PILNE!!!

Potrzebuję …

Potrzebuję konsultacji z psychologiem dziecięcym, lub z doświadczonym pedagogiem, socjoterapeutą…Kimś doświadczonym w pracy z małymi dziećmi. Kimś kto zechce udzielić konsultacji przez telefon lub skype a swoje wnioski zgodzi się przedstawić na piśmie. Naturalnie za opłatą.
To pilne! Ocena potrzebna jest do soboty rano.
Ktoś? Coś?

„Stajał nojabr uż u dwara”

Prybiliżałas’ dowolna…

Prybiliżałas’ dowolna skucznaja pora
Stajał nojabr uż u dwara

No dobra, nie nojabr. Oktabr.
Kto się uczył rosyjskiego w szkole ten może i cytat rozpozna…

Tak czy siak – Jesień panie.
Październik już siedzi na progu.Dziś był pierwszy przymrozek. Pomyślałam, że to już ostatni moment by zainstalować telewizor kotu. Jeszcze szukam dobrych ustawień…
DSC_0003

DSC_0005

Światła w Alingsås

okazały …

okazały się…rozczarowaniem roku.
Wielokrotnie słyszałam, że piękne, że o wiele więcej niż na Festiwalu Światła nad Nossanem, w naszej sąsiedzkiej gminie.
Pojechaliśmy zatem.
Już przy wysiadaniu z auta trafił mnie jasny, nagły szlag!. Okazało się, że mocowanie aparatu od statywu nie jest na swoim miejscu. Na statywie znaczy. Nie było tego też w pokrowcu na statyw. Ja ostatni raz używałam statywu jakoś wczesnym latem. Potem używał go chyba synek…W jego pokoju, gdzie mam tymczasową szwalnię wihajsterek nie rzucił mi się w oczy…Wniosek: ustrojstwo na bank jest razem z synkiem w Sztokholmie.
Dwa razy wkładałam aparat do samochodu i dwa razy wyjmowałam.
Moje rozczarowanie zagłuszyło nawet złość na dziecko.
No trudno…Będę szukać nieruchomych punktów podparcia. Oraz użyję takich ustawień, które wyciągną tyle ile się da ze światła, a potem obrobię w programie. Zdecydowałam.
W biurze festiwalu tłum ludzi, miła obsługa (jak niemal zawsze i wszędzie w Szwecji), obdarowano nas folderkiem z mapką. Postanowiłam skorzystać z toalety na zapas. Ruszyłam dziarsko na stronę…gdy mnie zatrzymało.
Pod oknem, w całkiem pustym korytarzyku siedziało sobie dwóch młodzieńców z gitarami.
Ach! Gitara w ręku młodego człowieka! Klasyczna gitara! Zapomniany to widok. Niewidziany od dawna. W moim mieście chłopaki jakoś się nie garną do tego instrumentu, nie ma ulicznych grajków. Kilka razy zdarzyło mi się widzieć występy jakichś dziewczyn, ale boże drogi…Siedzi panna, brzdąka niemrawo w struny i słabiutkim głosikiem coś tam wyciąga…Nie, nie, to nie to.
A młodzieńcy tak sobie siedzieli wespół w zespół. I nie brzdąkali. O nie.Jeszcze nim rozum pojął i nazwał serce mi zadrgało, dusza westchnęła.
Chłopaki grali


Czyli Is There Anabody Out There
Wystarczy obejrzeć początek filmiku, niecałe 2 minuty.
Tuż koło mnie przystanął pan w szarym swetrze, z natchnionym wyrazem twarzy kiwający głową. Po chwili dołączył inny, o wyglądzie starego rock and roll-owca. Jak na chwilę czas stanął i zamknął nas pięcioro w swojej kapsule. Znikł tłum, znikł hałas setek głosów. 
Skończyli. Każde z nas podziękowało chłopakom po swojemu. A we mnie zakiełkowała nadzieja, że może jednak nie jest tak źle z tą szwedzką młodzieżą skoro jeszcze zdarzają się egzemplarze znające Pink Floyd.
Poszliśmy na zewnątrz choć cała ma dusza hamowała ze wszystkich sił i ciągnęła w stronę gitar. Może przeczucie..?
Tematem festiwalu był Edward Grieg i „Per Gynt”.
Na telebimie zilustrowano historię opowiadaną w tym utworze. Niestety – zilustrowano na własny, żeby nie powiedzieć szwedzki sposób czyli dość dosadnie.
Postaliśmy chwilę, popatrzyli, a potem poszli w w trzy i pół kilometrową wędrówkę. Już po pierwszym kwadransie zaczęliśmy zdradzać objawy rozczarowania.
Zdjęć zrobiłam może ze sto. Sto zdjęć w czasie ponad dwugodzinnej wędrówki to mało. I, uwierzcie mi, to nie brak statywu był przeszkodą. Po prostu – naprawdę nie było co. Ile razy można fotografować podświetlone na kolorowo kępy drzew? Z setki zdjęć zostawiłam zdjęć 20. Resztę wywaliłam bez żalu. Z tej dwudziestki- poniżej sześć najciekawszych.

