Zdjęcia dni ostatnich. Zapraszam.
Część pierwsza
Część druga
Część trzecia
Część czwarta
Zaproszenie
Zdjęcia dni …
Zdjęcia dni …
Zdjęcia dni ostatnich. Zapraszam.
Część pierwsza
Część druga
Część trzecia
Część czwarta
Pierwsze, co mnie …
Pierwsze, co mnie zachwyciło w tym mieszkaniu to kwiaty i lśniące podłogi, potem lampy w oknach. Polubiłam kanapę w kolorze butelkowej zieleni stojącą w pokoju wraz z przepastnym fotelem do kompletu. Szybko zaprzyjaźniłam się z kuchennymi szafkami i elektryczną kuchenką.
Była tylko jedna rzecz,której nie polubiłam, którą skrzętnie omijałam wzorkiem i nad którą od pierwszej chwili przemyśliwałam jakby się jej pozbyć. Był to stół kuchenny: ogromna, kanciasta landara, z politurą "wysoki połysk" imitującą drewno. Rzadkie paskudztwo, nawet mój polski segment "późny Gierek" nie budził w moim poczuciu estetyki tak żywiołowej niechęci.
Wpadłam na pomysł, że grata wywalę, w jego miejsce postawię stół z pokoju wraz z czterema towarzyszącymi mu, zielono wyściełanymi krzesłami, twardymi co prawda ale za to doskonale podpierającymi plecy. Marcepanek jednak stawił opór : :a jak przyjdą goście? a nie nie pasuje to do kuchni, i takie tam różne. No gości to ja zamierzam przyjmować takich, co się za usadzenie w kuchni nie obrażą, a ten stół akurat najbardziej do kuchni pasuje, choćby kolorystyką jasnego drewna. Ale nie upierałam się, bo tak naprawdę to Marcepankowi nie o ten stół ale o lampę nad nim chodzi. Lampa na metalowej listwie ma cztery małe szklane klosze, a gdy na listwie zacisnąć dłoń światło ciemnieje aż do zgaśnięcia. Taka sobie zabaweczka…
Przy najbliższej okazji, pod pretekstem szukania krzeseł do kuchennego paskudztwa wyciągnęłam męża na rajd po "szmateksach" czyli second handach. W pierwszym składzie zakupiłam dwie stare fotografie Miasteczka oprawione w czrne proste ramki, dwa obrazki jak z ilustarcji dla dzieci w czerwonych ramkach oraz kraciasty, biało zielony obrus z tłoczonymi kogutami. Zdjęcia zawisły w przedpokoju, obrazki w naszej sypialni, a obrus przykrył kuchennego potwora.Przykryty, zdawał się mniej okropny, ale traktowałam go ozięble, a on tylko czyhał na chwilę mojej nieuwagi by ostrym kantem wbić się w moje biodro. Juz wiedziałam, że o zawieszeniu broni mowy nie będzie: ja nie lubię jego, on nie lubi mnie i koniec.
W poniedziałek Roland-Dobroczyńca zadzwonił z pytaniem:
– Chcecie stół do kuchni z czterema krzesłami ? To będę za kwadrans.
I był.Zrzucił balast w przedpokoju, posmiał się chwile przed własną karykaturą, poleciał. Obeszłam to co zostawił w około.
"Ciemne…Nie lubię ciemnych…Chyba…" zawahałam się. Ciemne drewno pusciło oczko. No tak: skąd mam wiedzieć lubię czy nie ? Niegdy nie miałam ani dosć miejsca ani dosć pieniędzy by poznać jakie meble naprawdę lubię. Przysiadłam na niskim, twardym krzesełku o toczonych nogach i półkoliscie profilowanym oparciu. Otoczyło mnie ciepło,jakby nagla czyjes życzliwe ramiona mnie ogarnęły i przytuliły. Plecy, przylgnąwszy do oparacia jęknęły…Z zachwytu.Popatrzyłam na ciemne toczone nogi, pełne gracji i klasy. Odwróciłam blat, dotąd wstydliwie kryjący swe lico i zrozumiałam dlaczego. Na jego cimnej powłoce, dwa jasniejsze kręgi, jakby po gorącym garnku czy mokrej doniczce, jak blizny na rękach starego, spracowanego człowieka. Pogładziłam blizny, spod chłodu przeniknęło ciepło prawdziwego drewna.
