Dzień dobry, nazywam się Tola i chyba będę tu często gościć.
Grzeczna Tola Tina
<img …
<img …
Dzień dobry, nazywam się Tola i chyba będę tu często gościć.
lecz latem moja …
lecz latem moja aktywność powinna przenieść się na godziny zdecydowanie nocne oraz wczesnoporanne. Tak od północy do południa…
Wybrałam się z Zuzią na plażę w piątek po południu. Było ciepło. Bardzo ciepło. A nawet bardzo bardzo ciepło. Mimo, że słońce schowane było za chmurami. Mimo bliskości wielkiej wody. Wody, do której zostałam wepchnięta przez wrednego bachora kochaną wnusię. Wody, w której w jednej sekundzie zamarzły mi nogi! Zatem mimo tej wody na plaży panował upał.
Ale przecież nie ma słońca, prawda? Nie praży, udar mi nie grozi, prawda? A gó…guzik! Po dwóch godzinach poczułam znajome symptomy. Narastający ból, mroczki i dreszcze.
Zarządziłam odwrót. Zuzię przekazałam dziadkowi pod opiekę „a róbcie co chcecie”.
Półgodzinne moczenie się w wannie z letnią wodą oraz dwa paracetamole później pozwoliły mi jako tako dotrwać do pory spania. Ale świeżutka jak skowronek to ja nie byłam, oj nie.
I w związku z tym muszę nieodwołanie stwierdzić, że plażowanie jest nie dla mnie. No chyba, że zimą. EM, ze względu na AZĘ, też może póki co zapomnieć o plaży. No i dobrze, bo moja sertralina też się ze słońcem nie kocha. Zatem wczoraj, gdy prognozy zapowiadały temperatury około 30stopni, obraliśmy kurs przeciwny niż wszystkie inne samochody, które zmierzały w kierunku naszego miasta oraz jeziora.
Pojechaliśmy do parku wodnego w Skovde.
Baseny były prawie puste. Żadnych kolejek do zjeżdżalni, żadnych tłumów w jakuzzi. Bosko. Co godzinę wychodziłam na chwilę na słońce. Tak na pięć minut maksymalnie. Oczywiście zabezpieczona kremem od Zuzi. Potem sobie wchodziłam do wody o cudownie łagodnej temperaturze i się schładzałam. Zdecydowanie to był bardzo dobry pomysł.
Zuzia zyskała przydomek poganiacz niewolników. Nie ma, że zmęczeni. Idziemy zjeżdżać zieloną zjeżdżalnią. Frajda, nie? Ale spróbujcie kilka razy z rzędu wejść na trzecie piętro…Dziś boli mnie wszystko.
Zuzia zasnęła w samochodzie.
A ja padłam przed 21. I spałam 11 godzin. Ale najpierw pootwierałam wszystko co możliwe w domu, żeby zrobić choć trochę przewiewu. Zaiste, ten kto projektował i wykonywał wentylację w tym mieszkaniu powinien się smażyć w piekle.
Mama jest po operacji, ale nie mam żadnego z nią kontaktu, więc nic więcej nie wiem. Durne przepisy nie pozwoliły pielęgniarce nawet na wykrztuszenie jednego, ogólnikowego zdania. Ochrona danych osobowych! Bo każdy się może podać za córkę przez telefon. Ciekawe na co komu informacja o stanie zdrowia biednej emerytki? To samo było jak Baśka chorowała. Ale żeby było śmieszniej, w rozmowie osobistej nikt mnie nie wylegitymował. A nawet gdyby…W dokumentach nie ma przecież żadnej wzmianki o rodzinie.
Co za głupota.
Tymczasem nastawiam się mentalnie na zmiany w moim życiu zawodowym. Wygląda na to, że po urlopie idę na swoje. A zamiast paniki, czuję przyjemne podekscytowanie. Podoba mi się perspektywa samodzielnego decydowania o czasie i ilości pracy. Chyba dorosłam do samodyscypliny w tej kwestii. Zobaczymy. Szef w każdym razie znowu w ustawicznie dobrym humorze, znowu mówi ze mną o swoich planach, znowu pyta mnie o zdanie.
Znaczy sprawa go gryzła i przestała. Współpracę ewidentnie chce kontynuować.
Mam trzech polskich klientów i …ech. Do jednego zwracam się per „ulubiony kliencie”. Ten ulubiony, bo ma porządek w dokumentach i płatnościach. Facet nigdy się nie uśmiecha! Nie żeby gbur, ale albo jest permanentnie smutny, albo nie ma poczucia humoru. (Zauważyłam, że dla mnie poczucie humoru jest ważne w kontaktach, oraz że często idzie w parze z inteligencją).
Drugi to…ściemniacz. Wesoły, skracający dystans. Jednego dnia wydzwaniał do mnie po południu. I domagał się odpowiedzi co robiłam przez dwie i pół godziny. Powiedziałam, że jestem w sklepie i pożegnałam. Zadzwonił za jakiś czas. Powiedziałam, że ponieważ na dziś skończyłam pracę, to mu nie mogę powiedzieć dokładnie co i kiedy robiłam, ale jutro z rana mu prześlę. Rozłączyłam się. Zadzwonił raz jeszcze o godzinie 19. Czy mogliśmy jednak o tym dziś porozmawiać.
– Nie, nie możemy – odpowiedziałam nie kryjąc irytacji- Jest godzina 19. Ja skończyłam pracę o 13. Jutro podam panu wszystkie informacje. Do widzenia.
