Dzień 2 Magia

I znowu słońce nad …

I znowu słońce nad Warszawą. Pełne, w czerwonej otoczce. Na niebie białe obłoczki, i różowa poświata.
Kontemplowałam widok przez chwilę nim moja myśl znowu pobiegła do niej.
Znamy się …mój boże nie wiem, ile lat. Nie wiem od ile przyjaźnimy. Dziwna to przyjaźń. Najdziwniejsze w tym jest to, że mój mąż tak zwykle nieskłonny do akceptowania moich wyborów, ze szczególnym uwzględnieniem moim przyjaciół, ją bardzo lubi. Dziwne jest także i to, że utrzymujemy kontakt wyłącznie osobisty. Nie mailujemy, nie gadamy przez skype czy telefon, nie mówiąc o pisaniu. Czasem coś polubimy na facebooku, czasem coś skomentujemy.
W którymś momencie spływa na mnie przekonanie, że nieodwołalnie coś się skończyło, odeszło. Myślę sobie „machnę ręką i pójdę dalej”. Bo zabieganie o czyjąś uwagę jest frustrujące.
A potem, gdy wiem że będę w Stolicy jednak piszę, z myślą, że to ostatni raz, że dam nam jeszcze jedną szansę. I ona wtedy zawsze znajduje czas. I spędzamy go ze sobą. I nagle …Nagle dzieje się cud. Jak wczoraj.
Nadeszła od przystanku. Szła rozpalonym chodnikiem. Widziałam ją z daleka, ale stałam w cieniu. Bo to nie mogła być ona. Nie mogła chodź zgadzało się absolutnie wszystko. I figura i chód i widziany z daleka uśmiech. Nie zgadzał się jeden drobiazg: fryzura. Ona jest brunetką, z włosami do ramion. A tu zmierzała wyraźnie w moją stronę krótkowłosa, platynowa blondynka!
A jednak po chwili już ją ściskałam, całowałam w oba policzki z dubeltówki, całując za i od  każdego członka mojej rodziny. Z szczególnymi całusami i uściskami od mojego męża.
A chwilę potem po prostu podjęłyśmy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jakby nie było tych dwóch czy trzech lat przerwy. Jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Wędrowałyśmy ulicami Warszawy, uporczywie szukając cienia. I to szukanie determinowało nasze ścieżki. Wreszcie dotarłyśmy do Łazienek. Mokre i zmęczone mimo wczesnej pory. Niczego nie szukając, rozsiadłyśmy się na pierwszej ławce, nad pierwszym stawkiem. Ławka była w cieniu a od wody ciągnął rześki powiew. Czegóż więcej trzeba?

W końcu wypłoszyli nas stamtąd Rosjanie zapachem kiełbasy.
Poszłyśmy coś zjeść.
W przypadkowej pizzerii pizza miała wielkość koła młyńskiego i smakowała pysznie.
Ogródek na podwórku studni. W tle ktoś wyciągał jakieś arie. Na ścianie mural. Mało ludzi. Cisza. I tylko stłumiony szmer miasta.
Rozstałyśmy się około piątej. Zmęczone upałem do zawrotu głowy. Przespałam resztę dnia w telewizorem grającym w tle, a potem wieczorem przekopywałam kindla i komputer w poszukiwaniu jakiejś miłej lektury.
A teraz pora zacząć rozstawać się po trochu, Warszawo.

Jakoś inaczej patrzę teraz na to miasto. Może sprawiła to Kasia Hordyniec, która tak emocjonalnie i z takim przywiązaniem opisała to miasto w swojej książce? To nic, że książka sama w sobie jakoś mnie nie porwała. A jednak to, co w niej to, co sama Kasia w związku z nią przeżywała, towarzyszyło mi w mojej wczorajszej wędrówce po ulicach i sprawiało, że czułam się metafizycznie.

(Nie)Ludzka twarz służby zdrowa czyli Córcia, tu jest Polska

Ostatnio najczęściej …

Ostatnio najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie.
W chorowaniu w Polsce choroba wcale nie jest najgorsza. Najgorsze jest obcowanie ze służbą zdrowia. Dobrze, dla uczciwości dodam, że nie zawsze i wszędzie. Ale prawie zawsze i wszędzie.
Ci, którzy z racji zawodu, powinni okazać ci wsparcie, współczucie i pomoc…Na nich nie licz. Obnoszą po świecie ciężko obrażone miny, które mówią jasno, że nienawidzą swojej pracy.

Odsłona 1.
Mama dostała miejsce w Hospicjum w Olsztynie. Ale mamy dobę na zorganizowanie transportu.
ZOZ w Miasteczku, w rejestracji pielęgniarki znane mi od lat.
– Nie zarejestruję was do lekarza bo nie ma numerków.
Jest godzina 9 rano!
– A nie możecie samochodem zawieźć?
Misia tłumaczy cierpliwie, że babcia leży, że pierwsze piętro, że nawet gdyby to jak ją do tego samochodu przetransportować?
– A to sama nie zejdzie? – zdumienie takie jakby mówiła o chorym na grypę a nie o osobie w ostatnim stadium nowotworu – A zresztą jeszcze musicie mieć skierowanie, a do lekarza nie ma miejsc. No i na transport to też się czeka.
Całą postawą mówi: dajcie mi spokój, nie chce mi się palcem w bucie kiwać, a wy ode mnie oczekujecie cudów.
Druga słucha tych przepychanek, bierze słuchawkę i gdzieś dzwoni. Chwila nadziei…Złudnej.
Melduje, że transport możemy dostać…za tydzień.
Misia ma chęć parsknąć śmiechem, ale tylko uprzejmie dziękuje i wychodzi.

