pobawiłam się jednym, niezbyt ciekawym zdjęciem.
O, takim: 
Poprawiłam kolorystykę i pocięłam na kawałki.



A na koniec złożyłam.
Doprawdy, jakie rzeczy człek robi, gdy nie ma zajęcia…
pobawiłam się jednym,…
pobawiłam się jednym, niezbyt ciekawym zdjęciem.
O, takim: 
Poprawiłam kolorystykę i pocięłam na kawałki.



A na koniec złożyłam.
Doprawdy, jakie rzeczy człek robi, gdy nie ma zajęcia…
Od poniedziałku budzi…
Od poniedziałku budzi mnie warkot ciężkiego sprzętu i walenie. W mieszkaniu Zastępcy Pani Prezes trwa remont. I tak sobie marzę…
A jakbym zrobiła powtórkę z rozrywki? I tak jak Pani Prezes wraz ze swoim Zastępcą wtedy, 10 lat temu, ściągnęła teraz wszystkich miejskich radnych, policję, Dyrektora Budynków Komunalnych, burmistrza i wszelkich przyjaciół królika? Bo chyba się narusza konstrukcję budynku, jak my wtedy. A hałas jaki robiliśmy to było jedno popołudnie zbijania tynku…
Tak sobie tylko marzę, bo nie chce mi się. Może i byłabym mściwa, ale mi się nie chce. Znaczy, jestem przyzwoitym człowiekiem z lenistwa.
I dlatego wszelkiej maści jędze będą nadal miały się dobrze…
Stwierdzam, że pogoda…
Stwierdzam, że pogoda jest świnia. Już mogłabym wybaczyć, że nie ma słońca. Ale odwilż?! Ta zgnilizna oblepiająca ciało, kasza po kostki na chodnikach, stopy w związku z tym natychmiast zmarznięte, przegrzane górą busy i zimno śmigające po nogach.
A mnie się wydawało, że zima nie taka zła?
Może i nie, ale nie tu.
TAM nie ma soli w mieście, śnieg na chodnikach ubity, posypany żwirem, więc nie ma kaszy. Busów nie używam, bo albo używam nóg albo samochodu. Tylko odwilż w powietrzu i kolorycie jest tak samo „łobziedliwa”.
A poza tym ciągnie mnie do sklepów jakbym przyjechała z Polski lat osiemdziesiątych do kraju zza żelaznej kurtyny.
Sklepy ciuchowe jeszcze jako tako omijam, bo i tak we wszystkim będę wyglądała tak samo czyli GRUBO. Ale już buty…i torby…To co innego. Nie wspominam o księgarni, bo już to jedno słowo sprawia, że mój portfel zaczyna sobie kręcić sznurek, a karty pierzchają w popłochu.
W księgarni spędziłam wczoraj chyba z godzinę. WSZYTKO bym chciała, nawet to, czego bym nie chciała!
Brałam w rękę, odkładałam, obchodziłam półkę w koło, i znowu brałam coś w rękę…
Cierpliwa Agnieszka z tyłu z mną. Cierpliwa..! Wrednie mi jeszcze pokazywała, że jeszcze to powinaś przeczytać, i to, i tamto, i tego autora sobie zapamiętaj i tę serię. Na koniec dodając sadystycznie „no ja nie kupuję, pożyczam z biblioteki”.
Czy ktoś rozumie ten skrajny sadyzm? A czy ktoś zrozumie, że chętnie poddałabym się tej operacji jeszcze nie raz a wiele razy.