alingsas1

alingsas2

alingsas3

alingsas5

alingsas6

alingsas4

Do samochodu wróciłam z nowym pęcherzem na pięcie.
Ech. Może jednak lepiej było zostać przy gitarach….

Klaps

O!
Zabawa z …

O!
Zabawa z Zuzią w mówiące zabawki daje nieoczekiwane rezultaty.
Naraz , ze zdziwieniem słyszę słowa:
-Zaraz dam ci w dziób!
-Śpij bo dam ci w dupę!
Zaintrygowana usłyszanymi tekstami drążę temat i…okazuje się, że tata tak właśnie mówi. Ciągnąc dalej dowiaduję się , że mało tego, że mówi. Tata dał klapsa bo Zuzia nie chciała spać.
Zuzia śpi u mnie co najmniej raz w tygodniu i zawsze, choćbym nie wiem jak była zmęczona a Zuzia jak bardzo uparta, udaje mi się ułożyć ją spać bez uciekania się do przemocy. Nawiasem mówiąc Zuzia awanturę przed spaniem urządziła mi chyba tylko raz czy dwa…
Oczywiście natychmiast wypytałam kto jeszcze dał Zuzi klapsa, ale na szczęście tylko tata.
Tłumaczę więc Zuzi, że nikt nie ma prawa jej bić. Ani tata, ani mama, ani nikt. I gdyby ktoś ją uderzył ma powiedzieć „Nie wolno mnie bić!”
M, który został poinformowany o zdarzeniu, na szczęście podziela  moje oburzenie.
Wypytuje Zuzię o szczegóły. Słucham uważnie, bo może mała konfabuluje? Nie. Wszystko się zgadza, powtarza niemal słowo w słowo to, co powiedziała do mnie.
– Zuzia, a jak tata znowu da ci w dupę to co masz powiedzieć? – pytam cała szczęśliwa, że nauczyłam dziecko podstawowego prawa. Pytam i natychmiast powietrze ze mnie uchodzi bo słyszę cichutką odpowiedź spod nisko opuszczonej główki:
– Pseplasam…

Mama Zuzi zadzwoniła w tej sprawie do Zuzi taty.
-Słyszałam, że bijesz Zuzię
-Jaaa?!
– Ty. Zuzia powiedziała, że dałeś jej klapsa.
– Aaaa….klapsa, dałem.
-To nie rób tego więcej.  
– Przesadzasz! To tylko klaps!
– Zgłoszę to na  policję jak się dowiem, że znowu ją uderzyłeś
– A to rób co chcesz…