Odsłona2.
Pani z MOPSu poradziła żeby zapytać dyrektora szpitala, który dysponuje karetką. Ale dyrektor jest zajęty. Główny księgowy mówi, żeby napisać podanie o ODPŁATNE wypożyczenie. Oni zobaczą czy będą mogli i kiedy…
Na nic tłumaczenia, że miejsce w Hospicjum nie będzie czekać.

Odsłona3.
W księgowości szpitala młode panie patrzą ze współczuciem, dają mi papier, długopis, mówią co napisać.
Gdy słyszą, że ja nie oczekuję za darmo, że jestem gotowa zapłacić za transport, ale przecież nie wezmę taksówki bagażowej, ożywiają  się. Jedna otwiera internet. Coś wyszukuje, nie pytając o nic po prostu dzwoni…I umawia transport karetką z sanitariuszem (ktoś musi tę mamę znieść na noszach) na następny ranek.
Na skrawku papieru z podartego podania notuje mi telefony i adres „na wszelki wypadek”.

Po całej tej szarpaninie mam ochotę rzucić się tym dziewczynom na szyję, kupić kwiaty, czekoladki, urządzić przyjęcie na ich cześć.
Nazajutrz przyjeżdżają dwaj młodzi (i przystojni, czy ta moja córka jest ślepa?!) panowie. Ratownicy medyczni jak się potem okazuje.
Mówią, że owszem klatka schodowa jest bardzo duża <oczy jak pięciokoronówki> ale nosze i tak nie przejdą. Trzeba na płachcie. Tak, zdają sobie sprawę z tego, że mama jest obolała i cierpi przy każdym ruchu, obiecują, że zrobią to tak szybko i tak delikatnie jak się da.
Wchodzimy do domu.
Witają się z półprzytomną mamą. Z uśmiechem, miękkimi głosami, głaszcząc po ramieniu. Przepraszają, że sprawią ból i znów obiecują zrobić to jak najszybciej i najdelikatniej.
Fachowo podkładają płachtę. Jeszcze chwila – jesteśmy w karetce, mama na noszach, troskliwie otulona kołdrą przez jednego z panów, bo zimno.
Pół godziny później mama leży w pokoju w Hospicjum na swoim, już, łóżku. Panowie jeszcze przepraszają, że nas pewnie wytrzęsło z tyłu, ale takie drogi…Koszt 180zł. Dla mnie na szczęście to nie jest wielki wydatek. Zapłaciłabym i tysiąc, gdyby było trzeba.
Lekarka, która ma dyżur, dr Kasia! wita się z mamą. Szybciutko dokonuje oględzin. Jest miła. Ciepła. Pełna troski, że boli. Myślę, że może udaje przed rodziną…Ale skoro udaje to jeszcze nie jest najgorsza. Bo się choć stara. Inni nawet nie udają.
No i nie ma tej maniery z liczbą mnogą „jak się czujemy?” „zjemy?”
Mówi do mamy: pani Halinko.
Mówi, że trzeba poczekać, bo wpisują dokumentację innego pacjenta i że zawoła. Wraca do siebie.
Kiedy ma dla mnie czas okazuje się, że dzieli pokój z panią urzędniczką, młodą dziewczyną. Obie wpisują różne dane, proszą mnie o podpisanie papierów, tłumaczą jak dziecku, cierpliwie i z uśmiechem. Cieszą się szczerze, gdy mówię, że piękny oddział, że miło.
– Staramy się, żeby było choć trochę zbliżone do warunków domowych.
No, aż tak to nie jest, ale jest czysto i NIE ŚMIERDZI szpitalem.
– Jeszcze tylko kotka brakuje – mówię (zawsze i wszędzie brakuje mi kotka)
Dziewczyna patrzy na mnie z figlarnym uśmiechem i mówi z satysfakcją
– Ale mamy papugi –
Zbieram szczękę z podłogi.
A ta, ciesząc się z efektu dodaje niedbale:
– Kotek też miał być. Jedna pacjentka ubłagała panią ordynator. Tyle, że potem kotem się zawieruszył, pacjentka chyba zapomniała, a my na wszelki wypadek nie przypominamy.
Oddycham z ulgą. Mogę mieć nadzieję, że tu mamie krzywdy nie zrobią.
Gdy wracam do niej widzę, że jest już oporządzona fachowo. Umyta gdzie trzeba, nasmarowane gdzie trzeba. Śpi spokojnie.
Jednak w tej samej rzeczywistości, za te same pieniądze można zachować człowieczeństwo.
To krzepi.