No dobra. Klient ma zaległości w podatkach, poprzedniemu księgowemu też zalegał…Nie oszukujmy się – chleba z tej mąki raczej nie będzie. A ja nie jestem instytucją charytatywną. Mogę pomóc bezinteresownie, ale nie zawsze i nie każdemu rodakowi. No i muszę pamiętać o tym, że moja wiedza to moje źródło utrzymania.
Trzeciego spotkałam w piątek. Po pierwsze DZIECIAK! bez zastanowienia wypaliłam, że taki młody. Odrzekł, że nie taki młody i tylko tak wygląda. Potem zobaczyłam rok urodzenia. Nie taki młody??? W wieku mojej siostrzenicy! Och. Koniecznie chciał błyszczeć formą. Ile on wie i jakie ma doświadczenie. Notował wszystko co mówiłam, skrzętnie, jak na wykładzie w szkole. Patrzyłam na to uśmiechałam się w duchu.
Dlaczego większość ludzi,rodaków, których tu spotykam, notorycznie odgrywa jakieś role? Mało kto jest naprawdę sobą. Przynajmniej na początku. Wiadomo: każdy chce zrobić dobre wrażenie, ale dla każdego oznacza to co innego. My, Polacy, przyjmujemy wobec siebie najczęściej pozycję „nie dam się oszukać” a w tle za tym się czuje „ale chętnie skorzystam z twojej pomocy, tak, żeby nie musieć ci płacić”. Albo „jesteś rodakiem, więc musisz mi pomóc za darmo”.
Sorry, ale nie.
Któregoś razu zadzwoniła do mnie dziewczyna. Na wstępie zaznaczyła, że nie potrzebuje nikogo na stałe, ale potrzebuje pomocy przy załatwieniu formalności. I że zapłaci. Rozmawiałam z nią kilka razy. Podesłałam linki do stron gdzie może sobie zabukować czas na rozmowę po polsku. Udzieliłam kilku rad dotyczących takiego ogólnego funkcjonowania tutaj. Odmówiłam przyjęcia zapłaty, bo bez przesady. To co powiedziałam, mógłby jej powiedzieć każdy jeden rodak. Tak powiedziałam. Na co ona, że …Rodacy odpowiadają: ja sam się tego nauczyłem, nikt mi nie pomógł, to ty się też musisz sam nauczyć. Ulubiony klient mówi to samo.
Naprawdę? Co za naród, co za ludzie.
Poprosiłam dziewczynę, żeby wobec tego zamiast zapłaty dla mnie, pomogła kiedyś choćby jednemu rodakowi.
Życie na obczyźnie, zwłaszcza w początkach jest trudne. I bardzo często wiele zależy od tego czy spotkamy na swej drodze kogoś życzliwego. Czy naprawdę musimy się wobec siebie zachowywać jak wrogowie?
Inna rzecz, że zadziwiają mnie ludzi, którzy po roku czy dwóch mieszkania tutaj, potrafią powiedzieć niewiele więcej ponad „god morgon”. I tak jak Młody tłumaczą „ja nie chcę tu zostać na stałe”. Taaak. Ale póki co jesteś. Pracujesz tu. Musisz załatwiać różne sprawy. Nie mówiąc już o tym, że nawet jak wrócisz do kraju, to znajomość niszowego języka może być dla ciebie atutem. A oni traktują to jako niepotrzebny balast. Ale częste narzekają, że tubylcy są wobec nich mało przyjaźni, zamknięci. Ale jak rozmawiać z kimś, kto nie rozumie co się do niego mówi?
Mój szwedzki po prawie siedmiu latach nadal jest niedoskonały, czuję to. Staram się więc wciąż być otwarta na korygowanie błędów, naukę nowych słów czy zwrotów. I złoszczę się na męża, że jemu wystarcza mówienie w stylu „Kali kochać, Kali uciąć”. I zadaję pytanie: a co jeżeli zdarzy mi się jakiś wypadek i będziesz musiał wezwać pomoc natychmiast? Będziesz dzwonił wtedy do Misi? Magdy? Yankiego?
Do sprzątania dostałam nową koleżankę. Z Iraku. Bo moja Monika pojechała na urlop. Koleżanka…Następny temat morze.
Myślałam, że nie można już być gorszym w tej robocie niż mój syn, gdy przyszedł pierwszy raz. On wtedy chyba nie bardzo wiedział, który koniec mopa ma być na podłodze.
Moja koleżanka, na oko w moim wieku tyle to wiedziała. Po za tym właściwie można ją określić jednym słowem :TRAGEDIA.
Przepracowałyśmy razem już dwa tygodnie. I przysięgam. Jestem mistrzem cierpliwości! Za to, że jeszcze jej nie wyrzuciłam za drzwi sklepu to chyba do nieba pójdę.
Jest powolna. Okej. Ja też nie torpeda. Bardzo powolna. No dobra. Są różne temperamenty. Trudno. Tacy ludzie też muszą pracować. Z czasem nabierają rutyny i stają się lepsi w pracy.
Ten przypadek jest chyba beznadziejny.
Macha tym mopem, zostawia masę wody, jedno miejsce zajmuje jej co najmniej trzy razy tyle czasu co mnie. A ja potem przechodzę i widzę mokre ślady a koło nich kupki śmieci lub czarnych plam od rozlanego napoju. Specjalnie je zostawia? Najpierw poprawiałam, bo może nie zauważyła. Potem zaczęłam wołać i pokazywać palcem. Nawet leniwy Fabian robił więcej i dokładniej niż ona. Mało tego. Kończymy na sklepie, ja jak zawsze uchetana, bo muszę zrobić co najmniej dwie trzecie tego co powinna ona, a potem jeszcze odkurzyć dywany i objechać maszyną środki rzędów. Mówię do niej idź do ostatniego rzędu jeszcze, tam jest brudno, leżą śmieci. Na wszelki wypadek ręką pokazuję gdzie ma iść. A ta odwraca się i idzie…w przeciwnym kierunku! Na litość boską! Zsiadam z maszyny, wołam ją.