Nie jestem agresywna, nie jestem agresywna, niejestem agresywna, niejestemagresywnaniejestemagresywna….
Co zrobiłby Zuzi tata gdybym tak pojechała do niego i trzasnęła go w policzek? Bo JA uważam, że źle się zachował i powinien zmienić swoje postępowanie. Powiedziałby „pseplasam”?  Co zrobiłby Zuzi tata, gdyby wróciwszy z urlopu o tydzień później niż mówił, na dzień dobry dostałby od szefa pięścią w nos? Tylko raz. Bo słowne perswazje widać nie skutkują, skoro po raz kolejny robi to samo?
W Szwecji przemoc wobec dzieci jest przestępstwem i bywa , co prawda rzadko, ale jednak, karana nie tylko wysokimi grzywnami ale i karą więzienia. A jeśli ktoś nie umie sobie poradzić z własną agresją lub wychowaniem dziecka może się zwrócić o pomoc.
Kto uważa, że przesadzam z moim oburzeniem?
Naprawdę klaps to nie bicie? To nie przemoc? Co to w takim razie jest? Metoda wychowawcza?
Mogę zrozumieć, że w pewnych okolicznościach…Dorosły jest zmęczony, chory, zdenerwowany, a dziecko przechodzi „samego siebie”. Rozumiem, że może się zdarzyć, że dorosły strzeli klapsa. Ale kiedy emocje opadną, to ten sam dorosły powinien iść przeprosić swoje dziecko i sam przyznać się do porażki. Bo uciekanie się do przemocy jest oznaką bezradności.
Dzieci rzadko kiedy są spokojne, zrównoważone, uległe i dobrze wychowane. Najczęściej są żywiołowe, samowolne, psujące i bałaganiące. Głośne i dalekie od uległości. A jednak są rodzice, którym udaje się okiełznać je bez uciekania się do bicia. Wiem, bo znam takich osobiście.
 



Odkrycia dnia codziennego. Część 1. Takie małe wkładeczki.

Wymyśliłam sobie …

Wymyśliłam sobie Nordic Walking czyli Stavgång po szwedzku.
Nie wymyśliłam dziś, wymyśliłam już dawno. Tylko zamiast się do tego zabrać narzekałam, że nie mam z kim.
Od zawsze lubiłam chodzić, chodziłam sama na zdjęcia, na włóczęgi po lesie i mieście. Z jednej strony brakowało osoby do towarzystwa, z drugiej porządkowałam sobie myśli, szłam własnym tempem i zatrzymywałam się gdy chciałam. Mimo wszystko jednak uznałam, że chodzenie sportowe to zupełnie co innego. W moim przypadku zawsze chodzi o motywację. Jestem leniem kanapowym. A właściwie łóżkowym. gdyby nie zdrowy rozsądek na łóżku mogłabym spędzić całe życie. Czytając, oglądając filmy, robiąc na drutach, głaszcząc kota, gadając przez telefon, pisząc, łażąc po internecie, bawiąc się obróbką zdjęć, jedząc, medytując….i nie wiem co jeszcze. Właściwie to tylko zdjęć nie da się robić z łóżka.To znaczy da się, ale byłyby one cokolwiek monotonne. Choć… Z drugiej strony? Inne światło każdego dnia, inne ułożenie pościeli, drobiazgów w około, inna pozycja kota. Czy dałoby się zrobić 365 zdjęć z łóżka tak, żeby każde było inne? Muszę to zapamiętać i jak mnie kiedyś niemoc przykuje do łóżka to sprawdzić zamiast biadolić, że życie mi ucieka.
Zatem jestem leniem łóżkowym. Ubiegłoroczna kontuzja to moje lenistwo szybciutko rozgrzeszyła. Lecz rzeczywistość zastukała do drzwi. Zadyszka nawet przy podejściu pod podjazd w garażu, zesztywniałe nogi, zmęczenie przy przejściu kilku zaledwie metrów, coraz większa niechęć do ruchu, schylania się, wspinania na krzesło. Oraz 2kg+. W moim wieku oraz przy mojej wadze to zaczyna być coraz większym problemem.
Postanowiłam się ruszać. Zaatakowałam Reginę czyby nie chciała ze mną chodzić. Ta nieoczekiwanie zgodziła się no i od tygodnia za wyjątkiem weekendów poświęcamy godzinę dziennie na szybki marsz.
Koleżanka, otrzymawszy ode mnie informację o moich wyczynach, natychmiast przysłała mi listę zaleceń, podpowiedzi i sugestii. Oraz przypomniała o wkładach zalecanych przez ortopedę, o których jakoś mi się …zapomniało.
A ponieważ za sprawą kociego futra w butach i na skarpetach oraz innych niezidentyfikowanych przyczyn zafundowałam sobie bąble na piętach zaistniała potrzeba by jakoś te pięty bolące odciążyć.
Zainstalowałam więc wkładki. Nie tylko pod stopę chorą ale i pod tę zdrową.
Każdy kto miał okazję się ze mną zetknąć osobiście, wie chodząc przypominam Charliego Chaplina wg całego świata lub Helczyka Kasałapego wg mojej matki. Helczyk Kasałapy mawiała Babcia Katarzyna na mojego ojca. On stawiał stopy tak, jak ja. Na zewnątrz. Kiedy się kładę na wznak moje stopy nie celują w niebo, w niebo celują wewnętrzne krawędzie stóp. Zewnętrzne leżą na płasko na podłożu.
Koleżanka o tym wie, dlatego zasugerowała bym wkładki zastosowała do obu stóp.
Tak też i zrobiłam.
Dzień był prawdziwie jesienny wczoraj. Zimno, wiatr urywał głowę, od nocy lało. Początkowo podejrzewałam, że zmaganie z wiatrem sprawia, że tak jakoś źle mi się idzie. Ale jak przestałam gadać, skupiłam się chodzie odkryłam, że bolą mnie nogi nad kostkami od zewnętrznej strony. Bolą…? Nie! One napirzały jak dziecko w bębenek! Dotychczas godzinny marsz powodował zadyszkę i siódme poty oraz zmęczenie, ale nie ból! A teraz boli! I to jak!
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że to mogą być owe wkładki. Takie maciupkie?! Mają zaledwie pół centymetra grubości, siedzą po zewnętrzną krawędzią pięty, czyli tam, gdzie zawsze wycinam wszystkie buty, gdzie mam bolące bąble teraz i gdzie skóra najszybciej mi twardnieje jeśli zaniedbam pielęgnację.
A niby przy spokojnym staniu czy chodzeniu są nie wyczuwalne!
Skróciłam wędrówkę z godziny do 40minut, ale ostatnie metry myślałam, że nie dojdę.

