43/2020

Ostatni weekend marca.
W Systembolaget* podobno opustoszały półki. W mieście smród spalin, ryk głośników samochodowych, nieustający warkot silników za oknami, ryk pijanych „raggarna”. Kto to jest raggare? To członek subkultury samochodowej. Zwykle jeździ amerykańskim autem z lat 50. Najczęściej te auta to stare, pordzewiałe trupy, choć są też i wypieszczone, odreastaurowane Bentleye czy Cadillacki. Bycie raggare polega na tym by w czasie jakichś świąt jeździć w kółko po wyznaczonej w mieście trasie najlepiej przez całą noc w tzw cruisingu. Crusing polega na tym, że się dużo pije i puszcza muzyke na całą parę tak, aby w maksymalny sposób zakłócić spokój ludziom mieszkającym przy trasie przejazdu.
Cruisning jest atrakcją najczęściej w małych miasteczkach szwedzkich.
Po zimowej przerwie zwykle pierwszy cruising odbywa się w ostatnią sobotę marca. Nie mam pojęcia co świętują, ale mam nadzieję, ze diabli ich wezmą…
No ale jak nie diabli to korona ich dopadnie. Bo kto by się tam kwarantanna na świecie przejmował, jak rząd mówi, że można nie.

Jutro rano miasto będzie wyglądało tak, jak w Powrocie do przeszłości, gdy Marty przeniósł się do alternatywnej rzeczywistości.

Znowu wieje z północnego wschodu a niebo zasnute chmurami. Zmarzłam w lesie na spacerze.

Nakupiłam sobie książek. Kupiłam też dwa motki akrylu. Teraz mam Niebieski, granatowy, biały, ciemnobrązowy, musztardowo żółty, różowy, zielony i pomarańczowy. Będą kwadraty babuni. A potem kocyk czy coś…
Te kwadraty są wciągające, bo kolorowe. Uczę się trzymać szydełko dłonią, jak chłop łyżkę, a nie dwoma palcami. Kwadraty zaczęły mi wreszcie wychodzić ładniej. Jeszcze kombinuję z chowaniem łączonej nitki. Ale te pierwsze, mnie udane też użyję, bo mi szkoda.

Obejrzałam niesamowity serial na Netflixie Unorthodox. Na motywach książki o tym tytule, napisanej przez dziewczynę, która uciekła z chasydzkiej wspólnoty. Naprawdę – warto.

Przeczytałam „Przejdź przez wodę, krocz przez ogień”. Zachwalali, że thriller psychologiczno-medyczny. Nie wierzcie. Ani to thriller. A już ani nie medyczny ani nie psychologiczny. Nudaaaa…zmęczyłam, ale nie wiem nad czym zachwyty.

Kupiłam trzy książki, bo mi na Legimi zabrakło limitu, a że jakoś tego Legimi nie bardzo lubię więc nie chcę zwiększac. Wolę kupić.
Kupiłam: Klub samobójców, Była sobie rzeka i Skaza Roberta Małeckiego.
Zaczęłam Klub samobójców, ale za mało by coś powiedziec, zaczyna się ciekawie.

Na Ninatece obejrzałam Zazdrość i medycyna. Genialni Dmochowski i Łapicki.

Liczba zakażonych w Szwecji 3447. (We czwartek, jak ostatni raz patrzyłam na statystyki, było jeszcze tylko nieco ponad 2200). Zmarło 102. W tym 4 w wieku pomiędzy 50-59lat. Na intensywnej terapii 239osób.
W Westra Gotaland czyli w moim województwie chorych jest 330osób co plasuje nas na drugim miejscu za Sztokholmem. Z tych 330- 25 jest na intensywnej terapii, a 4 zmarło. W ciągu ostatniej dobry przybyło 18 zachorowań. Niestety nie wiem jak się w tym ma moje miasto.
Córka mi powiedziała, że w Szwecji nie ma jeszcze ścisłej kwarantanny bo politycy oddali decyzje w ręce naukowców. A naukowcy rekomendują wyłączanie pojedynczych obszarów – komun, dzielnic, zamiast zamykania całego państwa.
Nie dyskutuję z tym. Kto ma rację oceni historia. Może każdy, może nikt.
Dziś zrobiliśmy z Yankiem zakupy tak, by było na cały tydzień. Oraz postanowiliśmy, że jakby co – będziemy zamawiać jedzenie online. Wtedy nie będziemy chodzić po sklepie, tylko odbierać gotowe zakupy z punktu odbioru.
I eM i Yanki w przyszłym tygodniu pracują normalnie. U eMa chcą trochę nadgonić produkcję, na wypadek gdyby…

