Wywrotowe myśli

Ksiądz na mszy …

Ksiądz na mszy powiedział, że moja matka całe życie pracowała dla chwały bożej.
Sarknęłam pod nosem „wyłącznie dla chwały bożej”, bo choć pracowała od 17 do 70roku życia to nie specjalnie opływała w dostatki…

Muszę postawić nowy nagrobek. „Pomnik” mówią u nas.
Przyszło mi do głowy by na płycie wyryć cytat z piosenki Jacka Kaczmarskiego „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”

„Pożyjemy i pomrzemy, nie usłyszy o nas świat
a po śmierci wypijemy za przeżyte w dobrej wierze parę lat”.

Bo tekst z Gałczyńskiego

„Zapachniały zefiry
brzękły potrójne liry
pierzchnęła tłuszcza
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach”

aczkolwiek wzbudziłby aprobatę oraz złośliwą uciechę u mojej maci, wydaje mi się jednak nieco zbyt dosłowny.

Bo ja to bym chciała by mi dziecko wyryło „Co się gapisz? Też wolałabym leżeć na plaży” ale poprawność polityczna, psia mać…

Powrót do codzienności

Tak sobie myślę, że w…

Tak sobie myślę, że w ważnych chwilach jak śmierć bliskich człowiek powinien mieć prawo do własnych zachowań, powinien mieć całkowitą dowolność decydowania o tym jak i z kim chce tę chwilę przechodzić. A tu jakieś konwenanse, jakieś wymagane zwyczajami naginanie się do oczekiwań, przełamywanie się i postępowanie wbrew własnym uczuciom, w jednej z najważniejszych chwil w życiu…
Mnie ogarniała furia na myśl, że będę musiała stawić czoła nielubianym członkom rodziny, skutecznie unikanym przez ostatnich trzydzieści lat. Pocieszała mnie myśl, że przynajmniej dzięki jasnym wytycznym otrzymanymi od mamy już dawno temu, uniknęłam szopki „ostatnie pożegnanie” nad otwartą trumną.
(- To jest Basia?!! – rozdzierająco rozdarła się podobno jedna z kuzynek nad trumną mojej siostry. Inna uznała, że warto upamiętnić moją siostrę w tej doniosłej chwili za pomocą aparatu fotograficznego).
O nie, nie, nie dałam nikomu okazji do takich występów.
Rozesłałam rodzinne wici o stanie mamy, kto chciał, był w domu lub w Hospicjum żeby się pożegnać. POTEM byłam tylko ja. I eM na bardzo krótko. Oraz pracownicy zakładu pogrzebowego. Trochę było zaskoczeń, ale wszelkie wyrazy niezadowolenia stłumiłam krótkim „mama tak chciała”.
Urna była drewniana w myśl słów „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Obok urny zdjęcie dwudziestoletniej mamy- przygotowane przez nią samą kilka lat temu.
Nielubiane kuzynki sobie odpuściły i się nie pofatygowały.
Jeszcze tylko uchylić się od ramion miejscowej przygłupiej, która rzuciła się na mnie z wyrazami współczucia. I już.
Na cmentarzu i potem na obiedzie była nas już tylko garstka.
Naprawdę wyłącznie najbliżsi mi członkowie rodziny.
Ciocia Wanda, kuzynka Ania z mężem i jej rodzice, siostrzenica z ojcem, mężem i synem, kuzynka Mirka.

Kuzynka Mirka…
To jest temat na anegdotę, chcecie?
Kuzynka Mirka jest bratanicą mamy. I jest mocno do niej podobna.
Opowieść mojej siostrzenicy:
-Przyjechałam do babci w niedzielę, siedzę, trzymam ją za rękę…Nagle drzwi się otwierają, patrzę…Babcia stoi w drzwiach. Ale jak to stoi? Przecież tu leży, trzymam ją za rękę. Ona (Mirka) chyba zobaczyła, że się wystraszyłam.

