52/2020
Wczoraj wieczorem skończyłam czytać „Była sobie rzeka”.
I jestem rozczarowana. Tyle się naczytałam, że to takie piękne, że powieść totalna (co to w ogóle znaczy?), arcydzieło…
A ja widziałam owszem – dobry styl, bogaty język, ale cała reszta…Taka opowiastka w stylu Karola Dickensa. Dobro wygrywa, zło jest ukarane.
Nudziłam się śmiertelnie. I nawet poznanie losów ostatniej z dziewczynek ani mnie grzało ani ziębiło…Zabrakło tego czegoś…
O. Teraz na to wpadłam: przerost formy nad treścią.
Poza tym gnam z robotą. Muszę nadrobić stracony czas jak najszybciej, bo już kolejne zadania pukają do drzwi.
Wczoraj zadzwonił do mnie klient, który utknął w Polsce. Robię mu tylko rozliczenie roczne. I okazało się, że choć jakimś przypadkiem jego deklaracja papierowa dotarła do niego, to nie ma opcji by ją wysłać, bowiem podobno Poczta Polska odmawia wysyłania listów do Szwecji.
Jeśli to prawda, to tym na górze już chyba wszystkim rozum odebrało.
Namówiłam pana by po prostu zaczaił się przy terminalu Stena Line i poprosił pierwszego lepszego kierowcę o wrzucenie listu do skrzynki.
A potem uświadomiłam sobie, że znaczek! Kiedyś Skatteverket do deklaracji dołączał kopertę, na którą nie było trzeba znaczka…Czy teraz też tak robi? Nie mam pojęcia, bo od lat nie dostaję nic na papierze. I coraz mniej ludzi dostaje, bo elektroniczne dostępy i podpisy upraszczają sprawę. Pan ma problem, bo pracując w Szwecji, ale mieszkając na stałe w Polsce nie ma personnummeru czyli szwedzkiego numeru pesel. Ma tzw samordningsnummer – to numer porządkowy, w którym do daty urodzenia dodano 60. A ten numer nie daje dostępu do usług elektronicznych. (Właściwie dlaczego nie??) No, ale nie…
Przy okazji z panem pogadałam. Bo przyjechał do Polski, bo szef wymówił pracę, bo korona…Pytam co z wynagrodzeniem. A pan, że nie wie…Więc mu zaczęłam tłumaczyć, że ma prawo do częściowego wynagrodzenia, ale to jego pracodawca musi złożyć wniosek…
Okazało się, że pan nawet nie do końca wie jaką ma umowę. Bo to po szwedzku. Dobrze chociaż, że te umowę miał. Podsłał mi zdjęcie. Pytam go, a co z urlopem, czy wykorzystał…Jaki urlop?! No normalny, wypoczynkowy, przecież ma prawo do 25 dni, to skoro nie pracuje to niech ten szef chociaż jak urlop to potraktuje. Ale on nigdy nie był na, a pracuje tam już 5 lat. I szef to na pewno nie wypłaci…
Ochrzaniłam chłopa… chłopa – toż to dzieciak, rok starszy tylko od mojej córki.
Akurat w szpitalu na drugim końcu Polski, leży jego kolega, taki prawie w moim wieku, z rakiem. Też mu robię rozliczenie roczne.
Jak można tak bardzo nie pilnować własnych interesów? Pracują daleko od domu, mieszkają na gromadzie zazwyczaj, jedzą to, co przywiozą sobie z Polski, a są to najczęściej najtańsze konserwy. Pracują po 12 godzin dziennie, po sześć dni w tygodniu. I nie znają swoich praw. Potem przychodzi choroba i…są w czarnej dupie. Bo np. nie wiedzą, że leczyć mogą się w Szwecji, że przysługuje im zasiłek chorobowy, ale najpierw muszą być zarejestrowani w Försäkringkassan czyli odpowiedniku polskiego ZUSu. Z tym, że w Szwecji to człowiek rejestruje się sam a nie jego pracodawca. Pracodawca, jak jest porządnym człowiekiem i ma niewielką załogę to może pomóc, dopilnować. Jak ma ponad sto osób zatrudnionych to trudno by każdemu matkował.
