Rozluźniamy atmosferę

W drodze z …

W drodze z przedszkola, o 16.30.
Za oknami ciemna noc, jak to grudniu.
– Ciemu tak ciemno? I ciemno? Kiedy będzie jasno? Kiedy będzie wiosnaaaa?

Poszliśmy na basen. Babcia z przyczyn fizjologicznych niestety wyłącznie jako dama do towarzystwa.
Dzieciak się chlapie, zjeżdża ze zjeżdżalni, wpada bombą do wody i się zaśmiewa. Dziadziu łapie jak zdąży, jak nie zdąży jest kolejna okazja do śmiechu. Potem ciepły, ale za to głęboki basen. Łaska boska – tam są wygodne fotele i dobre światło, więc można jedno oko zatopić w książce.
Naraz koło fotela wyrasta mała, mokra osóbka.
– Babciu…bo ja chciałam ciebie potulić…Ale jestem moklaaaa
Babcia przytula, trudno, będzie miss mokrego podkoszulka.

– Zuziu, a ty napisałaś list do Mikołaja?
– Nie. Psiecies nie umiem pisać.
– No tak, prawda. A to może razem napiszemy? Albo może ty narysujesz?
– Nieeee, ja nie umiem tak pięknie rysować.
– To nie szkodzi, narysujesz jak potrafisz
– Nieeee…
– A co byś chciała dostać od Mikołaja?
– Motylka! -odpowiedź jest natychmiastowa i zdecydowana.
– Motylka? Jakiego motylka?
– Niebieskiego!

– Babciu a ty widzis jak ja urosłam?
Babcia z westchnięciem:
– No widzę, widzę. Zupełnie nie wiem po co ty tak szybko rośniesz.
– Żeby móc jeździć na koniku. Na białym!
(Powtarza to od wiosny)

Wracamy z muzeum razem z Tymkiem.
Tymek marudzi.
– Nogi mnie bolą
– No, mnie teś – sprawiedliwość musi być. Jak dziadek nosił Zuzię na barana to zaraz potem musiał i Tymka. Jak babcia słuchała Tymka to natychmiast musiała i Zuzi.
– Chciem ciekoladkę – Dziadek ma zawsze schowane Ptasie Mleczko dla wnusi i ukradkiem wydziela po dwie kostki.
– Dobrze dostaniesz czekoladkę jak przyjdziemy do domu – obiecuje babcia.
Tymek wzdycha…
– Moim nogom stończyły się baterie –  (nie wymawia K).
– Moim teś, moim teś – przypomina Zuzia
– I co ? Trzeba naładować te baterie? – domyśla się babcia- Ale czym się takie baterie ładuje
Zgodny dwugłos:
– Czekoladką!

Rollercaster

 

Nie …

 