W domu, jeszcze rozgrzana zafundowałam sobie chwilę rozciągania, ze szczególnym uwzględnieniem tych bolących miejsc.
Dziś rano poszłam do pracy w tych samych butach.
Bąble na piętach bolą. Boli naciągnięty jakiś mięsień na prawym pośladku i udzie. Ale grzbiet uszkodzonej stopy przestał boleć!
Takie małe wkładeczki…

Celebrowanie dnia codziennego

Dni do niedawna były …

Dni do niedawna były bardzo ciepłe, upalne wręcz. Balkon wciąż otwarty, pootwierane okna. Mimo mglistych bardzo poranków, mimo coraz bardziej czerwono-żółtej jarzębiny za oknem, mimo coraz liczniej odwiedzających mój balkon wróbli robiących przedzimową inwentaryzację. Te wróble to troszkę mnie zdziwiły, bo czy to możliwe żeby pamiętały, że rok temu dawałam im jeść? W tym roku postanowiłam urządzić im stołówkę na jarzębinie lub pod nią ( zależy jaki karmnik kupię), żeby uniknąć syfu na balkonie i pod nim. Tu przypomina mi się scena z Jasminum:
„-Nie chcesz kaczki?
-Chcę. Ale ona sra.
-Kaczka to sra”
Wróble sobie więc masowo zaglądały, ku mojemu lekkiemu zdziwieniu. Przyczyna wydała się któregoś ranka gdym ze zdjęć wracała (czy ja już o tym nie pisałam?) Mój dość nowy sąsiad, brodaty, z tatuażami, przesiadywał na balkonie całe prawie lato z papierosem, czasem kawą lub piwem. Pierwszy zaczął mówić hej, co jest dość niezwykłe, bo Szwedzi dość często tego nie robią, a na pewno nie tak od razu. Mówiłam, że porządny jakiś człowiek! I oto mam dowód: przyłapałam go jak sypał jakieś drobiny do swoich skrzynek kwiatowych na balkonie. Najpierw myślałam, że coś sieje mimo, że nie wydawał się specjalnie zaniepokojony kolejką wróbli czujnie ustawioną na pobliskim płotku.
– Wiesz, ja kiedyś posiałam trawę dla mojego kota. Chwilę potem mąż pokazał mi stado wróbli. Wyjadły wszystkie ziarenka!
Zrobił przepraszającą minę.
– To moja wina. Ja je karmię…
Zaśmiałam się, machnęłam ręką, powiedziałam, że nic nie szkodzi. Ustaliliśmy, że jak zainstaluję karmnik to on się do karmienia będzie dołączał. A tymczasem sypie dalej do swoich skrzynek. I wróble nadal masowo lądują na moim balkonie.
Tak sobie w te ciepłe dni podglądałam ptaszki.
Szyłam.
Czytałam maniakalnie.
Sprzątałam pilnie i gotowałam dobre rzeczy.
łaziłam po internecie. Czytałam znajome blogi. I tylko mnie zazdrość skręcała, że nie umiem sobie znaleźć jakiejś bratniej duszy, która by ze mną połaziła, pojeździła może na zdjęcia, albo choć umówiła się ze mną na codzienne przebieżki. A mnie się marzy chodzenie, chodzenie z kijami, Nordic Walking znaczy czyli po szwedzku „stavgång”. Oczywiście, że można samemu. Wszystko można samotnie. Ale posiadanie stałego towarzysza do takich wędrówek bardzo mobilizuje.
Któregoś ranka poszłam do Reginy. Bez specjalnej nadziei powiedziałam:
– Nie chciałabyś ze mną chodzić?
Mimo dwuznaczności propozycji natychmiast pojęła o co mi chodzi z tym chodzeniem. Zamachała rękami:
– O tak?
– Właśnie tak!
– Ja bym jeszcze chciała z takimi kijami, co robią tak
Ucieszyłam się!
– To jak pochodzimy trochę to sobie kupisz! Tylko najpierw trzeba zacząć, żeby się przekonać czy będziemy to lubić.
– Dobra, to od jutra?
– O której? Ustalmy porę stałą, i nie ma, że boli, że deszcz, że coś tam. Ma być obowiązek. Jak praca.
– Jak praca?
– No! – zapaliłam się – W Trójce ostatnio usłyszałam, że jedna pani, która była tłumaczem i pracowała w domu miała problem ze zmobilizowaniem się do pracy. W związku z tym wszystko robiła na ostatnią chwilę. Aż wpadła na pomysł. Zaczęła codziennie rano, o tej samej porze, ubierać się porządnie, robić makijaż, zakładać szpilki…i tak wychodziła do pracy czyli siadała do biurka. 
– O! Dobre! To jak do pracy. Codziennie o 11. Ale bez weekendów. Bo w soboty to ja z Gintasem na basen, a w niedzielę to wiesz…różnie.
No i od wtorku tak sobie chodzimy.
We czwartek, w pracy zaczęłam odczuwać ból w pięcie lewej. Dość dokuczliwy, ale przecież nie powiem Reginie „nie idę bo pieta mnie boli”.
Godzinę później dokonawszy oględzin rzeczonej pięty odkryłam pokaźnych rozmiarów bąbel na krawędzi lewej pięty.
Po przechadzce piątkowej – podobny bąbel zrobił mi się, w podobnym miejscu na stopie prawej. Plus jako bonusik wystąpił maleńki bąbelek pod paluchem stopy prawej.
Ki grzyb?! To były dwie różne pary butów. Obie pary dobre jakościowo, przystosowane do chodzenia innego niż spacer po sklepie czy mieście. Nie nowe! Ale i nie stare – obie kupione wiosną!
Chyba znalazłam przyczynę.
Kocio sypia w mojej szafie. Na najniższej szufladzie, tam gdzie skarpety i bielizna. Skarpety wyciągane z szafy wyglądają jak z angory. Na skarpetkach kłaki powędrowały do butów. Noga w bucie pracuje. Przy szybkim marszu, szczególnie gdy jest ciepło, noga się poci. Z kocich kłakczków zrobił się filc. Miękki i niewyczuwalny, ale działający jak nitka w skarpecie.
Mam jeszcze dzisiejszy dzień na wygojenie stóp.
W czasie jednej z tych przechadzek uświadomiłam sobie, że…czerpię przyjemność z wolnego czasu. Robię co lubię, co chcę, mam czas na doskonalenie się w tym co najbardziej lubię. Celebruję wolność. Owszem, szukam pracy, odpowiadam na anonse, dzwonię gdy dostaję informację, że może…Ale chyba się pogodziłam, że jest jak jest. Że mam tylko to sprzątanie, te, niecałe 1/4 etatu.
A w sobotę Monika rzuciła hiobową wieść.
W sąsiednim miasteczku sklep tej samej sieci co mój Kup zmienił firmę sprzątającą. No i wszyscy tam zatrudnieni dostali wymówienie. 
O-o.
A to już nie wróży dobrze.
Oddalam się więc by napisać maila do Kristiny czy mam się bać.