Tak się zadumałam.
Szkoda mi trochę tych ludzi, a trochę mnie złoszczą, że widzą tylko „piniądze” a nie widzą życia. Tyrają, żeby w Polsce postawić wielką chałupę, kupić telewizor na pół ściany, opłacić dzieciom studia. Tylko te dzieci ich nie znają. Domem i telewizorem nie mają się kiedy cieszyć.
Nie dochodzą swoich praw, nie pilnują ich, żyją „jakoś to będzie”. Znałam wielu takich – eM ciagle z takimi pracuje. Na początku każdy mówi „ja tylko na chwilę, żeby dom wykończyć, żeby coś tam”. A potem nie wiadomo kiedy przelatuje całe życie. Dzieci obce, żona nie swoja, a za plecami alkoholizm się czai, bo co robić w jedyny wolny wieczór jak telewizja w obcym języku, a w mieszkaniu wszyscy piją. Niektórzy na początku usiłują coś robić: pojechać gdzieś, coś zobaczyć, jakieś ryby może połowić. Potem już żyją tylko w rytmie wyjazd-przyjazd. Pomiędzy tym reset czyli urżnięcie się w każdą sobotę… I tak aż do jakiegoś nieszczęścia, choroby najczęściej.
Straszne życie.
51/2020

Takie te święta niewydarzone…
Mieliśmy plany, żeby pojechać gdzieś, ale przecież wiało tak strasznie, że się odechciało. Zimnica straszna.
Zostaliśmy w domu, Tośkę wzięliśmy na spacer nad jezioro, ale blisko domu.
Wczoraj mieliśmy z Tosią jechać na wyspę do Wandali. Ale okazało się, że ze względu na kota rodziców Mela lepiej nie brać Tosi, bo Totte jest płochliwy, strachliwy i może odmówić powrotu do domu na czas, a oni muszą wracać do miasta bo praca.
Poza tym nadal wiało koszmarnie i było zimno potwornie, a to nie warunki do długiego spacerowania. Zrobiliśmy tylko kółko żeby zabrać Zozo od taty.
Dookoła nas jest równina i pola uprawne. teraz, wczesną wiosną, gdy wiele upraw jeszcze nie wzeszła pola są tylko ogromnymi połaciami piachu. I teraz, w tym wietrze i suszy wiatr robił burze piaskowe.
Z okna samochodu to wyglądało tak:


Powiem tylko, że to i tak było całkiem spokojne. Bywały takie miejsca, że widoczność spadała praktycznie do metra. A na krawędziach pól, na rowami, tworzyły się zaspy piaskowe.
Misia i Mel poprosili nas, żeby zawieźć ich w jedno miejsce. Bo kupili sobie niedużą, starą żaglówkę i coś tam potrzebowali …ale chyba też chcieli się pochwalić. Żaglówkę kupili, bo Misia ma po nas jedną cechę: nie umie usiedzieć na tyłku. Też gna ją przymus, żeby zobaczyć „co jest za tym zakrętem”. Mieli plany na lato, ba! Mieli plany już na maj, ale wirus zmusił ich do zmiany ich. Dlatego kupili tę łódź, bo mówią, że gdyby kwarantanna zamknęła nas w domach to oni choć na jezioro wypłyną…
W drodze powrotnej skręciliśmy do miejscowości gdzie zaczyna się Gota kanal. Ale szybciej uciekliśmy do samochodu niż z niego wysiadaliśmy. Tak wiało. Pstryknęłam na chybił trafił kilka zdjęć, ale bez jakichś fajerwerków.


Wrócimy tam, gdy pogoda zmieni się na lepsze. Mel stwierdził, że wróci, ale żaglówką. Daj im boże. Ja po przygodach z kajakiem raczej się nie odważę wsiąść na taką łupinkę rzuconą na pastwę Wener.
No a dziś już normalnie.
