W kwestii emigrantów

Chyba każdy, kto od …

Chyba każdy, kto od czasu do czasu skrobnie jakieś zdanie w internecie zdążył już się wypowiedzieć na temat emigrantów czyli uchodźców. No więc, żeby nie być taką ostatnią, dorzucę i ja swoje parę groszy.
Temat jest gorący, widzę, że prowadzi nawet do zerwań znajomości. Ale chyba to, co mnie najbardziej razi, to czarno-białe widzenie. Jedni mówią, że uchodźcy to dzicz i plaga, a inni, że to prawie święci, pokrzywdzeni przez los ludzie.

Wyobraźmy sobie, że jedziemy autobusem, w którym na samym końcu siedzi pięciu nastolatków, którzy rozrabiają, wrzeszczą, przepychają się i klną. Siedzimy więc w tym autobusie, patrzymy w szybę, irytujemy się i myślimy sobie „ojej, jaka ta młodzież nie wychowana” . I tak patrząc w tę szybę nie zauważamy, że oprócz tej piątki na samym końcu, w autobusie jest jeszcze z piętnaścioro innych. Nie widzimy ich, nie słyszymy, bo patrzymy w szybę, a oni siedzą cicho – drzemią, czytają, rozmawiają (po cichu!) z koleżanką. Jedziemy sobie tym autobusem, pełni przekonania, że tacy wychowani, stateczni dorośli jesteśmy, że chamskie zachowania, łobuzerstwo, to już nie my, dorośli, to tylko ta młodzież.
Wreszcie dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia. Wysiadamy wzdychając z ulgą, że się nareszcie od tych krzykliwych z autobusu uwalniamy. Podchodzimy do kiosku, żeby kupić gazetę i…okazuje się, że nie mamy portfela. Ktoś nam go ukradł! Kto? Bo gdzie to wiadomo- w autobusie.
Patrzyliśmy w szybę zajęci zżymaniem się na młodzież i nie zwróciliśmy uwagi na cichutko siedzącą obok nas nobliwą starszą panią.

W sumie to chciałam napisać więcej, ale po co?



Podziękowania oraz …Tola

Bardzo Wam wszystkim …

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa wsparcia, kciuki i całą dobrą energię.
Tymczasem mam jeszcze kilka kłopotów, w tym z moim byłym już szefem, który retrospektywnie zyskuje szczytne miano Leona tudzież Pryncypała*.

A tymczasem na odwrócenie uwagi, na skupienie się na czymś innym: TOLA z wczoraj.

Idziesz? Fajna woda!

 

No, i kto teraz jest cieniasem?

 

Jak wypiję wszystko to może wreszcie znajdę ten cholerny kamyczek, o którym ciągle gadają:  gdzie kamyczek i gdzie kamyczek.

 

No pewnie, że kocham cię z całej siły!

 

 

*Jak ktoś czyta od czasów pierwszego bloga, w którym Pryncypał był bohaterem nr 1 ten wie o co chodzi.Tym co nie czytają lub zapominam to przypominam: Pryncypał używał słowa na k…żeby wyrazić całą gamę uczuć, systematycznie powtarzał mi, że na kiwnięcie palcem znajdzie zastępstwo na moje miejsce i to o wiele lepsze. A gdym poinformowała, że odchodzę obraził się na mnie śmiertelnie, posunął do gróźb, a jego żona niemal oskarżyła o nieuczciwość. Niestety coraz więcej widzę podobieństw. I szczękę zbieram z podłogi niemal każdego dnia i nie mogę się nadziwić, że byłam taka ślepa czy co?

Zamieszczone w Tola

Czas na KONKRET

Na pohybel …

Na pohybel (falszywcom).
W imię ojca i syna.
Dziś startuje moje firma. KONKRET.
O 16 idę oglądać pokój, który myślę, żeby wynająć.

Mało mam klientów, mało pieniędzy zatem, ale czuję, że potrzebuję „wychodzenia do pracy” żeby tę pracę wykonywać jak najlepiej i w terminie. Moja psychika potrzebuje też „wychodzenia do pracy” żeby umyć głowę, ubrać się w coś innego niż dres, narzucić rytm.

Ale czy to nie zbytnia rozrzutność?
Co myślicie?

Trzymanie kciuków i dobre myśli oraz ewentualne reklama bardzo wskazane.

Ostatnia naiwna czyli fałszywy jak…Szwed(?)