Na parkingu, po stypie, spotkaliśmy Jarka z ojcem. Jarek to nasz stary kumpel. Natomiast jego ojciec to stary kumpel mojego ojca i dobry znajomy mojej mamy z lat młodości. Pogadaliśmy chwilę.
Wczoraj spotkałam Jarka w mieście, zamieniliśmy kilka słów, coś wspomniałam o mamie…
Jarek zrobił głupią minę. I naraz
– Czekaj…To TWOJA mama zmarła?
– No tak!
– I to o niej eM mówił, że ma pogrzeb teściowej?…To KTO tam był koło ciebie?!
– ???
– No przecież widziałem twoją mamę obok ciebie na tym parkingu! I jeszcze się z ojcem zastanawialiśmy, że jaką eM teściową chował, skoro ją przecież widzieliśmy obaj.
Wyjaśniłam.
Muszę pomyśleć jakich moja matka miała wrogów i im wieczorową porą tę kuzynkę pokazać…

A kiedy już stresy i napięcia odpuściły okazało się, że mój dysk znowu daje o sobie znać. Koleżanka poleciła gabinet fizjoterapeuty. Oprawca umiejętnie wetknął palec w najbardziej bolące miejsce. I w jeszcze jedno. I w kolejne. Tu pociągnął, tam wcisnął, tu pogłaskał, tam poszczypał.
Wyleczyć, nie wyleczył, bo wszak nie jest Kaszpirowskim. Ale sprawił, że ból zmalał, i ograniczył się tylko do kilku stref. O 19:30 rozłożyło mnie na amen. Poprzednie noce prawie nie spałam mimo solidnej dawki ibuprofenu oraz odnalezionemu w mieszkaniu relanium 5mg, wziętego w akcie desperacji.
O ósmej spałam tak, że nie usłyszałam telefonu.
Klient Marian. …Jutro o tym pomyślę, bo zdaje się, że popełniłam błąd i dałam sobie wleźć na głowę…
eM wyciszył telefon, o czym poinformował mnie gdym się na chwilę przebudziła.
Po ośmiu i pół godzinach snu jestem wypoczęta.
W południe wyjeżdżamy do domu.
Pooddawałam ukochane kwiatki mamy. Więc mieszkanie mogę z czystym sumieniem zamknąć na cztery spusty. Cerber w postaci Pani prezes oraz sąsiadki z dołu dopilnuje, żeby się nic nie stało.
A jutro w południe przytulę Zuzankę. I Psicę wariatkę.
I moje życie będzie się toczyło dalej.

 

Kalkulacja

Nie mogę spać, więc …

Nie mogę spać, więc usiłuję skalkulować koszty pogrzebu.
Co tu dużo mówić- zasiłek, zasiłkiem, ale nie wystarczy na wszystko. A ja muszę wrócić do domu i dożyć do wypłaty a wypłata nie będzie zbyt wielka, bo urlop wszak niepłatny póki co.

Grzebię w internecie.

Co to za durna maniera? Każdy ma stronę internetową, ale cen na nich nie uświadczysz. I nie ma znaczenia czy szukasz noclegu, jedzenia czy usług pogrzebowych.
Rodacy, macie aż taką paranoję, że nawet ceny waszych usług są tajne?
To na grzyb mi wasze strony? Wasze adresy to sobie znajdę w katalogu firm, nie traćcie kasy na strony internetowe, które niczego nie mówią.
…wrrr…
Oczywiście domyślam się, że głównie chodzi o staropolskie „dogadamy się” oraz „nie będzie żałowała” co w praktyce sprowadza się do oceny jak bardzo klient da się wydoić…

Tam i z powrotem

Dojechałam do domu w …

Dojechałam do domu w piątek, wczesnym popołudniem.
Pies się popłakał z radości.
Potem tak: zjadłam. Zasnęłam. Zjadłam. Wyprałam ciuchy ( kiedyś polskie proszki nie miały zapachu, teraz mają go w nadmiarze). Znowu poszłam spać.
Wczoraj posprzątałam. Podlałam kwiatki. Spotkałam się z nowym klientem. Zrobiłam mu styczeń.
A dziś wieczorem znowu jadę do Polski.
Tym razem już wiem na pewno po co.

Uczucia?
Spokój. Zgoda. I nie wiem co jeszcze, bo się pochowały. Tylko głowa boli codziennie.
I lewy bark, od wypadniętego dysku. Całe lewe ramię od szyi po palce. 