Trzeba iść z Tosią na spacer. Ciekawe czy wiatr zelżał. Przez okno widać słońce.
Mam od dziś do końca miesiąca huk roboty, bo muszę klientom pozamykać 2019rok, potem do 12 maja też bo trzeba poksięgować pierwszy kwartał tym, co rozliczają się kwartalnie.
A co u was?
50/2020
Ból! Ból! Ból!
Rozdzwoniły się wszystkie dzwonki, wyrwały mnie ze snu, postawiły niemal do pionu.
W uszach piszczy. W głowie dudni. Mózg huśta się na huśtawce. Gorąco, duszno…
Okno otwarte, jak zawsze, ale nie czuć ruchu powietrza – też jak zawsze. Zimno liże mi stopy.
Czemu boli? Czemu tak bardzo? Spałam? Przed chwilą brałam ibuprofen bo wybudził mnie ból. Nie zadziałał? Brałam? Brałam na pewno. Była dwunasta. Pewnie jeszcze nie zadziałał…Która godzina? Lampka, ta na oknie, bo daje słabe światło. Drżące palce po omacku szukają właściwego przycisku na pilocie. 2.
Druga? Druga godzina? Jak druga? Była dwunasta, brałam tabletkę, bo głowa zaczynała boleć, a teraz boli jeszcze bardziej. Kolejna tabletka? Nie, nie pomoże, skoro pierwsza nie pomogła…
To na pewno zaraz przejdzie…może źle leżałam…jak leżałam? Na plecach? Na boku? Nie wiem… ale to zaraz przejdzie… zaraz przejdzie… zaraz… przejdzie…
Huśtawka mózgu i jego bolesne odbijanie się od skorupy czaszki. Łup-Łup! Dum-dum-dum gdzieś w środku. Wiiiiiiiiii – w uszach. Ciśnienie?
Gdzie aparat?
120/78. Czyli w normie.
Zimnooooo… Boliiiiii… Światło boliiiiiiii… Palce szukają przycisku. Ciemność. Trochę ulgi.
Nogi w kokardkę na łóżku. Tułów pionowo. Głowa ważąca tonę na pięściach, łokcie na kolanach….Drzemię? Może tak jak uczyła Erika -kiropraktorka: na brzuch, głowa równo z grzbietem, nie na bok – prosto, podparcie pod czoło żeby dać powietrze…Odciążyć mięśnie karku, kiedyś pomagało, teraz już nie, ale może teraz…
Wdech-wydech, wdech-wydech. Coś się przemieszcza w żołądku, miękną mi żuchwy…Do łazienki. Krok chwiejny, obijam się o ścianę, kwaśna fala podpływa do gardła i cofa się.
Nie przejadłam się. Dlaczego? Nie jadłam tuż przed snem. Nie jadłam nic, co zakazane. …Migrena..? Sumatripan? Wydłubuję tabletkę, łamię na pół. Cała jest za silna. A może? Nie, jak za dużo to jeszcze potem gorzej… Woda… może za mało wypiłam w ciągu dnia? Piję drobnymi łyczkami, popijam tabletkę, zmuszam się do wypicia większej ilości. Godzina? Znowu szukanie przycisku.
2:15.
Duszno, gorąco. Chcę zimna, świeżego powietrza. Na spacer? Na zewnątrz z dudnieniem przyjeżdża jakieś auto, ktoś gada, śmieje się…No tak małolaty z imprez wracają. Nie wyjdę, boję się. Skarpetki. Kurtka. Balkon. Na zewnątrz deszcz, ale sięga tylko połowy balkonu. Siadam na krześle. Kaptur otula mi głowę. Latarnie wbijają się w mózg tysiącem igieł. Jedna stoi na wprost mnie, jej ostre ledowe światło sprawia, że znowu robi mi się niedobrze. Zimno po nogach, trzeba było wziąć koc. Zimno. Za zimno. Wiatr hula, wpada we wnękę balkonową, odbija od ściany uderza we mnie. Za zimno. Do domu. Wytrzymać. Wytrzymać. Za piętnaście minut będzie lepiej…Zadziała sumatripan. Piętnaście minut.