Na Warmii

Ranki są zamglone, …

Ranki są zamglone, potem wychodzi słońce i robi się ciepło.
Łażę z aparatem po Miasteczku. Łażę rano, w południe i wieczorem. Cieszę oko. Zachowuję obrazy na potem.
Takie obrazy:
 

 

Jest jak w piosence Daukszewicza
„Tu Pewex wytworny, tu obskurny bar”.
Jest.

Poszłam na cmentarz sprawdzić jak sytuacja.
Ciotka Wanda rozpromieniła się na mój widok.
-Cześć gruba!
Nie obraziłam się. Nie zirytowałam. Ciotka taka jest. Dyplomatka z niej żadna. Ale za to jest szczera. Z leciutko złośliwym poczuciem humoru. Zawsze się jej trochę bałam.
Tak naprawdę to nie jest moja ciotka, tylko przyrodnia babcia. Jej mąż (wujek Paweł, zmarły cztery lata temu) był przyrodnim bratem mojego dziadka. Ech, skomplikowane powojenne czasy.
-Jak mama?
Opowiedziałam.
-…nie miałam pojęcia co robić – zakończyłam opowieść o sytuacji z lata.
Ciotka parsknęła śmiechem.
-Jak to co? Wracaj!
-A z czego będę żyła?
Ciotka znów parsknęła śmiechem.
-No coś ty! teraz to będzie dobrobyt. Właściwie to już jest, od wczoraj. To co się martwisz.

Ciotka mówi z takim pięknym, wileńskim  zaśpiewem. Wujek też tak mówił. Lubiłam barwy ich głosów, ten inny akcent, tę piękną gramatykę. Szkoda, że ten świat odchodzi. To dlatego tak lubię słuchać Reginy. Ona mówi podobnie, tylko jej polski jest już bardziej naleciały rosyjskim.
Szłam sobie główną aleją cmentarza (zawsze wtedy mi się przypomina TSA 51).


I spotkałam kolejną ciotkę. Ciotkę Wiesię.
I znowu ten melanż. Ciotka Wiesia nie jest moją krewną, choć nosi takie samo nazwisko jak ciotka Wanda. Właściwie to nie jestem pewna jakie są koneksje rodzinne, ale zdaje się, że jej mąż jest kuzynem jeszcze innej ciotki…Melanż, mówię.
Pewnie gdyby to były to inne czasy i inne miejsce to bym ich nawet nie spotykała.
Przesiedleni spod Wilna trzymali się razem, bo tylko siebie mieli. A że ojciec był sierotą, to miał tylko ich…Przyrodniego stryja, stryjecznego stryja, ich rodziny i rodziny ich żon…Trzymali się razem. I ojciec z nimi do 80tego roku.
Po jego śmierci się zmieniło.
I tak stałam się osobą która nie ma innej rodziny poza mężem, dziećmi i matką. Zniknęli z mojego i Baśki życia właśnie wtedy, gdyśmy ich najbardziej potrzebowały. Tak wyszło. Miałyśmy wszak matkę, a oni mieli jej chyba za złe, że za szybko wyszła drugi raz za mąż. Chyba mam do nich odrobinę żalu. Ale…może to my nie chciałyśmy tam chodzić? Miałyśmy 17 i 15 lat. Wtedy ciotki pouczające jak żyć to ostatnie, co człowiek chce spotykać.

O. I tak to znów w okolicy Zaduszek zaplątałam się w historie rodzinne.
A zaraz jadę do Olsztyna. Umówiłam się na masaż.
Lewy bark rwie jak głupi. Ból, w dzień utrzymany w ryzach dzięki paracetamolowi i rozruszaniu, w nocy rozlewa się na całe plecy i lewą rękę aż do palców. Nie pomaga na to łoże madejowe na którym śpię u mamy. Wersalka jest tylko troszeczkę mniej twarda od deski. Wstaję co rano obolała. Będę szczęśliwa, jak wrócę do siebie, na swoje łóżko.

Brylantowy

Tola obudziła mnie, …

Tola obudziła mnie, bo się wierciła.
Wrzuciłam na siebie dres, gumaki (rosa!), na Tolę szelki ze smyczą i pobiegłyśmy. Na ostatnich schodach Tola się jak zwykle zaparła. Zamknięte drzwi! Boję się!
Taaaak…Teraz będę miała w domu dwa autystyczne zwierzaki, dla których wszystko nowe jest okazją do protestu.
Ale ja nie o tym.
Słońce było nisko jeszcze, a trawa pod blokiem lśniła jak brylantowa kolia. Z daleka, zza budynku starej gazowni, widziałam unoszący się opar znad rzeki. Zatem Piesa szybkie siku i do domu. Aparat, torba, bo telefon, okulary, klucze i hajda!
Brylanty wszak to najlepsi przyjaciele dziewczyny. A mnie najbardziej do twarzy w tych nanizanych na źdźbła traw, na pajęczą nić, lśniących w kryształowym świetle porannego i, chyba koniecznie, warmińskiego słońca.
Patrząc na parującą Łynę, leniwie płynącą wśród zarośniętych ugorów, na wznoszące się ku lasowi wzgórze poczułam ściśnięcie serca. Takie znajome. Takie …moje.
Bo mogę narzekać na ludzi, z którymi mi już kompletnie nie po drodze, na brzydotę miast, na smród spalin. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że warmińskie wzgórza, wijąca się Łyna, ogromne lasy i zarośnięte łąki to mój dawniejszy plaster na duszę, a dziś katalizator, który pozwala zajrzeć wgłąb siebie.
A teraz.
Mama śpi zwinięta w kłębek. Em chrapie rozdzierająco. Psica zajęła moje miejsce, śpi na wznak, z rozrzuconymi na boki łapkami, odsłaniając łaciaty brzuszek. Plamy słońca prześwietlają wirujący kurz. Zza otwartych drzwi balkonu wpadają odgłosy miasta, poranny chłód liże stopy.
Wszystko się zmienia.