Ja jestem dziecko komuny! Ja mam ciągle syndrom niespełnionych marzeń! O ile w każdym innym sklepie potrafię się opanować o tyle w księgarniach, sklepach z materiałami „piśmiennymi” oraz tekstylno-pasmanteryjnych dostaję małpiego rozumu. Nawet jak wchodzę po jedną, konkretną rzecz, to w środku głupieję, zapominam czego chciałam, bo chcę WSZYSTKO! Przy czym ma to zastosowanie wyłącznie w Polsce ( z wyjątkiem sklepów tekstylnych, bo tych w okolicach Miasteczka nie znalazłam). Na Wsi* wyboru nie ma. Każdy może sobie sobie kupić zeszyt jaki chce pod warunkiem, że będzie czarny, biały lub zielony.
Wreszcie zostałam wyciągnięta z księgarni i zaciągnięta do jadłodajni. Różnej maści kluski i pierogi (tylko czemu nie RUSKIE?czemu???), obok jakieś slow food, dalej mcdonalds, KFC i coś tam jeszcze…I znowu: na WSI nie ma tak dobrze. W zasadzie masz do wyboru rybę, stek albo pizzę. I czy to jest nad morzem czy nad jeziorem, czy knajpa nazywa się Roma czy Cyrano wszędzie żarcie jest to samo i takie samo. I nic dla człeka, który nie po to idzie coś zjeść w mieście, żeby jeść mięso czy rybę.
A z jadłodajni poszłyśmy do kina.
I tu sobie uświadomiłam, że moja pierwsza ksywa internetowa „prowincjuszka” stała się moim nomen omen. Szfak. W kinie ostatni raz byłam …A tak coś około ośmiu lat temu! Niemal w tym samym składzie, zresztą. Nawet nie wiedziałam czy dam radę film oglądać i czytać napisy. Bo może okulary mam za mocne. Albo za słabe. Okazało się, że wcale mi nie były potrzebne. Trudno było mi tylko ogarnąć jednym spojrzeniem i ekran i napisy. Na początku znaczy, bo potem mózg się nauczył.
Najlepszy był pan bileter, który się zdziwił, że chcemy wejść na reklamy. Na reklamy?! Widać nie było po mnie widać, żem ze Wsi.
…O trudnych sprawach pomyślę kiedy indziej.
Tylko zanotuję
…Odkryłam, że czytanie na głos może być fajne.
Oraz zapytam: skąd wziąć szpitalne łóżko i czy można je pożyczyć z materacem? Oraz od razu?
*Na Wsi oznacza całą Szwecję
Ostatnie lata zimy …
Ostatnie lata zimy nie było. A w tym roku przyszła. Mrozi (któregoś ranka było -13!), śniegiem podsypuje i nie wieje. W sklepie, co rano można gruz i błoto szpadlami przerzucać (przesadzam, ale tylko troszeczkę).
Słońce nieśmiało wygląda i świat robi się ładniejszy.
Pies szaleje na śniegu, węszy, tarza się, gania za śnieżkami, rozkopuje i w ogóle ma uciechę nie z tej ziemi. Na szkolnym boisku, na które chodzimy co rano żeby się pobawić, ktoś ulepił i zostawił wielką kulę śnieżną. Tola najpierw ją próbowała oblizać, a potem po prostu na tę kulę wlazła. I włazi za każdym razem. Tak ma. Lubi włazić na różne podwyższenia. Głazy, cokoły, ławki.
Jak w psiej szkole, którą zaczęliśmy w ostatnią środę.
Kiedy któreś z nas, eM albo ja, przysiadło na ławce, Tola natychmiast pakowała swój zadek obok. No bo przecież w domu też zawsze siedzi obok mnie na ławce w kuchni.

