Zindoktrynowałam się

Zapisałam się do …

Zapisałam się do partii socjal-demokratów, to chyba mówiłam?
Ale to dawno było, jeszcze wiosną.
Miniony weekend spędziłam na szkoleniu partyjnym. Szkolenie było na wyjeździe. Niedaleko, 60km od domu, ale organizatorzy zaproponowali nocleg w hotelu, więc czemu nie? W szwedzkim hotelu jeszcze nie spałam.
Grupa liczyła sobie jakieś 30 osób. Liczba cudzoziemców -12. Liczba kobiet -8. Przedział wieku od 25 do 65 lat. 5 osób z mojego miasta. W tym wszystkim oczywiście ja.
Sobota była ciekawa, bo szkolenie polegało w dużej części na pracy w grupach, żeby na przykład odpowiedzieć na pytania czym jest demokracja lub jak można wywierać wpływ.
Rewolucji nie zrobiliśmy, każda grupa opisując demokrację podkreślała równość wszystkich ludzi, jednakową ich wartość.Prawo do opieki zdrowotnej, prawo do pracy i wykształcenia etc etc itd…
Były dwie kobiety z mojego miasta, jedna na oko w moim wieku. Zagadnęłam ją na przerwie.
(Przerwy były średnio co 1,5 godziny z kawą i rozmaitym jedzeniem). Zagadnęłam na temat pogody, coś mi odpowiedziała, przedstawiłam się, przypomniałam, że jesteśmy z jednego miasta…Widać, to nie zrobiło na niej wrażenia, odpowiedziała coś zdawkowo i szybko poszła gadać z kimś innym.
Przy pracy grupowej dołączyłam do niej. Nie protestowała, ale do końca kursu nie nawiązywała ze mną kontaktu. Ze mną nie. Z innymi rozmawiała, śmiała się i żartowała.
Podczas kolejnej pracy w grupie chciałam się dosiąść do starszych panów, ale zaoponowali mówiąc, że mają już czwartego…Teoretycznie grupy miały być czteroosobowe, ale bywały mniejsze i większe…
Z innych grup nikt mnie nie wyprosił, ale też i nie zaprosił.
Arabi jak zawsze trzymali się razem. Norweżka i Indyjka pracowały z innymi cudzoziemcami.
Szwedzi mając do wyboru grupę – wybierali Szwedów. Tyle w kwestii równości. Szkoda tylko, że nie wpadło mi do głowy by się z nimi wszystkimi tą refleksją podzielić ad hoc.
W dodatku naraziłam się. Bo powiedziałam, że nad wykształceniem w Szwecji trzeba naprawdę popracować. Bo pomiędzy Szwedem, który skończył szkołę średnią a Szwedem, który skończył studia jest przepaść intelektualna. Przeciętny Szwed nie ma kompletnie wiedzy ogólnej! Nie zna geografii, kultury ani sztuki nie tylko innych państw ale i własnego kraju.
W zamian za to, w czasie lunchu, kolega Alfred z mojego miasta pochwalił się, że był w Polsce.
– Gdzie? – zapytałam
On nie wie. Gdzieś pomiędzy Szczecinem a Gdynią.
– No wiesz, to jest dystans około 400km, wiesz może jakie było miasto w pobliżu?
– No Gdynia i Szczecin… Ale jedzenie było…- zrobił dramatyczną pauzę a ja uśmiechnęłam się zarozumiale – jedzenie było ok-rop-ne!
Szczęką prawie wytrąciłam sobie kubek z kawą z ręki.
Co jadł zatem? Nie wie. Wie, że było okropne. Zemścił się na mnie za krytykę szkolnictwa. Tak to odczułam.
Potem już skrupulatnie mnie omijał, nie rozmawiał i był w grupie tych, którzy mnie nie chcieli.
Myślicie, że się przejęłam? Było kilka osób, z którymi dało się pogadać. Dwaj młodzi, bardzo zaangażowani ludzie, Adam i Mikael. Glenn, na oko 40-letni przystojniak, Pether, żywa kopia brata mojej matki, Britt, która prywatnie jest medium i organizuje seanse spirytystyczne, Helene – Syryjka oraz jej przyjaciel, którego imienia nie poznałam, Toril – Norweżka, która rozpoznała we mnie żonę mojego męża, który latem leżał w szpitalu w jednym pokoju z jej mężem…
Wieczorem była wspólna kolacja. Część rozjechała się do domów. Reszta zasiadła przy dwóch stołach. Pewni ludzie daleko od pewnych ludzi. (ironia)
Miło było…Do chwili gdy na stół wjechała przekąska.
O losie przeklęty! O karmo! Psia twoja mać!
Przekąską był kawałek łososia na słodkim ciemnym chlebie ze słodką musztardą…
Zjadłam chleb, dekorację z zieleniny, łososia z trudem hamowanym wstrętem odsuwając na bok. Natychmiast zainteresowali się mną moi sąsiedzi czy Pether i Glenn.
– Nie jestem entuzjastką łososia – wyjaśniłam.
Jakieś pół godziny i pięć modlitw „tylko nie stek, tylko nie stek” później, na stół wjechało danie główne. Adam, siedzący na przeciwko wybrał chyba wersję bezmięsną. Dostał kartofle i śledzia…
Inni: stek z polędwicy wołowej grilowany. Jedni dostali mniej inni bardziej krwisty. Zgadnijcie kto dostał bardziej krwisty? Ostrożnie odkroiłam kawałeczek, rozgryzłam. Fuuuuj…żywe, surowe mięso! Połknęłam nim urosło mi ustach. Połknęłam następny kawałek i…odkryłam jak bardzo krwisty jest mój stek.
Nie, nie. To było już ponad moje siły. Zjadłam kartofelki ( tzw gratäng z ziemniaków, pyszne i lubię) oraz całą dekorację, starannie omijając wzrokiem kawałek zwierzęcia na moim talerzu.
Sąsiedzi znów się zainteresowali. Miałam wrażenie, że z żalem patrzą na mój talerz. Prawie cały stek!
– Jesteś wegetarianką?
– Nie, po prostu nie lubię niczego co ma oczy – starałam się być dowcipna. – Nie zamawiam wegetariańskiego jedzenia, bo to dopiero może być niespodzianka – dodałam wyjaśniając. Adam potwierdził.
– Nigdy nie wiesz co kucharz myśli o diecie wegetariańskiej.
Taaaa…w czasie obiadu wersją bezmięsną była paella z owocami morza…To już wolę kartofelki z surówką.
Posiedzieliśmy do dziewiątej, a potem każdy grzecznie poszedł spać.
Niedziela był ciężka.
Historia ruchu robotniczego w Szwecji. Procesy legislacyjne na poziomie komuny, regionu, kraju…
Zaszyłam się w kąt, gryzmoliłam, trochę słuchałam, ale uwaga mi uciekała, trochę grzebałam w telefonie i odliczałam czas do końca.
Mimo wszystko to było pouczające szkolenie.
Już wiem, że muszę pójść na najbliższe spotkanie w mieście. Opowiem jak wygląda ich równość w oczach cudzoziemca. I sprzedam anegdotkę, którą z wersji polskiej przetransformuję na szwedzką:
Siedzi Sven i rozmyśla.
Siedzi na fotelu wyprodukowanym w Polsce. Przed nim stoi koreański telewizor. Sven ma na sobie dżinsy z Tajlandii i koszulkę z Chin. W ręku trzyma kieliszek wyprodukowany na Węgrzech, a w kieliszku wino z Kalifornii. Wszystkie te rzeczy przyjechały do Szwecji chińskimi ciężarówkami. Telewizja wyświetla reality show z USA, ale Sven nie zwraca na to uwagi bo zajęty jest myśleniem: „Dlaczego do cholery nie mam pracy?!”