W poniedziałek chcemy odwiedzić Misię, Mela i Zozo. Póki jeszcze jest to w miarę bezpieczne. Kto wie kiedy znowu będę mogła ich przytulić …

*Systembolaget – szwedzka, państwowa sieć sklepów z alkoholem powyżej 3,5% – jedyne, legalne źródło sprzedaży.

42/2020 Co rok prorok

Sezon na roczne deklaracje dochodowe.
W związku z tym sezon na telefony od nieznanych mi osób.
– Dzień dobry może mi pani powiedziec gdzie mam wpisać odsetki od kredytu?
– Powie mi pani jak się odlicza koszty mieszkania?
– Bo ja chciałem te śniadania odliczyć, powie mi pani jak?
…Rzadko słyszę „dzień dobry”, prawie nigdy „nazywam się”
nigdy „Czy może mi pani udzielić informacji bezpłatnie”.
Skoro wiem, skoro się ogłaszam, to mam obowiązek pomóc. Za darmo. Czasem nawet bez dziękuję.
Zżymam się.
Wiedza jak wypełnić deklarację nie jest tajna. Jest opisana krok po kroku na stronie skatteverket. Nawet szwedzkiego znać trzeba – wystarczy google translate.

Wiedza jak to wypełnić to mój zawód. Ciekawe czy dzwonią do mechanika z pytaniem co mają zrobić jak samochód tak dziwnie wyje…
Albo do malarza by im powiedział jak odnowić salon, żeby się farba trzymała i ładnie wyglądała.

Czasem są cwańsi: dostałem pani numer od Jasia Kowalskiego. Powie mi pani…itd….
Noż kurde…
Wymyśliłam: proszę wejść na stronę skatteverket, w zakładkę inkomstdeklaration. Tam znajdzie pan wszystkie informacje. Do widzenia.

Czy jestem wredna? Wyrachowana?
Czy może mam pojechać do lakiernika z podrapanym samochodem i powiedzieć ” Słuchaj, powiedz mi jak mam to zrobić?”

Druga kategoria to klienci z ich odwiecznym „A szwagier/kuzyn/kolega nigdy nic nie płacą, i oni sobie wszystko odliczają”…

Cwaniactwo. To nasz narodowy sport.
Wiem, co roku piszę to samo.


41/2020 Trochę świat(ł)a

Nie można żyć tylko zarazą, zwłaszcza jak ma się w domu psa. Oraz naturę włóczęgi.
Wczoraj pojechaliśmy zobaczyć wodospad, który leży nieopodal miejsc nam tak dobrze znanych, a o którego istnieniu do niedawna w ogóle nie miałam pojęcia.
Był plan, że pojedziemy tam w kwietniu, jak nasi kumple od wycieczek, Adam i Agata, zgrają grafiki medyczne i znajdą jedną wspólną wolną sobotę. Ktoś zadecydował za nas. Nie wiadomo co będzie w kwietniu. Jak będzie można wycieczkować, jak oni będą mieli wolne i będą zdrowi (oboje pracują w służbie zdrowia), jak my będziemy zdrowi…to pojedziemy raz jeszcze.
Ale wczoraj pojechaliśmy tylko we dwoje. Plus Tosia naturalnie.

