Obiecałam

trochę zdjęć. Czas …

trochę zdjęć. Czas jak głupi, nawet nie wiem na czym mi upływa…

Na początek zdjęcia „podróżnicze”. Z powodu choroby eM prowadzimy w tym sezonie tryb życia mocno osiadły.No ale Piesa ma swoje wymagania, więc choć w weekendy staramy się pojechać tam, gdzie polata kilka godzin bez konieczności brania na smycz.
I tak w poprzednią niedzielę pojechaliśmy na Hindens Rev – taki śmieszny półwysep.

Było słonecznie, ciepło choć mocno wietrznie.

A nasze jeziorko jak się roztańczy to ho-ho!
Pies łaził po chaszczach a ja szukałam inspiracji, bo jednak zdjęcia w pełnym słońcu to nie jest to co tygryski lubią najbardziej. No, ale jak się nie ma co się lubi…

Od razu się przyznaję, że poniższe zdjęcie zgapiłam od koleżanki EwyR, która jest mi wzorem i inspiracją.

A to zdjęcie ma jakąś tajemnicę w sobie, coś opowiada i dlatego podoba mi się.

Zawirowania

Dni pędzą jakby im …

Dni pędzą jakby im kto dopalacze włączył.
Dopiero co zaczynał się lipiec a tu już lato powoli odchodzi.
Rano, gdy wstaję, jest ciemno. Jadąc na sprzątanie oglądam wschody słońca. Lipy przy parkingu koło mojego bloku posypały żółtymi liśćmi. Gęsi latają kluczami i urządzają sobie sejmiki na polach. A pola coraz częsciej puste, czarne albo najeżone kolcami ściernisk.
Ech…Lato, jakże cię zatrzymać..?
Czerwiec i lipiec, zwyczajowo najcieplejsze miesiące w roku tym razem zagrały na nosie wszystkim. Lało, padało, siapiło. No zimno było. Za to teraz, od dwóch tygodni, szwedzkie lato a porywach nawet i polskie (różnica około 10stopni). Tylko ranki zimne. 11, 8 stopni. Na skuterku bywa chłodno nawet w ocieplonej kurtce.
Za po południu cichnie wiatr, robi się gorąco.
Tola kładzie się na płytkach w przedpokoju i dyszy.
Wyprowadzona na siku – odmawia wszelkiej aktywności i współpracy. Po prostu rzuca się na trawę, najlepiej tam, gdzie jest cien i przewiew i naprawdę -trzeba dużego sprytu by przekonać ją, że wracamy do domu.
Na początku po prostu ją stawiałam na łay, ale się besti zcwaniła i jak tylko nad nią staję, przewraca się na grzbiet. Przewrócenie jej ..cóż. Próbowaliście kiedyś przewrócić na plecy węża? Bo wydaje mi się, że to tak włąśnie wygląda. Przekręcasz odwłok, sięgasz do głowy, przekręcasz ją, a w tym czasie odwłok zajmuje pozycję poprzednią.
Czasem, z zaskocznia uda mi się odwrócić całą Tolę na brzuch, złapać jedną ręką za szelki, drugą pod brzuchem i postawić na łapach. Ale nie, nie ma co odtrąbiać triumfu. Bo ledwie cofnę rękę bydlę powtarza scenę z Króla Lwa. Scenę w której mały Simba mówi do stryja Skazy, że będzie królem. Na co Skaza odpowiada z sarkazemem: O jakże się cieszę. wybacz, że nie podskoczę, ale boli mnie grzbiet – i wali się na ziemię. Tola też tak się uwala. LUP! Tola delikatnie ułozyła swe ciało na podłodze.
Niestety jest małpa inteligentna. Uczy się błyskawicznie…jak nie robić tego na co nie ma ochoty.
No ale…wiecie…jak człek wraca do domu, i takie 20kilo miłości rzuca mu się na szyję…na dobra, na razie na biust. I rozdaje całuski. Przy okazji ogonem zwlając wszystko co stoi niżej.
No nie da się nie kochać.
Jest jeszcze jedna korzyść (chyba) z posiadania Toli.
Socjalizacja z sąsiadami.
Lubię moich sąsiadów. Prawie wszystkich. Ale przecież nie aż tak, żeby po kolei z kazdym w ciagu dnia uprawiać życie towarzyskie za każdym razem jak wyprowadzam Psicę na siku. A tak to wygląda.
Teresa, sąsiadka na miejscu Ingrid i Rasmusa, posiadaczka dóch kotów prosi by jej pozwolić zając się Psicą gdy zajdzie taka potrzeba.
Sąsiad z drugiej strony, wielbiciel ptaków, ojciec dóch chłopaczków, nauczył się wołać Tolę, jego żona, dotąd uśmiechająca się tylko zaczęła ucinac sobie pogawędki, a ich dzieciaki wymknęły się któegoś dnia z domu by móc pogłaskac Potwora. Potwór leżał przyparty do ziemi moją dłonią, bo inaczej gotów był zjeść biedne dzieciaki z miłości.
To że sąsiadka „sercowa” z ostatniego piętra oraz jej mąż to już też nic dziwnego. Oni tez mają dwa koty, więc normalne jest, że futrzak zrobi wrażenie. Ale! Sąsiad z parteru w drugiej klatce i jego matka! Dotąd nie odpowiadali mi nawet na pozdrowienia! A on przechodząc, widząc mnie z Kociem na trawniku potrafił mi nawet zamknąć drzwi od klatki schodowej.
A tu SIURPRAJS! Tola leżała na trawniku na przeciw ich balkonu, w cieniu jarzębiny. Ja zmęczona proszeniem jej, usiadłam obok. (Tola generalnie się słucha, jak się powie „chodź do domu” to posłucha w końcu, nie trzeba jej przypominać co półgodziny). I tak sobie siedziały- i leżałyśmy. Sąsiad zapytał czy Tola opala brzuch, bo swoim zwyczajem leżała rozwalona na grzbiecie, a jego matka zza uchylonych drzwi balkonowych pytała jaka to rasa.