Stan hibernacji

Ciemno. Jak nie …

Ciemno. Jak nie ciemno to szaro. Ciemno o ósmej rano. Szaro o dwunastej w południe. Ciemno o trzeciej po południu.
Wieje i leje. Jak nie leje to siąpi. Słońce wzięło sobie wolne. A w najbliższej perspektywie mrozy i śnieg.
Wpadłam w stan hibernacji. Nic sobie nie myślę. Trwam. Taka forma życia. Homo existentem.
Oglądam seriale bo one nie wymagają myślenia.
Czytam „Nowy wspaniały świat” Huxleya
, ale to wymaga myślenia.
Sny mam obfite.
Dziś śniłam o końcu świata.
Ktoś ustawił nas w kolejkę i przed wpuszczeniem do pokoju robił małe nakłucie. Czy to nakłucie miało kończyć świat czy zapobiegać histerii? Raczej to ostatnie. W pokoju były stoły obficie zastawione najlepszymi przysmakami. Oraz małe, przytulne gabinety, gdzie ten ów koniec świata można było spotkać. Obudziłam się ze snu, zjadłam owocowo- galaretkowy przysmak i mimo, że M mnie zatrzymywał poszłam popatrzeć jak wygląda świat u schyłku istnienia. Był ranek. Morze, ciepło. Plaża. Z dyskoteki wyszła młoda para, rozbawieni, chyba trochę pijani. Naraz ona skuliła się i zwiotczała…Pijana, a może naćpana – pomyślałam. Z naprzeciwka nabiegła dziewczyna w ubraniu do joggingu. Zatrzymała się, pochyliła, znieruchomiała. Spojrzała na mnie.
– Pora wracać. To już
– Nie, nie – zaprotestowałam – to na pewno jeszcze nie to.
Ale wiedziałam, że właśnie zaczyna się koniec świata.
Obudziłam się.

Każdego dnia robi się coraz zimniej.
Byle do wiosny.

Uwaga!

Potrzebuję wspomnień …

Potrzebuję wspomnień kombatanckich. Najchętniej z lat 80-tych.
Potrzebuję anegdot ale i faktów.
Możecie mi nie wierzyć, ale nie wiem jak się otrzymywało paszport. Jak się odbywało jego wyrabianie i wydawanie, czy można było kupić bilet np. na prom nie mając paszportu?
Jak wyglądały pierwsze miesiące emigracji, szczególnie tu w Szwecji? Czy szło się do obozu? Czy jeśli np. przyjeżdżało się do kogoś to tego obozu można było uniknąć? Jak reagowali ludzie na Polaków wtedy? Czy ktoś z was zna kogoś, kto wyemigrował jako dziecko? Jak było w szkole? Jak dzieci traktowały takich małych imigrantów? jak nauczyciele ich traktowały? Czy była presja na zarzucenie języka ojczystego czy może tak jak teraz – wręcz nakłania się do rozwijania go w rodzinie?