– Zosatniesz – odpowiedziałam na nieme pytanie.
Niecierpliwie stałam nad głową męża. Zabolało, gdy na siłę wciskał jedną z nóg.
– To nie ta, weź tamtą – powiedziałam szybko. Pasowała. Potem kolejne, w końcu stół stanął na własnych nogach. Niezbyt wysoki, z zaokrąglonymi rogami, piękny.
Pskudztwo rozkręcone powędrowało na smietnik. Daj mu Boże, niech się przyda komus. Mój stół stanął w jego miejscu, przy scianie, pod wiszącą lampą. Serweta w koguciki skryła jego blizny, by nie czuł się niezręcznie. Nie podstawia mi nóg, nie obija boków, choć jest większy od swego poprzednika. Ja się zastanawiam jak wyleczyć jego blizny, on podsuwa mi krzesło gdy jestem zmęczona. Ot, taka domowa symbioza.
Wracam do domu. Jest …
Wracam do domu. Jest późno , dużo później niż zwykle. Pojedyncze promienie słońca wychylają się zza chmur na zachodzie. Na koniec wokół obłoków widać już tylko złocisty otok, skrzący się w ostatnich promieniach słońca. Przez okno busa patrzę w niebo i wyobrażam sobie, że to góry, te skrzące się daleko kłęby bieli i złota. Pola rozciągają się poszarzałe od zoranych zagonów, a miejscami pożółkłe dojrzałym zbożem. W ogrodach kwitną astry- jesienne kwiaty, w sadach jabłonie znów się uginają pod ciężarem owoców rumianych jak policzki szwedzkich dzieci.
Głos Justina Haywarda z czymś się kojarzy, wciąż budzi niepokój i niezrozumiałą tęsknotę, do tego stopnia, że gdzieś z zakamarków pamięci wraz z dźwiekiem jego głosu napływa zapach, którego bezwiednie wciąż szukam chodząc ulicami Olsztyna…Wrażenie tak silne, że oglądam się za siebie, wyrwana z półdrzemki-półzamyslenia. Wraz z otwarciem oczu zapach odpłwa…
Nie wiem co jest w tej muzyce – od ubiegłej jesieni wciąż nie mogę się tego nasłuchać i za każdym razem budzi się ten dziwny niepokój, coś targa za serce, a jednocześnie wraca uśmiech, jakbym znów czuła, że żyję.
Tekst znaleziony w internecie wraz z tłumaczeniem. Otwieram szeroko oczy. Bo ja właśnie o tak czuję, a przecież nie znam angielskiego ani trochę.
Jakby pan Hayward szeptał mi prosto do serca.
Czasem dzieją się cuda.
<p class="MsoNormal" …
Weszłam do kuchni, zapaliłam światło, wyjęłam mleko z
lodówki i odwróciłam się żeby zapalić gaz. Na wysokości moich oczu, na jasnym
kafelku siedział pająk. Wielki. Czarny. Z grubymi nogami. Straszny.
Przełknęłam ślinę, potem jeszcze raz.
– Ty…Idź sobie stąd –poprosiłam niepewnie. Ani drgnął. –Idź. Słyszysz ? –
powtórzyłam z naciskiem.
Za plecami poczułam ruch i usłyszałam znajome miauknięcie. Aha, mam wsparcie
–pomyślałam. Poczułam się bohaterką.
– Mam kota i nie zawaham się go użyć – ostrzegłam. Nadal tkwił na kafelku jak
przyklejony.
– Kocio, chodź zobacz – zawołałam pupila. Na co ten futrzak wskoczył na lodówkę
i wsadził pysk w michę całkowicie ignorując zagrożenie!
– Nie tu, gamoniu! –zirytowałam się. –Tu! –wyciągnęłam rękę. Kocio rozejrzał
się dookoła, starannie omijając wzrokiem wskazywane przeze mnie miejsce.
Złapałam go pod pachę i podsunęłam do ściany.