Naszym kierunkiem były dwa płaskowyże Hunneberg i Halleberg. Są to bliźniacze góry o średniej wysokości 90m, sięgające trochę ponad 130m ponad poziom morza. Góry rozdziela wąska i ciasna dolina w której częściowo leży miasteczko Vargön (dziwna nazwa: polsku oznacza Wilcza Wyspa). Halleberg jest trójkątna, jednym kątem wrzyna się w jezioro Wener. Hunneberg wznosi pośród płaskich jak stół równin. Na obu jest ustanowiony rezerwat, ale przez obie prowadzi droga jezdna dopuszczona do jazdy samochodem.
Na Halleberg odnaleziono ślady największego w Skandynawii grodziska którego początki oblicza się na lata 400-500.
W dawnych wierzeniach Halleberg była tzw Vallhallą czyli miejscem dokąd idą dusze wojowników. U podnóża Hunneberg jest wiele jaskiń (jeszcze tam nie dotarliśmy) pozostałych po wydobywaniu ałunu i wapnia.
Na obu górach są kilometry ścieżek do spacerowania czy jazdy rowerem, miejsca na pikniki, jeziora większe i mniejsze w których można się kapać lub łowić ryby. Raj mają tu ptaki. Kapać się w tych jeziorach nie jest miło, bo woda jest ciemna z powodu żelaza. Dominuje las liściasty- najwięcej tu olch i brzóz bo teren dość podmokły, często bagnisty.
Z Hunneberg spływa potok, który w jednym miejscu zamienia się w wodospad Byklevsfallet. Wodospad leży tuż przy drodze, więc jest bardzo znany i nie sposób go przegapić. Mimo wszystko zawsze nas skusi by zatrzymać się i popatrzeć na siłę natury.
Ale wczoraj naszym celem był nieznany nam jeszcze Brudslöjan Vattenfallet czy Wodospad Welon Panny Młodej spływający ze zbocza Halleberg.
Dzień był słoneczny, choć chłodny – wiatr zawiewał z kierunku północno-wschodniego. Na parkingu było kilka aut, po ścieżce kręciło się sporo ludzi, także z psami.
Już z daleka było słychać szum spadającej wody, my tymczasem szliśmy ścieżką wzdłuż meandrującego potoku o ciemnych wodach.
Kilka minut spaceru i oto ukazał się naszym oczom taki widok:

A potem to było tak:

Coś cudownego – kaskada mieniącego się światła. Mogłabym tam stać godzinami i podziwiać. Jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie.
Niestety tłum był tam taki, że umknęliśmy dość szybko.
Pojechaliśmy zobaczyć czy Byklevsfallet z Hunneberg też się popisuje.
No, tym razem robił co mógł.
Kilka lat temu zrobił nam niespodziankę. Umówiliśmy się wtedy z Adamem i jego rodziną na podziwianie tego wodospadu. A na miejscu okazało się, że ze skały nie spada ani jedna kropla.

A poza tym zieleni się, choć tu i tam jeszcze zeszłoroczne liście.

