(Nie)Ludzka twarz służby zdrowa czyli Córcia, tu jest Polska

Ostatnio najczęściej …

Ostatnio najczęściej powtarzane przeze mnie zdanie.
W chorowaniu w Polsce choroba wcale nie jest najgorsza. Najgorsze jest obcowanie ze służbą zdrowia. Dobrze, dla uczciwości dodam, że nie zawsze i wszędzie. Ale prawie zawsze i wszędzie.
Ci, którzy z racji zawodu, powinni okazać ci wsparcie, współczucie i pomoc…Na nich nie licz. Obnoszą po świecie ciężko obrażone miny, które mówią jasno, że nienawidzą swojej pracy.

Odsłona 1.
Mama dostała miejsce w Hospicjum w Olsztynie. Ale mamy dobę na zorganizowanie transportu.
ZOZ w Miasteczku, w rejestracji pielęgniarki znane mi od lat.
– Nie zarejestruję was do lekarza bo nie ma numerków.
Jest godzina 9 rano!
– A nie możecie samochodem zawieźć?
Misia tłumaczy cierpliwie, że babcia leży, że pierwsze piętro, że nawet gdyby to jak ją do tego samochodu przetransportować?
– A to sama nie zejdzie? – zdumienie takie jakby mówiła o chorym na grypę a nie o osobie w ostatnim stadium nowotworu – A zresztą jeszcze musicie mieć skierowanie, a do lekarza nie ma miejsc. No i na transport to też się czeka.
Całą postawą mówi: dajcie mi spokój, nie chce mi się palcem w bucie kiwać, a wy ode mnie oczekujecie cudów.
Druga słucha tych przepychanek, bierze słuchawkę i gdzieś dzwoni. Chwila nadziei…Złudnej.
Melduje, że transport możemy dostać…za tydzień.
Misia ma chęć parsknąć śmiechem, ale tylko uprzejmie dziękuje i wychodzi.

Odsłona2.
Pani z MOPSu poradziła żeby zapytać dyrektora szpitala, który dysponuje karetką. Ale dyrektor jest zajęty. Główny księgowy mówi, żeby napisać podanie o ODPŁATNE wypożyczenie. Oni zobaczą czy będą mogli i kiedy…
Na nic tłumaczenia, że miejsce w Hospicjum nie będzie czekać.

Odsłona3.
W księgowości szpitala młode panie patrzą ze współczuciem, dają mi papier, długopis, mówią co napisać.
Gdy słyszą, że ja nie oczekuję za darmo, że jestem gotowa zapłacić za transport, ale przecież nie wezmę taksówki bagażowej, ożywiają  się. Jedna otwiera internet. Coś wyszukuje, nie pytając o nic po prostu dzwoni…I umawia transport karetką z sanitariuszem (ktoś musi tę mamę znieść na noszach) na następny ranek.
Na skrawku papieru z podartego podania notuje mi telefony i adres „na wszelki wypadek”.

Po całej tej szarpaninie mam ochotę rzucić się tym dziewczynom na szyję, kupić kwiaty, czekoladki, urządzić przyjęcie na ich cześć.
Nazajutrz przyjeżdżają dwaj młodzi (i przystojni, czy ta moja córka jest ślepa?!) panowie. Ratownicy medyczni jak się potem okazuje.
Mówią, że owszem klatka schodowa jest bardzo duża <oczy jak pięciokoronówki> ale nosze i tak nie przejdą. Trzeba na płachcie. Tak, zdają sobie sprawę z tego, że mama jest obolała i cierpi przy każdym ruchu, obiecują, że zrobią to tak szybko i tak delikatnie jak się da.
Wchodzimy do domu.
Witają się z półprzytomną mamą. Z uśmiechem, miękkimi głosami, głaszcząc po ramieniu. Przepraszają, że sprawią ból i znów obiecują zrobić to jak najszybciej i najdelikatniej.
Fachowo podkładają płachtę. Jeszcze chwila – jesteśmy w karetce, mama na noszach, troskliwie otulona kołdrą przez jednego z panów, bo zimno.
Pół godziny później mama leży w pokoju w Hospicjum na swoim, już, łóżku. Panowie jeszcze przepraszają, że nas pewnie wytrzęsło z tyłu, ale takie drogi…Koszt 180zł. Dla mnie na szczęście to nie jest wielki wydatek. Zapłaciłabym i tysiąc, gdyby było trzeba.
Lekarka, która ma dyżur, dr Kasia! wita się z mamą. Szybciutko dokonuje oględzin. Jest miła. Ciepła. Pełna troski, że boli. Myślę, że może udaje przed rodziną…Ale skoro udaje to jeszcze nie jest najgorsza. Bo się choć stara. Inni nawet nie udają.
No i nie ma tej maniery z liczbą mnogą „jak się czujemy?” „zjemy?”
Mówi do mamy: pani Halinko.
Mówi, że trzeba poczekać, bo wpisują dokumentację innego pacjenta i że zawoła. Wraca do siebie.
Kiedy ma dla mnie czas okazuje się, że dzieli pokój z panią urzędniczką, młodą dziewczyną. Obie wpisują różne dane, proszą mnie o podpisanie papierów, tłumaczą jak dziecku, cierpliwie i z uśmiechem. Cieszą się szczerze, gdy mówię, że piękny oddział, że miło.
– Staramy się, żeby było choć trochę zbliżone do warunków domowych.
No, aż tak to nie jest, ale jest czysto i NIE ŚMIERDZI szpitalem.
– Jeszcze tylko kotka brakuje – mówię (zawsze i wszędzie brakuje mi kotka)
Dziewczyna patrzy na mnie z figlarnym uśmiechem i mówi z satysfakcją
– Ale mamy papugi –
Zbieram szczękę z podłogi.
A ta, ciesząc się z efektu dodaje niedbale:
– Kotek też miał być. Jedna pacjentka ubłagała panią ordynator. Tyle, że potem kotem się zawieruszył, pacjentka chyba zapomniała, a my na wszelki wypadek nie przypominamy.
Oddycham z ulgą. Mogę mieć nadzieję, że tu mamie krzywdy nie zrobią.
Gdy wracam do niej widzę, że jest już oporządzona fachowo. Umyta gdzie trzeba, nasmarowane gdzie trzeba. Śpi spokojnie.
Jednak w tej samej rzeczywistości, za te same pieniądze można zachować człowieczeństwo.
To krzepi.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s