(Nie)Ludzka twarz służby zdrowa czyli Córcia, tu jest Polska

Ostatnio najczęściej …

Ostatnio najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie.
W chorowaniu w Polsce choroba wcale nie jest najgorsza. Najgorsze jest obcowanie ze służbą zdrowia. Dobrze, dla uczciwości dodam, że nie zawsze i wszędzie. Ale prawie zawsze i wszędzie.
Ci, którzy z racji zawodu, powinni okazać ci wsparcie, współczucie i pomoc…Na nich nie licz. Obnoszą po świecie ciężko obrażone miny, które mówią jasno, że nienawidzą swojej pracy.

Odsłona 1.
Mama dostała miejsce w Hospicjum w Olsztynie. Ale mamy dobę na zorganizowanie transportu.
ZOZ w Miasteczku, w rejestracji pielęgniarki znane mi od lat.
– Nie zarejestruję was do lekarza bo nie ma numerków.
Jest godzina 9 rano!
– A nie możecie samochodem zawieźć?
Misia tłumaczy cierpliwie, że babcia leży, że pierwsze piętro, że nawet gdyby to jak ją do tego samochodu przetransportować?
– A to sama nie zejdzie? – zdumienie takie jakby mówiła o chorym na grypę a nie o osobie w ostatnim stadium nowotworu – A zresztą jeszcze musicie mieć skierowanie, a do lekarza nie ma miejsc. No i na transport to też się czeka.
Całą postawą mówi: dajcie mi spokój, nie chce mi się palcem w bucie kiwać, a wy ode mnie oczekujecie cudów.
Druga słucha tych przepychanek, bierze słuchawkę i gdzieś dzwoni. Chwila nadziei…Złudnej.
Melduje, że transport możemy dostać…za tydzień.
Misia ma chęć parsknąć śmiechem, ale tylko uprzejmie dziękuje i wychodzi.

Odsłona2.
Pani z MOPSu poradziła żeby zapytać dyrektora szpitala, który dysponuje karetką. Ale dyrektor jest zajęty. Główny księgowy mówi, żeby napisać podanie o ODPŁATNE wypożyczenie. Oni zobaczą czy będą mogli i kiedy…
Na nic tłumaczenia, że miejsce w Hospicjum nie będzie czekać.

Odsłona3.
W księgowości szpitala młode panie patrzą ze współczuciem, dają mi papier, długopis, mówią co napisać.
Gdy słyszą, że ja nie oczekuję za darmo, że jestem gotowa zapłacić za transport, ale przecież nie wezmę taksówki bagażowej, ożywiają  się. Jedna otwiera internet. Coś wyszukuje, nie pytając o nic po prostu dzwoni…I umawia transport karetką z sanitariuszem (ktoś musi tę mamę znieść na noszach) na następny ranek.
Na skrawku papieru z podartego podania notuje mi telefony i adres „na wszelki wypadek”.