Nie pamiętasz, kiedy się to zaczęło. Ale wiesz na pewno, że nie wtedy, jak utrzymują wszyscy.
Nie, nie po odejściu ojca. Wcześniej, dużo wcześniej. Pamiętasz różne sytuacje z dzieciństwa. Matkę mówiącą dziwnie, zachowującą się dziwnie, jakby nagle ktoś w jej ciało wsadził zupełnie inną osobę.
Nie, to nie był stan permanentny. Zdarzało się…czasem. Po każdej rodzinnej uroczystości, no bo jak gości przyjąć bez wódki. Po awanturze z ojcem (który też nie unikał), bo trzeba się zrelaksować. Po przyjeździe kuzynki, cioci, wujka…Bo tak przecież trzeba. Po niepowodzeniu w pracy, bo życie takie ciężkie.
 Przez długie lata święcie wierzysz, że zaczęło się wtedy jak ojciec nagle odszedł. Może dlatego, że niewiele pamiętasz z dzieciństwa, że tam gdzie inni mają te wspomnienia ty masz wielką pustkę i kilka migawek. Matki na tych migawkach nie ma.  Ani ojca.  Jest siostra.
Aż któregoś dnia, ktoś z rodziny, rzuca jakieś zdanie i nagle w twoim umyśle coś robi klik. I wszystko zaczyna się zgadzać. Nagle wyskakują jak diabełki z pudełek. Jedno po drugim. Matka chwiejnym krokiem idąca przez pokój. Smród kieliszków i petów. Podniesione głosy. Krew na jej halce. Ojca głos pełen pogardy.
Nie, to nie zaczęło się wtedy, gdy ojciec zmarł. Wtedy to już trwało, tylko jeszcze cichutkie, stłumione, od czasu do czasu wystawiające głowę. Wtedy TO zaczęło rosnąć w siłę. Przejmować władzę. A ty zaczęłaś swoją edukację.
Instynktownie wybierałaś książki w bibliotece, instynktownie czytałaś artykuły w gazetach. Jeszcze wypierałaś, jeszcze mówiłaś „nie, nie, przecież chodzi do pracy, przecież nie przepija wszystkiego, nie znika, nie bije i stara się dbać”. Właśnie wsiadłaś do rollercastera.
Mijają lata i wózek toczący się wolno po równi pochyłej zaczyna nabierać szybkości. Któregoś dnia zaczynasz zaznaczać w kalendarzu. Po jakimś czasie sprawdzasz i wiesz, że to się dzieje regularnie, w każdy weekend. Każdy jeden. Tyle, że czasem w piątek, czasem w sobotę. Teraz już wiesz kiedy unikać zapraszania znajomych. W TE dni unikasz nawet spotykania się z nimi, żeby broń boże nie natknąć się na matkę gdzieś w mieście. A po jakimś czasie po prostu przenosisz swoje życie towarzyskie do innego miasta. Tak jest łatwiej.
Dorastasz. Zaczynasz pracować. Dokładasz się do domowego budżetu. To daje ci iluzoryczne poczucie siły i kiedy matka z kolejną koleżanką od kieliszka świętują i nie dają ci spać, a ty rano idziesz do pracy,  zrywasz się wściekła i zaczynasz wrzeszczeć, żeby się zamknęły, wyniosły, poszły pić gdzie indziej.
W odpowiedzi słyszysz stek wyzwisk gdzie „suka” jest najładniejszym z nich. Dowiadujesz się, jak bardzo się dla ciebie poświęciła, a teraz żałuje, bo mogła wyskrobać. A ty jesteś nikim, bo nawet wyprowadzić się nie umiesz.
To prawda. Nie umiesz. Nie możesz. Nie masz dokąd. Nie masz gdzie mieszkać. Nie masz pieniędzy na wynajęcie. Nie masz…po latach wiesz, że tak naprawdę jedyne, czego nie miałaś to odwagi, bo wiarę w samą siebie skutecznie zabijano w tobie każdego dnia.
Nazajutrz, kiedy opowiadasz co usłyszałaś słyszysz tylko oskarżenia o kłamstwo. Oraz, że sama sobie jesteś winna bo prowokowałaś.
Mija kilka dni spokoju. Przy kolejnej libacji zatykasz uszy, chowasz głowę pod poduszkę, unikasz konfrontacji. I przy kolejnej i przy kolejnej. Potem znów wybuchasz. Potem znów unikasz. I tak w kółko. Tylko, że to już nie wystarcza. Teraz możesz się nie odzywać, ale i tak za każdym razem słyszysz wyzwiska. I obietnice „zabiję cię,tyyyy…”. Zdarza się taki dzień, że już jest ci wszystko jedno co się zdarzy, przy  kolejnej awanturze rzucasz się na matkę z pięściami. Sama obrywasz, ale tłuczesz ją na oślep, gdzie popadnie, myśląc przy tym, że chciałabyś ją zabić. Innego razu, widząc jak pijana przygotowuje sobie jedzenie, a obok tli się ścierka…wyjeżdżasz z domu na cały weekend. Ot tak, nieśmiało pieszcząc myśl o możliwym pożarze czy wybuchu gazu.
Och nie, nie. To przecież nie dzieje się codziennie. Nie. Okresy trzeźwości się wydłużają, za to pijaństwo zaczyna się już w piątki i kończy w niedzielne poranki. W środku tygodnia są obiadki, wspólne czytanie książek, odwiedziny znajomych, którzy się zachwycają, jaką masz wspaniałą mamę, jaka równa kobieta, co za inteligencja, co za poczucie humoru. Nawet najbliższa przyjaciółka nie wierzy, gdy próbujesz opowiadać o tej drugiej twarzy twej matki.
Przestajesz próbować. Wie tylko siostra, bo przecież do pewnego czasu też w tym uczestniczyła ale jest daleko. Uciekła. Ty nie potrafisz. A w każdym razie nie wierzysz, że umiałabyś żyć na własną rękę.
Nadchodzi szczególny czas. Coś w tobie rośnie. Zalążek małego człowieka jest pewnie wielkości fasoli, ale wiesz, że to dziewczynka. Wiesz i czekasz. Nie wiesz na co. Dopiero modlitwa „i żeby mnie kochała”, która wymyka się z ciebie któregoś koszmarnego wieczoru uświadamia ci na co czekasz.
Ale zaraz padają inne słowa. Ty suko, ty szmato, ty…kurwo puszczalska, wypierdalaj ze swoim bękartem bo zabiję i ciebie i tego bachora. Wtedy składasz sobie i jej, tej w twoim brzuchu „Nigdy ci tego nie zrobię” . Słowa dotrzymujesz: nie pijesz alkoholu, gdy sytuacja tego wymaga moczysz w nim jedynie usta. Twoje dzieci nigdy nie zobaczą cię pijanej.  Co nie znaczy, że byłaś dobrą matką…
I tak przez następne miesiące. Lata…
Masz rodzinę, męża, dzieci, pracujesz, zarabiasz, matka pomaga ci opiekować się dziećmi bo właśnie przeszła na emeryturę. Tylko, że rok później jest trzeźwa tylko w niektóre dni. Pijana nie szczędzi wyzwisk ani tobie ani dzieciom. Pomiędzy wyzwiskami i groźbami padają słowa o nienawiści, o wykorzystywaniu jej.
Kiedy trzeźwieje nigdy nie podejmuje rozmów.
Ty się edukujesz. Książki, gazety, radio, telewizja pełne są teraz informacji o alkoholizmie i współuzależnieniu. Ale nadal hamuje cię wstyd i przekonanie, że nie poradzisz sobie bez jej pomocy.
Aż zdarza się cud. Ona się wyprowadza.I spełnia się jej przepowiednia: wszystko się wali.
Wreszcie trafiasz na terapię. To miało być tak naprawdę rozwiązanie zupełnie innego problemu, ale niemal każde spotkanie w ciagu tego roku zahacza o matkę.
Powoli, mozolnie, każdego dnia budujesz siebie, swoją wartość, swoją siłę. Odbudowujesz swoje życie.
Wreszcie masz siłę jej się przeciwstawić. W drobiazgu…ale ona wtedy jest trzeźwa. To pierwszy raz kiedy się z nią nie zgadasz i dajesz temu wyraz. „Jak chcesz” mówi ona ze złością i rozczarowaniem w głosie i odkłada słuchawkę. A tobie rosną skrzydła. Jesteś silna.
Kolejne lata. Ty masz swoje życie, ona swoje. Nie pije, albo pije bardzo rzadko. Dzwonicie do siebie, rozmawiacie. Opowiadasz jej tylko to, co chcesz żeby wiedziała.
Po latach, kiedy wydawało się, że tak już będzie, nagle słyszysz w telefonie ten charakterystyczny ton. Pieszczotliwy, pełen zdrobnień i czułości. Czy to nie zabawne, że zamiast cię cieszyć, ciebie zatrzymuje, przeraża, wzbudza niechęć. Nie, nie zabawne. Straszne.
Kiedy słyszysz ten ton po raz kolejny mówisz:
– Pijesz..?
W odpowiedzi pełne oburzenia zaprzeczenie, gniewne słowa o twojej paranoi…
Wątpisz.
Następnym razem stwierdzasz, że nie, jednak się nie mylisz. I następnym. I kolejnym. Coraz częściej po prostu bełkocze do słuchawki. Odkładasz ją wtedy. Odczekujesz kilka dni i znów dzwonisz. Z ulgą notujesz normalny ton głosu. Tylko, że zdarza się to coraz rzadziej. Wreszcie któregoś dnia dowiadujesz się, że matka dobrowolnie zgłosiła się na odwyk zamknięty. Z odwyku wraca pełna energii i entuzjazmu, przejęta odkryciem, że alkoholicy to tacy cudowni ludzie. I z diagnozą „głęboka depresja” oraz lekami, które zaraz, natychmiast przestaje brać, bo nie działają…
Wraca do waszego mieszkania, ale ty na szczęście jesteś już daleko. Bardzo daleko. Znów masz z nią kontakt tylko telefoniczny, widzicie się sporadycznie kiedy przyjeżdżasz w odwiedziny. Siostra ma z nią więcej kontaktu, nie jesteś zazdrosna. Już nie. Myślisz z ulgą, że ona się matką będzie zajmować do śmierci.
Los bywa przewrotny. Siostra wykręca się rakiem.
Kiedy po raz kolejny słyszysz znajome tony w głosie matki tak właśnie myślisz. Że siostra wykręciła się od opieki nad matką, zostawiła ci ją na głowie po prostu sobie umierając.
Od ludzi, którzy otaczają twoją starą już teraz matkę słyszysz słowa o tym  jaka jest cudowna, inteligentna, wspaniała. Tylko pije. Samotna jest. Ma małą emeryturę a życie drogie.
Wspomagasz matkę finansowo na miarę własnych możliwości. I udajesz, że nie widzisz wyczekujących spojrzeń, które mówią „jesteś córką, zrób coś, żeby przestała pić, żeby przestała zabijać w sobie tego wspaniałego człowieka, jesteś córką, jesteś za nią odpowiedzialna tak, jak ona była odpowiedzialna za ciebie”. Potem już nie patrzą tylko mówią ci to wprost. Powinnaś się zająć matką, ona jest samotna, cierpi po stracie twojej siostry, nie radzi sobie finansowo.
A ty, kiedy przyjeżdżasz odkrywasz nowe koleżanki od kieliszka i nowe problemy finansowe.
Kłamie, oszukuje, chowa dokumenty dotyczące opłat, wysokości zadłużenia.
Pewnego wieczoru odbierasz telefon od nieznajomego numeru. Odbierasz, w słuchawce słyszysz głos sąsiadki- kolejnej koleżanki od kieliszka.
– Twoja mama jest bardzo chora…
Już? Nareszcie? Myślisz z… ulgą, nadzieją?! Ale docierają do ciebie  następne słowa:
– …właśnie w aptece kupiłam jej leki, bardzo drogie, dużo pieniędzy wydałam…
I już wiesz, że nie, jeszcze nie jesteś wolna.
Kilka dni potem przestajesz spać…