– No co?- pyta mnie zdziwiona.
Macham ręką.
-Tam. Ostatni rząd.
-Tak, tak – mówi ona i…idzie w drugą stronę. Łapię wózek. Patrzy na mnie zdziwiona.
-Chodź – mówię (jest 5 minut do siódmej). Idę przodem, dla pewności lekko pociągając wózek, który ona popycha. Wózek stawia opór, więc go puszczam. Po chwili odwracam się, żeby skontrolować czy idzie za mną. Co widzę? Koleżanka het, het, za mną z tyłu. Idzie…Nie, nie idzie. Nie wiem. Może jakby się czołgała to ruszałaby się szybciej. W sumie, wygląda to tak, jakby stała w miejscu i czekała, aż obrót ziemi ją przesunie. Tak, złośliwa jestem.
Wracam. Zabieram jej wózek. Popycham przed sobą, dla pewności pociągając koleżankę za koszulkę.
Po czym, gdy juz docieramy wreszcie do drzwi, do któych zmierzałam łapię mopa i przelatuję jak burza po rzędzie z jednej i drugiej strony podczas gdy ona pieczołowicie dopasowuje mopa-ścierkę do do mopa-narzędzie.
W oczach ma zdziwienie, że po co ja w ogóle ją tu wołam, jak tu nie ma co sprzątać. JUŻ nie ma.
Wciągam ją do naszego pokoju.
– Ile czasu czasu mieszkasz tutaj? – pytam
– Siedem lat.
To tyle co ja!
– Czy ty mnie rozumiesz jak do ciebie mówię? – zadaję kolejne pytanie.
– Tak!
– A mnie się wydaje, że nie.
Powoli, wyraźnie, stanowczo tłumaczę jej, że jak mówię, że ma iść tam i tam z mopem to ma tam iść. Bo ja wiem lepiej gdzie i kiedy bywa brudno.
Jak mnie nie rozumie ma pytać tak długo aż będzie pewna.
Kiwa głową. Powtarza te swoje „ja, ja”.
Nazajutrz, znowu na koniec. Mówię jej żeby poszła do ostatniego rzędu. Sama wracam i poprawiam po niej przy napojach (plama przy regale, rozdeptana wzdłuż niego, maszyna tak blisko nie podjedzie). Na środku głównego korytarza przyklejona guma. Przy cukrze czarne ślady – kurz i wilgoć + cukier. Poprawiam to. Wychodzę na ostatni rząd. Nie ma jej a śmieci leżą jak leżały. Zaglądam na zaplecze. Tam jej nie ma. Wózek stoi przy chlebie tak jak stał. Gdzie ona jest? Do licha???
Tam gdzie przed chwilą skończyła zostawiając niemal kałuże wody, mokrym mopem wyciera ślady, które zostawił widłak, stojący tuż obok. Wyciera, zostawiając kolejne kałuże, w które za chwilę znów wjedzie widłak. Nie zabiłam jej!
Powtórzyłam, że ma robić co jej mówię. Bo sama naprawdę nie dam rady sprzątnąć całego sklepu.
Znalazłam powód, żeby się cieszyć, że idę na urlop. Nich się Monika z nią męczy. Choć prawdę mówiąc myślę o tym, że mniej bym się zmęczyła gdybym robiła sama i miała podwójną ilość czasu.
Równo za dwa tygodnie…
Równo za dwa tygodnie wyruszam do Polski. Spotkam wreszcie mojego PSA. I na tym się skupiam. Bo jak zaczynam myśleć o innych rzeczach, dla których jadę, to mnie od wyjazdu odrzuca. Szpitale, lekarze, banki, smutni panowie …to to, co przewidywalne. Nieprzewidywalnych to już wolę nie wymyślać.
A wczoraj było u nas lato.
I byłam z moją śliczną córką na rajdzie po sklepach. Z tym, że my nie łazimy po sklepach ciuchowych, a po sklepach z wyposażeniem do domu. Jesteśmy jak dzieci z katalogiem klocków lego. To chcę. I to. O! To zamawiam. I tamto! Żeby spełnić wszystkie nasze zachcianki trzeba by mieć willę o powierzchni co najmniej trzystu metrowej oraz męża z co najmniej sześciocyfrowym saldem na koncie. Ale, nie, nie, my nie jesteśmy materialistkami. Po prostu lubimy ładne rzeczy.
Misia ma bardzo dobry gust, nie wiem skąd. (Możliwe, że to jedyne dobre, które odziedziczyła po ciotce, siostrze ojca.)
Jest zawsze ładnie ubrana, i zawsze jej wszystko do wszystkiego pasuje. Zuzia, kiedy z nią jest, też. Inna rzecz, że jak się ma rozmiar 34 w porywach do 36 oraz 25 lat to się we wszystkim wygląda ślicznie, nawet bez specjalnych zabiegów.
Mieszkanie mojej córki jest utrzymanie w bieli i czerni, ale wcale nie jest zimne. Jest pełne kobiecych elementów, przytulne, i miłe. Tylko Emil ostatnio błagał o pozwolenie posiadania choćby jednej kolorowej poduszki, choćby jednego kolorowego kubka. eM obiecał mu różową poduszkę, a ja kubek we wściekłych kolorach.
Z moim urządzaniem wnętrz jest tak, jak z moimi ubraniami.