– Tu! Patrz! – powiedziałam z naciskiem nakierowując jego łeb. Kocio udawał, że
nie widzi. Szukał czegoś na suficie. Wzięłam jego łapę i dotknęłam nią
monstrum. Zwinąwszy się w kulkę pająk upadł na zlew. Kocio wydarł się z moich
objęć i z godnością pomaszerował na stół.
– Ale z ciebie kolega …- obraziłam się. Zmierzył mnie wzrokiem i godnie, bez
pośpiechu opuścił pomieszczenie zostawiając mnie samą w śmiertelnym
niebezpieczeństwie. A ja mu rano po żarcie biegam. Ot, wdzięczność.
Nabrałam powietrza.
– Słuchaj – powiedziałam niepewnie –Ja muszę zagrzać mleko. To się nie ruszaj,
dobra ? Nie bój się – gaz zapalę ten dalej od ciebie.
Posłuchał. Gdy wyłączyłam gaz pod rondelkiem poderwał się tak gwałtownie, że
podskoczyłam i zaczął wspinać po nitce.
– Ty! Żadnych gwałtownych ruchów! –przypomniałam – Bo cię niechcąco kapciem
potraktuję.
Zamarł. Znów się przykleił do kafelka.
– Z kim gadasz ? –Miśka weszła do kuchni.
– Nie wchodź! Tu jest pająk-potwór –ostrzegłam. Mimo to weszła, spojrzała
– O ja…Ale wielki. To z nim gadasz ?
– No.- na wszelki wypadek spojrzałam na nią groźnie.
– To powiedz mu, żeby sobie poszedł, bo kot go zje.
– Mówiłam. Nawet kota pokazywałam….
– I co ?
– Nic. –przyznałam gorzko. – Kot chyba też się go boi, bo udawał, że nie widzi.
– I co zrobisz ?
– Nie wiem- westchnęłam
– Mogłabyś go wynieść na podwórko. Ciepło jest – zasugerował ten potwór, moja
córka.
-Akurat! Żebym na zawał zeszła jak się poruszy ? Po za tym on mnie się tak samo
brzydzi. Mogłyby tu leżeć moje i jego zwłoki…
– Skąd wiesz ? – córka zrobiła „oczy”.
– Kropka pisała. Gadała z takim jednym pająkiem – wyjaśniłam. Córka milczała.
– Dobra. – zebrałam się w garść.- Idziemy.
– Idziemy! – Powtórzyłam głośniej.- Siedź tu sobie, nic ci nie zrobię, ale rano
nie wyłaź, dobra ?
Zgasiłam światło.
-Acha..I wiesz co ? Zawieramy układ. Nie będę cię ruszać, możesz sobie
mieszkać, tylko nie leź w oczy. A ty za to załatwisz nam to mieszkanie w
Szwecji. Podobno szczęście przynosisz. To cześć.
Nie odpowiedział. Widać był wrażliwszy od tego Kropki. Tamtego tylko
paraliżowało z obrzydzenia. Temu odbiera mowę.
Ja go rozumiem.
Ze wszystkich strat …
Ze wszystkich strat jakie mi się przytrafiły w życiu, najbardziej żałuję utraconych ludzi. Bywa tak, że spotyka się człowieka, który dzień po dniu, niedostrzegalnie i coraz mocniej wchodzi nasze życie. Nie wiadomo dlaczego tak dokładnie ten i tylko ten człowiek potrafi dotrzeć do najgłębiej schowanych pokładów zaufania, czułości i ciepła. Z coraz bardziej codziennego obcowania ze sobą rodzi się zażyłość, która zdaje się oczywista i wieczna jak skała. I bywa tak , że w jakimś momencie coś się dzieje, zachodzą jakieś okoliczności, które zaczynają rysować skałę. Powstaje ryska jedna, druga, kolejna… Z nich robi się szczelina, potem coraz szersza i głębsza przepaść i to co wydawało się stałe i nienaruszalne odchodzi. W życiu zostaje pustka. Mozolnie się podnosisz z pokładów żalu, przysięgając sobie, że tym razem już nigdy i nikogo nie puścisz do siebie tak blisko, żeby nie przeżywać kolejny raz bólu utraty przyjaciela. Potem życie idzie dalej, powjawiaja się inni ludzie, niektórzy znów nie wiadomo kiedy zapadają w duszę coraz głębiej i głębiej… Mimo to, na dnie duszy wciąż jest tęsknota za tamtym klimatem i tamtymi wspólnymi chwilami.