Jeśli coś wiecie, lub znacie osoby, które coś takiego wiedzą a chciałby się podzielić piszcie na mail: takajedna_ja@gazeta.pl.

Oczywiście, wbrew obietnicom dawanym wielokrotnie coś tam skrobię, może znów do szuflady, ale może jak dostanę coś ciekawego to będę miała większą motywacje.

Wszystkim z góry dziękuję.

Acha.

I dzisiaj święto państwowe na blogu. Właśnie minęło 10 lat gdym popełniła pierwszy blogowy wpis. Wszystkim tym, którzy tamten wpis przeczytali – a jest kilka takich osób – bardzo dziękuję, że nadal jesteście obecni w moim życiu.

Uboga krewna

Jakiś czas temu …

Jakiś czas temu Moonfairy wpisała komentarz w stylu „No to cześć” . Zapytałam czemu tak się jakoś oficjalnie żegna, ale nie odpowiedziała. Znikła.

Dziwne ludzie mają zachowania. W internecie i nie tylko.
Kilka lat temu znikł z bloxa Polarny. Pożegnał się, wyłączył komentarze i…tyle. Nie byłam z nim jakoś blisko, ale odwiedzaliśmy swoje blogi, wymieniliśmy kilka prywatnych maili. Kilka razy pogadaliśmy na mailowym czacie. Niewiele, ale jednak było to coś, co wyszło poza krąg anonimowej znajomości. A tu nagle zniknięcie bez słowa.
Nie potępiam, ale nie rozumiem. Nie potępiam, bo możliwe, że sama kiedyś kogoś postawiłam w takiej sytuacji – zniknęłam bez słowa, choć zwykle staram się powiedzieć czemu.
Ale widzę jak wielu ludzi tego nie robi. I to nie tylko w internecie, w życiu też.
Miałam innego kolegę, też poznanego poprzez bloga. Gadaliśmy, spotykaliśmy się, odwiedzali w domach. Kolega łatwego charakteru nie miał, ja też nie jestem aniołem. Zdarzyło mi się pieprznąć wirtualnymi drzwiami, a po jakimś czasie wrócić ze skruchą.
Nasza znajomość sobie trwała. Przetrwała jego wyjazd do Anglii, jego powrót, mój wyjazd do Szwecji, jego zniknięcie z bloxa, powrót na łona bloxa. Czasem gadaliśmy intensywnie, czasem kilka tygodni wcale…
W którymś momencie powiedział, że ma mi coś do opowiedzenia, ale chciałby osobiście i kiedy będę w Polsce. To było jakoś w 2011. Jechaliśmy do Pl na urlop, a przy okazji na 1 urodziny Zuzi. Płynęliśmy promem a Kolega mieszka na wybrzeżu, pomyślałam, że  będzie okazja się wreszcie zobaczyć i pogadać. Kolegę zawiadomiłam tak szybko jak tylko ustaliłam dzień wyjazdu. Dzień przed wyjazdem potwierdziłam, że się widzimy nazajutrz.
M się trochę dąsał, bo on z kolei chciał odwiedzić swojego kolegę, też w okolicy wybrzeża, no ale uległ moim perswazjom. Prosto z promu mieliśmy pojechać na spotkanie z moim kolegą.
Dopływamy, dzwonię, smsuję…, że zaraz zjeżdżamy z promu niech poda miejsce i czas spotkania. Kolega odpisuje, że teraz nie wie, że zaraz się zorientuje. Zwodzi mnie tak dość długo, wreszcie w ostatniej chwili pisze, że niestety, ale jest za miastem i nie zdąży wrócić. M robi minę obrażoną, bo gdyby wiedział toby się umówił ze swoim kolega, a teraz przecież nie napadniemy ludzi znienacka.
Przyjechaliśmy do domu, wyczekiwałam jakiegoś znaku od kolegi, przeprosin, wyjaśnień, cokolwiek…Nic. No trudno, może ma kłopoty, może coś się zawaliło i gasi pożar, w końcu znam faceta tyle lat nie będę się dąsać.
Kilka dni później miał dolecieć do PL tata Zuzi i trzeba go było odebrać z lotniska. Pomyślałam, że zapytam kolegę czy miałby czas i chęć na spotkanie to wyjechalibyśmy wcześniej, żebym się mogła z nim spotkać.
Kolega potwierdził czas i chęć. Ile mnie kosztowało, żeby najpierw namówić M na wcześniejszy wyjazd to ja wiem. Tak samo ja wiem ile mnie kosztowało znoszenie jego ironicznych komentarzy o narzucaniu się osobom, które mają cię gdzieś. M się nie zna, kolegę znam tyle lat, nikt się nikomu nie narzuca – myślałam.
Pojechaliśmy, a był to czas wielkiej budowy dróg. I do Trójmiasta zamiast 2 godziny jechaliśmy chyba 6. Czas nam topniał. Z drogi oczywiście cały czas utrzymywałam kontakt z kolegą. Że korki, że późno, że przepraszam i czy nadal ma czas się spotkać. Miał…do czasu, gdy zaczęłam się zbliżać do miejsca spotkania. Wtedy nagle okazało się, że on nie wie, że nie jest pewien, że powie za chwilę, żebym się zameldowała jak będę na miejscu.
A gdy już wylądowałam na miejscu…kolega przestał odbierać telefon. Napisałam więc sms, że jestem tu i tu, że będę jeszcze przez tyle i tyle czasu…Nie odezwał się więcej.
Popętaliśmy się po okolicy, wreszcie pojechaliśmy na lotnisko.
Kolega do dziś dnia nie wyjaśnił swojego zachowania, nie powiedział nawet „przepraszam”.
Przestałam i ja się odzywać. Poczułam się urażona, wystawiona do wiatru, zlekceważona.
Obserwowałam kolejne wpisy na facebooku, więc mniej więcej wiedziałam co u kolegi, ale kontaktu nie nawiązywałam.
Aż tu kilka dni temu na facebooku kolega wysyła mi prywatną wiadomość, że czegoś mu tam potrzeba i czy mogłabym mu pomóc…Ogarnął mnie pusty śmiech.
Wiecie co?
Zignorowałam.
Zignorowałam, bo przez ostatnie trzy lata dotarło do mnie, że już nie chcę być dla nikogo „ubogą krewną”. Mam wokół siebie różnych znajomych. Jakaś część ich to ludzie, którzy nigdy w historii naszych kontaktów pierwsi nie zainicjowali spotkania. Widujemy się, wpadamy na siebie na ulicy, wtedy mówią „koniecznie musimy się spotkać” ale nic z tego nie wynika. To ja organizowałam spotkania grupy ze szkoły: Marka, Soni, Gulsum, Vicenta. Przychodzili zawsze, zadowoleni dziękowali mi za pomysł, za zaproszenie do domu. Ale nie odwzajemniali się tym samym.
Przez cztery lata wciąż zapraszałam, albo sama wpadałam „na herbatkę” do innego małżeństwa. Z ich strony inicjatywa wyszła raz – gdy On kończył 40 lat i żona organizowała mu przyjęcie niespodziankę.
Jest jeszcze moja dawna przyjaciółka, która od roku, a właściwie od co najmniej trzech lat sama z siebie nie napisała do mnie ani słowa. Ani na facebooku, ani w mailu. Gdy ja pisałam odpowiedzi przychodziły po wielu, wielu dniach. Nie odzywa się, gdy bywam w PL o czym chyba zawsze ją zawiadamiam. Ostatni raz widziałyśmy się rok temu, było miło, bardzo ciepło, sądziłam, że coś się przełamało, ale nie. Obiecane wiadomości nie nadeszły. Nawet na komentarze na facebooku nie odpowiada. Może przestała mnie lubić.