Mam fazy, zauroczenia i właściwie najlepiej byłoby jakby mogła mieć kilka mieszkań i używać ich w zależności od nastroju. Bo raz podobają mi się wnętrza rustykalne. Wiecie – drewniane, proste meble, kwieciste falbaniaste zasłony, miękkie poduszki. Innym razem eleganckie, stylowe, z ciemnymi meblami, mosiężnymi lampami i portretami w ozdobnych ramach. A innym razem takie jak u Misi – białe, czarne, jednostajne, elegancie i proste…
Taaak…Z ubraniami tez tak mam. Uwielbiam kolory ziemi, zgrzebne lny, naturalne bawełny… Ale jednocześnie uwielbiam zwiewne szyfony, kwieciste, lekkie suknie, kapelusze słomkowe i lekkie, kobiece pantofelki. Lubię też zimne, służbowe garnitury. Oraz wszystko to co da się podpiąć pod styl casual lub sportowy…
I weź tu człowieku pogódź to wszystko.
W efekcie moja szafa z ubraniami pełna jest niejakich strojów, z których nie da się raczej skompletować ani nic wykwintnie eleganckiego ani szczególnie kobiecego. I tak od zawsze. W dodatku mam fazy na różne kolory, więc bywa i tak, że po otwarciu szafy nagle atakuje człowieka czerwień albo tak jak teraz: szarość i błękit. Jak mi się kolor znudzi to katastrofa. Bo nagle okazuje się, że nie mam nic albo prawie nic w co mogę się ubrać.
Jak to mówią? Że szafa to odzwierciedla stan naszego umysłu? No to nie u mnie. Bo w głowie od jakiegoś czasu mam porządek. Wiem co jest ważne, co najważniejsze a co nie ma znaczenia i ta optyka jest niezmienna już od wielu lat. Mam swoje zasady (to znaczy, brak żelaznych zasad)…I tak dalej, i tak dalej.
A teraz patrzę krytycznym okiem na MOJĄ sypialnię i myślę sobie, że ona jest właśnie taka w moim stylu. Pełna kontrastów, gdzie nic do niczego nie pasuje.
Złości mnie, bo chciałabym ją przerobić na coś ładniejszego. Myślę, że podobałby mi się styl biało szary z kolorowymi dodatkami, które można byłoby zmieniać w zależności od tego na co mam nastrój.
Za bielą przemawia fakt, że pokój jest długi, mroczny, bo z oknem umieszczonym w kącie, w dodatku wychodzącym na północ.
A tymczasem ściany są żółte, bo myślałam, że ocieplą to wnętrze, dwa łóżka na styl przedziału kolejowego (drugie konieczne, bo przecież Zuzia często u nas śpi). Na przeciwległej ścianie dwa brązowe regały z IKEA, pod oknem sosnowa komoda, którą pomalowałam na żółta i na którą już patrzeć nie mogę.
Problem z tym wszystkim jest taki, że muszę mieć miejsca na ubrania, bieliznę pościelową i inne takie szmaty konieczne w każdym domu…
Właśnie wpadło mi do głowy, że może ktoś z was potrafiłby mi doradzić jakąś dobrą aranżację tego pokoju?
Pokój mniej więcej wygląda tak:

Dobra.
A teraz czas do pralni.
Kocio niedomaga, zasikał mi drugie łóżko, więc muszę wyprać wszystko, łącznie z materacem.
Ale jest taki biedny, że nie mam siły się złościć.
Kupiłam sobie …
Kupiłam sobie witaminy dla wegetarian, łykam i jakoś mnie fizycznie wzmocniło.
Ale psyche mi siada.
Za dużo tego wszystkiego.
Jakieś dwa czy trzy tygodnie przeżyłam bez słodyczy. I bez pojadania. Nie żeby jakaś dieta. Po prostu samo tak…
Zimą, w którymś momencie miałam tak, że paski musiałam zapinać na dalsze dziurki. Spadło jakieś 2,3 kilo. A potem włączyło się ssanie. Nim się zreflektowałam, już nie tylko wróciłam do starej dziurki ale też przeskoczyłam o jedną w przód.
Więc mozolnie, dzień po dniu zmaganie się z łaknieniem na słodycze, odwracanie uwagi, by wreszcie po tygodniu przestać czuć to ustawiczne ssanie. Spodnie znów zaczęły być luźniejsze.
Aż tu bach!
Najpierw mama w stanie poważnym trafiła do szpitala. Ból głowy, splątanie, brak kontaktu, w zasadzie bez siły na samodzielne poruszanie się.
Tomograf wykazał guz, który lekarz opisał jako przerzutowy.
Po serii badań, pierwotnego źródła nie znaleziono. Teraz czekamy na konsultację z neurologiem i prawdopodobnie operację.
Dzięki lekom przeciw obrzękowym stan mamy poprawił się diametralnie.
Potem szef chodził kwaśny, co u niego niezwykłe.
Wreszcie wyszło szydło z worka.
Bo on miał inne wyobrażenia. To miało inaczej wyglądać. I czy możemy przedłużyć umowę o jeszcze miesiąc. Bo on musi sobie przemyśleć, poukładać, zastanowić się. A może bym wystartowała z własną firmą? On by mi pomógł…
Chyba nie miałabym nic przeciwko temu zwłaszcza, że zachowałabym tych klientów, których teraz robię.
No i eM nadal chory. Remicade nie działa, dwa tygodnie temu znów wylądował w szpitalu. Dostał nowy lek Entyvio. Dwa tygodnie po pierwszej miała być druga dawka. Niestety w niedzielę eM zwinięty w kłębek na dywanie kaszlał tak, że się bałam, że się udusi. W poniedziałek z rana zadzwoniłam do naszych dziewczyn z IBD. Kazały mu przyjść i się nim zajęły. Porobiły badania, rentgen płuc. Nie jest źle. To TYLKO zapalenie oskrzeli. Bałam się, że powtórka z zeszłorocznej rozrywki czyli zapalenie płuc.