Siedzą we mnie …

Siedzą we mnie niewypowiedziane emocje. Złość? Nie, może trochę. Bardziej zawód . I zaskoczenie. Że naprawdę są TACY ludzie? Ludzie, którzy patrzą ci w oczy, uśmiechają się do ciebie, są mili, przyjacielscy, naprawdę zdający się być godni zaufania, ludzie, którzy w końcu okazują się …Nie wiem kim. Nie wiem jacy. Fałszywi? Cyniczni? Wyrachowani?
Chyba pierwszy raz w życiu zetknęłam się z czymś takim.

Kiedy w lipcu, przed wyjazdem na urlop zapytałam szefa czy mam wrócić „tutaj” czyli do Akwarium do pracy odpowiedział, że tak,  oczywiście.
Wróciłam.
Roboty nie było, co uczciwie zameldowałam szefowi.
Powiedział, że to nic, żebym zajęła się przygotowaniami do własnego startu.  
Karnie, dzień po dniu przychodziłam na godzinę 8:30 lub 9. Zostawałam do 13. Ponieważ nie było co robić, pomyłam okna, posprzątałam, parzyłam kawę, starałam się być jakoś tam użyteczna, no bo to głupio siedzieć w pracy i tak bez skrupułów, oficjalnie robić nic.
W między czasie trwały między nami rozmowy na temat mojej firmy.
Najpierw o miejscu. Przed moim wyjazdem stanęło, że wezmę pokój, w którym aktualnie pracuję. Trochę się martwiłam, bo cenę usłyszałam 3 tys, a to nie mało. Wspomniałam, że wolałabym coś mniejszego, któryś z tych pokoi bocznych, małych, może 10metrowych.
– No ale wiesz, będzie ci potrzeba dużo miejsca, będziesz miała masę dokumentów -odpowiedział mi. Zgodziłam się, mówiąc:
-Okej, jakoś dam radę, pracujemy razem od pół roku, już widzę, że da się z tobą dogadać, mnie też już chyba zdążyłeś poznać, wiesz jak pracuję, wiesz, że nie robię problemów, będzie dobrze.
Przytaknął mi. Za jakiś czas przyszedł do mnie:
– Zobacz, tu jest lista, to są firmy, które będą twoje.  Ta X jest dobra, facet inwestuje, będzie się działo, będzie dużo pracy, ta Y trochę gorsza – facet nie chce płacić, ale powiesz mu, że ma ci płacić z góry…No i ta, Stefana, to już wiesz, bo robiłaś. W tych  pozostałych nic na razie się nie dzieje, ale zaraz się rozkręcą.
Potem rozmowy o podziale kosztów. Internet, telefon? Nie myślał o tym. Pomyśli. Meble…A właśnie.
– Słuchaj, tak pomyślałem, ten pokój będzie dla ciebie rzeczywiście za duży. Będzie ci trudno na początku go utrzymać. Może jednak weźmiesz ten mały, wiesz ten obok Milana.
Ucieszyłam się. Jasne, pewnie, że tak…
– Bo wiesz…koszty to nie tylko pokój. Dojdzie jeszcze elektryczność no i koszty sprzątania. Wiesz tu jest masa metrów, chcę zatrudnić firmę sprzątającą.
– Ale po co ci firma sprzątająca? Jest nas tutaj 4 osoby.  Nie ma komu brudzić, sprzątanie tutaj to najwyżej 2 godziny w tygodniu. Przecież to robię, to wiem.  Mogę to robić. Rozliczymy to w czynszu. Wiesz, że nie mam pieniędzy, a póki nie zdobędę klientów to każdy grosz ma dla mnie znaczenie.
 – Nie pomyślałem o tym, ale brzmi dobrze.
I tak sobie budowaliśmy wspólny biznes. Wyglądało dobrze. Wyglądałoby, gdyby nie to, że co kilka dni L. miał nową ideę.
– Wiesz, ten mały pokój, to jednak nie,  tu taki gość chce mieć biuro, on rzadko tu będzie, nie potrzebuje dużo miejsca, ale musi mieć gdzie trzymać swoje dokumenty.  A ten duży to jednak naprawdę będzie lepszy, bo …coś tam..tam…
Okej może być duży.
Za kilka dni, gdy zbliżał się termin składania deklaracji poszłam z listą firm, które mi dał, ustalić komu jaką deklarację.
– Firma X? Nie, nie, to przecież moja była żona będzie robiła. Ja ci to napisałem? Pomyliłem się, ona już z nimi rozmawiała, wiesz, to przecież nie będę im co chwila zmieniał.
Zgrzytnęło. To miała być ta dobra, obrotna firma. Szkoda, kurde, no ale skoro ona już z nimi gadała…
Za jakiś czas wrócił temat pokoju:
– Nie, jednak ten mały, ale nie ten, ten co teraz ma go Milan. On ma swoje plany i chyba się wyniesie, wzięłabyś ten?  On jest większy, będzie ci lepiej. Bo te dwa obok mnie to ja połączę z moim.  
– Nie ma problemu, jak będę miała to sprzątanie, to mogę nawet i ten największy wziąć.
– Sprzątanie, a nie, nie. Zapomniałem, że już wcześniej moja była żona mówiła, że ona mogłaby tu sprzątać. Już dawno to było, to zapomniałem…A ten duzy to bierze taki gość, co firmę transportową rozkręca.
Już nie zazgrzytało. Już się pojawiło uczucie, że coś jest nie tak, że kręci, że jest nie w porządku. Że okej, raz zapomniał o tym tamtej obiecał firmę, ale teraz znowu „przypomina się” o sprzątaniu?