Czy ja jestem trędowata, uboga krewna czy jakoś niepełna, że to JA zawsze mam wyciągać rękę, inicjować kontakt, podtrzymywać go potem, w zamian słysząc tylko „sorry, ale wiesz, taka jestem zajęta, nie mam na nic czasu, ale ty pisz, pisz…odzywaj się” podczas, gdy ktoś mnie olewa przez lata i odzywa się tylko wtedy, gdy mu czegoś trzeba?
Mam wiele wad, ale w przyjaźni jestem lojalna, wyrozumiała, wierna i cierpliwa. Do czasu aż mi się te zasoby wyczerpią.
Teraz postanowiłam sobie, że nic na siłę. Jeśli mam mieć koło siebie ludzi, to takich, o których wiem, że im zależy na kontaktach ze mną tak samo jak mnie z nimi. Jestem introwertyczna i dobrze mi we własnym towarzystwie. Naprawdę nie muszę wiecznie całować czyjejś klamki.

Z listu do koleżanki

Tym razem będę leniwa…

Tym razem będę leniwa i wkleję, to, co już raz napisałam.

Jeżdżę do soboty…czy od niedzieli…
Nie powiem, że idzie mi coraz lepiej. Jedno wychodzi inne nie.  Jedno muszę poćwiczyć kilka razy,  inne jeszcze kilka razy.
Jazda do tyłu jest dziwna. Samochód skręca w kierunku przeciwnym niż ja chcę…A przecież maszyną też cofam i tam maszyna idzie dokładnie tam, gdzie ja chcę. Prawo jest na prawo i tak wychodzi. Może się skupiam za bardzo.
Dziś wyjechałam z placu i podrzędnej uliczki, z parkingu. Pojechałam normalną, miejską ulicą, dojechałam do ronda, przejechałam je, pojechałam dalej, wyłączyłam sobie wszystkie światła, włączyłam na powrót, oślepiłam kogoś długimi, zmieniając bieg, bez problemu naciskałam sprzęgło ale jednocześnie zjeżdżałam na lewo…
Ale jednak rok na skuterze swoje robi. Nie mam paniki gdy mnie coś mija, gdy ja coś mijam, nie mam wrażenia, że jadę z prędkością nadświetlną gdy licznik wskazuje 40km/h, patrzę dookoła i widzę rowerzystę, pieszego i wyprzedzające mnie auto.
Więc jest stresująco ale i ekscytująco. Stres nie blokuje mi myślenia.
M chce żebyśmy za miesiąc pojechali do Goteborga na spółkę…Dam radę? Zobaczymy. Uczę się „na trudnym” jest ciemno, a jeszcze czasem dochodzi do tego deszcz.