Po całej tej szarpaninie mam ochotę rzucić się tym dziewczynom na szyję, kupić kwiaty, czekoladki, urządzić przyjęcie na ich cześć.
Nazajutrz przyjeżdżają dwaj młodzi (i przystojni, czy ta moja córka jest ślepa?!) panowie. Ratownicy medyczni jak się potem okazuje.
Mówią, że owszem klatka schodowa jest bardzo duża <oczy jak pięciokoronówki> ale nosze i tak nie przejdą. Trzeba na płachcie. Tak, zdają sobie sprawę z tego, że mama jest obolała i cierpi przy każdym ruchu, obiecują, że zrobią to tak szybko i tak delikatnie jak się da.
Wchodzimy do domu.
Witają się z półprzytomną mamą. Z uśmiechem, miękkimi głosami, głaszcząc po ramieniu. Przepraszają, że sprawią ból i znów obiecują zrobić to jak najszybciej i najdelikatniej.
Fachowo podkładają płachtę. Jeszcze chwila – jesteśmy w karetce, mama na noszach, troskliwie otulona kołdrą przez jednego z panów, bo zimno.
Pół godziny później mama leży w pokoju w Hospicjum na swoim, już, łóżku. Panowie jeszcze przepraszają, że nas pewnie wytrzęsło z tyłu, ale takie drogi…Koszt 180zł. Dla mnie na szczęście to nie jest wielki wydatek. Zapłaciłabym i tysiąc, gdyby było trzeba.
Lekarka, która ma dyżur, dr Kasia! wita się z mamą. Szybciutko dokonuje oględzin. Jest miła. Ciepła. Pełna troski, że boli. Myślę, że może udaje przed rodziną…Ale skoro udaje to jeszcze nie jest najgorsza. Bo się choć stara. Inni nawet nie udają.
No i nie ma tej maniery z liczbą mnogą „jak się czujemy?” „zjemy?”
Mówi do mamy: pani Halinko.
Mówi, że trzeba poczekać, bo wpisują dokumentację innego pacjenta i że zawoła. Wraca do siebie.
Kiedy ma dla mnie czas okazuje się, że dzieli pokój z panią urzędniczką, młodą dziewczyną. Obie wpisują różne dane, proszą mnie o podpisanie papierów, tłumaczą jak dziecku, cierpliwie i z uśmiechem. Cieszą się szczerze, gdy mówię, że piękny oddział, że miło.
– Staramy się, żeby było choć trochę zbliżone do warunków domowych.
No, aż tak to nie jest, ale jest czysto i NIE ŚMIERDZI szpitalem.
– Jeszcze tylko kotka brakuje – mówię (zawsze i wszędzie brakuje mi kotka)
Dziewczyna patrzy na mnie z figlarnym uśmiechem i mówi z satysfakcją
– Ale mamy papugi –
Zbieram szczękę z podłogi.
A ta, ciesząc się z efektu dodaje niedbale:
– Kotek też miał być. Jedna pacjentka ubłagała panią ordynator. Tyle, że potem kotem się zawieruszył, pacjentka chyba zapomniała, a my na wszelki wypadek nie przypominamy.
Oddycham z ulgą. Mogę mieć nadzieję, że tu mamie krzywdy nie zrobią.
Gdy wracam do niej widzę, że jest już oporządzona fachowo. Umyta gdzie trzeba, nasmarowane gdzie trzeba. Śpi spokojnie.
Jednak w tej samej rzeczywistości, za te same pieniądze można zachować człowieczeństwo.
To krzepi.



Wnioski

ze strzępiących się …

ze strzępiących się myśli.
Że starość jest straszna. Ale choroba jeszcze straszniejsza. Oraz: co zrobić by zasłużyć sobie na łaskę szybkiej śmierci? Na zawał czy wylew. Tak pstryk i po wszystkim?
I jeszcze.
Co sądzę o eutanazji? Chyba bym chciała mieć taki wybór.

Zdobywcy bieguna

Odkrywcy mozolnie …

Odkrywcy mozolnie wspinali się pod górę. W sypiącym im w oczy śniegu, walczyli o każdy oddech,o każdy krok, o każdy metr. Cel leżał nieopodal. Taki bliski, a jednocześnie tak odległy. Wysmagany wichrami, pobielony mrozem i śniegiem, niezniszczalny i wieczny jak ziemia. Biegun.
Odkrywcy dyszeli ciężko, ich siły były na wyczerpaniu, ale wciąż goniła ich ta odwieczna, ludzka gorączka -ciekawość i chęc postawienia stopy tam, gdzie dotąd nie zrobił tego nikt.
Ich wierny przyjaciel, wielki, silny, kudłaty pies, szedł koło nich. Uwolniony, wreszcie!, od ładunku mógł skupić się na ludzkim stadzie, które powierzono jego pieczy. Wyznaczał szlak w przepaścistym śniegu, mobilizował przywódcę i pilnował najsłabszych człoków wyprawy, by nie zaginęli w zamieci.
A zamieć była potężna, jakby wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciwko odkrywcom.
Na próżno. Ostatnie kroki i oto są!
Zbyt wyczerpani by głośno cieszyć się z osiągnięcia, przystanęli w cichej satysfakcji kontemplując sukces. Wiatr jakby ucichł, a śnieg z wolna opadł na ziemię i tam został. Cisza dzwoniła w uszach, a przed oczami rozciągała się bezkresna biel.
A potem, gdy odpoczęli, nasycili oczy i dusze satysfakcją, gdy wetknęli swe flagi w  śnieg,  ruszyli dalej, przed siebie. Ku obozowi, ku odpoczynkowi, ku ciepłej strawie i ciepłu ognia, przy którym w długie zimowe wieczory będą przez wiele lat snuli swe wspomnienia…