Chodzę. Okno w sypialni-korytarz-przedpokój-gabinet-okno.
Jedna runda, druga, kolejne. Ile czasu? 12 minut. Jeszcze tylko 12 minut.
Kawa? Nie chcę, ale kawa pomaga. Nie zniosę jazgotu młynka, nie zniosę warkotu. Czajnik szumi, jak głośno! Ale jak kawa? Przecież ziarenka…a nie, prawda, mam tę resztkę mielonej. Kawa czarno wypełnia kubek.
Pić? Nie pić? A jak zrobi się gorzej? Niech stygnie…zobaczę potem. Zimno…Pod kołdrę…Huśtawka przyspiesza, wizg głośniejszy, ciałem trzęsą dreszcze, duszno…
Znowu spacer -łóżko-okno-korytarz-przedpokój-gabinet-okno i z powrotem. I jeszcze raz i jeszcze raz. Zimnoooo. Nie mam…nie mam siły. Już… powinnam… czuć… ulgę… Godzina? 2:30. Nie? Nie działa? nie działa…nie pomoże… to… co… teraz?
Łyk kawy. Mały. I jeszcze jeden. A-jak-będzie-gorzej-?
Zimnoooo…Pod kołdrę…nieeee… Znowu-będzie-gorzej. Dreszcze, zęby szczękają. Kołdraaa-na-plecyyy…
Boliiiiii…Gorąco, powietrzaaa…Spacer od nowa. 2:45. Prawie trzy godziny od ibuprofenu. Można alvedon? Może pomoże?
Paracetamol 2:45. I dalej spacer. Chybotliwy krok. Zimno. Dreszcze.
Łóżko. Usiądę. Ostrożnie oprę głowę o ścianę. Ostrożnie. Może. Mi. Pozwoli. Oczy. Zamknąć. Zimno. Kołdra. Stopy tylko bo… Spałam? Godzina? Pilot. Światło – BOOOOLI!!! 2:50. Zgasić.
Oprzeć. Bokiem. W rogu. Tak. Jasiek. Pod. Szyję. Tak. Oddychać. Wdech. Wydech. Wdech.
Spałam? Jasno! Siódma? Spałam…Boli? Ucisk z gardle – jak zawsze po sumatripanie. Pisk w głowie. Lekkie uderzenia, jak echo odbijanej piłki tenisowej. Prawie nie boli. Kawa.
Tosia czeka na spacer.
Dzień zmartwychwstania podobno.
Żyję. Zmartwychwstałam? Do następnego razu.
49/2020
Ciepło. Balkon otwarty cały dzień. Posadziłam bratki, żółte.
Na podwórku ruch. Dzieciaki szaleją na miniplacyku zabaw. Przy stoliku zasiadają po kolei rodziny…
Wielki piątek jest w Szwecji dniem „na czerwono”. Tego dnia zazwyczaj odwiedzają się rodziny. Teraz, ze względu na wirusa, widzę jak starsi ludzie spotykają się z bliskimi na świeżym powietrzu. Zachowują dystans, nie przytulają się, ale…siedzą przy jednym stole, wspólnie jedzą, piją…
Moja sąsiadka nie wpuszcza nikogo do domu. Ostatnio spotkałam ją na schodach z koszykiem pełnym zakupów, jak ciężko wchodziła po schodach. Zabrałam jej ten koszyk…a potem stwierdziłam, że to bez sensu, bo przecież jeśli jestem chora to jej na tym koszyku tego wirusa zostawię…
Taka tam…koronowana paranoja.
My wczoraj niemrawo szykowaliśmy się do świąt. Nagoniłam Yankiego, żeby posprzątał w dużej łazience i w związku z tym dziecko odkryło korzyść z braku wanny.
W ogóle to jakoś tak prawie nic nie szykujemy do jedzenia na święta.