Zuzia ma ospę wietrzą, biedulka, buzię ma mocno wysypaną. Dziś spędzam z nią przedpołudnie.
Zuzia utożsamia się z Elsą. Królową Lodu Elsą. Kupiliśmy jej lalke Elsę, w komplecie była taka sama sukienka jak lalczyna. Zuzia się ubrała. Stanęła przed lustrem.
– Królowa Zuzia! – zachwyciła się.
A kilka chwil potem, ubrawszy diadem Elsy znów wylądowała przed lustrem.
– Jaka ja jestem teraz piękna! – oświadczyła. I była cała zachwycona.
Co zrobili babcia z dziadkiem wtedy?
Kategorycznie oświadczyli:
– Zawsze jesteś piękna! Najpiękniejsza na świecie!
Bo jest.  

Jeszcze…

Jeszcze liści pełno …

Jeszcze liści pełno każdego ranka na zalanej deszczem ulicy. Jeszcze alejki w parku nimi pokryte, jeszcze na zdjęciach znajomych żółto i czerwono…Ale nieuchronnie zbliża się zima.
Obudziłam się dziś rano ogłupiała, bo zegary, wszystkie jak jeden mąż pokazywały tę samą godzinę. Ten w telefonie i komputerze też. Zresetowałam jedno, zresetowałam drugie a one dalej mi ten sam czas co zegar w kuchni i sypialni pokazują. Zapytany internet odrzekł, że jest godzina 8:03.
Facebook podał 8:06, ale to się może zgadzać, bo chwilą minęła nim wyszłam ze stuporu…
Teoretycznie zegar w kuchni mógł przestawić mąż.Zegar w sypialni ma natomiast tzw sterowanie radiowe, ale jak dotąd, a mieszkamy razem już trzy lata, jak dotąd nigdy sam się nie przestawiał!
Czary panie…
Późnojesienna aura trwa. Przez okno widzę właśnie rozwianą brzozową czuprynę. To znaczy, że pogoda jest nadal stabilna: jak zaczęło lać i wiać tydzień temu to leje i wieje. Jasne, że porzekadło starych Szwedów mówi, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Co nie zmienia faktu, że odrobina słońca nie byłaby miła.
Choć z drugiej strony…świat zalany deszczem jest taki…taki…no…Jak na obrazach impresjonistów. Krawędzie się rozlewają i wszystko staje się pojedynczymi plamami barw. Szkoda mi aparatu bo w deszczu robiłabym zdjęcia na okrągło. No i jesteśmy. Od czego bym nie wyszła ostatnio i tak trafiam do tego samego punktu. Zdjęcia. Nie uświadamiałam sobie, aż Yanek mnie zapytał czy patrzę na świat „kwadratowo” czyli tak, jak przez wizjer aparatu. Tak, tak właśnie patrzę. I czasem to jest irytujące, bo nie mogę sobie wyjść normalnie, żeby przejść swoje obowiązkowe 30 minut, nie. Bo zaraz, za progiem widzę coś i myślę, że to by ładne zdjęcie było. Jak wrócę po aparat o pstryknę to w domu okazuje się, że nic z tego. A jak nie wrócę to męczy mnie. Wiadomo: najlepsze są te zdjęcia, których nie zrobiliśmy…
Ostatnio, prawie cały tydzień udawało mi się narzucić sobie dyscyplinę myślenia o czymś innym. Tak mnie to myślenie o czymś innymi uprowadziło, że kilka razy zaskoczyło mnie miejsce do którego doszłam bez kodowania takich punktów jak most czy przejście dla pieszych. Pół biedy gdy idę, gorzej jak jadę skuterem i nie zauważam skrzyżowania…
No ale temat mnie wciągnął. Temat usiłuję spisać, ale palce nie nadążają za myślą. Chyba muszę sobie dyktafon kupić.
Najbliższe dni muszę się jednak mocno skupić na rzeczywistości. Zuzia u mnie będzie. Zabieramy ją z przedszkola jutro, we wtorek rano Dziadek odwozi ją do do przedszkola a po południu zabiera. I jeszcze we środę rano ją odwozi…Dwa popołudnia, dwie noce i co najważniejsze: dwa poranki. Zobaczymy jak to będzie.
No i po ponad dziesięciu latach wróciłam do pomysłu zrobienia prawa jazdy.
W Szwecji można iść do szkoły albo można uczyć się jeździć z prywatnym „handledare”czyli z kimś z rodziny.
Trzeba zrobić trzygodzinny kurs, opłacić pozwolenia, poczekać aż przyjdą owe pozwolenia, powiesić na samochodzie zieloną tabliczkę „övningkör” i jedziemy.
Wczoraj pierwsza lekcja. Ruszanie czyli jak ogarnąć trzy pedały dwiema nogami, a  kierownicę, drążek biegów oraz kierunkowskaz dwiema rękami. Było i śmiesznie i strasznie. Sprzęgło mnie nie słuchało i albo nie chciało się ruszyć, albo wyskakiwało do góry (pedał sprzęgła, znaczy). Pedał gazu odwrotnie, albo leciał w dół, kiedy chciałam powoli, albo puszczony nie reagował i nie zwalniał. Mięśnie w lewej nodze zesztywniały, ale i tak dobrze, że sprzęgło nie jest pod prawą, tą sfatygowaną stopą, bo lipa by była a nie jeżdżenie.
Po korekcji ustawień fotela, oparcia fotela, wreszcie zaczęło mi wychodzić ruszanie i zatrzymywanie się bez kangurzych skoków.
Zobaczymy czy dziś moja noga będzie pamiętała to czego nauczyła się wczoraj.
Szkoda, że nie można tego po pijanemu…Byłoby łatwiej.