Życie z alkoholikiem jest jak rollercaster. Kiedy jest trzeźwy – siedzisz na szczycie. A potem nagle spadasz na łeb na szyję, niczego nie jesteś pewien, niczego nie możesz kontrolować. A kiedy wydaje się, że już niżej spaść nie można, zaczyna się mozolne wspinanie do góry. I znów szaleńcza jazda w dół, zakręty, zwroty, świat do góry nogami. Z rollercastera możesz zrezygnować jak nie lubisz ekstremalnych przeżyć. Z alkoholika w najbliższej rodzinie – nie. Choćbyś nie wiem jak bardzo się starał i jak bardzo próbował się odciąć. No i zawsze znajdzie się ktoś, kto ci przypomni, że masz obowiązek, bo to twoja najbliższa rodzina. Och, nie musi, naprawdę. Wiesz to doskonale, masz wdrukowane normy społeczne. I to jest problem. Bo w tej sytuacji jedyne co możesz zrobić to o tych normach …zapomnieć. Wysiąść z rollercastera.
 Alkoholik nie pije bo ma kłopoty, bo jest samotny, bo mu źle. Pije, bo jest alkoholikiem.To jego sposób na życie. Chory? Napije się. Kłopty w pracy? Też się napije. Jeszcze większe kłopoty w życiu? Tym bardziej się napije. Terapia? Po co? To choroba, to jest nieuleczalne.  I wiem, że to co powiem, jest niepoprawne, ale alkoholizm, to jest choroba na własne życzenie. To coś zupełnie innego, niż żółtaczka, którą wszczepili ci wraz z krwią.
Tylko przychodzi taki moment, że coś się dzieje o jeden raz za dużo. Wysiadasz z rollercastera. Dalej niech jedzie bez ciebie. Na złamanie karku, do własnego piekła.  