Rozmowy

Samochód …

Samochód zaprotestował jęknięciem resorów.

Lekarka opiekująca się moją matką:
– Musi pani zorganizować opiekę nad mamą
– To mamy problem – westchnęłam
– To pani ma problem – odrzekła bezwzględnie.

Sąsiadka pod blokiem, gdzie spacerowałam z Tolą:
– Już myślałam, że to znowu ktoś obcy ze swoim psem, bo tu ciągle każdy z psem przychodzi. Ale zaraz postawimy tu płot i nie będzie spacerowania.

Kuzynka na wieść o ciężkiej chorobie mamy rzuciła:
-To musisz wrócić – lekkim tonem, jakby chodziło o wrócenie do domu po zapomniany telefon.

Znaleziona umowa pożyczki, którą zaciągnęła moja matka, powiedziała mi, że roczna, rzeczywista stopa oprocentowania wynosi 230%.

Olsztyn rozkopany na trzech najgłówniejszych ulicach miasta. Ulicach, których ominięcie jest praktycznie niemożliwe jeśli chcesz dojechać z jednego końca miasta na drugi. A informacji o możliwym objeździe po prostu nie ma.

Pagórki, lasy, krzywe opłotki, niekoszona trawa na trawnikach, balsamiczne powietrze za miastem i spalinowy smog w Miasteczku.

Hodowca, od którego mamy Tolę, obdarowujący nas darami eko ze swojej piwniczki i zapraszający w odwiedziny jak tylko będziemy mogli.

Bezinteresowna życzliwość pań w opiece społecznej, gdzie udałam się w poszukiwaniu opieki dla mamy.

Córki zgromadzone przy łóżku kobiety leżącej na sali z moją mamą. Córki myjące, zmieniające pościel, pampersa, córki karmiące.

Składowisko palet za płotem, na którym wisi ogłoszenie „TANIE NOCLEGI”

Sklepy, sklepiki, stragany, zakłady i zakładziki. Szyldy, banery, reklamy, ogłoszenia wszelkiej maści. Oraz nieśmiertelna „goła baba” reklamująca wszystko. Od wakacji w ciepłych krajach po usługi hydrauliczne.

To wszystko mówi mi:
Witamy w Polsce.

Można nie kochać cię i żyć, ale nie można owocować*

 

<img …

 

 

 

W dzień niebo się zaśmiewa,
a nocą się zagwieżdża,
gwiazdy w gniazda spadają.
Żal będzie stąd odjeżdżać.

Tu jestem…inna. Mniej narzekająca, mniej zgorzkniała. Widzę jaśniej i dalej.
Pierwsze chwile po przyjeździe jeszcze sączy się ze mnie strumień utyskiwań, czarnowidztwa i ogólnego niezadowolenia.
A potem…
Pagórki biorą mnie w objęcia. Wijąca się rzeka kołysze. Jezioro głaszcze. Lasy szepczą do ucha tkliwe słowa. Boćki klekoczą nad głową. Codziennie na nowo odkrywam jak piękny może być widok tak bardzo znajomy a co dzień inny. Ze snu, niepodziewanie, budzi mnie Konstanty Ildefons:
Rano słońce, rano pogoda,
idziemy do kąpieli.
Sama radość! Sama uroda!
Jak tu się nie weselić?
Opada ze mnie to, co nielubiane. Znów jestem pełna optymizmu. Opada ze mnie małostkowość, pogarda, chłód duszy. Mam chęć kochać.
.
Do snu kołysze Gałczyński:
Ze wszystkich kobiet świata najpiękniejsza jest noc
Może to ta kraina. Może ludzie. Może coś w powietrzu. Może wszystko razem.
Moje baterie są znowu pełne. Na jak długo wystarczą? Już wiem, że muszę energią gospodarować oszczędnie. I spróbować wziąć coś na zapas. Może zdjęcia? Może obraz samej siebie, tej tutaj? Może…wiarę? Że wciąż jestem  Kasia z Warmii, z Miasteczka, a nie taka jedna ze Szwecji.
Jeszcze tyle byłoby do pisania,
nie wystarczą tu żadne słowa:
o wiewiórkach, o bocianach,
o łąkach sfałdowanych jak suknia balowa,
o białych motylach jak listy latające,
o zieleniach śmiesznych pod świerkami,
o tych sztukach, które robi słońce,
gdy się zacznie bawić kolorami;
i gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie,
czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć
patrzy w las jak w śmieszny rysunek

i przeciera oślepłe oczy,
dzwonek leśny poznaje, ćmę płoszy
i na serce kładzie mech jak opatrunek.