Koniec roku jest dla mnie łaskawy. Święta mnie obdarowały czymś niezwykłym, czymś czego tak strasznie mi przez ostatnie lata brakowało , że nawet sama przed sobą się do tego nie przyznawałam. W drugi dzień świąt pojechałam do mamy zabierając po drodze siostrę i siostrzenicę. Wspólnie zastawiłyśmy stół i posadziłyśmy przy nich naszą rodzinę i przełamałyśmy się opłatkiem. Moja siostra była chyba nie mniej wzruszona niż ja – to był nasz pierwszy opłatek dzielony od lat, chyba, dwudziestu. Po raz pierwszy od lat poczułam znów, że mam matkę i siostrę. Teraz do tego doszła świadomość, że nie ma znaczenia jaka jestem i jakie są one. Każda z nas ma doborowy komplet zalet i wad i dzięki nim jest tą jedyną ,niepowatarzalną, niezastapioną nigdy. Jakaś dziura w moim sercu zasklepiła się, zagoiła. Miejsce żalu zajęła czułość. Odzyskując rodzinę czuję się tak, jakbym odzyskała kawałek siebie.
Co mnie zadziwia, to to, że moja siostra, która przez lata była zgorzkniała , wiecznie skrzywiona i bez uśmiechu teraz się częściej śmieje. I nie jest już taka oschła. Za to coraz częściej dzwoni do mamy, a czasem nawet do mnie. I ( co mnie napełniło ogromnym zdumieniem) podobno powiedziała swojemu mężowi-nierobowi, że jak chce palić to niech zarobi na papierosy. A niby nic się nie zmieniło. Tylko ja przestałam ją oceniać.
To był najlepszy prezent od losu jaki dostałam.
A dziś zdarzyła się kolejna magia : spotkanie z utraconą przyjaciólką. Zdarzyły się nam kilka lat temu takie sprawy, które rozbiły ponad dziesięcioletnią przyjaźń.Tuż przed świętami spotkałam ją i jej męża, którego też zawsze szczerze lubiłami, z kilkumiesięcznym Antosiem na rękach. Ona uśmiechała się serdecznie i zaprosiła do swego domu na wsi. Marcepanka ucieszyło to zaproszenie, chyba najbardziej dlatego, że wie, jak była dla mnie ważna. Dziś wreszcie zebrałam się na odwagę i pojechałam. Z Marcepanekiem oczywiście.
Jej "córunia" jak nazywała swą sukę, wyprysnęła z ganku z radosnymi podskokami, wyraźnie postarzała, witała nas jak niegdyś, jak przed sześcioma laty. Jej mąż uściskał mnie serdecznie. Ona…Macierzyństwo dodało jej blsku, chyba złagodziło trochę ostrość osądów. Icho dom ciepły, pięknie urządzony choć nie wykończony. Myślałam: będzie drętwo i niezręcznie. Było radośnie, bez skrępowania, tematów do rozmowy tyle, że przy stole panował harmider bo każdy każdemu usiłował odpowiadać na niezliczne pytania. Oczywiście naraz. Antoś patrzyl na nas szeroko otwartmi oczami i otwierał szeroko buzię. Psy spały pod stołem. Za oknami świeciło słońce. Mnie drżały ręce i trzepotało serce. Oraz rozbolała głowa. Za dużo radości.
Moje życie zatoczyło jakiś krąg, mam wrżenie. Znów jestem w pewnym punkcie. Tylko mądrzejsza. Tym razem wiem, jakie dostałam bogactwo.
I bardzo za nie dziekuję mojemu Aniołowi.
Nad grobem taty, pośród …
Nad grobem taty, pośród przestawiania doniczek, palenia zniczy, Misia zagaduje o drzewo genealogiczne.
Pokazuję jej grób Katarzyny i Franciszka
– To było rodzeństwo – wyjaśniam.
– Katarzyna była matką Wiktora, Wiktor był ojcem Walentego, Walenty- moim.
– To znaczy , że Wiktor był moim pradziadkiem ? – pyta moja prawie dorosła córka.