 



W internecie siła!

Czego oznaką jest …

Czego oznaką jest wściekły apetyt na marchewkę? Czego może mi brakować?
Czy ów brak może skutkować bezsennością, utratą łaknienia oraz nasileniem objawów alergicznych.

Przecież nie pójdę do lekarza z takimi pytaniami…

Merry Christmas czyli żona Świętego Mikołaja

(Znalazłam! Przy …

(Znalazłam! Przy okazji odkryłam, że ta bajeczka obchodzi jutro swoje dziesięciolecie. Pamiętam nawet z jakiej okazji ją napisałam. Z zemsty, na potrzeby ad hoc zawiązanego Klubu Poszkodowanych Przez Mikołaja którego założycielką była niejaka Becia a członkami Klubu były zdaje się między innymi madika oraz iksińska. Klub został powołany jako wyraz głębokiego rozczarowania i zdegustowania zawartością butów w dniu 6/12/2004. W późniejszych miesiącach Klub zmienił nazwę na Klub przy Polu Maków obierając sobie makowe pole za herb…ech…łza się w oku kręci…)

Nick obudził się. Za oknem świeciła uliczna latarnia, obok niego rozlegało się miarowe pochrapywanie. Suchość w ustach sprawiła, że leniwie zwlókł się z szerokiego łóżka i poczłapał w poszukiwaniu jakiegokolwiek napoju. Na stole, wśród pełnych popielniczek i brudnych talerzy walały się resztki chleba i wędlin oraz puste puszki po piwie i butelki po wódce Stolicznej i napojach. Zrezygnowany ruszył na poszukiwanie kuchni w nadziei, że kran okaże się sprawny. Był, ale to, co z niego ciekło, tylko w przybliżeniu można było nazwać wodą. Jednak płyn ten, obok wielu innych walorów zwierał jeden, najistotniejszy: był mokry… Nick z obrzydzeniem przełknął to rzadkie świństwo i nieco oprzytomniał. Znalazłszy nadłamanego papierosa zapalił łapczywie. Dym wypełnił jego płuca. Przysiadł na stołku. Chwile rozkoszował się bezruchem. Pomyślał , że imprezka musiała być niezła, skoro nawet nie pamięta ani gdzie jest ani jak się tu znalazł. I ciekawe gdzie jest jego przyjaciel Wańka. Mętnie przypomniał sobie bujną blondynę, która wdzięczyła się do Wańki. Jak ona miała na imię? Chyba jakoś Lola, czy Lala… Nieważne, no ale ten cyc to miała, no! Niechby Maryśka zobaczyła i pozazdrościła. Podniósł się ze stołka z mocnym postanowieniem odnalezienia przyjaciela. Odnalazł go śpiącego w tym samym łóżku, z którego przed chwilą sam wstał. Nagle jego wzrok padł na stojący na komodzie zegar z kalendarzem. I aż go zatrzęsło z przerażenia
– Wańka!- rzucił się do przyjaciela – Wańka! Kurna! Zaspaliśmy! Popatrz! Wstawaj! Matko, Stary nas z roboty wyrzuci tym razem ! – wołał szarpiąc kumpla za ramię. Spod kołdry wyłoniła się rozczochrana blond głowa.
– Jezuuu ! Czego się drzesz, Nick?- wymruczała Lala – Zabieraj tego niedojdę, Wańkę i spadajcie, spać mi się chce.
Nick z odrazą przesunął wzrok z kobiety.
Jak mogłem ją porównywać z Maryśką, musiałam być dobrze pijany- zdumiał się. Jego wzrok powędrował ku koledze, który niezgrabnie gramolił się z łóżka. Jaki on stary- pomyślał nagle- ten wystający brzuch, ta skołtuniona broda…
– Wańka!- warknął niecierpliwie – Rusz ten gruby zad!
– A twój to jaki?- odciął się Wańka – Zresztą nie musisz na mnie czekać. Idź, sam sobie dam radę. I tak idziemy w innych kierunkach – zaniósł się kaszlem nikotynowym. Nim skończył, Nick był już za drzwiami. Na szczęście pamiętał, gdzie zostawił swój środek lokomocji. Rozpaczliwie machał na nieliczne samochody. W końcu jakaś taksówka litościwie się zatrzymała i zawiozła go tam, dokąd poprosił. Rudolf tkwił w miejscu w którym go zostawił. Nick ciężko usiadł w fotelu.
– No stary, jedziemy do domu- rzekł, ale Rudolf ani drgnął.
– Nie rób mi tego- prosił go Nick- Nie dziś, proszę cię! Maryśka mi głowę urwie jak wylecę z roboty.
Rudolf nadal stał w miejscu jak przymurowany.
– Rudi, skarbeczku kochany- nie ustawał w prośbach Nick- wszystko zrobię, garaż ci odnowię… No wiem, że mi się trochę przeciągnęło z Wańką, ale wiesz, sezon nowy, strategię trzeba było opracować, konkurencja nie śpi..
– Dobra, te bajki to do Mary- burknął Rudolf – Ja za stary jestem…- i jak nie ruszył, aż Nicka wgniotło w siedzenie. Pruł naprzód z takim wigorem, że w parę sekund byli pod domem. Nawet się Nick nie zdążył zastanowić nad tłumaczeniem dla żony.
– I czego tak szybko?- fuknął do Rudolfa, podenerwowany nieco perspektywą stanięcia oko w oko z małżonką.
Może śpi- pocieszał sam siebie bez sensu. Wiedział, że nie śpi. Nigdy nie spała.
A co mi tam! – pomyślał straceńczo – Najlepszą formą obrony jest atak.
Wszedł z trzaskiem do domu.
– Maryśka!- wrzasnął. I znieruchomiał przerażony własną odwagą. Mary stała w korytarzu, a jej złote loki połyskiwały złowrogo. Tak jak i błękitne oczy. Zmieszał się pod jej zimnym spojrzeniem, poczuł niepewny i zagubiony…Żeby dodać sobie ważności warknął:
– Co tak stoisz, kobieto? Dawaj szybko świąteczne ubranie! Spóźnię się!
– Tak? Trzeba było wcześniej zakończyć tę naradę z Wańką – powiedziała słodko Mary- Już nawet Stary się dopytywał czy jesteś gotów…
– Stary?- zaniepokoił się Nick – Odzywał się?