…Kupa szczęścia. Tyle, że czasem z przewagą kupy.

Skupiam się na psie, bo życie daje mi mocno w kość.
Nie chce mi się publicznie ran rozdrapywać więc tylko wypunktuję:
-Awantura Yankiego z ojcem, w efekcie której mam zadanie wysłać komputer i kilka osobistych rzeczy do Sztokcholmu, co nie jest zadaniem łatwym jak się nie chce wydać 2tys koron, bo się nie ma
-biznesplan złożony,oczekiwanie aż się uleży z przekonaniem, że i tak żadnego wsparcie nie dostanę, bo wszak pracuję. Co z tego, że jako sprzataczka, co z tego, że nawet nie na ćwierć etatu.
-w akwarium zastój, kompletnie nic do księgowania. A mój obecny status wydaje mi się nieco niejasny
-potrzebuję biurka, najlepiej w kolorze mahoniu, dużego i najlepiej taniego
-potrzebuję także komputera, drukarki, monitora oraz jakichś 50tys koron, żeby przetrwać kilka miesięcy.
-wiem wreszcie ile mojej matce zostawało z emerytury po zapłaceniu wszystkich rat. Tylko rat, bez opłat. 200złotych. Dwieście, kurwa, złotych!Nie wiem na kogo mam być bardzije wściekła. Na tych co pompują w ludzi drogie kredyty czy na własną matkę.
– telefony od Pani Prezes, które naprawdę możnaby uznać za nękanie. Nieszczęściem TP SA wprowadziła jakieś tanie rozmowy zagraniczne, szlag by ich trafił! I po co to komu? Pani Prezes, która pomaga nieco mojej matce, uznała za swój obowiązek informowanie mnie szczegółowe to stanie mojej matki. Czekam kiedy zacznę dostawać raporty o tym jakiego koloru są wypróżnienia.
– choroba eM.

itd. itd…

Nie chcę o tym myśleć.
W sobotę koncert Metallicki. 