Kiedy po kilku dniach znowu wrócił do tematu pokoju już się nie ekscytowałam. Zaczęłam się irytować. Bo znowu – ten też nie, bo coś tam, jednak ten duży, będziesz go dzieliła z kimś innym może, ale dla ciebie dobre, bo taniej, no i nie będziesz ciągle sama.
A po jeszcze kilku dniach.
W sumie to wiesz, pod nami to całe piętro jest wolne, jak byś chciała to możesz wybierać któryś z tych na dole. Tam jest masa miejsca. I wiesz, tu przyjdą inne firmy, to będziesz miała kontakty z innymi, to nawet lepiej dla ciebie.
Myśl „chce się mnie pozbyć?”. Dlaczego mi zwyczajnie nie wymówił? Ale było dobrze, mówił, że nie ma zastrzeżeń, cały czas go pytałam i zawsze mówił, że jest dobrze. Czemu teraz zmienił front? O co mu chodzi?
Zniecierpliwiłam się. Powiedziałam:
– Wiesz, ja się zastanawiam, że chyba jednak póki mam tak mało klientów, to będę pracowała z domu. Muszę myśleć o kosztach
-Tak, tak, masz rację .
Sierpień zbliżał się do końca. Zbliżał się termin wypłaty za lipiec ( w Szwecji zwyczajowo wypłata jest 25 dni po zakończonym miesiącu. Czyli za lipiec -25 sierpnia). Zaniosłam mu raport z ilością godzin.
60 godzin pracy. 50 urlopu.
A kuku!
– Ale za urlop to ci się nie należy wynagrodzenie. Przecież nie przepracowałaś u mnie roku.
…?!…Odebrało mi mowę. Poczułam się ogłuszona, bo naraz okazało się, że dostanę połowę wypłaty.
Tak, wiem, że nie minął rok, ale wiem, że mimo to, gdyby chciał to mógłby mi zapłacić i ująć to w kosztach. Tu prawo nie jest tak restrykcyjnie przestrzegane, a świadczenia dla pracowników są zawsze kosztem.
Potem jeszcze, że może jednak zapłaci mi gotówką, za te 60 godzin. Czyli na czarno. Dla mnie to 30 procent więcej, bo brutto, policzyłam sobie. Stracę tylko 1/4, a nie połowę tego co sądziłam, a to ważne teraz, gdy utrzymuję matkę i płacę jej rachunki oraz opiekunkę.  Zgodziłam się. Poczułam co to znaczy mieć „nóż na gardle” . To, że L. wie dokładnie o mojej sytuacji, nie miało znaczenia, no bo co go mogą obchodzić moje problemy?
Następnego dnia zaniosłam listę godzin za sierpień, bo też się kończy.
I znowu a kuku!
– Ale przecież nie pracowałaś  cały miesiąc. Zapłacę ci tylko za te godziny, kiedy pracowałaś dla mnie. Bo przecież większość czasu zajmowałaś się swoimi sprawami.  
Znowu mnie ogłuszył. Zaniemówiłam.Zrobiło mi się ciemno w oczach.
Bo nie było o tym mowy. To po co szarpałam się z psem rano, laciałam ze sprzątania z jęzorem na brodzi, żeby szybko wyprowadzić psa, i być na czas w pracy? Po co siedziałam dzień w dzień w nagrzanym pokoju, zamiast iść z psem na plażę? Byłam do dyspozycji! Słowem nie wspomniał, że nie będzie mi płacił, że nie muszę przychodzić. Że zadzwoni jak będę potrzebna.
Zdołałam tylko pokiwać głową i wykrztusić, że w takim razie już dziś zabiorę moje rzeczy i powiem Hej då.
Drżącymi rękami poskładałam co mogłam do reklamówek i pudełek. Było mi przykro. Poprosiłam o rozmowę.
– Czy zrobiłam coś źle? – zapytałam.
Zdziwił się.
– Mam wrażenie, że jesteś niezadowolony z mojej pracy. Ze mnie.
– Ale dlaczego?
– No właśnie nie wiem dlaczego, po prostu mam takie uczucie.  
– Nie, nie, nie. Wszystko jest dobrze. Jestem bardzo zadowolony, ale wiesz. Ciężko jest. Ciężko o robotę, mało pieniędzy, ale nie wszystko jest w najlepszym porządku, przecież będziemy współpracować. Te firmy ci daję. Zgraj sobie księgowość. Stefana też. Stefan to dobra firma. Weź też jego papiery od razu…Albo wiesz co? Zadzwoń do niego. Powiedz, że ja powiedziałem, że oddałem go tobie…A jutro nie przyjdziesz? Masz urodziny to chyba zjemy jakiś tort, co?
Tak. Miałam urodziny. Okrągłe, pięćdziesiąte. Tu, w Szwecji bardzo uroczyście świętowane. eM dostał od firmy dodatkowy dzień urlopu i wypasiony prezent. Na prezent nie liczyłam, ale skoro czekają, wiedzą…
Przyszłam z tym tortem, ostatnia naiwna. Dostałam życzenia i szoku. Jak mówili w jakimś kabarecie. Nie dostałam nawet kwiatka. A jedynie i dosłownie „uścisk dłoni prezesa”.
Epilog
Kilka dni potem zadzwoniłam do owego Stefana.
Odpowiedział, że dla niego okej, ale jeszcze z L. musi pogadać, żeby się upewnić i żebym zadzwoniła w następnym tygodniu to ustalimy resztę.
Zadzwoniłam.
– Tak, rozmawiałem z Lennarta. On powiedział, że jego była żona będzie nadal to robić, tak jak poprzednie lata.
Czyli została z dwoma klientami Polakami, których sama zdobyłam.