– A pewnie, pewnie…- ze złośliwą uciechą raportowała Mary – Pytał o ciebie i Wańkę: też mu się ta wasza komitywa nie podoba. Mówi, że Wańka na pewno był w KGB.
– Wańka? W KGB? Dobry dowcip – zaśmiał się nieszczerze – Przecież dobrze wie, że sam bym nie dał rady wszystkiemu. Wańka zajmie się wschodem, a ja zachodem- Nie wiadomo dlaczego się usprawiedliwiał przed ta drobną kobietką.
„Zgniótłbym cię w garści” przemknęła mu myśl i sam się jej przestraszył.
– Gadasz i gadasz- warknął znów- a tu czas mi ucieka. Dawaj to ubranie..
– Sam sobie weź, wisi w szafie od dawna. I wykąp się, bo klientów wystraszysz.
– Głodny jestem i herbaty bym się napił – powiedział pokornie
– Było wrócić do domu jak człowiek. Teraz czas minął. Ja oglądam serial, sam sobie radź i nie zawracaj głowy- ucięła.
– A jak wrócisz to pogadamy o tej Lali- dodała złowrogo
– No coś ty, Dorotka – próbował ratować sytuację – jaka Lala?
– Dobra, dobra, Dorotką mi oczu nie mydl. Co myślisz, że ja taka ciemna jestem?? Zbieraj się do roboty, ale już! Bo jak cię Stary wyrzuci to się będziesz miał z pyszna!
Nick poczuł, że narasta w nim bunt. Dość! Dość tej tyranii! Więcej nie zniesie jej pouczeń, tego traktowania go jak smarkacza.
– Zachowujesz się ja smarkacz to cię tak traktuję- doleciał z sypialni głos żony. Skulił się w sobie na te słowa. Zawsze podejrzewał, że czyta jego myśli. Spojrzał tęsknym wzrokiem w stronę łoża. Ech…jakby się teraz wyciągnął na nim, w tej czystej pościeli, w Maryśką u boku. Już on by jej pokazał, że wcale nie jest takim smarkaczem… Przestąpił z nogi na nogę, przełknął ślinę.
– Marysiu- poprosił nieśmiało.
– No, co tam znowu? – zapytała zniecierpliwiona.
– Jakoś źle się czuję. Tak mnie trzęsie, chyba grypa mnie bierze. Wiesz, myślę, że kieliszeczek koniaku dobrze by mi zrobił…
– Tak, klinika?- zakpiła – Żebyś znów spaprał kampanię? Jak poprzednio? Zapomnij! Po powrocie pójdziesz na odwyk. A Wańkę sama przegonię…No już! Na co jeszcze czekasz? Myślisz, że Stary cię wyręczy?
Z przygarbionymi plecami, ze spuszczoną żałośnie głową podreptał do łazienki. Naprzemienny prysznic, raz zimny, raz gorący wypłukał z niego resztę alkoholu. Wyszorował zęby pastą o długotrwałym działaniu, przystrzygł i uczesał srebrną brodę. Siwe włosy nie wymagały specjalnych zabiegów, ale czubek głowy zaczynał niebezpiecznie błyszczeć. Jeszcze rok, dwa, będę całkiem łysy – pomyślał. Owinąwszy się czerwonym szlafrokiem pomaszerował po ubranie. Po drodze, w jadalni minął barek. Niepewnie zerknął w stronę drzwi. Z sypialni dobiegały odgłosy serialu „ ależ Diego, przecież nie możesz mnie kochać, bo jestem twoją siostrą”. Na paluszkach podszedł do barku. Ujął kluczyk w dwa palce i ostrożnie przekręcił…
– Tego szukasz?- Mary stała w drzwiach trzymając butelkę w dwóch palcach. Podskoczył.
– Do zawału mnie doprowadzą te twoje szpiegowskie sztuczki! – Wybuchnął pamiętając zasadę: najlepszą formą obrony jest atak. Nic sobie nie robiąc z jego wściekłości pomaszerowała do kuchni , gdzie z satysfakcją wylała zawartość butelki do zlewu. Po czym oddała mu puste naczynie ze słodkim
– Proszę –
Już nie zwlekając ubrał się szybko, żeby jak najprędzej opuścić dom, bo bał się, że zrobi coś złego tej wiedźmie. Nie przyznawał się nawet sam przed sobą, że goni go jeszcze coś. Bał się, że Mary i to odkryje. Dopiero w stajni, gdy odgarnął zwiezione tego lata siano odnalazł swój skarb. Odetchnął. Była tam, Maryśka jej nie wywęszyła. Jaka ulga! Przycisnął do siebie butelkę Stolicznej. Wańka mu ją kiedyś podarował „na czarną godzinę” i oto godzina nadeszła. Odkręcił korek i przytknął szyjkę do ust. Pociągnął zdrowy łyk. Ciepło rozlało mu się po wnętrznościach, pobudziło krew do krążenia. Poczuł radość.
– O ho ho!- zakrzyknął w ciemne niebo. Na ten okrzyk z nieba jak na zmówienie posypały się białe płatki. Najpierw było ich niewiele, ale z każdą chwilą stawało się ich coraz więcej i więcej. Ale fajnie- pomyślał-przemknę bez trudu. Może choć raz szybciej wrócę do ciepłego łóżka…
Jeszcze raz pociągnął z butelki.
– Dobra Rudolf, wołaj resztę- powiedział raźno do stojącego nieopodal renifera- Czas na nas…
Mknął srebrzysty zaprzęg po niebie, po ziemi, wśród lasu czarnego i milczącego, po skrzypiącym śniegu dwa ślady znaczyły płozy sań. Aż znalazły się pod samotną chatką w lesie. Nieduży, pyzaty staruszek w czerwonym kubraku spoglądał przez szybę w oknie na stojącą w salonie ogromną, kolorową choinkę. Przy choince, w blasku ognia z kominka stała złotowłosa dziewczynka i recytowała wierszyk:
W dzień wigilijny, gdy mrok zapada
Święty Mikołaj do sanek wsiada
I wstrząsa lejcami:
No, wio mój mały,
bo będą na nas dzieci czekały
Mknie po obłokach koniczek dziarsko,
Wesoło parska
Już jest na ziemi, już mknie po śniegu
A wtem Mikołaj zatrzymał go w biegu
Bo oto w lesie stoi chatynka
A w tej chatynce mieszka dziewczynka
Mała Dorotka, śliczna Dorotka
Święty Mikołaj wchodzi do środka
Stuk-puk! A kto tam? Otwórzcie proszę:
To ja, Mikołaj, Dorotce lalkę niosę
Dorotka dziękuje i pięknie się kłania
A Święty Mikołaj dalej mknie w swych saniach