*Wisława Szymborska
( A do tego Dire Straits „Why worry”. Z tymi wierszami, tą muzyką i tymi słowami obudziło mnie dziś rano słońce zaglądające w oczy.)

 

I cóż, że z Polski – ciąg dalszy

W Polsce …

W Polsce brakuje mi mobilności. Powinnam przywieźć tu sobie rower, wtedy mogłabym łatwiej przemieszczać się w poszukiwaniu miejsc.
Tylko ten przeraźliwy tłok na drogach. I ludzie jeżdżący jak szaleńcy. Ciężarówka mknąc przez wieś z prędkością daleką od 50km/h.
Auto z rodziną wjeżdżające na remontowaną drogę na czerwonym świetle i  jeszcze na tej drodze wyprzedzające innego szaleńca.
Motocyklista, nawiasem mówiąc prawie członek rodziny, siadający na motor po spożyciu albo przynajmniej na ciężkim kacu.
O tych, co się pchają na trzeciego, tych ścinających zakręty, oraz tych co mkną po dziurawej, krętej drodze na złamanie karku już nie wspominam, bo to szokuje już chyba tylko nas – przybyszy z krainy „gubbe* zatrzymuje się przed każdym skrzyżowaniem i kilka minut czeka na decyzje tego po drugiej stronie” .
Przeraził mnie jeszcze fotelik, w jakim wożona jest Zuzia. Jezus Maria! Czy jest w Pl możliwość wypożyczenia fotelika? Bo ten, którego używa Zuzi ojciec w PL to fotelik dostosowany bardziej dla małych dzieci. I to taki sprzed co najmniej lat 15. Niestabilny, przypinany do siedzenia pasem idącym poprzez siedzące dziecko! Już wiem dlaczego usłyszałam o wypadku w którym pas obciął dziecku głowę! W szmateksie widziałam podobny i już wiem skąd się wziął. To już naprawdę bezpieczniejszy byłby pierwszy lepszy z hipermarketu przemysłowego! One przynajmniej mają współczesne atesty i inny system mocowania!
Nasz, polecany i atestowany przez Volvo, nowy, kupiony specjalnie do transportu Zuzi,  został w Szwecji, bo przecież w drodze powrotnej zabieramy gości. Tak, drogi był, wzięty na raty. Nie, nie wahaliśmy się ani chwili, bo Zuzia to najdroższe co mamy.
Zastanawiam się skąd w ludziach to przekonanie, ta naiwna wiara „a, nic się nie stanie”. Przecież wypadki są tak codzienne na polskich drogach, ale każdy myśli, że jego to nie dotyczy. Będę jechał ostrożnie – myślą sobie. Nie myślą, że naprzeciwko mogą spotkać szaleńca, który też uważa, że jazda na przeciwległym pasie, z prędkością 140km/h to jazda ostrożna. Chyba wolę jednak sposób jazdy na „gubbe”.

Wczoraj deszcz.
Krążyłam po Miasteczku szukając fryzjera, który mnie przyjmie. Było chłodnawo, powietrze świeże, oczyszczone przez popadujący drobny deszczyk, który naraz zmienił się w ulewę. Krople waliły o ziemię tworząc bąble na kałużach. Ulice spływały potokami wody. Stałam pod jakimś daszkiem, obok wiaty pokrytej blachą falistą. Deszcz bębnił o drewniane okapy, o tę blachę, powietrze się rozpachniło. Mogłabym tak stać długo jeszcze, ale deszcz ustał. Weszłam do szmateksu, a gdy wyszłam po strumieniach wody ni śladu.
Dałam sobie spokój z fryzjerem. W pomieszczenia wdarła się wilgoć co w połączeniu z zatrzymaną temperaturą dni ostatnich robiło saunę parową. Niekomfortowa atmosfera do bliższych kontaktów fizycznych.
Jadę zaraz na wieś.
Mój kolega Antoni inauguruje dziś przydomowy basen. Będzie „Twisting by the pool”. Będą drinki w wisienką, zamiast parasolki. Bezalkoholowe. Antoni ma bowiem lat 7. Przy okazji muszę mu pokazać jak się pobiera załączniki z maila. Może jego rodzice będą w końcu mogli oglądać zdjęcia normalnie a nie przez maila. Zrezygnowałam z cywilizowania Wieśniaków.