Skucznaja pora

Ciemno, szaro, …

Ciemno, szaro, wietrznie.

Złotą, szwedzką jesień szlag w tym roku trafił. Na ostatnim spotkaniu w fotoklubie ludzie rozczarowanie, bo nikt nie zdążył się nacieszyć i „nafocić” szaleństwa barw. Było zielono, zielono, zielono a potem przyszły dwa bardzo zimne poranki i zrobiło się od razu łyso.
Wieje, leje, kapie, siąpi. Ciemno o poranku, szaro w południe, ciemno po południu. 
O siódmej jest jeszcze ciemno, o szóstej już ciemno.
Może to powód dla którego jakoś tak czarno na wszystko patrzę?
Szukam pracy bez przekonania. Czyli czytam ogłoszenia ale wyłącznie z przymusu. Wiecie, że od początku października w mojej okolicy pojawiły się TRZY ogłoszenia o pracę dla ekonomisty? Żadne nie dla mnie. Nie znam biegle ani  fińskiego ani angielskiego, nie mam doświadczenia w naliczaniu płac, nie mam dyplomu wyższej uczelni oraz nie znam żadnego z systemów wymienionych w anonsach.
Inne ogłoszenia do znudzenia powtarzają to samo: inżynier, nauczyciel, przedstawiciel handlowy. Już bym chyba z rozpaczy spróbowała tego pośrednictwa handlowego…ale prawo jazdy.
Mam poczucie, że Szwecja mnie nie lubi. I ja nie lubię jej. Coraz częściej mam uczucie, że trafiłam w jakiś świat przeniesiony rodem z 1984 Orwella.
Synek kazał mi przeczytać „Nowy, wspaniały świat” Huxley’a. Powiedział, że to jest obraz Szwecji. Przeczytam. Przeczytam jak tylko skończę oglądać The Good Wife.
Oglądam maniakalnie. A jak nie oglądam to i tak myślami jestem w serialu. Amerykańska mentalność jest jednak, przynajmniej dla mnie, naprawdę odległa. Tuwim kiedyś napisał „Co to jest sąd? To grupa ludzi orzekająca, która ze stron ma lepszego adwokata”. I jak oglądam ten serial, to myślę, że to kurczę jest prawda! Nie ma znaczenia czy jesteś winny czy nie. Ma znaczenie czy masz sprytnego adwokata.
I to ma być sprawiedliwość?
Dziwny ten świat…
W ogóle mam wrażenie, że ludzkość przechodzi coś co można nazwać „ewolucją wsteczną”. Nie macie wrażenia, że ludzkość cofa się w rozwoju mentalnym? Technologicznie idziemy naprzód w tempie zastraszającym a jednocześnie stajemy się coraz bardziej prymitywni.
Ta moda na tatuaże wszędzie. Latem masz wrażenie, że mieszkasz wśród dzikich.Starzy, młodzi. Ciała pokryte sinymi rysunkami, czasem z dodatkiem czerwieni lub zieleni. Jakbyś nagle zamieszkał wśród dzikich.  
Albo te kolczyki wszędzie. Idzie panna, z daleka wygląda jakby jej glut pod nosem wisiał, podchodzisz bliżej a to kolczyk w nosie. Albo te „przelotki” do kabli zamontowane w uszach…Fuuuuj!
Ludzie pierwotni tak siebie ozdabiali.
Kto dziś słucha prawdziwej muzyki? Prawdziwej czyli takiej, która składa się z więcej niż kilku powtarzających się nut. I którą aby zagrać, trzeba umieć grać. Ktoś dziś pisze taką muzykę? I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno temu, zaledwie 300 lat temu, muzyka Beethovena czy Straussa to była muzyka uznawana za muzykę dość pospolita, pisaną dla mas. Na trzech nutach wyśpiewane trzy słowa powtarzane w kółko przez trzy minuty. Tuwim napisał jeszcze jedno „Radio to cudowny wynalazek: jeden ruch ręki i nic nie słychać”. Tylko co to jest tuwim, prawda? Czy da się to znaleźć w słowniku polsko-angielskim w google translate?
Nawet morderstwa się zmieniły. Dziś nikt nikogo nie morduje tak zwyczajnie, z potrzeby odebrania majątku czy zazdrości. Nikt nie używa wysublimowanej metody zbrodni jak trucizna czy pozorowany wypadek. Nie, dziś standardem jest maskara piłą mechaniczną. Media emitują sieczkę, przeznaczoną dla półgłówków. Dziesięć minut głupawego darcie ryja przeplatanego wybuchami śmiechu. A potem przerwa na reklamę. Samochody, telefony, proszki do prania oraz pożyczki. Czyli -wpompujemy w ludzi coraz więcej kasy, żeby mieli co wydawać, co konsumować.
Głupim społeczeństwem jest o wiele łatwiej rządzić. Tylko trzeba im co jakiś czas urządzić igrzyska. Nie ważne jakie, byle było dużo krwi.
Syn mi ostatnio oświadczył, że ma mi za złe, żem go nie wychowała na kretyna. Kretyn jest zawsze szczęśliwy byle tylko miał pełny brzuch i zabawkę pod ręką. Przeprosiłam go. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek nadejdzie czas, gdy kretynizm będzie promowany i nagradzany.
Nie lubię tego świata. Najchętniej wyniosłabym się na jakąś prowincję…
No tak, zapomniałam. Przecież JESTEM na prowincji Europy. W Szwecji.