40/2020

Znowu wybudził mnie ból głowy, a przecież byłam grzeczna. Poszłam spać przed 23, nie piłam alkoholu, nie oglądałam zbyt wielu filmów i te filmy nie były zanadto ekscytujące (Noce i dnie po raz tysięczny), nie przejadłam się przed snem…
Ból, tabletka, lęki…Takie wizje rodem z filmów sf o najeździe obcych albo skutkach mutacji wirusów (Jestem legendą).
Wstałam, bo bez sensu.
Wzięłam nitki, szydełko i ćwiczę „kwadraty babcine”. Od dawna podobają mi się różne rzeczy robione tą techniką: kocyki, podusie, swetry. Piękne, kolorowe, dające możliwość wykorzystania wszelkich resztek. Patchwork dziergany.
Mówiłam, że uwielbiam patchworki? Ludzie z kawałków szmatek potrafią szyć cuda.
Dłubię i myślę.
Że ustrój zwany „demokracją” nie jest tak naprawdę demokracją, a kapitalizmem czyli systemem z założenia wspierającym bogatych. Że pracujemy przez 1/3 naszego życia w zasadzie na to by zaspokoić nasze podstawowe potrzeby: żeby mieć co jeść, gdzie mieszkać i w co się ubrać. I wszystko funkcjonuje jako tako póki nie dopadną nas jakieś zdarzenia losowe: wypadek, choroba… Jeśli mamy szczęście i poszkodowanych jest większa grupa to może nam „Państwo” w swej łaskawości jakoś pomoże. Jak mamy pecha – musimy radzić sobie sami.
Lwią część naszych dochodów oddajemy „państwu” by nas chroniło, ale ta ochrona jest kiepska szczerze mówiąc.
Płacimy podatki, różne składki na ewentualność choroby, na starość, gdy nie będziemy już mieli siły pracować. Ale w zamian dostajemy tylko jakieś ochłapy. Jak zachorujemy to chorobowe, które oficjalnie powinno wynosić 70-90% naszych dochodów, w praktyce okazuje się dużo niższe. Na wizytę u lekarza specjalisty musimy czekać, o badania musimy żebrać, a leki pochłoną fortunę.
Ciułamy grosz po groszu, latami na emeryturę. A gdy przychodzi starość – okazuje się, że nasze pieniądze straciły wartość i dostajemy nędzne grosze, za które żyć godziwie trudno.
Wmawia się nam, że wszystko musi przynosić zysk. I że to tylko kwestia dobrego zarządzania.
Szalejąca pandemia odsłania słabość takiego systemu. Brak podstawowych rzeczy w szpitalach: środków ochrony i personelu. Brak miejsc i odpowiedniego sprzętu. To jeden problem.
Drugi: co zrobić by zatrzymać ludzi w domach? Nie każdy pracuje przy biurku. Nie da się oddelegować budowlańca czy spawacza do pracy z domu. Jeśli nie będą pracować – nie zarobią. Z czego mają zapłacić rachunki w sytuacji gdy zostaną zmuszeni do pozostania w domu?
Rządy szykują pakiety pomocowe dla firm. Obejrzałam to, co proponuje szwedzki rząd. I niespodzianka: nagle okazuje się, że te pakiety nie dotyczą np. takich jak ja. Dotyczą tych co mają pracowników i są spółkami AB. (spółka z o.o.) Takim jak mnie rząd proponuje odwleczenie terminu zapłaty podatków. Li i jedynie.
I szybko okazało się, że podobne rozwiązania szykują też inne państwa.
Wspieramy korporacje. Czyli pomoc jest dla bogatych. Biedni jak zawsze muszą poradzić sobie sami.
I zaczynam widzieć inne rzeczy. Ty pojedynczy, fizyczny człowieku masz żyć rozważnie: sortować śmieci, oszczędzać wodę i prąd, jak najmniej używać samochodu, nie latać na wakacje, jak najmniej ingerować w naturę. Bo jak nie, to zapłacisz kary, zapłacisz za emisję CO2, za wywóz śmieci, za dostęp do świeżego powietrza.
Masz opiekować się wszystkimi dookoła, masz oddawać swoje pieniądze na leczenie chorych dzieci, na finansowanie sprzętu, na utrzymanie kolejnego hospicjum czy szpitala.
W gruncie rzeczy, ty zwykły szary człowieku masz obowiązek pomagać tam, gdzie „państwo” nie sięga. A „państwo” nie sięga w coraz więcej miejsc.
A tymczasem inni nadal wyrzynają lasy, wydobywają naftę i węgiel, wywalają do wód tysiące litrów trującej chemii. Mogą to robić bezkarnie, bo stać ich na prawników i polityków. Polityków, którzy pomogą przepchnąć kolejną ustawę, która znowu sięgnie do naszych kieszeni, by tamci mogli mieć jeszcze więcej forsy.
Wmawia się nam, że to demokracja, ten ustrój, który mamy, i że to najlepszy system jaki dotąd wymyślił człowiek. Sami chętnie w to wierzymy.
Nie umiem napisać składniej co mi po głowie chodzi, ale wiem, że to jak funkcjonuje dzisiejszy świat jest naprawdę do bani. I mam dziwne uczucie, że po pandemii będzie jeszcze gorzej. Nam, zwykłym szarym ludziom. Nałoży się na nas jeszcze więcej odpowiedzialności zbiorowej, sięgnie się nam jeszcze głębiej do kieszeni, odetnie kolejne skrawki wolności. W imię tzw dobra ogółu.
A ktoś inny zarobi na tym kolejny milion.




39/2020

Czytałam do pierwszej w nocy. A godzinę temu obudził mnie znajomy ból w „lewej, dolnej ćwiartce”. Cholerny ból głowy, na który pomaga tylko pozycja pionowa połączona z tabletką przeciwbólową.
Zawsze atakuje wtedy, gdy późno pójdę spać. Nieważne czy zarwę noc dobrowolnie bo książka czy z przymusu bo nie mogę zasnąć.
Choć teraz, od kiedy jest jaśniej już nie mam takich problemów z zasypianiem.
Czytałam Spacer Aleją Róż – pięciotomową sagę rodzinną o budowie Nowej Huty. Ale to nie była dobra książka, choć przyznaję że losy Szymczyków mnie wciągnęły. Ale anegdoty lokalne z Nowej Huty już mniej, a jeszcze mniej sama historia rozwoju tej dzielnicy oraz walki o kościół. Nie wiem jak miałby to być podane by było strawne.