– A Katarzyna?
– Praprababcią.
– Oooo, a ten Wiktor zmarł jak miał trzydzieści lat…Zginął na wojnie ? – dla jej pokolenia pradziadowie umierają wyłącznie na wojnie.
– Nie, zobacz- zmarł w 1947. Babcia z moim ojcem przyjechali tu spod Wilna tu chyba w 45. Dziadek dojechał później. Chyba był w rosyjskim więzieniu. Wrócił stamtąd chory, zaraz potem zmarł. Przez kilka miesięcy mieszkał razem z moim tatą i swoją niby-żoną. Tata mówił zawsze, że nie ma nic gorszego niż macocha…
– A mama twojego taty, to gdzie ona była ? Zmarła ?
– Nie. Musiał to być chyba 1942 rok, jak Niemcy zaczęli się bić ze Związkiem Radzieckim. Rosyjskie wojska się cofały. Nie wiem gdzie był dziadek, może już wtedy w tym więzieniu – Rosjanie aresztowali Polaków żeby od niech wyciagnąć informacje o oficerach. Ona przyszła do babci Katarzyny, w domowej sukience, przyprowadziła mojego tatę , poprosiła, żeby go popilnować na chwilę. Poszła. I nie wróciła. – nie umiem mówić o niej "babcia".
– Za ruskim wojskiem? – pyta Misia
– Tak. Miała chyba romans z jednym z oficerów.
Misia patrzy z namysłem w krzyż.
– Biedny…Ale potem , jak już miał was, babcię, ciebie i ciocię to już mu chyba nie było tak smutno?
Patrzę i ja w krzyż, znajom kula narasta w gardle. Jak wytłumaczyć mojeje prawie-dorosłej-córce, że miłości i bycia z kimś uczymy się najbardziej z obserwacji rodziców ? I że mój tata niestety nie miał gdzie się tego nauczyć? Że nie był ani dobrym mężem ani ojcem ? Że gdy już się tego nauczył to na jego drodze stanęło troje złych ludzi ?
Odchodzimy powoli, w tłumie ludzi idących wąską alejką, kula powoli rozpuszcza się w wymienianych pozdrowieniach. Alejka główna i te boczne zaminiły się w żywa rzekę. Cmentarz jest pełen ruchu, migotania świateł i barw. Dobre jest to święto.
Dziękuje ci panie Boże za łaskę przebaczenia.
Zachorowałam …
Zachorowałam śmiertelnie. Umarłam z miłości. Nagły przypływ niemal zwierzęcego pożądania mnie ogarnął. Muszę mieć. Muszę ją mieć.
No bo jak się oprzeć takiemu tekstowi:
Kłótnie schadzki przeprowadzki
Znaliśmy się do cna
Wpadaliśmy w swe zasadzki
Zastawione, gdzie się da
Ty miałaś kogoś, dobrze wiem
I jam też nie bez grzechu był
Lecz zawsze żyliśmy nadzieją
Że z pożegnania pierwszym dniem
Oboje dołożymy sił
By starzeć się, nie doroślejąc
Czy ty wiesz
Jedyna, czuła i najmilsza ma
Że ja od wschodu, aż do zmierzchu dnia
Wciąż bardziej cię kocham
W tej piosence jest moje marzenie.
Kiedyś widziałam idących ulica dwoje mocno postarzałych ludzi. Trzymali się za
ręce. Ona jemu poprawiła szalik. On podtrzymał ją gdy się potknęła.
Nie ma chyba ładniejszego widoku…
Za miesiąc mam imieniny, to chyba mogę…?
Powlokłam się wczoraj do…
Powlokłam się wczoraj do mojej Brzozy. Czas już był najwyższy,bo dawno tam nie byłam. Moja Przyjaciółka kiwała nade mną z dezaprobatą pożółkłym czubkiem. Dąb mijany po drodze popukał mnie w głowę żołędziem, sosny pogroziły gałązkami. Jakaś sroka przekora siedziała w oddali i skrzeczała coś złośliwie.
Oj.
Dostało mi się burę od Lasu, dostało, zasłużoną. Bo kto to widział tak Przyjaciela zaniedbywać , Przyjaciółkę – Opiekunkę, Dobrego Ducha co w Brzozie mieszka ?