 

 

Wybory w Szwecji

Wiem, wiem. Zarzekam …

Wiem, wiem. Zarzekam się, że nie pójdę, że nie ma sensu, że polityka to …tu wstawić dowolny epitet, ale jednak, jak przychodzi co do czego to zazwyczaj idę i oddaję mój głos. W Polsce najczęściej nie był to głos za ale przeciw.
Odkąd zamieszkałam w Szwecji w Polsce nie głosuję. Nie, bo uważam, że nie mieszkając tam, nie będąc na co dzień, realia znając tylko z gazet i narzekań znajomych, nie mam prawa decydować o tym kto będzie sprawował władze.
W Szwecji, odkąd zamieszkałam i otrzymałam personnummer dostałam też prawo do wyboru władz komunalnych i regionalnych. Cztery lata temu nie skorzystałam z tego prawa, bo zwyczajnie ani nie wiedziałam na kogo, gdzie i jak.
W tym roku już wybierałam bardziej świadomie. M, jako świeżo upieczony obywatel szwedzki mógł dodatkowo wybrać członka parlamentu. Według Aftonbladet frekwencja wyniosła 83,4%. Imponujący wynik, prawda? W niektórych lokalach wyborczych były nawet kolejki! Długie kolejki, a czas otwarcia lokalu wydłużono – tak jak w jednym z lokali w Goeteborgu.
Wg wstępnych szacunków wygrali Socjaldemokraci (Socialdemokraterna). Dostali ponad 31%
Następni byli Moderaci (Moderaterna) dotychczasowi rządzący dostali ponad 23%. Trzecie miejsce,  biorą Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna), którzy dostali prawie 13% głosów. I to jest zjawisko niepokojące bowiem inna ich nazwa to neonaziści…
W internecie, w ostatnich dniach co rusz pokazywały się memy z twarzami liderów Szwedzkich Demokratów i tekstami nawołującymi do pójścia na wybory, bo inaczej to oni zasiądą w parlamencie.
Nic dziwnego, że rosną w siłę skoro prócz standardowych haseł typu „Szwecja dla Szwedów” mówią o tym co pewnie po cichu myśli wiele osób, ale polityczna poprawność nie pozwala im wypowiedzieć tego głośno. Że Szwecja powinna ograniczyć pomoc dla krajów z rejonów konfliktów. Że w obecnej sytuacji Szwecji nie stać na utrzymywanie rzeszy uchodźców.
Cóż, jak się tak posłucha pewnych grup to się rozumie, dlaczego ich działalność nie jest zabroniona. Tak jak partia Żylinowskiego w Rosji, Szwedzcy Demokraci mówią to, czego inne partie nie chcą wyartykułować.
Rządy Moderatów przeprowadziły Szwecję dość spokojnie przez kryzys, zapobiegły narastaniu długu publicznego, to prawda. Niestety zatrzymanie inwestycji rządowych, trzymanie finansów publicznych twardą ręką ma jednak i tę druga stronę. Państwo nie wydaje pieniędzy – nie ma rynku pracy. Bezrobocie w sierpniu wynosiło 7,4%. Tak mało? Tak mało, bo znaczna część ludzi, którzy pozostają bez pracy korzysta z różnych programów pomocowych (kto pamięta mój kurs rozwojowy sprzed dwóch lat?) i zamiast wpisywać ich w rubryczce bezrobotni, wpisuje się np. w uczących się. Co jest ewidentną manipulacją, uważam.
Dotychczasowy premier jutro podaje się do dymisji.
Nastaje nowa era. Szczególnie dla mnie, bo nie znam Szwecji innej niż rządzonej przez Moderatów.
Na podstawie doświadczeń z polskiego podwórka nie oczekuję zbyt wielu pozytywnych zmian. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. A wpompowanie kilku milionów koron w szkolnictwo i jakieś inwestycje nie zastąpi rzeszy firm, które wyniosły się ze Szwecji do Polski czy Azji. Co za tym idzie – miejsc pracy nie przybędzie. Ale ponieważ Socialdemokraci mówią, że im najbardziej po drodze z Zielonymi (Miljöpartiet, 6,8%) to można mieć choćby cień nadziei, że wiatraków już nie będzie przybywać jak grzybów po deszczu.
Jako partia Socjaldemokraci wygrali w całej Szwecji za wyjątkiem regiony sztokholmskiego.