Upiekłam spody do karpatki. Dziś zrobię krem ze szwedzkiego pudingu w torebkach. Wiadomo – sałatka musi być. EM oczywiście musi mięso tak jak i Yankie – jeden będzie miał pieczony schab nadziewany mięsem mielonym, drugi kotlety mielone. Pytałam kilka razy co chcą, sami nie wiedzieli. No, to ja im wymyślać nie będę.
Sobie zrobię torcik chlebowy – jedna warstwa to będą tzatziki, druga- pasta jajeczna. Na wierzch pójdą rzodkiewki w ilości przemysłowej. Chlebek do tego torciku to taki okrągły, lekko słodkawy chlebek, wyglądem przypominający grubszą macę. Poza tym kupiłam malusią młodą kapustkę oraz zielone szparagi. I kurde, nie oddam z tego ani listeczka. Kapustę pewnie zjem w charakterze surówki. Albo lekko obgotuję ala bigos. Albo zapiekę. Szparagi wrzucę na chwileczkę na patelnię z masłem. Na krótko: max 3 minuty. Będą potem chrupiące i słodkie.
Jutro po południu zrobię tiramisu. Bo w poniedziałek jadę do Misi i Mela na wyspę, gdzie jest Wandali rodzinna stuga*. Byliśmy tam w zeszłym roku na Wielkanoc.
Nie dekoruję domu, bo…mi się nie chce. Posprzątałam – to mi się powinno policzyć za dekorację.
Kończę na Netflixie Shitsel – serial o rodzinie ortodoksyjnych Żydów z Jerozolimy. Całkiem inny niż wszystko to, co oglądałam do tej pory. Tylko nurtuje mnie pytanie: z czego oni do licha się wszyscy utrzymują?
Nestor rodu jest dyrektorem chederu. Ma kredyt na sześć mieszkań, bo podobno ma sześcioro dzieci, ale w filmie widać czworo. Jeden syn zajmuje się studiowaniem Tory. Drugi syn, Akive – w zasadzie główny bohater- jest malarzem, który się pęta po świecie bez celu, nie pracuje, choć przez chwilę był rabinem czyli nauczycielem. Córka ma pięcioro dzieci, a jej mąż też w zasadzie nie pracuje. Mąż drugiej córki jest pisarzem -skrybą. I też mają kilkoro dzieci. Z czego oni żyją?!
Poza tym film jest ciekawy jak ktoś lubi seriale obyczajowe. Ja lubię, zwłaszcza takie, co uchylają rąbek nieznanego mi świata. Oczywiście wiem, że to jest taka..wygładzona wersja rzeczywistości.
No i przyszła wreszcie paczka z włóczką z Polski. Miesiąc szła! Zrobię sobie szal-strzałka w kolorze arbuza: warstwa ciemnej zieleni a potem stopniowe przejście w coraz ciemniejszy róż. Ostatnio moje ulubione połączenie kolorystyczne. Tuż obok ciemnego fioletu ze spokojnym żółtym, ale w tych kolorach nic nie mam. Chyba se zamówię motek specjalnie dla mnie skręcony z takich barw. Dla samej przyjemności patrzenia jak się te kolory splatają.
Dłubię poncho z kapturem ze starego moheru. Nie wiem dla kogo. Może dla Misi. Jak skończę dzisiaj to jej w poniedziałek dam.
No i kwadraty babuni. Wciągają jak bagno 😀
*stuga – domek letniskowy.
48/2020 Hiob
Bywają takie chwile, że eM wchodzi do domu, a ja od razu wiem, że ma hiobowe wieści.
Mogę siedzieć przy biurku, zatopiona w pracy, plecami do świata, a i tak słyszę i czuję tę grozę otaczającą mego męża.
Mąż wkracza do mieszkania, bo w takich chwilach nie można tak banalnie wejść do domu, należy WKROCZYĆ uroczyście i z namaszczeniem, ostrożnie, żeby tego balonu epickiego cierpienia wiszącego nad głową jak miecz nad Damoklesem nie rozbić o futrynę. Należy z namaszczeniem zamknąć odrzwia, bo zwykłe klepnięcie drzwiami jest wszak też zbyt banalne, zbyt trywialne w takiej chwili. Następnie odpowiednio ciężkim krokiem kroczyć przez przedpokój aż do połowicy swej, która wszak na ślubnym kobiercu ślubowała „w nieszczęściu i chorobie”. I to jest właśnie ta chwila, gdy kobieta owa musi wywiązać się ze swej przysięgi i towarzyszyć małżonkowi swemu w nieszczęściu.