Komentarz chyba nie jest potrzebny?
 Ale gdyby jednak, to jako komentarz dodam jeszcze jedno.
Z ciekawości poszukałam pokoi biurowych w mieście, w innym niż tamten budnku.
I okazało się, że za pokój o powierzchni około 20m kwadratowych czyli podobny jak Akwarium zapłacę około 1500koron.



k!@#a jego w dupę kopana kleszczowa mać!

Jakaś kleszczowa, …

Jakaś kleszczowa, zawirusowana menda napluła mi w dziecko. Misia ma kleszczowe zapalenie opon mózgowych od ponad tygodnia.
Jakby ktoś chciał pośmiać, to może pomyśleć, że to trzeba mieć pecha, żeby móc legalnie się naćpać morfiny i nawet nie mieć z tego odlotu.
Ale po co odlot mojej córce jak ona i tak, jakby na karuzeli siedziała.
Dziś zabraliśmy dziecko do domu bo, poza lekami przeciwbólowymi, obniżającymi gorączkę i jakimiś przeciw zawrotom głowy, nie ma innej medycyny. Czekać. I modlić się, żeby nie było powikłań.

Motto na kolejne pięćdziesiąt lat

Śnią mi się te same …

Śnią mi się te same miejsca.
Okrągła góra, z niecką w środku i bokami schodzącymi coraz niżej. Tak jak np. schody w filmach kostiumowych, albo kielich kalii.
Rozległe łąki, widziane z wyższego punktu. Łąki puste, bo zima, lub jesień. Rzeka, a za nią znów puste połacie, za którymi wiem, że jest szosa.
Miasto, którego odległych dzielnic nie znam, ale wiem, że wiele ulic położonych jest piętrowo i równolegle. Ta najniższa z nich jest nieco mroczna, bo rosną wzdłuż niej stare drzewa, chyba kasztany…
Dziś w nocy znów pracowałam u kultowej Szeficy. Tylko jej firma nazywała się Brylancik.
Tę wielką, rozrosłą do rozmiarów korporacji sprzedała. Biuro mieści się kątem u jakiejś innej firmy. Pracownicy patrzą krzywo, bo łazimy i im przeszkadzamy. Schody są wykonane z kratownicy, w którą wciąż zapadają się obcasy.
A potem ktoś mówi mi, że on idzie ze swoimi dokumentami. A ja jestem w drodze do toalety. Wzruszam beztrosko ramionami. Myję jakiś wielki dzban. Wychodzę na korytarz w samą porę by zobaczyć jak on i jego wspólnik niosą wielkie kartony pełne dokumentów. Idą do sąsiedniego pokoju. Biegnę za nimi i mówię, że to pomyłka, że JA pracuję w pokoju obok. Posłusznie przenoszą kartony, ale kiedy wchodzę do pokoju widzę, że już z nimi rozmawia ktoś inny. Elegancka blondynka, perfekcyjna po każdy kosmyk włosa i perfekcyjny makijaż. Piękna. Zazdrość ściska w żołądku.
Tymczasem On podnosi głowę i zadaje mi pytanie jak likwidator wycenia niedokończony dom…Dom, myślę, jaki dom, zacząłeś budować dom?
Nie wiem, mówię, ale się dowiem i dam znać.
Patrzę na niego.
Widzę go pierwszy raz od dawna. Bardzo dawna. Ma twarz okrąglejszą niż kiedyś.Przytył. Włosy srebrne, a na nosie prostokątne okulary w srebrnych oprawkach. Na twarzy kilka brązowych plamek…Jest starszym panem!
Patrzymy na siebie z jakimś milczącym porozumieniem. I nie chodzi tu o nawiązanie romansowych relacji, ale…Porozumienie dwojga bliskich sobie ludzi..? I nie ma znaczenia, że tak naprawdę to pytanie powinno iść do tamtej: młodej, pięknej, perfekcyjnej, na pewno wiedzącej od razu i więcej…
Ma znaczenie to, że sobie ufamy, że mamy wspólną historię. Mówię, że wkrótce na rynku pojawi się taka firma KONKRET, i że to ja. On patrzy, wiem, że jest zadowolony, nabiera oddechu, mówi „ale Kasiu..” ,a ja wiem, że chce zapytać o Szwecję, i wszystko inne, ale wchodzi Szefica i woła mnie do siebie na rozmówkę.
Wiem o czym. Wiem idąc po schodach z kratownicy. I się już nie boję.
Ona mówi, że dopiero Bożena jej powiedziała, ja myślę, ciekawe która, jakby to miało znaczenie. Ona pyta: czemu się nie przyznałaś, czemu nic nie powiedziałaś
Patrzę na nią i wiem, że teraz mogę powiedzieć całą prawdę. Że była to swego rodzaju lojalność, żeby nie stawiać jej przed trudnym wyborem.
Co miałam Pani powiedzieć? Że zakochałam się jak nigdy w życiu? Całym sercem, na zabój, na całe życie? Że „miłuję waćpannę tak, że dychać nie mogę. Miłuję na piechotę i konno i boso…”Parskamy śmiechem obie. Ona rozumie.
…i w tym momencie jak bomba wpada na mnie Tola, liże, podgryza, domaga się wyjścia na dwór.
Jest 5:50.
Wkładam kurtkę na piżamę, zakładam psu obrożę, wychodzimy. Poranny chłód liże bose stopy. Część umysłu jeszcze we śnie, jeszcze widzi to dziwne biuro, ludzi w nim siedzących, eMa gdzieś w tle tego wszystkiego…
Pies zagapia się na chwilę, potem ciągnie do klatki.
Zamykam drzwi i spływa na mnie motto, które brzęczy mi w głowie od 27 sierpnia.
Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia.

 

 

Czadu!