Szkoła dała nam wskazówki jak ćwiczyć z Tolą nawiązywanie kontaktu i ćwiczymy. W domu Tola jest pojętna i zainteresowana. W szkole…Gdyby była dzieckiem niechybnie zostałaby odesłana do szkolnego psychologa w celu potwierdzenia diagnozy ADHD. Wyrywała się, piszczała, zaczepiała wszystkich w około niezależnie od ilości nóg, była podekscytowana i kompletnie nie zainteresowana zajęciami i ćwiczeniami. Serek bądź kiełbaskę wyjadała z rączki, a jakże..i tyle było jej zainteresowania przedmiotem. No, świadectwa z czerwonym paskiem to to „dziecko” z pewnością nie otrzyma.
Tak więc ćwiczymy w domu i na spacerach.
Następna lekcja już w środę. I zobaczymy.
Mama już w domu. W niedzielę udało mi się porozmawiać z lekarzem.
Tylko dlaczego lekarze przybierają taki …”inkwizytorski” ton? Moja matka ma 74 lata. Jest wciąż jeszcze sprawna na umyśle, nawet jeśli czasem gubi wątek lub mówi nie to co zamierzała. Dlaczego więc lekarz mnie pyta tym tonem kiedy ją ostatnio widziałam i dlaczego nie poszłam z nią do pulmonologa.
…Ech…W Szwecji nawet do ewidentnie lekceważącego zalecenia pacjenta nikt nie zwróciłby się takim tonem. Nie wolno. Nie wolno być protekcjonalnym, oceniającym, krytycznym do nikogo a już na pewno nie do osoby chorej i jej rodziny.
No trudno, tak jest i trzeba jeszcze sporo czasu by się zmieniło.
W poniedziałek mamę zoperowano – noga była złamana w biodrze. A we wtorek, późnym wieczorem mama już była w domu.
Gdy zadzwoniłam, usłyszałam:
– Znowu masz przeze mnie kłopoty…
Cholera. Na ile jej decyzja o nieleczeniu się wynika z niechęci do „sprawiania kłopotu”?
Niby w lipcu prosiłam o konsultację z psychologiem/psychiatrą, ale wtedy mama była tak zagubiona, że prawie nie pamięta co się działo.
Myślę sobie, że może jak tam będę to poproszę jakiegoś psychologa o wizytę domową? A może księdza? Księdzu by się może wyspowiadała. Przed psychologiem raczej tego nie zrobi. Tylko to musiałby być naprawdę mądry ksiądz, pełen empatii.
Niełatwe.
Nie ma już we mnie złości na nią, gdy widzę i słyszę jak gaśnie, oddala się od tego świata. Nie ma też we mnie takiego żalu, przerażenia, jak wtedy gdy odchodziła Baśka. Patrzę na mamę i nie widzę matki, tylko starego, samotnego do bólu człowieka, który sam zmarnował sobie życie. Co czuję? Współczucie, smutek, że mogło być inaczej gdyby tylko…
I tak to się życie plecie.
A Zuzi rusza się pierwszy ząbek. Dolna jedynka. I coraz częściej zamiast „lowel” mówi „rower” choć to R jeszcze nie takie całkiem warczące, ale jest już blisko, blisko, dosłownie na końcu języka.
To JUŻ??? Kiedy zleciało to pięć i pół roku. A pamiętam jak wczoraj moje przerażenie, gdy Misia powiedziała, że jest w ciąży.
Mamy zimę.
Plus…
Mamy zimę.
Plus – jest jaśniej.
Minus – jest brudniej.
Fakt: Tola kocha śnieg od pierwszego wejrzenia, miłością niezmierzoną.
Fakt2: Tola boi się pługów. Tak, nawet kiedy jest w domu.
Śniegu napadało dużo w ciągu ostatnich godzin, więc czekamy tylko aż eM wstanie i jedziemy. On na narty, Tola pomyszkować, ja połazić z aparatem.
A tymczasem rzeczywistość…
Zgłosiły się do mnie dwie osoby, którym trzeba najpierw zarejestrować, potem poksięgować. To dobra wiadomość.
Zła:mama chyba złamała nogę, wywieźli ją do szpitala w Biskupcu. Jej komórka padła, opiekunka inteligentnie zostawiła swój nr telefonu w maminej torebce licząc na to, że ktoś się domyśli. W związku z tym nie wiem co się dzieje. Oczywiście spróbuję zadzwonić dzisiaj, ale pomna sytuacji z lipca, już na zapas pytam: macie może kogoś znajomego w szpitalu w Biskupcu (warmińsko-mazurskie) kto zechciałby udzielić mi informacji o stanie matki?
I dlaczego do Biskupca?! Olsztyn jest dużo bliżej.
Za dwa tygodnie jadę do Polski, jak ja do tego Biskupca dojadę?
Uch…polska, trudna rzeczywistość.
Na pociesznie jeszcze kilka fotek sprzed trzech dni, kiedy pojechaliśmy na Kinnekulle.