Tola czy Tolla?

Tolla to po fińsku …

Tolla to po fińsku bateria.
Po norwesku to coś w stylu „żartujesz sobie”
Tak przynajmniej mówią niektórzy. Jak czyta to ktoś z Finlandii lub Norwegii to bardzo proszę o sprostowanie w razie czego.
Faktem jest, że Tola, przynajmniej dla mnie jest rzeczywiście baterią.
…..
Tu były długie dywagacje na temat firmy, psa, mamy, moich lękach i tęsknocie ….
Ale blox mnie wylogował zapisując tylko zdania powyższe.
Drugi raz tego nie sklecę.
Sorki.
Zamiast tego dam Tolę.

Rollercaster – ostatni zjazd

Czyli epilog do …

Czyli epilog do wpisu Rollercaster

 

Człowiek uzależniony od alkoholu zawsze znajdzie powód i towarzystwo do picia. W przypadku mojej matki była to kuzynka. Było to o tyle gorsze, że kuzynka mieszkała po drugiej stronie podwórka.
Nie zawsze piły razem, ale gdy już…Wtedy były najgorsze jazdy: wyzwiska, groźby, plucie najgorszą nienawiścią.
Oooo…Pamiętam, do końca życia będę miała w głowie te teksty:
– Ciociuś, ale co się Kaśką przejmujesz, na łasce u ciebie siedzi, nie zasługuje na taką matkę, gdybym ja taką miała, co ma gówniara do gadania, za swoje pijesz, ciężko pracujesz to wolno ci odpocząć…
I tak dalej, i tak dalej.
Ciociuś był na zawołanie.
Pożyczyć pieniędzy, uciec przed pijanym mężem, zaopiekować się dzieckiem, wesprzeć. Bo przecież rodzina, najbliższa rodzina, siostrzenica, od jedynej siostry.
Wreszcie wyjechała. Znalazła sobie swoje szczęście gdzie indziej, z kim innym piła i z kim innym pić przestała, gdy zdrowie już pić nie pozwoliło.
Po jakimś czasie zaczęła przyjeżdżać. Gdy życie w jej osobistym piekiełku stawało się nie do zniesienia, pod pretekstem badań, wizyt u lekarzy, zjeżdżała do Miasteczka i zakotwiczała u matki na długie tygodnie, które przechodziły w miesiące. Nie dokładała się do opłat, ani do jedzenia, w ramach podziękowań znosząc chińskie badziewie ze sklepu „wszystko za 5 złotych”.
Jakiś czas potem pojawiła się druga siostrzenica.
Ta na odmianę nigdy nie piła przeciwnie niż jej mąż, świadek Jehowy, który uwielbiał. Tylko u siebie, w małej dziurze na Mazurach, nie mógł sobie pozwolić jako praktykujący Jehowita. Więc co kilka tygodni był wyjazd do cioci. Ciocia wódkę postawiła, żarcia nagotowała, zaopiekowała się i jeszcze kasę na drogę powrotną „pożyczyła”.
Zdanie córki było nieważne. Nie liczyła się w ogóle, bo nie ma nic do gadania głupia gówniara co myśli, że wszystkie rozumy zjadła, a nie wie, że rodzina to się powinna trzymać razem.
I tak się trzymała. Do teraz.
Kiedy windykatorzy różnej maści zaczęli nachodzić matkę zabierając ile tylko się dało z emerytury (pozdrawiam wszystkich wierzących w tanie kredyty), nie było już pieniędzy na goszczenie ukochanych siostrzenic. I skończyły się przewlekłe wizyty.