Nie, nie jestem… a …

Nie, nie jestem… a raczej dotąd nie byłam szczególną fanką tej grupy. Przyznaję. Mój gust muzyczny jest bardzo eklektyczny, miłością wielką wielbię zarówno Pink Floyd jak i Artura Andrusa, Bacha i AC/DC. No ale Metallici, poza pewnymi kawałkami, wielbicielką nie byłam.
Aż do soboty.
Pojechałam raczej jako dama do towarzystwa dla mojego męża. Przekonana byłam, że będę nudzić się setnie, chciałam wziąć nawet książkę, ale nie wiedziałam czy mi ochrona ją przepuści skoro zabronili brać kanapki…
Trzeba przyznać, że przetrzymali nas solidnie.
Organizator podał tylko, że muzyka zacznie grać o 19:30 ale nie podał kiedy zacznie grać GWIAZDA.
Stadion Ullevi zapełniał się coraz większą rzeszą ludzi. Około 21 zanotowałam, że już prawie nie ma wolnych miejsc siedzących a i na podłodze panuje całkiem słuszny tłok.
A GWIAZDA zwlekała.
Publika klaszcząc i robiąc falę próbowała bądź to zająć sobie czas bądź to zmusić muzyków do wyjścia.
Tymczasem na scenę wyszła grupa ludzi w białych koszulkach i ustawiła się na scenie. Gdzieś z tylnego rzędu powiała ku nam biało czerwona flaga. Potem te same barwy zamigały gdzieś przodu.
Ha! Nasi tu są! Ucieszyłam się. Zupłnie nie wiem czemu, bo przecież nasi są wszędzie więc czemu i nie na koncercie Metallici?
Wreszcie na scenie coś zaczęło się dziać. Muzyka zrobiła się głośniejsza, ostrzejsza…Gitara zabrzmiała tak, że nie było wątpliwości. To ONI.
I wtedy trzy panny z kawalerem zaczęli się przepychać do swoich miejsc, które znajdowały się dokładnie przed nami. Najpierw przelazły dwie, potem zaczęły sobie podawać torebki, sweterki, popkorn i piwo…Powoli, bez stresu, bo kogo to obchodzi, że znaczna grupa osób dookoła traci cenne sekundy?
Siedzieliśmy na wprost sceny, ale. Ullevi to ogromny stadion, czego nie wzięłam pod uwagę kupując bilety. Teraz siedzieliśmy niemal idealnie na środku…lecz postacie członków zespołu były kompletnie nie do odróżnienia. Śledzenie tańca palców na gryfach gitar odpadało w przedbiegach. Sytuację trochę ratowały telebimy, ale jednak koncert z telebimu to prawie to samo co z youtuba…
Narzekałam trochę w tym duchu do samej siebie, ale potem, nie wiadomo kiedy wciagnęła mnie muzyka, heavy metalowe, głośne brzmienie, które robi mi dobrze na zgiełk duszy.
Zdziwiłam się, bo jako nie-fanka nie powinnam byłam znać większości kawałków, a tu rozpoznawałam prawie każdy. Nie tak, żeby znac tytuł, treść i tytuł płyty z której pochodzi, ale jednak znałam. A wiadomo, że najbardziej podoba nam się to, co znamy.
Po mniej więcej godzinie ze zdziwieniem odkryłam, że słyszę głosy gadających panienek z przodu. Przechylone za oparcie panny po środku, dwie gadały do siebie. Wreszcie środkowa zamieniła się z tą po lewej. Ale głosy nadal słyszałam. Nie żeby wiedzieć o czym tak zawzięcie gadają, ale jednak na tyle, by mi przeszkadzały.