Zapatrzył się Nick razem z Rudolfem
– Dorotka- szepnął rozmarzonym głosem
– Dorotka- potwierdził renifer – Taka sama jak Twoja, pamiętasz?
Trwali długą chwilę w zapatrzeniu. Obudził ich głos dobiegający z radia umieszczonego w saniach
– A teraz specjalnie dla Państwa nasze wesołe przedszkole odpowie nam na pytanie: co to jest Merry Christmas ?
– Mary Christmas – powiedział sepleniący pięciolatek- to żona Świętego Mikołaja
– Tfu! Na psa urok!- splunął ze zgrozą Nick. – Chodź, Rudolf, nic tu po nas…To właściwie teren Dziadka Mroza. Hehe- zaśmiał się złośliwie- Niech się teraz Wańka zajmie Dorotką.
07.12.2004

Mikołaj nadciąga

<img …

Nick1Mikołaj najpierw ciężko pracował nad prezentami dla wszystkich.

Nick21Potem zmęczony zasnął.

Nick31Potem sprawdził dokumentację: kto zasłużył i na co…

Aż wreszcie…

Nick41…ruszył w drogę. Niedługo dotrze.

—-

Tak naprawdę miał być tu stary tekst inspirowany jednym przedszkolakiem, który kiedyś w sondzie powiedział, że Merry Christmas to żona Świętego Mikołaja. Lecz tekst przepadał. To już drugi tekst, który mi zginął. Chyba muszę się przyłożyć do archiwizacji moich wytworów.