Ach! I jeszcze coś!
Wieczorem, przy zachodzącym za lasem słońcu usiłowałam zrobić jakieś zdjęcia.
Koło mnie kręciła się dwójka dzieci na rowerach.
– Dżastin, poczekaj! – wołała dziewczynka.
– Przepraszam…a czemu pani robi zdjęcia? – odważył się wreszcie chłopiec. Dżastin. A może Dastin.
– Pani na pewno robi zdjęcia dla ładnych rzeczy – wyjaśniła dziewczynka.
– A pani mówi po polsku czy jeszcze w jakimś innym języku? Po szwedzku? A po niemiecku?
– A skąd pani jest? Ze Szwecji? A to nie wiem gdzie leży. Geografia? Nie wiem czy mam…Zaraz…To takie co się uczy o ziemi? A to coś mam takiego, ale my tylko o Niemcach się uczymy.
– Przepraszam, ja wiem, że dorosłych nie powinno się o to pytać, ale ile pani ma lat?
– A dlaczego pani robi zdjęcia. Nie, nie dlaczego. Dla czego?
– Tak jak powiedziałaś – odpowiedziałam i na to – Robię zdjęcia temu, co mi się podoba. Temu, co chciałabym zatrzymać. Temu co lubię. Zobacz, teraz jest lato, gorąco. Kiedy przyjdzie zima, będzie szaro, zimno i smutno. Wtedy otworzę album i będę znowu mogła popatrzeć na lato. Mogę ci zrobić zdjęcie? Dziękuję. Widzisz? Jak przyjdzie zima to i naszą rozmowę sobie przypomnę.
– Ale ja brzydko wychodzę na zdjęciach – zmartwiła się.
– Wcale nie, jesteś śliczna i na zdjęciu też, sama zobacz.

Czy ja mówiłam, że nie znoszę dzieci?  

 

*gubbe – szwedzkie słówko oznaczające staruszka, człowieczka, gostka. Można mówić „gammal gubbe” wtedy to jest staruszek, ale pieszczotliwie, dzieci w przedszkolu wołały gubbe na ludzika lego.



I cóż, że z Polski tym razem

29 lipca
Od …

29 lipca
Od prawie dwóch miesięcy w Miasteczku trwa upał i prawie nie padało. Wszystko jest żółte, drzewa wyglądają jak w połowie września.
Z nieba leje się żar.
W Olsztynie jest jeszcze gorzej.
Nie ma wielkiego jeziora na końcu ulicy, nie ma gdzie się schować. Wczoraj cały dzień na wsi, mały spęd towarzyski. Dom, nawet najlepiej chroniony, pozamykany, z dachem dająe wicym cień dookoła, z grubymi murami. Nawet w takim domu upał daje się we znaki. Kamienie na schodach…parzą. Noc też gorąca. I za krótka by choć trochę obniżyć temperaturę.
W Olsztynie spadł dziś deszcz. Wielkie krople padały z nieba i momentalnie wysychały. Zaraz za tablicą obwieszczającą koniec miasta deszcz ustał.

Byłam u ortopedy.
Zapomniałam płyty z RTG! Psia krew!
Lekarz postury niedźwiedzia. Mało przyjemny. Niekontaktowy. Pozwolił mi na dwa zdania wyjaśnienia co się stało. Ujął moją stopę i zaczął naciskać. Spojrzałam. Upał. Sandały. Stopa nie tchnęła świeżością. Miał zamknięte oczy.
– Tu boli?
– Tu ?
– A tu?
– Ałaaaaaaaaaaaaaa! – zawyłam. Wprawny palec trafił w miejsce, o którym dotąd nie wiedziałam, że mam i że może boleć.
– Acha. Podejrzewam, że tu było złamanie – TU to zewnętrzna krawędź stopy, mniej więcej w części środkowej.
– Gapa ze mnie, że zdjęcia nie wzięłam- pokajałam się – Ale opis mówił, że nie ma złamania.
Ugniatał mi dalej stopę.
– Gapa- zgodził się. – Jakbym ja czytał opisy to bym na chleb nie zarobił.
Sięgnął do szafki.
– But poproszę. Trzeba wyszpotawić to odciąży ten bolący odcinek.
Położył wkładkę.
– Pochodzić. Niewygodnie? Uwiera? Czuć dyskomfort?
– No. To tak ze 12 tygodni z taką wkładką. Drugą pani sobie włoży do innych butów. Rozliczy się pani w rejestracji. Do widzenia.
12 tygodni. Pomoże? Zobaczymy.
Przypomniała mi się scena z Wielkiej Majówki. Rewiński w roli kapitana statku pływającego po Wiśle, snującego opowieści wilka morskiego.
A potem inna scena. Rewiński:
– Wyspy Bahama…trójkąt bermudzki…Panie, ja w życiu w Szczecinie nie byłem.
Kurtyna.
Gorąco.
Głowa boli nieprzerwanie.

31 lipca

Wczoraj spotkanie z Zuzią po dwóch, nie, po trzech tygodniach niewidzenia się. Malutka rzuciła mi się w ramiona ze słowami
-Tęskniłam za tobą.
A potem roznosiła samochód szczęściem i gadaniem.
Potem oczywiście zwyczajowa próba sił. Więc trzeba było użyć tak zwanego autorytetu czyli leciutko huknąć.
Objazd Warmii przy okazji wizyty w Galinach.
Niebo ciężkie, burzowe. Słońce smagające ziemię jak batem. Pył. I wyschnięte na żółto wszystko wokół.
W Galinach wspięłam się na wysoki pagórek. Pagórkowata perspektywa.
Złota, pofalowana linia pola, wijąca się wokół piaszczysta droga a dalej soczysta zieleń i błękit jeziora. Poszłabym…
Widok tak piękny, że chwyta za serce. Warmiński. Jedyny.
Tylko ten upał.
Prawie nie wyjmuję aparatu. Nie mam siły. Niewiele widzę tych cudów, za którymi tęsknię w płaskiej, nieprzyjaznej Szwecji.
Głowa domaga się zmiłowania.
Chyba zacznę chodzić w kapeluszu na ulicy. Ludzie powiedzą, że rżnę damę, że mi zagranica w główce pomieszała. Już pewnie tak mówią, bo stałam się nieczuła na fałszywe, wymagane konwenansami uśmiechy i pogaduszki.