Bo któregoś dnia Zuzia przyszła lekko zakatarzona.
Dwa dni później rozłożyłam się ja. A ledwie wydobrzałam dopadło eMa.
Już wiem, że teraz niestety musimy Zuzię trzymać z daleka gdy ma choćby cień infekcji.
To, że zarysowałam sąsiadowi samochód to już naprawdę małe piwo.
Wczoraj zaniosłam dwóch klientów do zrobienia bilansu.
Miałam problem z zaśnięciem. Dziś ból głowy. Rozdrażnienie. I nieodparte ssanie.
Wreszcie dotarło do mnie.
Boję się.
Niby mi głowy nikt nie urwie, prawda? Ale to nie jest przyjemna sytuacja gdy szef mówi z wyrzutem „ale tam było dużo do poprawienia”. Przecież mu mówiłam, że nie mam dostatecznej znajomości przepisów szwedzkich żeby robić wszystko całkiem sama. A zapytać nie mam kogo. W internecie mogę znaleźć tylko odpowiedzi na pytania proste. Pomna obietnic wyskoczyłam z propozycją zakupu kursu…I temat umarł.
Więc owszem. On być może inaczej to sobie wyobrażał, ale obiecywał pomoc, konsultacje, kursy. A z drugiej strony – dostałam szansę, kiedy nikt inny mi jej dać nie chciał. Więc z jednej strony wdzięczność. A z drugiej -rozczarowanie.
Więc się stresuję.
I czuję jak ten stres mnie zalewa. Obezwładnia. Odbiera chęć do wszystkiego. Przytłacza.
A presja jest ogromna. Bo muszę pracować. eM ostatnio pracuje w trybie 50/50 czyli połowa miesiąca w pracy, połowa na zwolnieniu. To daje po kieszeni. A w perspektywie mam być może finansowanie leczenia matki, bo leki kosztują. Że nie wspomnę o innych kłopotach związanych z matką.
I musiałam zmienić plany urlopowe. Znów prawie dwa tygodnie urlopu spędzę sposób jakiego nigdy dobrowolnie bym nie wybrała. W mieście, pałętając się w ciasnym mieszkaniu, lub tułając u koleżanek, bez oddechu dla samej siebie, bez celebrowania wolnego tak jak lubię, po mojemu.
Żeby oszczędzić na biletach przesunęłam urlop, żeby jechać z eM. Chciałam zabukować bilet powrotny mniej więcej po 6-7 dniach. I usłyszałam, że myślę tylko o sobie.
Nawet mi się dyskutować nie chce. Ale przykro.
I tak to.
Więc jedyne czego się uczepiłam, żeby całkiem nie stracić chęci do życia to pies, psica. Zaklepana, czeka w Polsce, dostała przezwisko Szwedka. Za dwa tygodnie się spotkamy…
<img …



Zaczęło się …
Zaczęło się niewinnie.
Postanowiłam zmusić się do spacerów. Bo od jakiegoś czasu moja aktywność, poza pracą sprzątaczki, ogranicza się do spacerów pomiędzy sypialnią, kuchnią i łazienką.
Albo-albo.
Albo sertralina nie działa tak jak powinna. Albo się zwyczajnie rozleniwiłam na amen. Tak czy siak uznałam, że trzeba się zmusić, ruszyć tyłek.
Ruszyłam, a jakże.
W sobotni wieczór, tydzień temu, powędrowałam z aparatem na wieczorne zdjęcia. Ciepło było, choć wiało. Bardzo wiało. Następnego dnia też wiało, ale już nie tak ciepło. No i tadam! Wieczorem poczułam, że nos mam zatkany…Oszczędzę dalszych szczegółów. Kto wie czym jest zapalenie zatok ten nie potrzebuje opisów. Kto nie wie – niech wie, że jest szczęściarzem.
A tydzień obfitował w obowiązki.
W poniedziałek przyjechał jeden klient. Taki, co przez ostatnie trzy miesiące się nie pojawiał. Wreszcie zdecydował się, pewnie dlatego, że 15 czerwca musi złożyć deklarację. Przywiózł mi tonę papierów, ale nic albo prawie nic z tego co naprawdę potrzebowałam.
Tego samego dnia objawił się drugi klient. On też znikł na kilka miesięcy. I też termin deklaracji ma na 15.
eM w tym samym czasie znowu kolędował pomiędzy domem a szpitalem. Badania, zastrzyki, nowe leki. Rozmowy z lekarzami.
We środę córka mojej Reginy, Iza, kończyła szkołę średnią. Tutaj ukończenie szkoły świętuje się hucznie na całe miasto. Studenci świętują mnie więcej tak:
Najpierw rodziny i przyjaciele królika zbierają się pod szkołą. Młodzież, podzielona na klasy, wybiega ze szkoły, chwilę stoją na scenie, a potem idą do swoich rodzin. Rodziny odnajdują dzięki tablicom ze swoimi zdjęciem z dzieciństwa. Goście zaproszeni przez rodziców wieszają na absolwencie różne rzeczy. To mogą być małe maskotki ale i rzeczy duże. Pontony lub wielkie dmuchane koła. Dmuchana laka z sexshopu. Wszystko co tylko człowiekowi wpadnie do głowy. Nie wiem dlaczego, ale taka jest tradycja.
Potem jest uroczysty przemarsz przez miasto.