Ciiiii….

Posłuchajcie…!

Posłuchajcie…!

Słyszycie coś..?

Nie?…No właśnie!

24 (słownie: dwadzieścia cztery) godziny z dwóją dzieci.

Już wiem: nie to, że ja w ogóle nie lubię dzieci. Lubię. I to wcale nie gotowane anie nie pieczone. Lubię, ale pojedynczo i nie w za dużych dawkach. Doba z dwójką maluchów to stanowczo za dużo. Czy ktoś uwierzy, że nawet moja własna wnuczka urosła w którejś chwili do rangi potwora?

Przetrwaliśmy kataklizm i nawet nikt nie został poszkodowany …

A dziecko, które czaiło się od poniedziałku wreszcie wczoraj postanowiło wykazać się zdecydowaniem. Jak zdecydowanie, to zdecydowanie. W dwie godziny było po wszystkim. Mamę do szpitala zawiózł ambulans, bo było już blisko…Tata gnał za ambulansem, więc wiemy, że jechali 160km/godz.

Mała na świecie. Wprawdzie tylko na zdjęciu, ale pierwszy raz w życiu widzę noworodka w kolorze zdecydowanie blond.

Lena. Tyle wiem o imieniu…z facebooka. Bo jakoś były ważniejsze pytania.

Tyle się działo, że już dziś ogłaszam koniec tygodnia.

 

 

Dziecko się rodzi…

ale jakoś mu (jej) …

ale jakoś mu (jej) się nie spieszy.
Siostrzyczka Zuzi, ale nie moja wnuczka.
Więc Tymka, przyszłego starszego brata, który nie jest moim wnukiem, przywieziono mi wczesnym rankiem.
Taki skomplikowany melanż rodzinny jak w to patchworkowej rodzinie.
I tak sobie tkwimy dziś razem.
Jest trudno…Bo w nocy spałam może ze 4 godziny, a Tymek choć sześcioletni, jednak pochłania uwagę. Choć szczerze i dobrowolnie przyznaję, że mniej niż sądziłam. Ale jednak. W sumie młodzieniec jest całkiem fajny, ale ja i tak nie lubię dzieci.
A czeka mnie jeszcze jutro zapewne…
Była Zuzia na godzinkę i narobiłam im zdjęć. Niektóre cudne!
Zuzia marudna i jęcząca, oj chyba zazdrosna o uwagę. Nie chciała iść z powrotem do mamy.

W pracy maszynę szlag trafił, na szczęście już na sam koniec.
Ale do jutra mi nie naprawią. Będzie ciężko jutro.