Kiedy jasnym się stało, że mój osobisty rollercaster zmierza ku ostatniemu zjazdowi, pojawiła się konieczność zapewnienia matce opieki. Najlepiej całodobowej. Być może na okres niedługi, póki matka po operacji nie dojdzie do sprawności na tyle by samodzielnie pójść do toalety czy zrobić sobie kanapkę a nim postęp choroby przykuje ją na powrót na łóżka.
Oczywiście są opiekunki z MOPSu. Ale uchawałą Rady Miasta koszt ich pracy obciąża mnie. Jak nie podpiszę zobowiązania, że pokryję koszty, to opiekunka do matki nie przyjdzie. Zamiast tego matka może trafić do zakładu opieki lub hospicjum.
Zakład opieki? Hospicjum? Matka, która odmówiła leczenia, bo nie chce mieć więcej do czynienia ze szpitalami?
Koszt opiekunki? Nieśmiało zapytałam sąsiadkę.
Sąsiadka Gośka, wykwalifikowana, bezrobotna pielęgniarka, kolejna koleżanka od kieliszka, która pomieszkiwała u matki, kąpała się, prała, gotowała, bo w jej mieszkaniu przez jakiś czas odłączono media. Gośka zażyczyła sobie 1 tysiąc złotych, za to że przyjdzie popołudniami (rano zajmie się nią opiekunka z MOPSu przecież, stwierdziła), podzieli się ugotowanym obiadem, pomoże w wieczornej toalecie, dopilnuje lekarstw.
Gdy przeliczyłam koszt opiekunki z MOPSu + koszt Gośki na korony to wychodzi połowa mojej miesięcznej pensji! Miesięcznej, przy optymistycznym założeniu, że będę nadal miała pracę w biurze, bo jak ją stracę, to płaca ze sprzątania nie pokryje całości. A co z opłatami? Z lekami? Środkami higienicznymi? Powiedzmy, że na jedzenie wystarczyłaby ta resztka z emerytury. A reszta?
Zdesperowana zadzwoniłam do kuzynki pierwszej.
Zreferowałam sprawę. Nie chcę za darmo, wiem, że im się też nie przelewa. Wiem też, że to ogromny ciężar i powinien kosztować, ale nie mam więcej.  Zapłacę ten tysiąc, który miałam dać Gośce. Przynajmniej będę spokojna, że nikt nie przepije matce pieniędzy i nie zostawi na czas picia matki bez pomocy.
– Ale ja po operacji jestem – usłyszałam od Alki – Może Ewa?
– Nie mogę, dopiero z Niemiec wróciłam, jesienią znowu jadę, to nie mogę. Może Ala? – usłyszałam od Ewki. – Po operacji? Alka? Przecież ona miała operację pół roku temu!

Pożegnałam się przerywając kuzynce w pół słowa.
Pieniądze z banku wybierze Pani Prezes Wspólnoty.
Dziewczyny z MOPSu obiecały stanąć na głowie i znaleźć kumatą opiekunkę już od poniedziałku. Na godzinę rano i godzinę wieczorem.  Jedna z pań z MOPSu zostawiła mi swój prywatny numer telefonu. Na wszelki wypadek.
Te kilka dni zajmuje się mamą Gośka, której zapłacę według stawki jaką podała.
Obiady zamówię w kateringu.
A kiedy już nie będzie innego wyjścia…Trudno. Będzie musiało być hospicjum.

A potem…
Potem będę wolna.
 
 