Małżonek wkracza więc w progi pokoju do pracy i pełnym cierpienia głosem zadaje pytanie:
– Masz czas?
A głos jego jest tak nabrzmiały cierpieniem i trwogą, że oczami wyobraźni widzę oczy jego na pół twarzy, a twarz szarą ze smutku oraz barki przygięte jarzmem istnienia.
Widzę to wszystko wyobraźnią, więc nawet się nie odwracam, tylko rzucam przez ramię
– Co się stało? – rzucam nieuważnie, bo znam męża mego a syna matki swej nieodrodnego, znam od lat prawie czterdziestu, więc wiem, jak wygląda bez pytania i patrzenia.
– Muszę porozmawiać z Yankiem, musisz mi pomóc…
….Milczę wyczekująco, klepiąc w klawiaturę…
– …byłem u Tomka…- rzuca mój mąż i zawiesza głos, a w tym głosie brzmi i smutek, i rozpacz, i ból bezbrzeżny, że przez głowę przebiegają mi dwie myśli na raz.
– …??? – milczę na wszelki wypadek, bo nie wiem czy mąż w bólu swym zniesie to, co akurat mam chęć mu powiedzieć, więc milczę i to milczenie jest jak akt łaski- ratuje życie. Jemu.
Mąż widząc, że nie doczeka się mej reakcji, wzdycha ciężko, wzdycha tak, że gdyby świat miał odrobinę przyzwoitości to na tym westchnieniu ten świat poleciałby co najmniej na księżyc. Wzdycha jak człowiek, który dotarł do kresu wytrzymałości i teraz już pragnie tylko umrzeć, tu i teraz, stojąc w progu pokoju do pracy żony, która wszak przysięgała mu, że będzie z nim ciężar dźwigać, a teraz nie chce go podjąć prostym, ale pełnym emocji pytaniem „CO SIĘ STAŁO?!”. Po tym westchnieniu następuje chwila ciszy, a potem rozbrzmiewa pełen smutku głos męża mego, jeszcze żywego:
-…jak ja nie lubię mieć racji …- jeszcze żywego, bo ani chybi jeszcze pół sekundy i sama go zabiję, niechże to jarzmo świata, niechże ten ból istnienia już go nie dręczy, niechże ja to zakończę raz na zawsze. Jednym, celnym rzutem przedmiotem ciężkim.
Niestety najcięższy na biurku jest telefon, ale ten jest rzeczą kruchą jak ludzkie istnienie i w razie nietrafienia będą tylko szkody, a żadnego pożytku.
– No, co jest? – pytam wreszcie zniecierpliwiona lekko, maskując zniecierpliwienie nieuwagą, bo nie daj boże by tę niecierpliwość dało się słyszeć w mym głosie.
– Łożysko – szemrze mój mąż wyczerpany do cna ciężarem owej hiobowej wiadomości.
– Tomek w czwartek zrobi, bo mówiłem, że chcemy nad morze w święta jechać…Ale jutro to ja nie wiem jak Yankie do pracy pojedzie… Chyba, że na własne ryzyko…
– No to idź i mu powiedz, po co ja do tego? – pytam. I słyszę jak słaniając się na nogach mój mąż, samotny jak szeryf w samo południe, kroczy do pokoju syna swego by przekazać mu te straszne wieści.
47/2020
Wczoraj zrobiło się bardzo ciepło. Uspokoił się trochę wiatr, zmienił kierunek i temperaturę.
Poszłam na spacer. Bo trzeba mi ruchu, bo głowa jak zwykle boli, bo może wreszcie zasnę…
Poszłam sama, z aparatem tylko. Tośka była z Yankiem, przysłali mi wiadomość, że nie wiedzą, kiedy wrócą i zdjęcie Tośki rozwalonej na trawie.
