Właśnie mija rok jak przyjechałam tutaj.
Wyjeżdżając obiecałam sobie uniknąć dwóch podstawowych błędów w myśleniu.
Po 1. Negacja Polski- obiecałam sobie, że nie będę w niej widziała wszystkiego co najgorsze. Wciąż pamiętam program, w którym emigrant na pytanie czy Polska była zła odpowiedział: „ Nie, Polska zawsze jest dobra, tylko ci co nią rządzili byli niedobrzy”.
Po 2. Wiara w cud – postanowiłam trzeźwo oceniać sytuację, zachować świadomość, że zmiana miejsca zamieszkania nie sprawi, że moje dotychczasowe kłopoty w cudowny sposób się rozwiążą, a kraj w którym zamieszkam okaże się krainą gdzie manna sama spada do gąbki.
Czy mi się udało ?
Chyba tak.
Polska jest wciąż moją ojczyzną. Mark kiedyś powiedział : ja nie jestem emigrantem, ja jestem Anglikiem, który mieszka w Szwecji i wtedy poczułam, że się z nim zgadzam. Ja nie wyemigrowałam, ja po prostu mieszkam w innym kraju i nie odrzucam myśli, że być może, kiedyś, znów zamieszkam na Warmii.
Owszem, są rzeczy, które mi się nie podobają ( tym razem nie będę wymieniać, które) ale jest wiele takich które podziwiam , które uważam, za godne chwalenia się (te wymienię) i którymi się chwalę na prawo i lewo: krajobrazy, historia, kuchnia, szkolnictwo.
Nigdy nie oczekiwałam, że moje zamieszkanie w Szwecji sprawi, że nagle wszystko zacznie się układać jak z płatka. Może nie do końca (na szczęście) zdawałam sobie sprawę z trudów jakie mnie czekają, ale nigdy nie nastawiałam się na to, że w Szwecji życie będzie przypominało spacer po płatkach róż. Nigdy nie oczekiwałam , że ledwie przekroczę próg szkoły to szwedzki sam mi wejdzie do głowy, tak samo jak nie oczekuję, że ledwie przekroczę próg Biura Pracy posypią się na mnie oferty pracy. Wiem, że wszystko zależy ode mnie, choć jednocześnie jestem wdzięczna , że w Szwecji otrzymuję różne „wędki” takie jak możliwość pogłębiania szwedzkiego na kursie yrkesvenska (zawodowy szwedzki). Są malkontenci, którzy narzekają, że te wszystkie SFI, kursy nic nie dają. Nie podejmuję się dyskutować, ale mogę powiedzieć, że nikt mi łopatą do głowy niczego nie włoży, nikt za mnie pewnych działań nie wykona, zatem wiele zależy ode mnie samej. No i naturalnie od odrobiny szczęścia.
Po roku tutaj mam kilkoro dobrych ludzi wokół siebie i to uważam, ze ogromny sukces, bo z Sonią i Gulsum zaprzyjaźniłam się choć dzielił nas nie tylko język ale i wiek, tak samo zresztą jak z Madzią, która stała się częścią naszej rodziny.
Poznałam maleńki kawałek kraju, w którym mieszkam i z całym przekonaniem mogę twierdzić, że Szwecja nie jest ani ładniejsza, ani brzydsza niż Polska. Czyściejsza, spokojniejsza, bardziej przyjazna, to tak. Ale po za tym zupełnie inna. Inna także od moich o niej wyobrażeń.
Ludzie…
To jest trudne, bo z rodowitymi Szwedami wciąż mam mało kontaktów. To prawda, że gdy wychodzę z P-Sunią spotykam się jedynie z sympatycznymi uwagami i to jest bardzo miłe. Prawda, że w sklepach czy urzędach mówią mi „hej” radośnie, że moje dukanie po szwedzku wszędzie jest traktowane z wyrozumiałością.
Z drugiej strony powszechne „ ty bardzo dobrze mówisz po szwedzku” po usłyszeniu mojej odpowiedzi na pytanie o nazwisko i czas pobytu tutaj, sprawia, że przestałam wierzyć w te teksty. Zwykła grzeczność i tyle. Mam wciąż problem z rozróżnieniem czy nauczyciel chwaląc mojego syna jest obiektywny czy tylko grzeczny. Nauczycielkę w SFI już rozgryzłam i wiem, że jej pochwałę mogę sobie zaliczyć.