Kocio

Nie, na to się nie …

Nie, na to się nie decydowałam, biorąc psiaka.
Miałam patrzeć jak Kocio ustawia szczeniaka w stadzie, jak dobitnie daje do zrozumienia, że moje łóżko to wyłącznie jego teren, jak z wysokości pralki albo ławy Kocio edukuje psicę w kwestiach hierarchii społecznej…
Nic z tego.
Po dziesięciu dniach obraz Kocia zmalał. Zostało mi w zasadzie pół kota.
Od razu pobiegłam do pobliskiej kliniki.
Gdzie zostawiono mnie z niczym, bowiem przyznałam się, iż urlop zdrenował mi portfel, a do wypłaty jeszcze dwa dni. Łaskawie ustalono termin wizyty na za dwa dni.
To niewiarygodne! W Szwecji?! Gdzie ludzie sobie ufają, gdzie kupując coś prze internet pierwszy raz od razu możesz wybrać rodzaj płatności „faktura” czyli zapłata po 30 dniach od otrzymania towaru?! Gdzie zwierzęta są członkami rodzin i traktowane są z całym szacunkiem?! Naprawdę ktoś odmówił pomocy ewidentnie cierpiącemu kotu? W dodatku, w klinice gdzie już jesteśmy zarejestrowani!
Nie wiem co mnie bardziej porusza.
Widoczne cierpienie Kocia czy znieczulica młodej Sofie?
Nie było Katariny. Katarina, wierzę w to święcie, Katarina machnęłaby ręką. I zbadałaby Kocia tak szybko i tak dokładnie jak tylko się da. Dałaby mu kroplówkę. I może coś na uspokojenie i uśmierzenie bólu. Katarina jest doktorem starej daty, ale takim, że mogłabym sobie nawet ogon wyhodować by w razie czego zostać jej pacjentem.
Jest mi smutno.
To nie tak miało być.
I strasznie się boję, że Kocio odejdzie. A ja nie jestem na to gotowa. Jeszcze nie. Nie teraz. Proszę.

Brylantowy

Tola obudziła mnie, …

Tola obudziła mnie, bo się wierciła.
Wrzuciłam na siebie dres, gumaki (rosa!), na Tolę szelki ze smyczą i pobiegłyśmy. Na ostatnich schodach Tola się jak zwykle zaparła. Zamknięte drzwi! Boję się!
Taaaak…Teraz będę miała w domu dwa autystyczne zwierzaki, dla których wszystko nowe jest okazją do protestu.
Ale ja nie o tym.
Słońce było nisko jeszcze, a trawa pod blokiem lśniła jak brylantowa kolia. Z daleka, zza budynku starej gazowni, widziałam unoszący się opar znad rzeki. Zatem Piesa szybkie siku i do domu. Aparat, torba, bo telefon, okulary, klucze i hajda!
Brylanty wszak to najlepsi przyjaciele dziewczyny. A mnie najbardziej do twarzy w tych nanizanych na źdźbła traw, na pajęczą nić, lśniących w kryształowym świetle porannego i, chyba koniecznie, warmińskiego słońca.
Patrząc na parującą Łynę, leniwie płynącą wśród zarośniętych ugorów, na wznoszące się ku lasowi wzgórze poczułam ściśnięcie serca. Takie znajome. Takie …moje.
Bo mogę narzekać na ludzi, z którymi mi już kompletnie nie po drodze, na brzydotę miast, na smród spalin. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że warmińskie wzgórza, wijąca się Łyna, ogromne lasy i zarośnięte łąki to mój dawniejszy plaster na duszę, a dziś katalizator, który pozwala zajrzeć wgłąb siebie.
A teraz.
Mama śpi zwinięta w kłębek. Em chrapie rozdzierająco. Psica zajęła moje miejsce, śpi na wznak, z rozrzuconymi na boki łapkami, odsłaniając łaciaty brzuszek. Plamy słońca prześwietlają wirujący kurz. Zza otwartych drzwi balkonu wpadają odgłosy miasta, poranny chłód liże stopy.
Wszystko się zmienia.