Miasto kwitnie


Jak zawsze jedna magnolia, ta sama co roku, rozkwitła nim pozostałe dostały porządnych pąków.
Skarpa nad rzeką jak dywan


W sklepach Påsk i påskkärrnigar czyli Wielkanoc i wielkanocne baby/wiedźmy. Te mnie zachwyciły, to sobie wzięłam.
Na półce wprawdzie się nie da postawić, ale za to z kurzu wycierać nie trzeba

No i gdym sobie te baby oglądała zza rogu wyłonił się mój syn i mój pies.
Pies…nie zajarzył, że to ja! Przez sekundę, wprawdzie, ale zawsze. Mimo wszystko jednak mogłaby się nieco bardziej cieszyć na mój widok a nie – pomerdała ogonem, posapała i już…Ale zaraz, natychmiast od powściągliwego powitania mą uwagę odciągnął inny problem. No bo Tośka teraz na bank odmówi pójścia do domu. Bo przecież „mame” została. I jeszcze zginie. Albo ją ukradną. Albo co…
I wtedy sobie przypomniałam, że mam w kieszeni tośkowe „cukierki”. A te cukierki to hohoho! Tośka zrobi za nie wszystko, nawet upolowaną chusteczkę higieniczną odda, nie mówiąc już o takich banałach jak siadanie czy dawanie łapy. Cukiereczki są domowej roboty, tymi ręcyma.
I tu wychodzi na jaw moja miłość do Tośki. Bowiem cukiereczki to chudziutka wołowina, pokrojona w cienkie plastry i ususzona w suszarce do grzybów. Zgadnijcie, kto to robi? Sieka, suszy, przekłada, a wcześniej w sklepie wyszukuje najładniejszy kawałek, bez żyłek i tłuszczu?
No właśnie…Dobrze choć, że piesiunio kochany lubi.
Dałam Yankiemu woreczek com go miała w kieszeni po porannym spacerze. Dałam bez przekonania, ale przecież spróbować trzeba, a nuż zadziała?
I ups! Zadziałało! I to jak!
Nawet się ta małpa kudłata za mną nie obejrzała jak tylko zobaczyła i poczuła co Yankie ma dłoni. Poszła, sprzedajna sucz i w ogóle nie zapytała czy „mame” da radę sama do domu wrócić, czy aby nie zginie…
No po prostu: wzięła i poszła. O.

46/2020 Zapraszam na spacer
Dziś zapraszam was ze mną na spacer. Pojedziemy na Läckö.
Tak naprawdę pojedziemy na wyspę Kålland (Kålandsö), na samiuteńki jej koniec, gdzie stoi zamek Läckö.

Zamkowa historia sięga XIII wieku. Najpierw należał do różnych bogaczy, potem należał do biskupów Skaraborg, wreszcie przypadł rodzinie de La Gardie za zasługi.
Niestety szczegółowa historia jest dość nudnawa, bo składa się z wyłącznie ze słów kupił -dostał -sprzedał-oddał-stracił…Zamek leży w centrum najstarszej części państwa szwedzkiego, więc nie przechodził z rąk do rąk róznych najeźdźców, nie bywał plądrowany, palony, tak jak to miało miejsce w przypadku np. Twierdzy Bohus, leżącej 100km na południowy-zachód . (Kiedyś o niej napiszę i pokażę zdjęcia)
A, że ja jestem dziwak i nie znoszę muzealnych wnętrz, to wnętrz też nie pokażę. Ale jest tam piękny ogród, który chyba pokazywałam już jakiś czas temu.
Zobaczcie jakie piękne jest położenie zamku. Stoi na skale, a trzech stron oblewa go Wener. Z czwartej strony musiała być kiedyś fosa, bo jest rów i kładka.
My pójdziemy jednak w las…



Stąd otwiera się widok na otwarte jezioro. Latem cumują tu prywatne jachty i ze dwa statki wycieczkowe.