Poza tym nic się nie dzieje.
Nie spotykam się ludźmi już zupełnie. Zaczęły się rozliczenia podatku dochodowego za 2019, więc wpada dodatkowa robota za dodatkową kasę. Przyda się. Pieniądze się zawsze przydają.
Zastanawiam się jaki ekonomiczny skutek będzie z tego wirusa. Już wiadomo, że dość mocno spadło wydzielanie CO2 i to jest jakiś pozytyw. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Ziemia zachorowała, dostała temperatury i teraz pocąc się wyrzuca toksyny. Niezależnie od głupoty czynnika ludzkiego spożywającego jakieś podejrzane mięso.
A swoją drogą, to czy ktoś z was wie skąd ten wirus?Prawda to z tym nietoperzem? Gdzieś mi mignął nagłówek, że ktoś się przyznał do broni biologicznej, ale jak chciałam zgłębić temat to zażądano od mnie albo wyłączenia adblocka albo wykupu dostępu, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie uznałam, że aż tak ciekawa nie jestem i mogę doskonale się obyć bez tej wiedzy.
Szwedzi ustalili chyba jakieś pakiety pomocowe…Problem w tym, że z tego co czytam to dotyczy to tylko firm AB czyli odpowiednika spółek z o.o. A co z innymi? No, nawet nie ma komu zadać pytania.
Zajrzałam też na swoje konto emerytalne… Będę pracowała do śmierci, wygląda na to, albo przyjdzie mi żebrać. I po co mi to było? Wiedziałam, że dobrze nie będzie, ale nie sądziłam, że aż tak źle. Niespecjalnie mam możliwość coś z tym zrobić. Nie, mając 55 lat na karku i zarabiając tyle, ile zarabiam.
Znowu stwierdzam, że bardzo jest brak na rynku usług doradztwa finansowego. Takie niezależnego, nie powiązanego z żadnym bankiem, firmą ubezpieczeniową czy czym innym. Dzieci w szkole nie uczy się jak zarządzać finansami, a to przecież bardzo ważne. A rodzice, którzy sami tego nie umieją, nie mogą nauczyć swoich dzieci.

Strasznie mi się chce gdzieś ruszyć, popatrzeć na coś innego niż oglądane setki razy te same widoki. Może pogoda będzie łaskawa, nie będzie lało i wiało i namówię męża by w ramach spaceru z psem pojechać i poszukać wodospadu zwanego Welon Panny Młodej. Po tych deszczach jest zapewne imponujący.

38/2020

Szwecja ugina się pod żądaniem Unii o zamknięciu granic.
Czyli jeszcze dziś normalnie, od jutra już tylko w ważnych sprawach oraz w ramach powrotu do domu.
Zamykają się szkoły ponadpodstawowe. Przedszkola i szkoły podstawowe pracuję normalnie – to w trosce by nie zabrakło personelu medycznego.
Szwedzi nie robią testów na tego wirusa, twierdzą, że nie ma takiej potrzeby. Testowani są pacjenci przyjmowani na oddział. Dlatego te tysiąc zachorowań w dziewięciomilionowym społeczeństwie wydaje się być wersją optymistyczną.
W Polsce na 40 milionów -200 zachorowań.
Nie wiem kto ma rację. Może nikt..?
Nie znamy czegoś takiego, nie wiemy jak to będzie wyglądać, nie wiemy czy jest szansa, że samo wygaśnie czy będzie się mutować i krążyć wciąż i wciąż aż … Na świecie jest zapewne tylko garstka ludzi, którzy mogą coś wiedzieć, ale oni się wiedzą nie podzielą ze światem.
Nie wiemy jak funkcjonuje świat w czasie zagrożenia, wielkiego kryzysu i mobilizacji. Nie znamy takiego świata.
Mam wrażenie, że świat wstrzymał oddech.
Mam poczucie takie bezsensu.
Po co te wszystkie maseczki, staranniejsze mycie rąk, izolacja? Skoro przy zetknięciu z wirusem nie mamy najmniejszych szans by uniknąć zarażenie? Więc po co? Może lepiej zachorować teraz gdy służba zdrowia jeszcze wydolna? Odbyć swoje, przeżyć, a potem wrócić do normalnego życia. Przeżyć? No właśnie, a jeśli jednak nie..?
…egoistycznie cieszę się, że nie mam w Polsce niemal nikogo…
Włoskie babcie i dziadkowie umierają samotnie. Jedyne co im czasem ktoś da, to możliwość pożegnania się na ekranie. Czy to nie straszne?

