zapowiada się upalna.
Czereśnia pod moim balkonem obsypała się wreszcie kwiatami. Wygląda przepięknie, obiecuję sobie zrobić jej wieczorem zdjęcie.
W ogóle świat się wystroił na to robotnicze święto. Zimno, poranne przymrozki hamowały wszystko. Aż przyszedł jeden dzień naprawdę ciepły i wszystko się rozszalało. I pachnie! (No chyba, że rolnicy rozleją gnojówkę to wtedy nie).

Miałam badania.
Dziwne jakieś wyniki.
Np. zmalałam o 3cm! Wtf?
Przytyłam 1kg (to jest możliwe niestety)
Ale ciśnienie to całkiem od czapy: 148/84 puls 54…
Odkąd jestem pod opieką przychodni migrenowej to ciśnienie mam prawidłowe lub nieco za niskie.
Podobno jest coś takiego co się nazywa „stres białego fartucha”. Ale aż tak?!
Gorzej bo hemoglobina glikowana jest przekroczona o 2 punkty.
I tego nie rozumiem: skoro poranne wartości oraz popołudniowe mam w normie wg mojej pielęgniarki, to dlaczego to rośnie?
Odzwyczajam się od ulubionych potraw – naleśniki, babka ziemniaczana, pierogi… Kiedyś jadłam taki zestaw co tydzień. Teraz może raz w miesiącu.
Ych… gdybyż te strączki można było przyrządzać szybciej… A one wymagają czasu i planowania, w czym nie jestem najlepsza.




22?

Dostałam od Pana W to się podzielę, bo przednie!
(Jakom cudem tego nie znałam?!)

A poniżej tekst

Tekst to wiersz Mariana Załuckiego (1920-1979)

„Czupiradło”

Żyło sobie stadło składne,
Stadło dobre, zgodne stadło:
Ciemny Typek z Czupiradłem,
Z Ciemnym Typkiem – Czupiradło…

Miłość ich złączyła nagła,
Miłość ich złączyła szybka:
Typ był w typie Czupiradła –
Czupiradło w typie Typka.

Dnia pewnego coś napadło –
Coś napadło Czupiradło,
Więc na Typka jak nie huknie:
„Typku, spraw mi wreszcie suknię,
Taką, żeby Buba zbladła,
Żeby Dziuba z krzesła spadła,
Żeby Dziunię febra nagła…
I z zazdrości żeby Lala
Pojechała do szpitala!…”

Na te słowa Czupiradła
Typek zaklął: „Tam do diabła!”
Potem z domku się wyśliznął,
Gdzieś coś grejfnął, świsnął, gwizdnął,
Gdzieś podpylił sumkę krągłą;
Tutaj nabrał – tam naciągnął,
Wreszcie rzucił forsy huk
Czupiradłu do jej nóg.

Stąd to dzisiaj z Czupiradła –
Stąd to dzisiaj mamy z niej
Czupiradło wystrojone
Tak wytworne, że aż hej…

A więc proszę – suknia z kloszem,
Klosz w pepitkę, karczek w groszek,
I turniura, i gipiura,
Wcięty środek, luźna góra,
Środek w kropki, góra w kwiatki,
Karczek z rypsu, ryps w zakładki,
I baskinka z krepdeszynki,
Krynolinka wokół szynki,
Aksamitka wokół główki,
Niżej główki lekkie bufki,
W bufkach szlufki, szlufki w kratę,
Wstawki w kwiaty, kwiat z krepsatę,
Przodzik w dżety, dżety z tafty,
Tafta w cętki, cętki w hafty,
Hafty w kółko, kółko w ściegi,
Ściegi w dekolt, dekolt w piegi,
Nad dekoltem pysk okrągły,
Czółko w pryszcze, nosek w wągry,
A pod noskiem buzia w ciup,
Kto ją ujrzy – trrrup!

21.

Taki zapierdol, że nie ma kiedy załadować.
Ciśnienie rośnie, koniec rozliczeń coraz bliżej, a ja już nawet nie liczę co mi zostało, byle tylko zrobić.
Źle zaplanowałam urlop. Powinnam była miesiąc później: od 15 czerwca, wtedy nie leciałabym na złamanie karku. Jak zwykle w planowaniu nie wzięłam pod uwagę czynnika ludzkiego…
Wczoraj nawarczałam na klienta, bo nie potrafił podpisać przelewu elektronicznie…
Na dźwięk telefonu reaguję „co znowu..?”
Nawet pianie mojego kogutka (czyli wiadomość od Waldka) potrafi mnie zirytować.
Zaczynam źle spać… A spać mogłabym w sumie na okrągło. Przestałam czytać!
Krótko mówiąc: stres.