Piątkowe smuteczki

Bo mgła bawi się ze …

Bo mgła bawi się ze mną w berka.
Bo jesień już, już jesień o czym zaświadczają bolące stawy. Przez co spałam tylko 3 godziny.
Bo z pracy pojechałam w tę mgłę znowu, a ona się zaraz podniosła…

I byłam u piłkarzy…Auć. Zabolało. Choć Johnny ucieszył się prawdziwie na mój widok. Pelle poprosił o pomoc, bo on słabo komputerowy. Siadłam więc na NIE-moim już miejscu i pomogłam w tym co jeszcze niedawno było MOJĄ pracą.
Pelle odchodzi, przyjdzie ktoś na jego miejsce. Johnnemu umowa też się wkrótce kończy, co dalej – może tak jak mnie powiedzą hej då?
Bengt dostał za to umowę.
Boisko ze sztuczną murawą jeszcze nie gotowe.
– Byłaś tu któregoś dnia? – spytał Johnny. – Widziałem białego mopeda
– To nie ja…Nie byłam od czerwca. Byłam…Było mi przykro.

Nadal jest.

Nowości

Zacznę od tego, że …

Zacznę od tego, że mam nowy komputer.
Mus był. Stary, niebieski, kupiony 5 lat temu na 10minut pracy 5 razy potrafił zerwać połączenie z internetem. Nie zmieniałam żadnych ustawień, żaden wirus chyba, bo anytywirus aktualny i działający wciąż. Do tego obudowa z plastyku zaczęła pękać nie wspominając już o kablu, który znowu się przetarł. Pięć lat ciężkiej pracy, jeżdżenia wszędzie, noszenia prawie wszędzie, przenoszenia się wraz ze właścicielem i kotem…Mus był, psia krew.
Poszłam obejrzeć. Były dwie opcje. Albo Tochiba Satelite albo Acer Aspire. Poprzedni też Acer, technicznie niezawodny przez 5 lat. Nic mu nie zaszwankowało. No, dobra przetarł się oryginalny kabel i musiałam dokupić. Oraz na wstępie zaszalała Vista, potem się jakoś ustabilizowała, ale nie miałam do niej zaufania, po roku, czy może trochę później kupiłam Windows 7 i odtąd miałam komputer, że mucha nie siada. W międzyczasie eM kupił sobie własny komputer, HP. Po dwóch latach, mniej więcej jesienią komputer eMa odmówił współpracy w zakresie wyświetlania treści. A mój Niebieski Acerek, choć starszy nadal nie wykazywał problemów. Aż do wiosny, gdy zaczęły się kłopoty z internetem. Jak byłam w Polsce i używałam internetu w gwizdku to też były problemy, czyli ewidentnie wina po stronie komputera.
No i nagle na maila dostałam powiadomienie, że Tochiba w atrakcyjnej cenie. Poszłam zobaczyć, co to za komputer, co kosztuje połowę normalnej ceny czyli tyle, co eMa stary HP. Bo już się pogodziłam, że trzeba myśleć o nowym.  Od jakiegoś czasu śledziłam co jest na rynku, za ile, jaki system i czy da się bez systemu, bo przecież mam swoją siódemkę…
Bez systemu dało się na upartego kupić jakąś bardzo ubogą Toschibę. Wszystkie inne niestety z nieszczęsnym Windows 8, szlag by trafił.
W sklepie przeżyłam opad szczęki bo okazało się, że prawie wszystkie proponowane modele w ilości sztuk 10 nie mają czytnika płyt.W tym oczywiście owo Tochiba. O-o!
– To jak mam archiwizować dokumenty i zdjęcia? – zapytałam pana z obsługi
– Yyyyy..USB-Minne (pendrive) – zaproponował mi. Spojrzałam z politowaniem i zaczęłam odchodzić. I wtedy mój wzrok padł na Acera. Cienki, srebrny. Dobry procesor. Dużo pamięci. Chyba dość dobra karta graficzna. Podniosłam: lekki. No ale…brak owego czytnika. Oraz system operacyjny Windows8, taka jego melodia. 
Zapytałam o dyski zewnętrzne, czy mają. Mieli, pan wyciągnął mi Verbatim w dobrej cenie. Kiedy zapytałam o pojemność rzucił mi liczbą zdjęć, którą mogę przechować co mi oczywiście nic nie powiedziało. Na kartonie stało 1TB. 1 terabajt, fiu, fiu. Będzie miejsca na zdjęcia i seriale. 
No dobra. To mogę wziąć. Ale. Ale. Może, skoro problem przechowywania danych rozwiązałam to wziąć ową, o połoowe tańszą „Tośkę”? I tu do Akcji wkroczył mój mąż.
– Wybij to sobie z głowy. Zaoszczędzisz teraz, a jak skończy się gwarancja będziesz miała tak, jak ja z owym HPekiem.
Trudno było nie przyznać mu racji.
Bank łaskawie wyraził zgodę na podzielenie płatności na 10 części i tak zupełnie nieoczekiwanie wróciłam do domu z nowym nabytkiem.
Bateria trzyma jak złoto,pół dnia słucham muzyki przez podłączony głośnik i nie muszę podłączać kabla. Lekki jest rzeczywiście. Obudowa wygląda solidnie…No, naprawdę, technicznie nie da się do niczego przyczepić. Ale. Matko kochana.System Windows 8.1 to nie system. To nieszczęście! 
W założeniu chyba ma to być system ułatwiający życie. Problem w tym, że być może i ułatwia, ale nie posiadaczowi. Ułatwia komputerowi jego własne życie.  Tak, tak. Ten komputer lepiej ode mnie wie czego ja chcę, czego potrzebuję. Ma mnóstwo aplikacji które wciąż się aktualizują, odnawiają, tworzą skróty na pulpicie. Wciąż wyskakuje panel boczny, którego za cholerę nie mogę wyłączyć. Generalnie zrobienie tego, co do tej pory zrobiłam bez angażowania świadomości wymaga teraz ode mnie wysiłku polegającego na zmuszeniu komputera do zrobienia czegoś tak, jak JA tego chcę.
Walczę z tym od dni trzech i coraz mocniej jestem wkurzona. Odinstalowałabymwszystko w diabły, ale aż taka zdolna nie jestem i boję się, że przy okazji wywalę coś co jest potrzebne. Jakiś sterownik do czegoś czego potrzebuję. Więc walczę tak jak na początku z Lumią, której nota bene, mimo prawie rocznej współpracy nadal nie polubiłam.
I myślę sobie, że albo jestem za stara, albo ten świat idzie w kierunku coraz bardziej odległym od normalności.No bo co to ma być, żeby to urządzenie zmuszało mnie do robienia czegoś…I naprawdę coraz trudniej oprzeć się pokusie by to COŚ zrobić. Mianowicie: wywalić komputer przez okno. Niekoniecznie nawet otwarte.