Ale my idziemy w las, ścieżką edukacyjną.







Kwiatki kwitną, słońce świeci, ptaszki małe i duże drą się jak opętane.
Wiosna.
Ludzi w lesie sporo, głównie rodziny z dziećmi. Sądząc po ilości dorosłych to albo przyjaciele albo rodzeństwa, albo rodzice +dzieci + wnuki.
A na fejsie ktoś mi udowadniał, że w Szwecji całkiem zanikły więzi społeczne.
45/2020
Ja tylko na chwileczkę…
Skończyłam pracę na dziś. Zaksięgowałam luty w dwóch małych firmach. Mogę się poobijać.
Zaczęłam się zmuszać do pracy stałym sposobem: najprostsze na początek, trudniejsze na koniec. Ale chyba zmienię taktykę i następne będzie najtrudniejsze, bo wtedy będę wiedziała, że przede mną samo przyjemne 😀
Okno zalane deszczem, za oknem szarość i wichura. Gdy wiatr uderza mam wrażenie, że okno ledwie się trzyma pod jego naporem. Porywy są do 20m/s, więc to nie zabawa.
W domu cicho. Nikt nie trzaska drzwiami, garnkami, nie gada, nie gra telewizor. Z telefonu sączy mi się końcówka płyty Archive – Noise. Spokojna muzyka, choć brzmienie bogate.
eM w pracy. Yankie też. Tosia śpi cichutko gdzieś tam…chyba u mnie na łóżku. Boi się wiatru. Nie lubi iść pod wiatr, gdy podmuch w nią uderza zatrzymuje się i czeka, aż minie.
Ma spaść śnieg.
A nam trzeba na spacer. I nie ma na co czekać bo z każdą godziną robi się coraz gorzej.
eM pojechał rowerem do pracy…Nie wiem jak on wróci w taką wichurę…
44/2020
Powikłania w związku z wirusem?
Kompletnie nie mogę się zebrać do pracy, czas przecieka mi przez palce, otwieram segregator, gapię się na bilans u klienta i nie wiem …kilka godzin później nadal ten bilans wygląda tak samo, deklaracja podatkowa nadal nie wypełniona. Żebym w tym czasie coś innego zrobiła…A nie, robię: piorę maniakalnie, umyłam szafkę pod zlewem, wentylator nad kuchenką, posadziłam żółte bratki na balkonie.
Krążę po domu jak mucha: tu przysiądę pozacieram łapy, tam przycupnę i tak jak u muchy… gó…guzik z tego wynika.
Po siedemnastej … Dłubię babcine kwadraty aż do bólu ręki bo zajmując się nitką nie zajmuję czym innym. Na przykład tym, że czas ucieka, a przede mną ponad 20 bilansów do zrobienia…Albo, że u Jarka ostatni księgowany wyciąg bankowy to z września…a tu za 30 dni kończy mu się rok obrachunkowy.
Gdy siedzę oczy mi się niemal same zamykają.
Gdy się kładę – wyrywa mnie i rzuca o łóżko dziwne napięcie, na które nie pomaga oddychanie, waleriana czy inny chemiczny młotek.
Za oknami słońce i wiatr, zimny, przenikliwy, do kości. I susza.
Helena, dawna sąsiadka zadzwoniła.
Wybiera się do wnuczka. Peter zawiezie ją na stację kolejową 40km od miasta, tam wsiądzie w pociąg, pojedzie do dzieci, do wnuczka, potem syn ją odstawi na dworzec, partner – odbierze…
Fajnie…Tylko, że Helena ma rozrusznik serca. Plus depresję lekoodporną.
Plus nie wiem co jeszcze.
…ludzie zaczynają się zachowywać nieracjonalnie.
Nie spotkałam się z Misią, Zozo i Melem. Prozaicznie: Yankie znów pracuje na noc więc nie mamy samochodu bo on dojeżdża nim do pracy. Jeszcze sobie nie uzbierał na własny. Może to i dobrze?
W Szwecji jest 4435 potwierdzonych zachorowań.