 

Tak Zuzia zdobyła wczoraj Kinnekulle.
Powiadam wam.
Zabawa z wyobraźnią, jest lepsza od tysięcy gier, bajek, zabaw.
Te chwile to moja bateria na najbliższe dni.
Znów jadę do Polski. Pilnie. Do mamy.



A biednemu wiatr w hełm

Zrobiło się …

Zrobiło się wiosennie. Temperatury plusowe, zniknął śnieg, pojawiły się kałuże, ale że jednocześnie słońce się pokazywało w ciągu dnia choćby na pół godzinki to nie narzekałam. Mokro, wietrznie i słonecznie, to wolę od biało i słonecznie.
No, fajnie było. Przez niecały tydzień.
We czwartej eM zaczął coś wspominać o samopoczuciu. A Zuzia wieziona z przedszkola na tańce powiedziała, że boli ją czoło.
Na wszelki wypadek udałam, że nie słyszę, bo w piątek miała być Zuzia i Małpi Gaj obiecany już dawno.
No i było wszystko co trzeba, a nawet więcej.
Zuzia zabierana od ojca, miała szkliste oczy. Co prawda mama-zastępcza mówiła, że Zuzia narzeka na ból gardła ale gorączki nie stwierdziła.
No ale pojechaliśmy.
Jak zawsze dziadziu był asystentem od szaleństw, a babcia sponsorem.
Po dwóch godzinach dzieciak zmarkotniał. Oczy się zrobiły jeszcze bardziej szkliste. Propozycja powrotu do domu przyjęta została jednomyślnie.
W domu rozłożyli się na amen oboje i eM i Zuzia.
Na placu boju zostałam ja i Pies.
Zuzię w sobotę rano odstawiliśmy do mamy. Ja się niemrawo zebrałam do prac domowych a eM po prostu się wyłączył.
Donosiłam mu tylko: aspirynę, sok z pomarańczy osobiście wyciśnięty, zupę ogórkową, chusteczki, ipren, alvedon, kompot, wodę i nie wiem co jeszcze…
W niedzielę pod wieczór eM był już całkiem ugotowany mimo wyjątkowo (jak na mnie) troskliwej opieki.
W poniedziałek rano, na skuterku było mi jakoś mało zimno. Przez chwilę. A potem bardzo zimno. A potem znów bardzo ciepło. I to takie dziwne uczucie w piersiach i pomiędzy łopatkami…
Jeszcze wieczorem poszłam z psem. Ale już wiedziałam, że noc, najdalej ranek będzie wesoły. Przewidująco poinformowałam zainteresowanych, że do pracy nie przyjdę.
W nocy obudziło mnie taka telepka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie miałam. Naprawdę nigdy nie widziałam, żeby mi się trzęsły usta i policzki. Dziwnie to było, podejrzewałam samą siebie o symulację i skarciłam za przesadę.
Od tej pory leżę plackiem.
eM poszedł do pracy wczoraj. Skaranie boskie z upartym, głupim chłopem. Kaszle tak, że aż mnie boli i jest słaby. Oblewa się potem i kręci mu się w głowie. Ale polazł do roboty, bo wszak gorączki nie ma to jest zdrowy, nie? A pieniądze potrzebne.
A ja leżę dzień trzeci. Jem jak opętana, więc nawet żadnej korzyści z choroby nie będzie, nie schudnę, nie ma o czym marzyć. Oraz faszeruję się co na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Jedna tableteczka, po trzech godzinach druga. Czekanie sześciu godzin, nie wchodzi w grę, znowu zaczyna telepać. I nic więcej! Trochę kaszlu z krtani. I ból stawów.
A tymczasem klientowi ktoś rozbił okno na parkingu i rąbnął torbę. Torba była pełna bo klient woził w niej prawie całe swoje szwedzkie życie. Wyglądała na taką co może zawierać co najmniej laptopa. Niestety – były tam same papiery. Dla złodzieja bezwartościowe, dla klienta jak wiadomo ważne. Różne tam dokumenty rejestracyjne firmy, zezwolenia i takie tam…
Z racji tego, że klient był w szoku ja zgłaszałam telefonicznie zdarzenie do policji.
I to jest ciekawe.
Zadzwoniłam. Czekałam chyba 10 minut gdy usłyszałam komunikat, że jeśli podam numer telefonu to oni do mnie oddzwonią jak przyjdzie moja kolej. Podałam. Oddzwonili za jakieś 15minut. Powiedziałam, że znajomy, a właściwie klient padł ofiarą włamania. Pani spisywała zeznanie. Na szczęście czekając na ich telefon próbowałam złożyć zawiadomienie online, więc wszystkie dane już miałam. Poszło nam sprawnie. Pani poprosiła o mój personnummer. Ja poprosiłam, żeby kopię zgłoszenia wysłała do mnie a nie do klienta. Chciałam podać adres ale pani już go miała. Zaśmiałam się.
-No tak, wystarczy personnummer i wiecie wszystko- powiedziałam radośnie i dodałam lizusowsko – Lubię ten system.
Pożegnałyśmy się.
A ja naprawdę lubię ten system „permanentnej inwigilacji”. Może i jestem naiwna, ale co tam. Co mi szkodzi, że dzięki kilku cyfrom bank wie jaka jest moja sytuacja ekonomiczna, lekarz jak wygląda moje zdrowie a policjant gdzie mieszkam i czy mam coś na sumieniu?
Nie robię nic nielegalnego i nie zamierzam, nawet moralnie się prowadzę, to co mi tam? No dobra, mam pewien nieuczciwy związek z pewnym programem sygnowanym literą grecką, ale to całe moje przestępstwo.