 

Wokół groty Lassego

Niemal kilometr od …

Niemal kilometr od najbliższych zabudowań, od szosy. Najbliższe otoczenie nie jest zbyt zachęcające niezależnie od pory roku. Jest ponuro. Gęsty, mieszany las. Podmokły teren gdzie nawet latem jest grząsko, istny raj dla różnej maści skrytożerców. Oblepiony spadłymi liśćmi, przerzucony nad grzęzawiskiem, uginający się drewniany mostek jest śliski. Trzeba ostrożnie stawiać kroki.
Lasse1
Za mostkiem, nieco pod górkę wyłania się rozległa łąka z każdej strony otoczona drzewami. Za nią wznosi się stromo zbocze Kinnekulle z przyklejoną doń małą, kamienną chatą. Tylną ścianą tej sadyby jest skała Kinnekulle.
Lasse2

Lasse3

Wydaje się nieprawdopodobne, ale w tej rezydencji przemieszkał ostatnie 30 lat swojego życia Lars Eriksson zwanny Lasse z Góry lub Lasse z Groty. Nieprzeciętny musiał to być człowiek, choć łatwego charakteru to on nie miał. 
Urodził się 17 listopada 1828 w Skälum. Początkowo pracował jako parobek w różnych gospodarstwach lecz nie był z tym szczęśliwy. Chciał być wolny.
Na kilka lat zniknął, nie wiadomo co się z nim działo. Mówiono, że udał się na północ, że pracował tam w lesie. Być może to tam nauczył się żyć trudnych warunkach. Potem przez jakiś czas służył w pułku artylerii w Sztokholmie, miło to potem wspomniał, najchętniej wspominając spotkanie z królem Karolem XV. Podejrzewano, że fantazjuje, ale komu to szkodziło?
Lasse uwielbiał polowania. Był niezmordowanym i bezkonkurencyjnym tropicielem. Znał się na broni, umiał ją sam zbudować. Umiał także zrobić naboje. Był niezbyt towarzyskim człowiekiem, miał cięty język i byle głupstwo wystarczało, by go użył. Gdy jego dom nachodzili intruzi równie szybko sięgał po broń i pokazywał przybyszom drogem do wyjścia. Mimo to miał kilkoro oddanych przyjaciół, których czasem odwiedzał, ale najbardziej lubił samotnie włóczyć się po lasach.
Prawdziwa historia Lassego z Groty zaczyna się około 1870 roku.
Lasse i jego żona Inga nie mieli własnego domu. Mieszkali w wynajmowanej od krewnego chacie, ale ten pewnego razu postanowił się tam wprowadzić. Lasse i Inga zostali bez dachu nad głową. Lasse znany był ze swojego trudnego charakteru i nikt nie miał ochoty mieć go za lokatora. Lecz Lasse się nie martwił. Co rano brał broń i wychodził. Inga, przyzwyczajona do tego, że Lasse robi to, co chce, nie przeszkadzała mu. Tylko czasem pytała
– Co z nami będzie?
Wtedy Lasse odpowiadał spokojnie
– Będzie dobrze, nie martw się. Jednak któregoś dnia Inga zobaczyła, że zniknęła jedyna wartościowa rzecz jaką miała: krosna. To była przysłowiowa kropla przepełniające czarę goryczy. Wymknęła się za mężem i cicho podążyła jego śladami. To co zobaczyła zaskoczyło ją całkowicie. Lasse wymurował na zboczu góry dom z kamieni ze skalnym dachem i skalnymi ścianami. Były okna, drzwi i komin. W tej chacie odnalazła swoje krosna Inga lecz prócz nich nie było tam wiele więcej. Ścianę skalną obił Lasse deskami i uszczelnił gazetami, mimo to, zwłaszcza jesienią i zimą panowała tam ogromna wilgoć.
Tak Inga i Lasse zamieszkali w grocie…
Lasse polował, produkował broń i wyplatał kosze. Nie lubił miasta i jeździł tam tylko po to by kupić alkohol. Po prawie 30 latach przeżytych w grocie, 2 czerwca 1908 zmarła Inga. Lasse po jej śmierci zaczął coraz mocniej niedomagać aż w końcu, w 1910 roku zabrano go do przytułku gdzie zmarł 4 kwietnia. Kilka dni po jego śmierci domek został rozszabrowany i zdewastowany, prawdopodobnie z zemsty przez najbliższych sąsiadów.
Zaglądamy do środka. Mroczno, ciasno, słychać szum ciurkającej gdzieś po ścianie wody. Nie do wiary, że ktoś dobrowolnie chciał tu mieszkać.
Lasse4

Śliskie, kamienne schody, obsypane opadłymi liśmi prowadzą nas w górę. Z góry widać płynącą strugę, która musi spływać gdzieś z góry. Na jakiejś starej mapie widziałam znak oznaczający wodospad. Ruszamy więc na jego poszukiwanie.
Idziemy jesiennym lasem, lśniącym tysiącem kropel po niedawnym deszczu. Jest cicho, żółto, słonecznie
Lasse6

Lasse5

Przechodzimy ogrodzone pastuchem pastwisko. Mijamy kolejną bramkę i jesteśmy na drodze. Drogowskaz mówi, że w lewo dojdziem do Forsvik a w prawo do Husaby. Idziemy do Husaby.