Często słyszałam zarzuty, że Szwedzi są fałszywi, bo nigdy w oczy nie mówią rzeczy niemiłych. Nie spotkałam się z tym i jest to na pewno przede mną.
Z opowieści Marcepanka mogę wnioskować, że nie prawdą jest opinia o wywyższaniu się Szweda nad imigranta. Nie mogę twierdzić, że takie zjawisko nie występuje, choć dotąd się z nim nie zetknęłam, ale na pewno nie jest to norma.
Ogólnie rzecz biorąc staram się pamiętać, że za uśmiechem, miłym tonem siedzi normalny człowiek : może go boleć brzuch, mógł dostać przed chwilą burę od szefa, może być rasistą. To, że mimo wszystko się uśmiecha do mnie nie jest niczym nagannym a wiele ułatwia.
Szwecja nie jest krajem idealnym, bo tylko Utopia może taka być. Jest to całkiem przyjazny kraj by w nim żyć i wychowywać dzieci, zwłaszcza w takich prowincjonalnych miasteczkach jak moje, ale jak każde inne miejsce na ziemi ma swoje wady.
Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona z tego co udało mi się przez ten rok. Najważniejsze dla mnie jest to, że potrafię już załatwić różnorodne sprawy bez posiłkowania się telefonem do przyjaciela czyli do Madzi. Nauka języka wciąż daje mi ogromną satysfakcję. Moje ostatnie wypracowanie zawierało już tylko trzy błędy, w tym tylko jeden w szyku zdania i jestem z tego bardzo zadowolona.
Moja rodzina spisała się na medal.
Zaliczyliśmy tylko jedną kłótnię z mężem, po za tym układa się nam bez problemów. Wciąż jeszcze szwankują nam finanse, ale liczę, że gdy w końcu znajdę pracę, ten problem też przestanie istnieć.
Młody w ciągu pół roku opanował język na tyle, że nauczyciele uznali, że jest w stanie poradzić sobie z nauką w gimnasieskolan na programie indywidualnym. Biorąc pod uwagę to, że uczył się właściwie tylko po trzy godziny dziennie, jest to ogromny sukces. Jakoś tam się odnajduje w grupie kolegów szkolnych, większych problemów nie sprawia, a przez rok tylko raz powiedział, że chciałby wrócić.
Misia miała najtrudniej.
Została całkiem sama, bo jak wiadomo, w zasadzie rodziny w Miasteczku nie posiadamy, a jeśli nawet i posiadamy, to na pomoc niewielu krewnych mogła liczyć. Poradziła sobie z gasnącym piecykiem, popsutą muszlą i tysiącem innych drobiazgów. Opiekowała się psem i kotem. A co najważniejsze : zdała maturę i to w dodatku całkiem dobrze dzięki czemu przyjęto ją na studia na uniwersytecie warmińsko-mazurskim. Nie zaszła w ciążę, nie wpadła w narkotyki ani alkoholizm jak prorokowali niektórzy. Uważam, że z naszej Prowincjonalnej czwórki ona miała najtrudniej i zdała najprawdziwszy egzamin z dorosłości. Jestem z niej bardzo dumna. Jednak gdybym miała jeszcze raz podejmować decyzję – nie zdecydowałabym się drugi raz na pozostawienie jej samej.
Mnie samą męczy wiek i różne perturbacje z nim związane. To sprawia, że czasem nie mam siły ani pisać ani czytać ani komentować. Czasem też mam zwyczajnie dużo lekcji do odrabiania, więc zwyczajnie brakuje czasu. Po 16 listopada, może być w tym zakresie jeszcze gorzej, bo zaczynam dodatkowy kurs szwedzkiego.
I to chyba tyle podsumowania.
Ponieważ Szwecja działa na mnie inspirująco, możliwe, że zdecyduję się zamknąć niniejszy blog by spokojnie móc wykorzystać jego treść. Jeśli któregoś dnia zamiast słoneczników zobaczycie komunikat „Dostęp do bloga zastrzeżony” i jeśli zdecyduję się na otwarcie innego, na pewno będzie można go znaleźć po jednym z dwóch podpisów: albo takajedna_ja albo prowincjuszka_1.
Dziękuję wszystkim którzy mnie wspierali mailowo, telefonicznie, komenatrzowo albo w myślach.
Pozdrawiam
Kasia Prowincjuszka