Po kilkunastu minutach konwersacji panny wstały…i zaczęły drogę odwrotną. Znowu przeszkadzając wszystkim dookoła. Po następnych kilkunastu – wróciły z kubkami pełnymi piwa, które sobie następnie podawały jedna przez drugą. No naprawdę: uschłyby biedactwa bez tego piwa przez następną godzinę.
Zaprawdę…Szwedzi to cierpliwy naród. Polacy już by je zlinczowali.
Obserwowałam przez chwilę otoczenie i zdziwiłam się mocno.
To, że wszyscy po kolei robili sobie selfie ze sceną w tle wcale mnie nie zaskoczyło. Tak, jak nie zaskoczyło namiętne robienie zdjęć telefonem (aparatów nie można było mieć) czy wręcz nagrywanie. Ale żeby w trakcie koncertu przeglądać zdjęcia na tymże telefonie, co robiła jedna z piwnych panienek ale nie tylko???  
Ludzie? Po co wyście na ten koncert poszli? Było se youtuba odpalić, naprawdę.
A ONI dawali czadu. Ale jak!
Jak na chwilę zcichli i zagrali „On the road again” zrobiło mi się miękko w kolanach. Bo heavy lubię, ale jaszcze bardziej lubię heavyballady. Jest coś takiego, że jak grupa grająca ciężkiego roka zagra balladę, to klękajcie narody. Jest to po prostu mistrzowstwo świata.
Inna rzecz, że zazwyczaj takie grupy mają świetnych muzyków, którzy w balladach mogą naprawdę pokazać swók kunszt.
Ale Metallica okazała się mistrzem w ogóle.
Zadziwło mnie, że to co grali na koncercie brzmiało prawie tak samo jak w wersjach studyjnych. Pomyślałabym, że grają z półplaybacku, ale kilka razy zazgrzytała dysonansem któraś gitara, kilka akordów się różniło od tych z wersji studyjnej…Nie, grali na żywo, tak sądzę. A skoro tak, to znaczy, że ich płyty nie są poprawiane przy pomocy inżynierii dźwięku. A to znaczy – że są naprawdę dobrzy.
I byli.
Telebimy przekazywały zaledwie jakąś część tego co się działo na scenie, zazdrościłam tłumkowi w białych koszulkach. Ale i ta część wystarczyła, żeby zobaczyć, że panowie nie odklepują kolejnego nudnego koncertu, że granie sprawia im frajdę i że dają z siebie co mogą.
Kiedy zapadły ciemności, kiedy wybrzmiał ostatni akord ludzie powstawali z miejsc i klaskaniem, gwizdami, okrzykami dali do zrozumienia, że jest im mało. Za mało, choć jak się okazało koncert trwał już dwie godziny.
Wtedy na bis zagrali „Master of puppets” oraz, OCZYWIŚCIE!, „Nothing else matters”. Zrobiło mi się wilgotno w oku. Potem jeszcze dali czadu nim pożegnali się, powiedzieli, że lubią Szwecję i zaczęli w tłum sypać kostkami i pałeczkami.
Tłum się powoli rozchodził.
A mnie czekało jeszcze szybciutkie „after party” z Agnieszką z dalekiej północy.
Spotkanie było jak mgnienie. Właściwie wystarczyło czasu na uściski i obwąchanie się. Oraz zrobienie apetytu na więcej.
W domu byliśmy po 2 w nocy. A Psica wariatka ściągnęła mnie o 7. Bo siku. Bo kupa. Bo baw się ze mną. I otwórz oko. I chodź na trawę, nie gnij w piernatach…