Pochód kończy się w parku. Tam młodzież oddaje wszystkie zabawki i znowu klasami wsiada na wynajęte traktory z przyczepami. Pojazdy są udekorowane oraz wyposażone w sprzęt nagłaśniający. Tymi traktorami jeżdżą potem całą noc. Piją, tańczą, odwiedzają domy swoich kolegów, coś tam jedzą i znowu wożą się na traktorach.

Dla nich zabawa zapewne przednia.
Dla mieszkańców miasta – już trochę mniej. Ale „Studenten” jest równie świętą tradycją jak picie kawy. Szwed nie jest typem rewolucjonisty, ale brak kawy lub zakaz urządzania Studenten mógłby Szweda skłonić do działań radykalnych.
Tak więc Iza woziła się po mieście,a zaproszeni gości poszli do wynajętej sali na jedzenie i picie.
Było ciekawie, bo się w jednym miejscu zgromadziła brać słowiańsko-komunistyczna. Polskojęzyczni Wilniucy, Estonka, Ukrainka, Szwed, Polka, Litwin…Rosyjski, polski, szwedzki, litewski, ukraiński mieszały się za sobą. Wieża Babel, którą jak bardzo lubię. Takie chwile, kiedy mimo braku wspólnego języka, można ciekawie pogadać.
No i gadałam, gadałam, gadałam…
O 21 poczułam, że jeśli powiem choćby jeszcze jedno słowo, to w gardle eksploduje mi kaktus.
Na ranem obudził mnie ból głowy. Normalnie mogłabym uznać, że mam kaca, ale wypiłam tylko pół kieliszka czerwonego wina.
A tu w biurze roboty huk. Bo w piątek trzeba wysłać deklaracje vat. I oddać tych dwóch ociągalskich do zamknięcia.
Lennart cały ulatany bo dorosła córka trafiła do szpitala a syn miał zakończenie roku szkolnego.
A ja prócz atrakcji w postaci braku głosu walczyłam w temperaturą. Dodatkowo usiłowałam dzwonić do Polski, bo mama w szpitalu w stanie poważnym.
Tu będzie dygresja na temat różnicy pomiędzy Szwecją a Polską.
Wiadomość o chorobie mamy dostałam w miniony weekend.
I takie w związku z tym prowadziłam rozmowy z moimi szefami.
Najpierw z Lennartem:
– Musimy porozmawiać o moim urlopie. Moja mama jest w szpitalu i…
– Kiedy chcesz chcesz jechać?
Potem z Andreasem, nowym szefem od sprzątania
– Słuchaj, wiem, że planowałam urlop w tygodniach 30-31, ale moja mama jest bardzo chora. Czy mógłbyś znaleźć kogoś, kto w razie czego zastąpi mnie natychmiast?
– Nie martw się, rozwiążę to, tylko daj znać dzień wcześniej jeśli będziesz mogła.
W tej samej chwili przypomina się mi się moja koleżanka, której młodszy brat leżał umierający w szpitalu. Poprosiła o wolne by móc się z nim pożegnać i usłyszała „że to nie jest dobry moment”.
Prócz tego wszystkiego najpierw szukałam a potem negocjowałam zakup szczeniaka jednej z najbardziej łagodnych, choć dużych ras. Bo eM obiecał mi psa. Najpierw miało być jakieś psie nieszczęście ze schroniska. Ale potem przyszło mi do głowy, że kombinacja skrzywdzonego przez los i złych ludzi psa z dzieckiem oraz starym kotem może być nieco problematyczna. Szukałam szczeniąt, urodzonych najpóźniej w pierwszym tygodniu kwietnia. Bo piesek musi być zaszczepiony od wścieklizny co najmniej trzy tygodnie przed przekroczeniem granicy szwedzkiej.
I kiedy tak szukałam, zobaczyłam ogłoszenie o goldenach z okolic Miasteczka. Niestety nim się zdecydowałam pieski zostały zarezerwowane. Potem było jeszcze kilka innych ogłoszeń. W tym z fabryki szczeniąt, gdzie pani zażyczyła sobie prawie po tysiąc złotych za każdy miesiąc opieki nad szczeniakiem nim ten dorośnie do wyjazdu. Wreszcie trafiłam na ogłoszenie o berneńczykach, ale pan powiedział, że sunia jest już zaklepana, jest piesek. Ale my chcemy sunię. Ale właściwie…czemu nie piesek, może być piesek. Zadzwoniłam nazajutrz i okazało się, że jednak ta sunia jest do wzięcia, bo pani która ją chciała nie daje znaku życia.
Przy okazji poszukiwania szczenięcia dokształciłam się w temacie rodowodów.
Dziś mieliśmy z eM jechać do Sztokholmu po Yankiego, ale wczoraj rozłożyło mnie na amen, tak, że nie byłam nawet w stanie zadzwonić do Andreasa, że nie dam rady pracować.
Najadłam się paracetamolu, ibuprofenu oraz różnych innych takich, więc nie czuję już ani bólu głowy, ani gardła, ale w ustach mam smak starego buta, w uszach szumi, przy każdym ruchu oblewa mnie pot. A za oknem niebo zasnuwa się biela, chyba popada. Mimo to chyba się zwlokę z łoża boleści i pójdę połazikować choć trochę bo mi się marzy powiew świeżego powietrza.
eM w drodze do Sztokholmu. Będą wieczorem w domu.
Szwecja zaczęła wakacje.
To jest tak: mam masę…
To jest tak: mam masę do zrobienia, lecz to wszystko jest zależne od czterech klientów. A klienci mają to w..głębokim poważaniu.
Szef pojechał daleko. A ja siedzę, trwoniąc czas i pieniądze szefa.