Spotkany na wsi Jacek jest człowiekiem, który ma bardzo duże znaczenie w środowiskach terapii uzależnień. Czy to jakiś znak?
Ale jego żona…Ach!
Ten spokój, ta łagodność. I uroda. Marysia Gładkowska żywcem zdjęta z ekranu. …Mogłabym się „zakochać”. Ciekawi mnie.
Dziś pochmurno. Popada?
Padało na wsi wczoraj. Spokojny deszcz trwał może z półgodziny. Prawie słyszałam jak umęczona ziemia drży z ulgi. Powietrze zrobiło się słodkie. Krwiopijcy wyszli na żer.
W Miasteczku znowu nie spadła ani kropla.

O co chodzi z tym internetem???
Kupiłam „gwizdek”. Kartę Orange, wykonałam zalecane operacje…0,5 GB zeżarło mi w 10minut. Następnego dnia doładowałam za 10zł. Miałam mieć 125 MB. Poszło w minut 8.
W obu wypadkach to samo: otworzyłam gmaila i facebooka. Wrzuciłam jedno zdjęcie o wielkości ok. 100kb. Nie rozumiem. 

 Zresetowałam komputer, bo może w tle coś ściąga albo wysyła?

PS.
Nowa karta, inny operator, działa.
Popadało i daje się oddychać. Pierwszy od dawna dzień bez tabletki na ból głowy.