Ulewa mi się

Zawsze mi się …

Zawsze mi się wydawało, albo może lubiłam tak o sobie myśleć, że jestem osobą bardzo cierpliwą. Jednak ostatnio dzieje się i wystawia tę tezę na dużą próbę.
I sama nie wiem…Mam rację czy się czepiam?
Najpierw sąsiadka z Polski zwana Panią Prezes.
Pani Prezes jest służbistką, osobą wielbiącą papierki, uwielbiającą świadczyć pomoc innym sąsiadom. Problem w tym, że wraz ze zgodą na pomoc człowiek musi zaakceptować, iż ta pani będzie mu ustawiała całe życie. W myśl zasady daj palec a wezmę całą rękę.
W pomroczności jasnej, poprosiłam ową sąsiadkę o pomoc w odbieraniu matczynej emerytury z banku. Matka, choć po domu porusza się całkiem sprawnie, do banku jednak nie dotrze. A karty bankomatowej nie ma. Nie miałam nikogo innego, kogo mogłabym tym obowiązkiem obciążyć.
Poprosiłam Panią Prezes…
Ledwie dojechałam do domu po urlopie, zajęłam się chorym Kociem, zwariowanym psem oraz tysiącem innych spraw gdy zadzwoniła moja koleżanka Ala. Zadzwoń do Pani Prezes, bo ona mnie nęka. Machnęłam ręką, powiedziałam, że zadzwonię jak się ogarnę.
Kocio …wiadomo.
Wróciłam do domu po ostatnim z nim pożegnaniu. Miałam chęć schować się kąt…A tu telefon. Znowu Ala. Bo Pani Prezes ją nęka telefonami i zadzwoń do niej, zadzwoń, zadzwoń, bo ona coś nie wie z tym bankiem i koniecznie zadzwoń.
Ala naciskała, wreszcie odburknęłam coś, żeby mi dały wszystkie spokój, właśnie uśpiłam Kocia, i naprawdę dylematy Pani Prezes mam w du…gdzieś.
Ala się chyba obraziła.
Zadzwoniłam do baby…Na wstępie zostałam zrugana za to, że nakrzyczałam na Alę, że to niewdzięczność i w ogóle powinnam przeprosić, bo Ala…Wysłuchałam cierpliwie, puszczając mimo uszu. Wyjaśniałam wątpliwości dotyczące spłaty kredytów. Mój błąd, że od razu nie zgasiłam jej zapędów do przejęcia kontroli nad matczynymi, pożal się boże, finansami. Ale myślałam, że dobra- zajmie się tym i da spokój. Mało tego – podałam jej mój numer telefon. Naiwniaczka, sądziłam, że od długiego i częstego ględzenia powstrzyma ją koszt. Niestety! TP SA wprowadziło jakąś usługę dzięki której sąsiadka dzwonić do mnie może za darmo. I się zaczęło.
Telefony co drugi dzień, szczegółowe zdawanie relacji ze wszystkiego, pieczołowite wyliczanie grosików, które zostały po dojęciu sum takich to a takich. Każda rozmowa to co najmniej pół godziny ględzenia i powtarzania w kółko tego samego, przy jednoczesnym braku słuchania tego co mówię.
Zaparła się, że ona zajmie się maminymi długami. W sensie, że ustali ile i komu. Machnęłam ręką, sądziłam, że matka jej po prostu nie pozwoli w tym grzebać. Pozwoliła…
Dominika pojechała do babci i dzięki temu dostałam aktualny obraz sytuacji.
Pani Prezes przyłazi co chwila, ciągle ma coś do powiedzenia, do zapytania, do zdecydowania. Naciska matkę na leczenie, na wykup gotowych obiadów, na zmianę zamka, dorobienie kluczy i bóg wie co jeszcze.
Prócz niej przychodzi opiekunka z MOPSu dwa razy dziennie a do tego jeszcze Gośka-sąsiadka-koleżanka od kieliszka.