A tu cuda takie się dzieją :
w lesie cisza jak makiem zasiał (tylko ta Sroka Krzykliwa hałasowała) nie ma śpiewu ptaków, nie ma stukania dzięciołów, tylko z cichym szelestem osypują się liście z drzew. A te liście, to jakby je malarz rozrzutny namalował. Czego tam nie ma : i złoto i purpura, i zieleni odcieni tyle, że nie zliczysz, i szarość, i srebro,i błękit…Ścieżka zamglona lekko, jakby welonem najcieńszym spowita, w którym złoto pobłyskują nitki babiego lata. Na skraju lasu przycupnięte krzewy głogu, dzikiej róży i borówki i jeszcze nie wiadomo czego, kuszą kolorowymi owocami. Oj, będą miały ptaki co zimą wyjadć, oj zaroi się w tych krzewach od ptasiego hałasu i znów ożyją poszarzałe gałązki pozbawione liści. A Łyna płynęła w dole raz błękitna, raz szara miejscami odbijając skry słoneczne. Pod nogami jeszcze fioletowo migały osty i nieliczne pędy macierzanki. I czerwienił się rdzawo przekwitły szczaw.
Dzien był upalny, kurzliwy, P-Sunia na koniec szła z wywieszonym jęzorem, dopadła strumyka śpiewającego pod ścieżką, złote krople rozchlapała wokół siebie, tęczą zamigotały wszystkie kolory świata.
Oj, jak to dobrze, taki spacer do najlepszych przyjaciół, do ścieżek najkochańszych, tych od najmłodszych lat znanych.
Szłam i dumałam, że jakbym tak miała nagle , znienacka umrzeć, to chciałby tu- w tym lesie, bo tylko tu nie czuję ni lęku, ni żalu, ni gniewu tylko radość i miłość i boże nade mną czuwanie.
Kiedyś miałam uczucie, …
Kiedyś miałam uczucie, że nigdy, przenigdy nie dstaję prezentów od losu, zatem o nic nie prosiłam. Nawet jeśli tego czegoś potrzebowałam jak jedzenia, jak picia, jak powietrza. Nawet wtedy nie prosiłam. Zaciskałm zęby, mówiłam : dam radę, zdobędę to, będzie moje…Bywało, faktycznie. Rzadko czegoś naprawdę pragnęłam, ale jak już, to na całego : całym sercem, całą duszą. Dostawałam…Nie, raczej wyszarpywałam sobie od losu ów przemiot mego pożądania. Tyle, że gdy tę gwiazdkę z nieba, ten błękitny migdał dostawałam to jakoś mnie nie cieszyło. Miałam poczucie zmęczenia, czułam żal do losu, że znów, Znów!! musiałam walczyć miast cokolwiek dostać ot tak- w prezencie,
a zdobycz była zwykle opkupiona poważnymi wyrzeczenimi.
Nie wiem kiedy to się zmieniło. Stało sie to tak niedostrzegalnie, że nie notuję momentu, gdy zdarzyło się po raz pierwszy. Wiem tylko, że od jakiegoś czasu wciąż dostaję prezenty od losu. Czasem o nie proszę. Zawsze- dziekuję. Nie wiem skąd się to we mnie wzięło, ale od jakiegoś czasu mam w duszy spokój oraz głębokie przekonanie, że jest Ktoś kto się o mnie troszczy, kto pragnie mnie uszczęśliwić i właściwie jedyne czego potrzebuje ode mnie to mojej wiary i ufności w szczerość Jego zamiarów oraz w to, że nawet to co pozornie niedobre, dzieje się po to by zrobić miejsce dla lepszego.
Kiedyś na takie czyjeś słowa wzruszyłabym ramionami, skwitowałabym w duchu "o matko, ale nawiedzona" dziś sama tak myślę. Nie, nie myślę. Czuję. Wystarczy, że poproszę, a będzie mi dane. Dlaczego zatem nie proszę o milion w lotto ? Bo…Chyba nie potrzebuję. Tak, wiem, ten milion by załatwił tyle palących spraw. Ale chyba wolę dostać wędkę niż rybę.
PS. Dziś dostałam umowę o pracę.