Życie

Wiedziałam, że ten …

Wiedziałam, że ten wyjazd to będzie jeszcze mniej rozrywkowy, jeszcze bardziej stresujący i pełen zabiegania i załatwiania różnych spraw. Wiedziałam, ale miałam nadzieję, że w tym czasie znajdę chwile na samotny spacer z aparatem, na wieczorne siedzenie pod gwiazdami, na poranny spacer nad zamglone bagno w środku miasta…Że zwyczajnie – znajdę każdego dnia chwile oddechu, tylko dla mnie. Te
Niestety.
Połączenie szczeniaka i chorej matki niweczy te nadzieje.
Albo latam do szpitala, do MOPSu, do lekarza, albo spowiadam się sąsiadkom i znajomym ze stanu matki, albo uzgadniam warunki opieki nad matką (dlaczego ci ludzie są tacy gadatliwi, dlaczego uwielbiają bić pianę „a co będzie, jak…”, dlaczego nie słuchają i wysłuchują, dlaczego, znając sytuację, co dzień pytają o stan matki, choć przecież wiadomo, że się raczej nie zmienił od wczoraj?).Uch…
W przerwie biegam z psem na siku, na krótki spacer, na dłuższy spacer. A to wszystko wciskam w te chwile, gdy eM jest dostępny, co nie jest taką oczywistością.
Psa, czteromiesięcznej, mniej więcej dwudziestokilogramowej mieszanki radości, miłości, energii oraz zębów i łap, jak wiadomo lepiej nie zostawiać sam na sam z mieszkaniem. Nawet jeśli to mieszkanie wygląda tak, jak wygląda. Już i tak z lekiem myślę o tym, że przyjdzie mi matce pokazać zdewastowane nieco czerwone i różowe pelargonie na balkonie. A godzina ZERO już za trzy godziny.
Tak.
Odbieram matkę ze szpitala…i niech się dzieje wola nieba.
Teoretycznie czeka na nią miejsce w szpitalu w Olsztynie, czeka też nią życiodajna trucizna, ale ona nie chce.
No więc mam powtórkę z rozrywki. Tylko teraz nie ma już nikogo kto mógłby tę sprawę ze mną dzielić.

Mam wrażenie, że weszłam w okres mojego życia, który polega na odejmowaniu. W ostatnim czasie wciąż słyszę wkoło siebie o tym, kto kogo stracił.
Przerażające.

Chcę już do domu!

Rozmowy

Samochód …

Samochód zaprotestował jęknięciem resorów.

Lekarka opiekująca się moją matką:
– Musi pani zorganizować opiekę nad mamą
– To mamy problem – westchnęłam
– To pani ma problem – odrzekła bezwzględnie.

Sąsiadka pod blokiem, gdzie spacerowałam z Tolą:
– Już myślałam, że to znowu ktoś obcy ze swoim psem, bo tu ciągle każdy z psem przychodzi. Ale zaraz postawimy tu płot i nie będzie spacerowania.

Kuzynka na wieść o ciężkiej chorobie mamy rzuciła:
-To musisz wrócić – lekkim tonem, jakby chodziło o wrócenie do domu po zapomniany telefon.

Znaleziona umowa pożyczki, którą zaciągnęła moja matka, powiedziała mi, że roczna, rzeczywista stopa oprocentowania wynosi 230%.

Olsztyn rozkopany na trzech najgłówniejszych ulicach miasta. Ulicach, których ominięcie jest praktycznie niemożliwe jeśli chcesz dojechać z jednego końca miasta na drugi. A informacji o możliwym objeździe po prostu nie ma.

Pagórki, lasy, krzywe opłotki, niekoszona trawa na trawnikach, balsamiczne powietrze za miastem i spalinowy smog w Miasteczku.

Hodowca, od którego mamy Tolę, obdarowujący nas darami eko ze swojej piwniczki i zapraszający w odwiedziny jak tylko będziemy mogli.

Bezinteresowna życzliwość pań w opiece społecznej, gdzie udałam się w poszukiwaniu opieki dla mamy.

Córki zgromadzone przy łóżku kobiety leżącej na sali z moją mamą. Córki myjące, zmieniające pościel, pampersa, córki karmiące.

Składowisko palet za płotem, na którym wisi ogłoszenie „TANIE NOCLEGI”

Sklepy, sklepiki, stragany, zakłady i zakładziki. Szyldy, banery, reklamy, ogłoszenia wszelkiej maści. Oraz nieśmiertelna „goła baba” reklamująca wszystko. Od wakacji w ciepłych krajach po usługi hydrauliczne.

To wszystko mówi mi:
Witamy w Polsce.