Lasse7

Jeszcze parę metrów…Słychać szum wody. Tak, jest! Wartki strumień płynie kanałem pomiędzy skałami, przepływa pod drogą i spada ze stoku.

Lasse8Za strumieniem czyjaś posiadłość. Gospodarz kręci się po podwórzu i popatruje na nas…zaraz…Z niechęcią? Na przekór własnej niepewności robię kilka zdjęć. Potem podążam w dół strumienia. Nie ma ścieżki, strumień spada z szumem, wydaje mi się, że słyszę czyjś głos? Odwracam się. Na górze stoi gospodarz. Czuję od niego złość, choć jest daleko.
– To prywatny teren! – wrzeszczy.
M już jest na dole, mnie dzieli od zejścia tylko kilka kroków. Mimo to zawracam, M też, lecz nie mogę się oprzeć. Jeszcze jedno zdjęcie, kucam z facetem stojącym mi niemal nad karkiem.
Lasse10

Lasse91

Schodzimy drogą odprowadzani wrogim spojrzeniem. Kawałek asfaltem i znów piaszczysta droga.Płaskie pole, jesienne pole i stercząca ponad drzewami trójgłowa czasza wieży kościoła w Husaby.

Lasse12

Humory nam się nieco skwasiły.
– Ale jednak znaleźliśmy wodospad! – triumfujemy. A potem wpadamy na tę samą myśl.
Może to był potomek Lassego?
A może…Lasse?

Fotoklub

Dwa tygodnie temu …

Dwa tygodnie temu miałam ogromną ochotę po prostu …nie iść. Po co? Znów będzie nudno, a ja będę czuła przymus. Znów będę się czuła wyizolowana i nie miejscu a w każdym razie …niepożądana.
Ale poszłam.
Poszłam z nastawieniem „pocałucie mnie wszyscy  w dupę”.
Nie wiem po co poszłam. Ani dlaczego.
I stało się coś. Olałam to co sobie myślą o mnie, moim szwedzkim, mojej tam obecności. Skupiłam się na czerpaniu przyjemności oraz nauki. Ktoś pozdrowił mnie imiennie, ktoś z daleka się uśmiechnął,  ktoś, siedzący blisko zagadnął, i zawiązała nam się rozmowa. Przymus znikł.
A mnie było wszystko jedno czy się na mnie gapią jak idę po herbatę…
Moja niechęć jakby stopniała.
Bo od jakiegoś czasu czuję głęboką niechęć do kraju w którym żyję i jego obywateli z nielicznymi wyjątkami.
Ciekawa byłam czy i tym razem będzie mi tak obojętne. Więc poszłam, choć znów nie bardzo mi się chciało.
Było jak przed dwoma tygodniami. A może nawet lepiej. A potem przyszedł nasz gość wieczoru.
Fotograf, reżyser, nauczyciel w gimnazjum. Uczył mojego syna, a zatem pośrednio i mnie podstaw fotografii.
Calle Borg.
Calle pokazywał swoje zdjęcia. Opowiadał o nich ze swadą, dowcipnie i ciekawie. To nie było żadne „taki czas, taka przesłona” ani tym bardziej  „a to tu i tu”. Nie. On opowiadał co lubi w danym ujęciu, jaka historia stoi za zdjęciem. No i tematyka.
Najbliższy wschód – Rosja, Bałkany, Ukraina, skrawek Polski. Oraz Ludzie i ich psy.
Dla mnie podwójnie ciekawe, bo na wielu fotografiach klimaty jakich wciąż jeszcze pełno na wschodniej stronie Polski. Klimaty, jakie zawsze wydawały mi tak mało interesujące, takie zwykłe jak zdjęcia zachodu słońca. 
– A umiesz mówić po rosyjsku? – zapytałam (mądrala – ciemno było i nikt mnie nie widział ).
Umie! jego zona jest Rosjanką. I nawet czyta cyrylicą. Nie jakoś tam nadzwyczajnie, zastrzegł, ale trochę. Udowodnił to.
Oglądałam zdjęcia pomników Lenina, obrazy ze Stalinem, wielkopłytowe bloki i małe drewniane, zapadające się chałupki, pięknie zdobione ościeżnice ich okien. Ludzie. Wymalowane na modłę lat 70-tych damy, szczerbaci panowie. Kicz i swego rodzaju urok…
Po pokazie, który trwał chyba z 90 minut, bo gdy Calle chciał kończyć rozlegały się głosy protestu, podeszłam do niego. Pochwaliłam nietypowe ujęcie Żurawia Gdańskiego (nocą, od frontu, z widoczną w tle panoramą) podziękowałam za fantastyczną podróż i otwarcie oczu.
Dostałam…uścisk.Takiego niedźwiadka. Pozdrowienia dla syna.
I wiecie co?
Po 16 latach w ogóle.
Po 6 w Szwecji.
Spotkałam człowieka, który mnie urzekł. Człowieka, którego chciałabym znać bliżej, z którym chciałabym móc choćby od czasu do czasu rozmawiać. Ktoś taki….do kogo muszę znowu sięgnąć na paluszkach, ale nie na tyle odległy bym uznała, że to niemożliwe. Człowieka – wyzwanie, człowieka, który mógłby sprawić, że znów poczuję, że się rozwijam.
Dawno nie spotkałam kogoś takiego. I nawet nie wiedziałam, że tak bardzo mi tego brak.