Tak więc leżę.
Z nudów przejrzałam całą tablicę facebooka.
I nagle znalazłam artykuł, że policja zatrzymała 14 osób podejrzanych o przygotowywanie napadu na dom dla azylantów. W tej grupie większość stanowili Polacy.
Zagotowałam się! A tu pod linkiem komentarz, że biedne chłopaki i co za menda ich wsypała.
Biedne?! Dobrze im tak!
…Akurat, ci z tego domu napadli na siostrę jednego z zatrzymanych.
Od tego jest policja
…Policja nic nie robi…

Nie lubię pyskówek internetowych, przestałam zaglądać. Wyraziłam tylko zdanie, że rzeczywiście, do opinii o Polakach, że nieuki, złodzieje i pijaki brakuje jeszcze tylko tego, że i bandziory. Przyjadą tacy na „gościnne występy” a cenę za to zapłacą ci, co uczciwie i po cichu żyją swoim życiem.
Oraz, że równie dobrze, można napaść na cały blok bo jeden z mieszkańców napadł na czyjąś siostrę, więc można uznać, że cała kamienica jest winna.

Nie jestem fanką tych młodych mężczyzn, którzy przedarli się do Europy i chcą w niej wprowadzić swoje porządki. Ale staram się pamiętać, że w tej gromadzie są też ludzie uczciwi, ludzie, którzy po prostu ratowali życie swoje i swoich bliskich, są małe dzieci. Nie godzę się na samosądy. Nie godzę się na wrzucanie do jednego worka wszystkich ludzi o bardziej smagłej cerze.

I mogłabym jeszcze długo, ale właśnie zaczyna mnie znów telepać i zaczynam więdnąć.

Z listu do przyjaciółki

Łóżko załatwiłam tzn wypożyczyłam z takiej wypożyczalni. Tylko materac musiałam kupić, bo tego nie wypożyczają.

Materac 230, kaucja za łóżko400, wypożyczenie łóżka na 30dni 108zł. Łóżko elektryczne. Ale to brzmi, co?  Chodzi o to, że tę część pod głową można podnosić pilotem.

Moim zdaniem dużo wygodniejsze i dla chorego i dla opiekuna, bo z kółkami i podnoszonymi blokadami z boku, żeby chory nie wypadł.