A tymczasem rano na czubkach drzew zobaczyłam mgłę i wpadłam na pomysł, że sprawdzę, czy mgła jest też i za miastem. Prosto po pracy, o siódmej rano, wpadłszy do domu po aparat i termos z herbatę wyjechałam za miasto. 
Ano była. Gęsta jak wata, owijała wszystko szczelnym kokonem. Widoczność tak ze 3 metry, w porywach do 5. Zimno przenikliwe. Odór gnojówki w powietrzu bo dookoła farmy a tu się chyba gnojówkę nadal jako nawóz stosuje. Słońce czasem się pokazywało jako blade koło na szarym tle i zaraz znikało. Płasko. Równo przycięte rżyska. Nic ciekawego.
Co w tej sytuacji robi rozsądny człowiek? Wraca do domu? No ale przecież to nie ja. Ja nie jestem rozsądna. Na szczęście wybiłam sobie z głowy dotarcie do Resville Kvarn, które choć malownicze leży o 17 km. Ale co szkodzi podjechać do lotniska? Takie małe lotnisko mamy, coś w rodzaju aeroklubu. Oraz od lotniska nieco w bok. Tak ze 4 km w jedną stronę.
Gdybyż jeszcze warto było..! Ale skąd. Nic ciekawego. Drzewa, konie, cmentarz przy małym kościółku. Nie widać mgły tylko szarość.

mga1

mga3

mga2

Gdyby promienie słońca, to by było może na co popatrzeć, a tak.
Zmarzłam i zmarnowałam czas, który normalnie przeznaczam na drzemkę.
Ot i tyle.