Reisefieber na odwrót

Nie wiem w jakie …

Nie wiem w jakie słowa ubrać wrażenia. Jedno jest pewne: w większości  to słowa dobre…
Nie wiem czy mojego oglądu nie zakłóca schorzenie na które zapadłam jakiś czas temu. Schorzenie nosi nazwę „Sopliców choroba” ale choroba, choć czyni postępy tak całkiem różowo patrzeć nie daje. A czasem, chyba wolałabym.
Wolałabym na przykład poprzez różowe okulary widzieć sytuację ludzi starych w Polsce. Moja matka i teściowa są dla mnie przykładem, że ludzie starsi nie mają w Polsce lekko. Prawdą jest, że najbliżsi sąsiedzi robią co mogą, by im życie ułatwić w przeciwieństwie do osób pracujących w różnych instytucjach, których zadaniem jest właśnie pomoc takim ludziom.
Powala mnie samowola i bezprawie obecne na każdym kroku.
Od kilku lat nie mogę nadziwić się na przykład obecności hotelu w centrum Miasteczka. Miasteczko ma niską zabudowę a wyjątek stanowi usytuowana nad Łyną Bazylika Mniejsza, która góruje nad Miasteczkiem. Mała, przysadzista Baszta Bociania (niestety teraz już bez bocianów) znajduje się kawałek dalej nad tą samą rzeką. Pomiędzy nimi znajduje się kilka szachulcowych budynków starej fabryki cukierków oraz tzw. Białe Bloki, wybudowane w latach 50-tych w miejsce starego rynku. I naraz, spomiędzy tych budynków, wyrasta hotel Wiktoria (a może Victoria, nie pamiętam). Wielkie, zwaliste gmaszysko, co najmniej jednym piętrem górujące nad wszystkimi innymi budynkami, ni w pięć ni w dziewięć opatrzone spadzistym dachem z wykuszami. Od lat częściowo tylko wykończone, samo w sobie brzydkie jak koszmar architekta, w tym otoczeniu sprawia, że człowiekowi coś się robi jak nań patrzy. Kto? Kto? TO zatwierdził? Kto zezwolił na coś takiego i na zawsze oszpecił mi miasto? Na ogniu bym przypalała, albo jeszcze lepiej – skazałabym na dożywotnie mieszkanie w bloku naprzeciwko z widokiem na owe monstrum.
Nieco dalej, przy drodze nr51 oraz przy ulicy Emila Rzeszutka bogacze postawili kilka kamienic…
Plany w tym miejscu były takie, że powstanie zwarta zabudowa, stylizowana na stare kamieniczki. Ci, którzy wybudowali się pierwsi jakoś temu sprostali.  Kamieniczki mają styl, są powykańczane, z ładnymi elementami, ukwiecone i porządne. Te nowsze już tylko straszą. Z braku miejsca wszerz – poszły w górę, niektóre z nich od pierwszego piętra rosną wszerz, wiele z nich straszy szarym betonem na fasadach, pustymi, brudnymi oknami i bałaganem w około.
Koszmar!
Tego obrazka dopełnia zamurowany balkon w jednym z Białych Bloków  stojących tuż przy rondzie przy drodze 51.
Piszę o tych koszmarkach w kontekście samowoli i bezprawia, bo naprawdę nie wierzę, że ktokolwiek mógłby wydać zgodę na takie coś. No chyba, że był albo ślepy albo bardzo łasy na pieniądze…
O historiach jakich się nasłuchałam i w telewizji i od znajomych nawet nie będę wspominać. Są to historie które można opatrzyć tytułami „Pan na zagrodzie równy wojewodzie a biednemu zawsze wiatr w oczy” i są to historie prawdziwe.
No.
Reszta to już samo dobre. Drogi, remonty zabytków, obiekty użyteczności publicznej. Coraz ich więcej, coraz lepszych, coraz ładniejszych. Żebyście wiedzieli jak to cieszy!
Ale najpiękniejsza jest jak zawsze natura.
Przyszło mi do głowy, że tworząc Warmię Pan Bóg musiał być w najlepszej swojej formie. Chciałam wysiadać, przytulać każdy pagórek i co rusz wilgotniały mi oczy. Ach ta alergia, hehe…
Natura była mi łaskawa. Obdarowała mnie jednym, zamglonym porankiem, który wykorzystałam na maksa. Zdjęciami jakie zrobiłam, bawię się jak dziecko nową lalką <kliknij>.
Już dawno tak mi się nie trafiło.
No i byli jeszcze ludzie…Dużo ludzi, dużo spotkań, gadania, gadania, gadania. A i tak nie dałam rady spotkać się ze wszystkimi, z którymi bardzo chciałam. Tak to jest, jak 4 w dni chce się nadrobić kilka miesięcy nieobecności.
I jeszcze tylko historyjka o Zuzi, dla potomności.
Zuzia też była w Polsce, ze swoim tatą, który przygotowywał się do ślubu.
Odebraliśmy ją od cioci i kuzynek w jedno popołudnie. Maluch wkleił się najpierw we mnie, potem w dziadka.
Kinga, chrzestna matka i siostra cioteczna Zuzi zdawała relację, gdzie były, co robiły:
-…a u Chińczyka przyczepiła się do sandałków, jedne jedyne stały, jej rozmiar, ale nie mierzyłam, bo by mi wtedy nie dała wyjść bez nich, to pomyślałam, że mamę albo babcię tam poślę…
Pojechaliśmy do Strusiolandii. Jakie to wielkie ptaszyska! O matko!
Zuzia najpierw była zdystansowana do otoczenia, jak to ona. Ale zapałała gwałtowną miłością do białego konika.
– Ja teć pójdem. S Ustynkom. Na konik. I będę tak hopa-hopa na koniku. Bjałym. I będą „blawo Zuzia” „blawooo” i o tak – klaskała w rączki.
Zasnęła w samochodzie, z ciasteczkiem w rączce,  pełna wrażeń, szczęśliwa.
Nie budziliśmy, choć miała obiecane lody. Wysłałam męża na zakupy, bo mu się gazety jakieś marzyły a nie miał kiedy. Sama zostałam ze śpiącym dzieckiem na parkingu, w cieniu. Uchyliłam okno, wyjęłam telefon i bawiłam się gierkami. Mąż tę błogą chwilę „bycia nigdzie” zakłócał mi telefonami.
– A jaki Zuzia ma rozmiar buta?
– A jaki rozmiar ubrań?
Przyszedł, podsunął telefon pod nos, żebym wybrała które sandałki. No  bo skoro dziecko chciało różowe sandałki…
Wybrałam, pouczyłam na co ma patrzeć. Poszedł.
Wrócił z sandałkami i kiecką w łososiowe grochy, na sztywnej halce z bolerkiem w takim samym kolorze jak grochy.  Piękna kiecka, w sam raz na wesele taty.
Wreszcie dziecko się zbudziło. Rozbudziło. Natychmiast ze słowami
– Idziemy na lody? Lózowe lody!
Co było robić? Obiecane –dotrzymane.
Po lodach, już w samochodzie dziadziu cały szczęśliwy podał wnusi pudełko z butami.
– Zobacz jaki ci buty kupiłem…
Otworzyła…i mina jej zrzedła. Podkówka. Ojej…Dlaczego?! Przecież ładne – ciemnoróżowe, z serduszkiem i cekinami.
– Bo ja ciałam …te s Kingą…-głosik pełen rozczarowania.
– Ale ten sklep jest zamknięty. – tłumaczyliśmy w drodze powrotnej do Miasteczka.  Może zapomni, łudziliśmy się. Może zapomni zajmie się króliczkiem u Prababci Ani ( mamy dziadka). Akurat! Ledwie zeszliśmy po schodach.
– A buty?
– Ale zamknięte. Chcesz zobaczyć, że zamknięte?
– Tak. Ja sprawdzę! – odgrażała się.
Sprawdziła osobiście ciągnąc zamknięte drzwi. I dopiero wtedy się pogodziła.
Ale nowe sandałki kazała sobie założyć jeszcze w Olsztynie na parkingu.
Chińskie sandałki, nawet nie takie koszmarne, dziadek kupił w ostatniej chwili przed naszym odjazdem. Będzie się Zuzia cieszyć jak wróci z Polski.