Wróciłam wczoraj, ale jedną nogą jeszcze w Polsce. Jak zawsze. Kupiłam trochę książek w biedronce, kupiłam dwie bluzki, kilka gazet dla Marcina, bajki dla Zuzi, czesadło dla Toli. O. To dobre. Czesadło wyczesuje martwy włos i podszerstek. Tak napisane. Wczoraj po przyjeździe dla wypróbowania raz pociągnęłam po psie i na zgrzeble zostało mi tyle kłaków, ile na zwykłej szczotce po całym czesaniu. O! Zachwalała mi koleżanka oraz pani w sklepie, że systematyczne używanie minimalizuje ilość kłaków w domu. Są podobno wersje dla kota…

EM wykąpał psa w piątek, bo woniał niecnotliwe od czasu nieprzewidzianej kąpieli w jakimś kanale. Sierściuch jest teraz jak pluszowa maskotka: miękki i puszysty, a sierść ma jak z jedwabiu. Oraz wygląda jak prawdziwy, puchaty berneńczyk. Nareszcie 😀 
…ale bardziej się cieszyła na widok eMa niż mój? A jego nie widziała tylko parę godzin, buuuu

Jechałam tramwajem. Nie powiem, cywilizacja! Nie rzuca, nie szarpie, nie śmierdzi. W środku czysto (pewnie jeszcze), Hołowczyc melduje każdą stację (chyba Hołowczyc), na przystanku biletomat, w środku też, w dodatku można płacić kartą! Podróż spod dworca do Galerii Warmińskiej niewiele ponad 10minut. Aaaaa, a na przystankach tak tramwajowych jak i autobusowych tablica wyświetla najbliższe kursy. Europa panie! Jedno ale…W internecie nie sprawdzisz sobie, czym np. dojechać z dworca do Galerii. Tzn sprawdzisz sobie, że np. tramwaj nr 1 jedzie z punktu A do punktu Z. Ale żeby zobaczyć co jest pomiędzy to musisz sobie otworzyć całą linię. I dopiero tam, jak przewertujesz całą trasę, to zobaczysz czy tą linią dojedziesz tam, dokąd chcesz. I tak z każdą linia tramwaju czy autobusu. Wyszukiwarka połączeń? Po co?

Albo taka Galeria Warmińska, stronę ma, a jakże…Na tej stronie wszystko, nawet mapa z googli. Tylko informacji CZYM dojechać to już nie…

No ale dotarłam jednakże do tej Galerii.

Też tak masz, że jeden dzień w Polsce MUSISZ połazić po sklepach, najlepiej sama? Ja muszę. Wchodzę do każdego sklepiku, biorę w ręce, oglądam, macam, wącham, odkładam. Albo staję przed półką i się gapię.

A jak już zdecyduję, że COŚ sobie kupię…Rozpacz! Tyle tego, że nie potrafię wybrać. Dostaję głupawki, nie wiem czego chcę, chcę wszystko, zapominam co sama ze sobą ustaliłam, dochodzę do wniosku, że może w innym sklepie znajdę coś jeszcze ładniejszego, a jakby nie to wrócę po to. Ostatecznie zapominam gdzie było to, co chciałam, a z nadmiaru możliwości w końcu nie kupuję.

Chciałam kupić sobie torebkę/torbę. I dupa. Ta ładna, ta śliczna, ta najpiękniejsza na świecie…No dobra. Ze dwie były takie, że jak tylko spojrzałam to wiedziałam TA i żadna inna. Niestety jak to zwykle bywa ceny też miały wyjątkowe. Kto do licha kupuje torebki za 500zł? W Polsce??? W Olsztynie???

A poza tym szczęka mi opadała co i rusz. W DM, przecież to małe, niebyt bogate miasteczko, na każdym kroku sklepy, sklepiki…Kręci się tam może jedna osoba a najczęściej tylko obsługa, towaru tyle, że przejść trudno…Jakim cudem to wszystko działa, zarabia na siebie?
 
No ale wróciłam do siebie. Mąż się chyba stęsknił, bo gadał do mnie całą drogę, kupił mi ciastka, wodę, cukierki.

Jak dobrze być w domu.