Chyba jutro sobie z nim utnę pogawędke, że to bez sensu. Najpierw kręcę się w kółko bez sensu kopiąc w papierach, a potem siedzę po godzinach. Więc może lepiej żebym wzięła wolny dzień a jak klient się zjawi to popracowała więcej.
A ciągnie mnie do domu, bo wymysliłam sobie nową zabawkę.
Robię album fotograficzny. Kupuję specjalne, czarne kartki na których mocuję zdjęcia. Potem opisuję zdjęcia datą, miejscem, imionami osób, okazją…Do tego ozdabiam ukradzionymi Zuzi naklejkami. Zaczęłam od ostatnich zdjęć Zuzi i z Zuzią, ale chciałabym wszystki fotografie jakie mamy ułozyć chronologicznie w takich ładnych albumach z opisami. Póki pamietam…Wczoraj wpadłam na pomysł, że wyciągnę z blogów, albo z własnej głowy wszelkie rodzinne anegdoty, wydrukuję i powpinam w odpowiednich okresach. Zamiast martwego albumu zrobię coś w rodzaju kroniki.
I jeszcze na czarne, smutne segregatorowe okładki nakleje materiał albo uszyję okładkę…
Za oknem wiatr wieje jak szalony. Otwarte, niebieskie, stare markizy łopoczą i tylko czekam kiedy moje Akwarium odfrunie na skrzydłach.
Horyzont jest szary, jezioro zlewa się w oddali z niebiem, Kinnekulle schowane za chmurami.
I znowy pada…
Wczoraj świętowaliśmy z Zuzią Dzień Dziecka. Poszłam po nią przedszkola, do jej grupy motylki.
Motyl to po szwedzku fjäril.Zuzia w szatni oświadczyła mi:
-Babciu, a Fledlik powiedział, że ja jestem „veckans fjäril”
-A co robi taki motylek tygodnia?
-Duka. Z fröken. I puka do drzwi, czy możemy wejść/
-Ale gdzie wejść?
-Do köket.
– Aaaaa, nakrywasz stół z panią apotem idziecie do kuchni po jedzenie, tak? – przetłumaczyłam.
Heh. Będzie weoło jak dzieciak pojedzie do Polski i zacznie opowiadać takie rzeczy.
Wyszłyśmy.
-Pocekaj! Musę Fledlika potulić! -rzuciła mi biegnąc ile sił w nogach do Pana.
Pan oczywiście złapał na ręce, przytulił, dał buziaka.
Bo Anjelika jest kochana. I inne panie też. Ale Fredrik jest najkochańszy. Dzień w przedszkolu bez Fredrika się po prostu nie liczy.
I dlatego dzieciaki tak lubią być w przedszkolu. Starsze robią rodzicom awantury, albo się chowaja, żeby nie iść jeszcze do domu.
A my za tydzień idziemy na przyjęcie z okazji zakończenia szkoły średniej tzw studenten do Reginy córki, Izy.
I synek wraca do domu w przyszły weekend…
Lato idzie…
Pierwsza ja, za…
Pierwsza ja, za mna Baska, za nia kuzynka Ania. Na pogrzebie babci-prabaci Katarzyny. Sierpien 1974. Mialam wtedy 9 lat.
W sumie to ja lubię …
W sumie to ja lubię deszcz. Miękkie światło, srebrzystą szarość, taką dziwną ciszę o poranku, lub stłumione dźwięki w środku dnia. Lubię przytulność świata spowitego deszczem.
Tak samo jak lubię gwar miasta, jego odgłosy: krzyki dzieci na podwórku, szum samochodów, kroki sąsiadów na schodach.
Lubię to jednak nie znaczy, że chcę tego zawsze! Codziennie przez 365 dni w roku! Przecież nawet ulubionego jedzenia typu słątka czy tort nie da się jeść na okrągło (no chyba, żeby pizzę).
Ech.
Naprawdę, miło byłoby gdyby dla odmiany choć ze dwa dni było słonecznie, bez północnego wiatru urywającego głowę, ciepło.
Ale nie-e. Pogoda jest stabilna można rzec. Stabilnie leje, pada, siąpi…
To mi ciur ciur ciur
to mi kap kap kap
to mi wesolutko z deszczykiem moim jest
śpiewała Ewa Bem.
Wesolutko… o tak : o k…ja pie…!@$%
Dlaczego Szwedzi w tym roku nabawią się płaskich czół i skośnych oczu?
Bo co rano przecierają oczy i myślą „ciekawe jaka dziś pogoda”.
Wyglądają przez okno, z przyklaskiem łapią się za czoło : „O k…! I znowu deszcz”
Zrobiłam sobie dziś wagary od sprzątania.
Ostatnie dwa miesiące…Nawet nie wiem co się działo. Miałam niemoc do pisania, niemoc do wszystkiego. Zmęczenie po prostu zwalało mnie z nóg. Plus ból głowy, codzienny jak deszcz. Plus zamartwianie się o eM. Choroba nadal trzyma w swoich szponach i chyba nie zamierza mu odpuścić dobrowolnie, mimo bardzo, ale to bardzo agresywnej terapii. Szfak!
Boję się jego wyjazdu na urlop do PL. Wolałabym, żeby jednak, jeśli taki stan się będzie utrzymywał, nie jechał. Tylko, że on ma argument: do matki muszę. Taaak…Teściowa jest chora, to prawda, od kilku lat słyszę ten sam argument: nie wiem ile jeszcze pożyje, może to ostatnie lato. Równie dobrze może ich być jeszcze i 20, prawda?
