Celebrowanie dnia codziennego

Dni do niedawna były …

Dni do niedawna były bardzo ciepłe, upalne wręcz. Balkon wciąż otwarty, pootwierane okna. Mimo mglistych bardzo poranków, mimo coraz bardziej czerwono-żółtej jarzębiny za oknem, mimo coraz liczniej odwiedzających mój balkon wróbli robiących przedzimową inwentaryzację. Te wróble to troszkę mnie zdziwiły, bo czy to możliwe żeby pamiętały, że rok temu dawałam im jeść? W tym roku postanowiłam urządzić im stołówkę na jarzębinie lub pod nią ( zależy jaki karmnik kupię), żeby uniknąć syfu na balkonie i pod nim. Tu przypomina mi się scena z Jasminum:
„-Nie chcesz kaczki?
-Chcę. Ale ona sra.
-Kaczka to sra”
Wróble sobie więc masowo zaglądały, ku mojemu lekkiemu zdziwieniu. Przyczyna wydała się któregoś ranka gdym ze zdjęć wracała (czy ja już o tym nie pisałam?) Mój dość nowy sąsiad, brodaty, z tatuażami, przesiadywał na balkonie całe prawie lato z papierosem, czasem kawą lub piwem. Pierwszy zaczął mówić hej, co jest dość niezwykłe, bo Szwedzi dość często tego nie robią, a na pewno nie tak od razu. Mówiłam, że porządny jakiś człowiek! I oto mam dowód: przyłapałam go jak sypał jakieś drobiny do swoich skrzynek kwiatowych na balkonie. Najpierw myślałam, że coś sieje mimo, że nie wydawał się specjalnie zaniepokojony kolejką wróbli czujnie ustawioną na pobliskim płotku.
– Wiesz, ja kiedyś posiałam trawę dla mojego kota. Chwilę potem mąż pokazał mi stado wróbli. Wyjadły wszystkie ziarenka!
Zrobił przepraszającą minę.
– To moja wina. Ja je karmię…
Zaśmiałam się, machnęłam ręką, powiedziałam, że nic nie szkodzi. Ustaliliśmy, że jak zainstaluję karmnik to on się do karmienia będzie dołączał. A tymczasem sypie dalej do swoich skrzynek. I wróble nadal masowo lądują na moim balkonie.
Tak sobie w te ciepłe dni podglądałam ptaszki.
Szyłam.
Czytałam maniakalnie.
Sprzątałam pilnie i gotowałam dobre rzeczy.
łaziłam po internecie. Czytałam znajome blogi. I tylko mnie zazdrość skręcała, że nie umiem sobie znaleźć jakiejś bratniej duszy, która by ze mną połaziła, pojeździła może na zdjęcia, albo choć umówiła się ze mną na codzienne przebieżki. A mnie się marzy chodzenie, chodzenie z kijami, Nordic Walking znaczy czyli po szwedzku „stavgång”. Oczywiście, że można samemu. Wszystko można samotnie. Ale posiadanie stałego towarzysza do takich wędrówek bardzo mobilizuje.
Któregoś ranka poszłam do Reginy. Bez specjalnej nadziei powiedziałam:
– Nie chciałabyś ze mną chodzić?
Mimo dwuznaczności propozycji natychmiast pojęła o co mi chodzi z tym chodzeniem. Zamachała rękami:
– O tak?
– Właśnie tak!
– Ja bym jeszcze chciała z takimi kijami, co robią tak
Ucieszyłam się!
– To jak pochodzimy trochę to sobie kupisz! Tylko najpierw trzeba zacząć, żeby się przekonać czy będziemy to lubić.
– Dobra, to od jutra?
– O której? Ustalmy porę stałą, i nie ma, że boli, że deszcz, że coś tam. Ma być obowiązek. Jak praca.
– Jak praca?
– No! – zapaliłam się – W Trójce ostatnio usłyszałam, że jedna pani, która była tłumaczem i pracowała w domu miała problem ze zmobilizowaniem się do pracy. W związku z tym wszystko robiła na ostatnią chwilę. Aż wpadła na pomysł. Zaczęła codziennie rano, o tej samej porze, ubierać się porządnie, robić makijaż, zakładać szpilki…i tak wychodziła do pracy czyli siadała do biurka. 
– O! Dobre! To jak do pracy. Codziennie o 11. Ale bez weekendów. Bo w soboty to ja z Gintasem na basen, a w niedzielę to wiesz…różnie.
No i od wtorku tak sobie chodzimy.
We czwartek, w pracy zaczęłam odczuwać ból w pięcie lewej. Dość dokuczliwy, ale przecież nie powiem Reginie „nie idę bo pieta mnie boli”.
Godzinę później dokonawszy oględzin rzeczonej pięty odkryłam pokaźnych rozmiarów bąbel na krawędzi lewej pięty.
Po przechadzce piątkowej – podobny bąbel zrobił mi się, w podobnym miejscu na stopie prawej. Plus jako bonusik wystąpił maleńki bąbelek pod paluchem stopy prawej.
Ki grzyb?! To były dwie różne pary butów. Obie pary dobre jakościowo, przystosowane do chodzenia innego niż spacer po sklepie czy mieście. Nie nowe! Ale i nie stare – obie kupione wiosną!
Chyba znalazłam przyczynę.
Kocio sypia w mojej szafie. Na najniższej szufladzie, tam gdzie skarpety i bielizna. Skarpety wyciągane z szafy wyglądają jak z angory. Na skarpetkach kłaki powędrowały do butów. Noga w bucie pracuje. Przy szybkim marszu, szczególnie gdy jest ciepło, noga się poci. Z kocich kłakczków zrobił się filc. Miękki i niewyczuwalny, ale działający jak nitka w skarpecie.
Mam jeszcze dzisiejszy dzień na wygojenie stóp.
W czasie jednej z tych przechadzek uświadomiłam sobie, że…czerpię przyjemność z wolnego czasu. Robię co lubię, co chcę, mam czas na doskonalenie się w tym co najbardziej lubię. Celebruję wolność. Owszem, szukam pracy, odpowiadam na anonse, dzwonię gdy dostaję informację, że może…Ale chyba się pogodziłam, że jest jak jest. Że mam tylko to sprzątanie, te, niecałe 1/4 etatu.
A w sobotę Monika rzuciła hiobową wieść.
W sąsiednim miasteczku sklep tej samej sieci co mój Kup zmienił firmę sprzątającą. No i wszyscy tam zatrudnieni dostali wymówienie. 
O-o.
A to już nie wróży dobrze.
Oddalam się więc by napisać maila do Kristiny czy mam się bać.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s