Mam masę roboty, a nie mogę się zebrać. Dwa dni pętałam się po domu usiłując zaczepić o coś ręce. W efekcie narobiłam pierogów. Nie mogę się skupić na pracy.
Czytam jakąś sagę o Nowej Hucie. Miejscami saga, miejscami produkcyjniak (tak w moim domu nazywano książki pisane ku chwale socjalistycznej ojczyzny).
Tośki ruja na końcówce. Spacer kończy się przy pierwszej latarni, pies się przykleja nosem i tkwi. Zapomnij o potrzebach fizjologicznych. Obudziła mnie o 4, bo już nie mogła wytrzymać. Poszłam, bo co miałam zrobić?
Ciepło, wilgotno, bez wiatru.

Tęsknię za Zuzią.


38/2020 Dziennik zarazy

Plociuch donosi, że w Mieścinie są dwa przypadki zachorowania. Trzeci jest możliwy. Wszystkie przywiezione z podróży za granicę.
Szkoły nadal pracują normalnie. Kino się zamknęło. Urząd skarbowy dopuszcza możliwość wydania zgody na odroczenie płatności podatkowych. Rząd debatuje nad przyjęciem ustaw kryzysowych w tym o wypłacie zasiłków chorobowych z kasy państwa, o zapłacie składek pracodawców ze skarbu państwa – wszystko po to by uchronić firmy przed bankructwami. Zapewniają, że pieniądze na takie cele są zgromadzone.
Misia i Mel przeziębieni. Odwołaliśmy spotkanie z okazji zbliżających się urodzin Mela. Odwołałam spotkanie z Gulsum. Nie zobaczę się z Zozo co najmniej przez dwa tygodnie!
Koleżanka Adaś mówi, żebym męża zatrzymała w chałupie bo on w grupie ryzyka. Powiedziałam, że siedząc w domu ryzykuje jeszcze więcej, bo ja go szybciej zabiję niż korona.
Pogoda w kratkę. Wieje i leje, dzień spokoju, i od nowa.
Tośka nadal ma cieczkę, spacer z nią to koszmar. Więcej stoimy bo ona niucha niż chodzimy. Na szczęście to już kwestia najbliższych dni.
Ponieważ wróciły deszcze i wiatry Tośka zaczęła najpierw utykać na schodach a potem niechętnie wspinała się na łóżko. A już było tak dobrze: ciepło, słonecznie, niemal bezwietrznie i pies wskakiwał na łóżko, ławkę i kamienie mimo, że nie dostawała tabletek. Teraz musieliśmy wrócić od medycyny.
Mój drogi piesek. Z naciskiem na DROGI. W aptece wydałam wczoraj na nią ponad 1000kr. Prochy od bólu i tabletka na kleszcze.
Ewa wrzuciła na fejsa zdjęcie i przypomniała mi się piosenka Białym latawcem…Włączyłam YT…i tak od łyczka do rzemyczka…Trochę Waweli, potem Anna Jantar, potem Natalia z Budką Suflera, utknęłam na starej Budce.
Wczoraj obejrzałam film Judy o Judy Garland. Renee znów robiła swoje dzióbki, ale zagrała przekonywająco. Szkoda, że film taki ogólnikowy. Doczytałam potem w internecie jak to było z gwiazdą Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Nic dziwnego, że te aktorki ze starych filmów kończyły jako alkoholiczki, narkomanki, lekomani niezdolne do życia.
A co najdziwniejsze tego filmu i żadnego innego z Judy chyba nigdy nie widziałam. Miałam w planach obejrzenie Narodzin gwiazdy z Barbrą, ale myślę sobie, że może najpierw poszukam tego z Judy.