Bezdusznie? Może. Ale bliższa koszula ciału. Teściowa to teściowa. Ci co znają mnie dłużej wiedzą, że nasze relacje w przeszłości nie dawały się opisać nawet słowem poprawne. Teraz są poprawne.
A mąż to mąż. Najlepszy wróg to swój własny, mawiał mój ojciec.
Ech zapędziłam się nie tam gdzie chciałam.
Zuzia nam rośnie. Och jaka jest słodka i kochana!
Ostatnio rzuciłam przy niej „chyba bym umarła”. Zuzia natychmiast przytuliła się do mnie z całych sił „Babciu, nie umielaj!” Skąd taki szkrab wie co to znaczy umrzeć?
Innym razem narzekałam na bolące ramię ( gra fejsbukowa zbiera żniwo). Bolało i bolało. Zuzia chciała się bawić lalkami, ja co chwilę bezwiednie pocierałam bolące ramię sycząc przy tym.
– Pokaś – Podeszła do mnie, odciągnęła mi koszulkę.
– Dzie boli? Tu?
– Nic nie ma. Tsieba ploster.*
*( Po szwedzku tak brzmi plaster, który jak wiadomo leczy natychmiast każdy ból)
Przyniosła plaster, umiejętnie go rozpakowała i nakleiła.
Jakiś czas później znów potarłam ramię.
– Pokaś… Jesce tsieba pocekać.
Ech. Mówią, że pocałunek matki ma magiczną moc: leczy każdy ból. Powiedziałabym, że Zuziny też.
Fajną mam rodzinę, wiecie?
Dzieci mi tak fajnie urosły i dorośleją z każdym dniem.
Misia mnie ostatnio zaskoczyła.
– Jak można nie skończyć szkoły średniej?! – opowiadała o swoich przyjaciołach- Ja zostałam sama i do głowy mi nie przyszło, żeby przestać chodzić do szkoły!
Widzę, naprawdę widzę, że zaszczepiłam dzieciom choć jedną cechę: szacunek dla wiedzy i wykształcenia! Potrzebę zdobycia zawodu, który da chleb. Synek jeszcze aż tak trzeźwo nie podchodzi, ale Misia już ma opracowany plan na przyszłość. Podąży za marzeniem, ale najpierw zbuduje sobie bazę, która jej da utrzymanie póki marzenie się nie zrealizuje.
Fajnie patrzeć i widzieć, że dzieci wyrastają na fajnych dorosłych. Dorosłych radzących sobie w życiu, dorosłych, którzy mają świadomość, że praca i wykształcenie to jedyna droga do zapewnienia sobie bytu. Dorosłych, którzy mimo, że mają swoje różne zachcianki nie to nie są wyrachowanymi materialistami, dla których liczy się tylko kasa.
Wciąż powtarzam sobie, że życie jest długie, że jeszcze nie raz narobią głupot, sprawią, że będę się palić ze wstydu i wątpić w siebie, ale ostatnio jestem jestem z nich taka dumna, że nie mogę się powstrzymać by o tym nie mówić.
Dziś szwedzki Dzień Matki. Chyba mogę sobie dziś pozwolić..?
W dodatku oboje są tacy piękni! Misia, choć ma tatuaże, to maleńkie i w mało widocznych miejscach (na szczęście). Ubiera się prosto, elegancko, z klasą. Nie wiem po kim to ma, bo na bank nie po mnie, ale zawsze wygląda jak żurnala. Jest nieco niższa ode mnie, więc wśród Szwedów jest raczej niska, niż średniego wzrostu. Bardzo szczupła, z wielkimi błękitnymi oczami (po tatusiu) i jasnymi, bardzo gęstymi włosami. Nie pali, pije…od czasu do czasu, więc cerę ma piękną.
No i jest pracowita. Doskonale włada trzema językami. Prawdziwe dziecko zjednoczonej Europy.
Pracowita, miła, wrażliwa, ładna. Przy tym dość twarda, stanowcza i zdecydowana.
Taka mogła być Baśka gdyby dała sobie szansę, albo gdyby los jej dał.
Synek jest wysokim chudzielcem. On też ma niebieski oczy po ojcu, ale włosy ciemniejsze niż Misia. Nie ma ani tatuaży, ani żadnych kolczyków ( rzadkość wśród młodzieży w Szwecji). Ubrania nosi klasyczne, żadnych tam portek wiszących w kroku. Podobno jest przystojnym facetem. Inteligentny, sarkastyczny, z poczuciem humoru. Z pracowitością u niego różnie…Nie przywiązuje wagi do pieniędzy. Jak ma to potrafi siostrze kupić drogą bransoletkę pod choinkę, jak nie ma – to nie robi dramatu.
Nie pali, pije sporadycznie, rzekłabym rzadziej niż przeciętny młody Polak czy Szwed. A dla mnie to ważne.
On jeszcze nie do końca wie co chciałby robić w życiu. Na razie zajmuje się tym czeskim. Znajdzie swoją drogę, wierzę w to. A że po drodze zbierze trochę batów? Każdy z nas musi swoje oberwać, nim się nauczy życia.
Z okazji Dni Matki, życzę wszystkim takich dzieci jak moje.
Tydzień zakończony, …
Tydzień zakończony, ucinasz sobie wreszcie wymarzoną popołudniową drzemkę, z planem przeciągnięcia jej na noc.
Przychodzi, wkłada nos do ucha, mówi MIAU rozdzierającym tonem.
Wstajesz, idziesz do kuchni, czekasz kilka minut, wracasz do sypialni…I widzisz kota siedzącego na łóżku. Nie poleciał za tobą do miski?! To znaczy, że co?
„Mamoooo, wyspałaś się już? Bo mi się nudziiiii”