W efekcie w domu jest jak na dworcu. Baby ciągle łażą, gadają jedna przez drugą, a każda głośna i gadatliwa, każda namawia matkę na różne rzeczy, różne rzeczy jej mówiąc…
Kroplę przelało żądanie Pani Prezes by Dominika, która właśnie została właścicielką mieszkania matki na podstawie aktu darowizny, NOTARIALNIE dała komuś pełnomocnictwo do podpisywania UCHWAŁ WSPÓLNOTY MIESZKANIOWEJ.
Noż…Pani Prezes łaziła w tym celu kilka razy do matki i Dominiki, domagała się wręcz obecności przy notariuszu, wreszcie spasowała, ale zażądała dla siebie kopii aktu (!) bo jej to potrzebne do dokumentacji.
Zadzwoniłam żeby jej powiedzieć, żeby przestała się wygłupiać, że matka nie jest ubezwłasnowolniona i jest w stanie póki co podejmować własne decyzje. Miało być spokojnie, ale się nie dało. No nie dało. Nie słuchała mnie w ogóle, nadęła się gdy powiedziałam, żeby zostawiła sprawy matczynych długów w spokoju, bo prosiłam ją tylko o odbieranie emerytury i że trochę przesadza.
W efekcie wysyczała mi, że ona w takim razie odcina się od wszystkiego, radźcie sobie sami. Na co ja powiedziałam „no i dobrze” i rzuciłam słuchawką.
…Jeszcze mnie cholera trzęsie. Nie wiem. Jestem niewdzięczna? Czy naprawdę nie mogłam się pohamować? Być bardziej cierpliwa? …Miałam rację? Czasem, z niektórymi ludźmi naprawdę nie da się rozmawiać po ludzku. Delikatnych aluzji nie łapią, a gdy im się wyrąbie prawdę wprost to się obrażają: „mogłaś powiedzieć od razu”.
Dominika wraca jutro a jako bonus przywozi zrozumienie dlaczego ja za żadne skarby świata nie chciałabym zatrzymać tego mieszkania, dlaczego po każdym pobycie w Miasteczku wracam zmęczona, dlaczego przy każdym kontakcie z urzędami dostaję piany na pysku.
Okazało się, że np. Urząd Miasta chce aby Dominika NOTARIALNIE ustanowiła pełnomocnika, który w jej imieniu będzie odbierał korespondencję dotyczącą nieruchomości. Jaką? A na przykład informację o wysokości podatku od nieruchomości. Bo inaczej to każdy może sobie wziąć taki list..i…Co? Co do cholery może zrobić przestępca z informacją, że Pani XY posiada mieszkanie i płaci za nie 500zł podatku rocznie. Co zrobi przestępca z taką informacją? I czy na pewno nie dowie się tego samego w przyjacielskiej rozmowie z panią Zosią urzędniczką. Polska ma chyba jakąś paranoję, naprawdę.
A w efekcie chorego systemu najwięcej zarabiają notariusze jak widać.
Wiecie ile kosztuje akt darowizny mieszkania wartego około 100pln? 2000złotych. DWA TYSIĄCE! 5tysięcy koron! Tyle, ile przeciętny Polak zarabia w ciągu miesiąca.
Grrr…
Druga sprawa to mój aktualny szef..ale to temat na inny czas.

 

Zdjęcia częśc trzecia

Tola jest motywem …

Tola jest motywem przewodnim moich zdjęć. W sumie można orzec, że robi „za psa bernardyna”. (Pamiętacie? Każdy, kto pojechał do Zakopanego musiał mieć obowiązkową fotkę z misiem lub bernardynem)

Tutaj Tola bezczelnie zajmująca miejsce, które dotąd należało do kogoś innego. Zabawne…i smutne.

A poniżej, ze specjalną dyspensą od Yankiego. Mój synek i Psica.

 

I bonusik: Yankie i Tola na okruchu skały. Bardzo lubię to zdjęcie, choć patrząc myślę znowu: a miało być tak pięknie.