A jutro chyba trzeba będzie pogadać z klientami…

37/2020 Dziennik zarazy

Wczoraj w ICA zobaczyliśmy puste półki – chusteczki higieniczne, papier toaletowy, makarony i puszki z rybami – w zasadzie wyparowały.
Człowiek jednak łatwo daje się wkręcić. Widok pustych półek wyzwolił i we mnie napad „zapasy!robić!” ale eM mnie zastopował. Czy miał rację?
Wieczorem pomyślałam, że dobra, w razie czego żarcie w domu jakieś jest – kasz wszelakich, strączków jest sporo, w zamrażarce jest chleb i kiełbasa, jakieś dorsz też jest, mąka i cukier, kilka słoiczków dżemu. W najgorszym razie na tydzień -dwa wystarczy.
Trzeba kupić jakiś ibuprofen i paracetamol bo tego pewnie najszybciej zabraknie w aptekach.
Rząd póki co nie zdecydował się na zamknięcie szkół. Motywują tym, że podobno póki co zachorowań jest mało, a obowiązek opieki nad dziećmi sprawiłby, że duża część służby zdrowia zostałaby uziemiona w domach z dziećmi. Albo dzieci były pod opieką dziadków – co dla tych ostatnich może być groźne jeśli dziecko transportuje wirusa.
Inna rzecz, że na razie są tylko pojedyncze przypadki zachorowań w różnych komunach, w całej Szwecji jest ponad 500osób. U nas w komunie nie ma (jeszcze) nikogo. Najwięcej w Skanii, na południu.
Póki co odwołuje się tylko imprezy masowe, takie które mogą zgromadzić ponad 500osób. Dodatkowo zmieniono warunki zwolnienia chorobowego z pracy: nie ma dnia karencji oraz do 14 dni choroby nie trzeba mieć zaświadczenia od lekarza (wcześniej do7 dni).
Rząd i instytucje kryzysowe ślą uspokajające komunikaty, bo nie chcą masowej histerii.
Media podkręcają panikę, bo wiadomo, że ta się lepiej sprzedaje.
Ale jeśli jedyną radą na wirusa ma być ciepło to zabawa dopiero się zaczyna. Temperatur powyżej 20stopni w Celsjusza raczej nie ma co się spodziewać wcześniej niż w maju -czerwcu.

A tymczasem wróciły wichury i zimno.

Dania od dziś zamyka granice.

36/2020

Wczoraj przeszłam się po mieście. Miałam wrażenie, że jakby mniej ludzi się kręciło, ale też i pora dość wczesna.
Poza tym właściwie żadnych oznak paniki. W sklepach przy kasach żele dezynfekujące się pojawiły…i tyle.
W miasteczku, gdzie mieszka tata Zozo dwoje nastolatków podejrzanych o chorobę odesłano do domu ze szkoły, a byli na wakacjach gdzieś tam, gdzie zaraza panuje. W innym miasteczku podobno zamknięto System Bolaget bo ktoś z pracowników okazał się być chory. Noooo…zamknięcie Systemu to może być powód do paniki, bo jak tu żyć bez procentów, a w małych miastach zwyczajowo jest tylko jeden sklep z alkoholem.
Do naszej gminy wróciła z wojaży wycieczka Włoch. Podobno.
Ponieważ przez lata unikałam mediów to teraz niespecjalnie wiem co się dzieje. Trochę podglądam naszego miejscowego plociucha, zaglądam też na Aftonbladet i Goteborgposten.
Oczywiście szpalty pełne COVID, wszyscy dużo gadają, ale nic nie mówią. A we mnie narasta strach.
Od jakiegoś czasu wiem, że scenariusze tych wszystkich filmów i książek sf o pandemii mogą się spełnić. To nie jest kwestia „jeśli”, to jest kwestia „kiedy”. I przy każdych doniesieniach o drapieżnym wirusie myślę sobie „czy tu już, czy to się właśnie teraz dzieje?”
Oczywiście staram się nie wariować, ale. Wiadomo.
Czy to prawda, że ten wirus lubi zimno?
U mnie pada deszcz ze śniegiem…Całą zimę tego nie było.
No dobra. Wirusy, srusy, Smoleńsk k..! A psa wyprowadzić trzeba.