…matko, jaka  jestem zmęczona…

Zindoktrynowałam się

Zapisałam się do …

Zapisałam się do partii socjal-demokratów, to chyba mówiłam?
Ale to dawno było, jeszcze wiosną.
Miniony weekend spędziłam na szkoleniu partyjnym. Szkolenie było na wyjeździe. Niedaleko, 60km od domu, ale organizatorzy zaproponowali nocleg w hotelu, więc czemu nie? W szwedzkim hotelu jeszcze nie spałam.
Grupa liczyła sobie jakieś 30 osób. Liczba cudzoziemców -12. Liczba kobiet -8. Przedział wieku od 25 do 65 lat. 5 osób z mojego miasta. W tym wszystkim oczywiście ja.
Sobota była ciekawa, bo szkolenie polegało w dużej części na pracy w grupach, żeby na przykład odpowiedzieć na pytania czym jest demokracja lub jak można wywierać wpływ.
Rewolucji nie zrobiliśmy, każda grupa opisując demokrację podkreślała równość wszystkich ludzi, jednakową ich wartość.Prawo do opieki zdrowotnej, prawo do pracy i wykształcenia etc etc itd…
Były dwie kobiety z mojego miasta, jedna na oko w moim wieku. Zagadnęłam ją na przerwie.
(Przerwy były średnio co 1,5 godziny z kawą i rozmaitym jedzeniem). Zagadnęłam na temat pogody, coś mi odpowiedziała, przedstawiłam się, przypomniałam, że jesteśmy z jednego miasta…Widać, to nie zrobiło na niej wrażenia, odpowiedziała coś zdawkowo i szybko poszła gadać z kimś innym.
Przy pracy grupowej dołączyłam do niej. Nie protestowała, ale do końca kursu nie nawiązywała ze mną kontaktu. Ze mną nie. Z innymi rozmawiała, śmiała się i żartowała.
Podczas kolejnej pracy w grupie chciałam się dosiąść do starszych panów, ale zaoponowali mówiąc, że mają już czwartego…Teoretycznie grupy miały być czteroosobowe, ale bywały mniejsze i większe…
Z innych grup nikt mnie nie wyprosił, ale też i nie zaprosił.
Arabi jak zawsze trzymali się razem. Norweżka i Indyjka pracowały z innymi cudzoziemcami.
Szwedzi mając do wyboru grupę – wybierali Szwedów. Tyle w kwestii równości. Szkoda tylko, że nie wpadło mi do głowy by się z nimi wszystkimi tą refleksją podzielić ad hoc.
W dodatku naraziłam się. Bo powiedziałam, że nad wykształceniem w Szwecji trzeba naprawdę popracować. Bo pomiędzy Szwedem, który skończył szkołę średnią a Szwedem, który skończył studia jest przepaść intelektualna. Przeciętny Szwed nie ma kompletnie wiedzy ogólnej! Nie zna geografii, kultury ani sztuki nie tylko innych państw ale i własnego kraju.
W zamian za to, w czasie lunchu, kolega Alfred z mojego miasta pochwalił się, że był w Polsce.
– Gdzie? – zapytałam
On nie wie. Gdzieś pomiędzy Szczecinem a Gdynią.
– No wiesz, to jest dystans około 400km, wiesz może jakie było miasto w pobliżu?
– No Gdynia i Szczecin… Ale jedzenie było…- zrobił dramatyczną pauzę a ja uśmiechnęłam się zarozumiale – jedzenie było ok-rop-ne!
Szczęką prawie wytrąciłam sobie kubek z kawą z ręki.
Co jadł zatem? Nie wie. Wie, że było okropne. Zemścił się na mnie za krytykę szkolnictwa. Tak to odczułam.
Potem już skrupulatnie mnie omijał, nie rozmawiał i był w grupie tych, którzy mnie nie chcieli.
Myślicie, że się przejęłam? Było kilka osób, z którymi dało się pogadać. Dwaj młodzi, bardzo zaangażowani ludzie, Adam i Mikael. Glenn, na oko 40-letni przystojniak, Pether, żywa kopia brata mojej matki, Britt, która prywatnie jest medium i organizuje seanse spirytystyczne, Helene – Syryjka oraz jej przyjaciel, którego imienia nie poznałam, Toril – Norweżka, która rozpoznała we mnie żonę mojego męża, który latem leżał w szpitalu w jednym pokoju z jej mężem…
Wieczorem była wspólna kolacja. Część rozjechała się do domów. Reszta zasiadła przy dwóch stołach. Pewni ludzie daleko od pewnych ludzi. (ironia)
Miło było…Do chwili gdy na stół wjechała przekąska.
O losie przeklęty! O karmo! Psia twoja mać!
Przekąską był kawałek łososia na słodkim ciemnym chlebie ze słodką musztardą…
Zjadłam chleb, dekorację z zieleniny, łososia z trudem hamowanym wstrętem odsuwając na bok. Natychmiast zainteresowali się mną moi sąsiedzi czy Pether i Glenn.
– Nie jestem entuzjastką łososia – wyjaśniłam.
Jakieś pół godziny i pięć modlitw „tylko nie stek, tylko nie stek” później, na stół wjechało danie główne. Adam, siedzący na przeciwko wybrał chyba wersję bezmięsną. Dostał kartofle i śledzia…
Inni: stek z polędwicy wołowej grilowany. Jedni dostali mniej inni bardziej krwisty. Zgadnijcie kto dostał bardziej krwisty? Ostrożnie odkroiłam kawałeczek, rozgryzłam. Fuuuuj…żywe, surowe mięso! Połknęłam nim urosło mi ustach. Połknęłam następny kawałek i…odkryłam jak bardzo krwisty jest mój stek.
Nie, nie. To było już ponad moje siły. Zjadłam kartofelki ( tzw gratäng z ziemniaków, pyszne i lubię) oraz całą dekorację, starannie omijając wzrokiem kawałek zwierzęcia na moim talerzu.
Sąsiedzi znów się zainteresowali. Miałam wrażenie, że z żalem patrzą na mój talerz. Prawie cały stek!
– Jesteś wegetarianką?
– Nie, po prostu nie lubię niczego co ma oczy – starałam się być dowcipna. – Nie zamawiam wegetariańskiego jedzenia, bo to dopiero może być niespodzianka – dodałam wyjaśniając. Adam potwierdził.
– Nigdy nie wiesz co kucharz myśli o diecie wegetariańskiej.
Taaaa…w czasie obiadu wersją bezmięsną była paella z owocami morza…To już wolę kartofelki z surówką.
Posiedzieliśmy do dziewiątej, a potem każdy grzecznie poszedł spać.
Niedziela był ciężka.
Historia ruchu robotniczego w Szwecji. Procesy legislacyjne na poziomie komuny, regionu, kraju…
Zaszyłam się w kąt, gryzmoliłam, trochę słuchałam, ale uwaga mi uciekała, trochę grzebałam w telefonie i odliczałam czas do końca.
Mimo wszystko to było pouczające szkolenie.
Już wiem, że muszę pójść na najbliższe spotkanie w mieście. Opowiem jak wygląda ich równość w oczach cudzoziemca. I sprzedam anegdotkę, którą z wersji polskiej przetransformuję na szwedzką:
Siedzi Sven i rozmyśla.
Siedzi na fotelu wyprodukowanym w Polsce. Przed nim stoi koreański telewizor. Sven ma na sobie dżinsy z Tajlandii i koszulkę z Chin. W ręku trzyma kieliszek wyprodukowany na Węgrzech, a w kieliszku wino z Kalifornii. Wszystkie te rzeczy przyjechały do Szwecji chińskimi ciężarówkami. Telewizja wyświetla reality show z USA, ale Sven nie zwraca na to uwagi bo zajęty jest myśleniem: „Dlaczego do cholery nie mam pracy?!”