35/2020

Munkängarna czyli Mnisie Łąki …albo Pączkowe łąki, a może łąki należące do Munka…
To 76 hektarów lasu (głównie) liściastego, leżącego nieopodal naszego ulubionego Stenbrott. Munkangarna przez dłuższy czas należały do właścicieli majątków Hellekis i Rabeck. W XIX wieku część tego terenu przerobiono na park w stylu angielskim i udostępniono dla publiczności.
Od roku 2007 jest to chroniony rezerwat natury wpisany na unijną listę Natura 2000.
Wiosną teren ten tonie w powodzi kwiatów – kwitną tu przylaszczki i zawilce oraz czosnek niedźwiedzi.
Tak naprawdę nic więcej tam nie ma: ścieżki i ścieżynki wiją się pomiędzy pozwalanymi pniami drzew, teren jest wilgotny, czasem lekko podmokły, z jednej strony ograniczony droga, z drugiej stromą skałą odgradzającą od kamieniołomu czyli Stenbrott.


Pojechaliśmy w sobotę bo chciałam zobaczyć czy czosnek niedźwiedzi naprawdę wyłazi z ziemi.
Owszem. Wylazł, miejscami był już naprawdę duży. eM się rzucił na niego jak wygłodniały. Bo teoretycznie to rezerwat i nie wolno, ale łakomstwo silniejsze od zasad. Inna rzecz, że ten czosnek zbiera wielu miejscowych, najczęściej starszych ludzi. Podobno robi się z niego zupę. Ja robiłam pesto.
Prócz tego czosnku były przylaszczki, większość w pakach jeszcze i chyba fiołki. Oraz błoto.

Trochę się pogubiliśmy, bo szukałam takiej jednej niby jaskinii ale jak zawsze posłuchałam męża, że to w drugą stronę. Wyszliśmy na Stenbrott, przeszliśmy górą i zeszliśmy schodami.

Zeszliśmy schodami, weszliśmy schodami po przeciwnje stronie. Pod wiszącą skałą wymurowano coś w rodzaju jaskinii w której jest rynienka, którą spływa woda, oraz ławeczki do posiedzenia. Szukałam czy ta woda miała jakieś zdrowotne właściwości, ale nie znalazłam. Być może jaskinia miała być po prostu miejscem odpoczynku. W środku jest mroczno i wilgotno…Nie wiem czemu nie mam zdjęcia wnętrza. Tylko zewnątrz.

Tośka była cała nieszczęśliwa bo na smyczy, a tam się pętały dwie samice daniela (klempy?) . Latały tam i z powrotem, ciągle je coś płoszyło i zrobić im wyraźne zdjęcie było niemożliwe. Tośka, jak Tośka, koniecznie chciała zawrzeć znajomość, a Pańcio wredny trzymał na sznurku. Na sznurek wzięta została, bowiem wykazywała zbytnią narowistość i zaangażowanie w tropieniu zapachów, a to za sprawą cieczki.
Zapakowaliśmy się do samochodu, ubłoceni prawie po pachy. Ruszyliśmy i te dwie klempy znowu wylazły nam na drogę. Ale oczywiście nim Kasia nacisnęła spust już ich nie było.
Odjechaliśmy jeszcze kawałek i voila!
Na otwartym terenie, tuż obok mojej ulubionej stacyjki, w ciepłym, popołudniowego słońca pasło się całe stadko. Tak z 10 sztuk. eM się grzecznie zatrzymał na poboczu. A ja poszłam. Oddzielały mnie pastuchy, więc dystans musiałam zachować spory, co może i dobrze, bo dzięki temu nie podeszłam na tyle blisko by je spłoszyć. A wystarczy tylko o pół kroku za dużo, o co łatwo gdy się nie ma wielkiego obiektywu.

Kilka z nich widocznie miało za zadanie pilnowanie reszty bo wypatrzyły mnie natychmiast i znieruchomiały. Reszta pasła się spokojnie. Zrobiłam kilka zdjęć i się oddaliłam. Co je będę stresować.
Ale w podzięce chyba, słońce oświetliło mi pięknie dawny budynek stacji, jeden z moich ulubionych, i wreszcie mam go pod takim kątem, że widać cały jego urok.

A w niedzielę zaczęło wiać i lać.
Pojechaliśmy do Litwinów. Ich Abba nas poznała.
– A czemu bez Tosi? – zapytała Litwinka
– Bo ma cieczkę.
– Co ma?
– Cieczkę, ruję…No okres…
– A, na i co z tego?
– Wtedy bywa agresywna. Jeszcze by się z Abbą pogryzły. No wiesz: „-Kochanie, a czemu gotujesz zupę w trzech garnkach?
– GRRRRR BO TAK!!!!~!@ „

A dziś zmora usiadła na prawym barku i szarpie. Ych…