Tola z miną a la Masza

a słońce już zachodziło

dzięki czemu świat nabrał zupełnie innego kolorytu

i na górze

i na dole

A wracając znowu uwieczniłam „moje” drzewo. Dąb Niesamowity

czyli Tola na …
czyli Tola na Kinnekulle

Tola wkrótce skończy …
Tola wkrótce skończy 10 miesięcy.
Jest duża, grzbietem sięga mi do połowy uda, ma wielki łeb i grubaśne łapy. Jest trochę nieproporcjonalnie długa, berneńczyki są chyba bardziej kwadratowe, Tola jest prostokątna. Ma niezbyt długą sierść, pofalowaną, puszystą, miękką jak kocia, lekką, fruwającą wszędzie. Ani Sary, ani Kociej sierści nie znajdowałam np. w szufladach górnych. Toli sierść jest wszędzie i nie sposób tego opanować. Jeden dzień bez odkurzania i dom wygląda na zapuszczony. Może powinnam ją regularnie czesać?
Oczywiście umaszczenie Tola ma typowe dla berneńczyka. Białe skarpetki, krawat, czubek ogona i kufa. Od kufy do czoła przechodzi biała kreska, która przedzielona czarną kępką, zmienia się w białą plamkę. Kufa jest poznaczona czarnymi i brązowymi kropkami. Biel sięga do połowy warg, dalej jest brąz. Nad oczami brązowe plamki, jak brwi. Brązowe są też łapy przednie i tylne, brąz przechodzi też lekko na brzuch i klatkę piersiową. Pod ogonem ma brązowy krzyżyk, którego środek wyznacza odbyt.
Ogon jest lekko wygięty, Tola nosi go wysoko, jak chorągiewkę.
Charakter.
Na razie ma przydomek Wariatka, co mówi samo za siebie.
Jest postrzelona, trochę nieobliczalna, radosna i pełna miłości do wszystkich. Wystarczy jedno spojrzenie, słowo, gest a już kocha całym sercem, daje buziaki i przytulaski.
Jest też moim pierwszym psem, który ma swoje zdanie!
Jeśli na spacerze idziemy nie tam, gdzie ona chce to się kładzie i nie ma siły, która ją ruszy. Na szczęście łatwo ją oszukać. Jest czujna, ale nie szczekająca. O tym, że do bloku wchodzi ktoś obcy informuje jednym szczeknięciem lub warczeniem. Na pukanie czy dzwonek do drzwi reaguje radością. Na szczęście wyrażaną skakaniem i merdaniem ogona, a nie szczekaniem.
Generalnie jest cichym psem.
Uwielbia być w centrum zainteresowania. Ona i ludzkie stado dookoła sprawia, że traci głowę ze szczęścia, rzuca się na wszystkich z miłością, potrafi wtedy nawet dość boleśnie uszczypnąć zębami, co zdaje się jest jej sposobem na nadmiar uczuć. Jak dziecko, które ściska z całej siły, żeby pokazać jak mocno kocha.
Ulubione rzeczy to Toli to wszelkiej maści szmaty i papiery. Rwanie, szarpanie, tarmoszenie, żucie. Szmaty są pyszne, ale papier to przysmak! Szczególnie biały. Na spacerach trzeba pilnować i w porę wołać „fuj” bo inaczej pożarłaby wszystko białego co napotka na swojej drodze.
Tola uwielbia też gałęzie. Nawet najgrubszą potrafi rozgryźć w try miga.
Na spacerach uwielbia myszkować dookoła. Puszczona wolno znika w chaszczach, ale co chwilę wraca. Gdy stado się rozdzieli – Tola biega od jednego do drugiego i wydaje się być zaniepokojona tym faktem.
Uwielbia włazić na różne podwyższenia: ławki w parku, wielkie głazy, zwalone pnie. Lubi być wyżej, chyba ma to związek z łatwością obserwowania otoczenia.
Jest też nieco strachliwa. Boi się odkurzacza, nie przejdzie obok jeśli na ziemi, na jej drodze, leży kabel od odkurzacza. Boi się także mopa. Ciekawią ją duże maszyny, ale nie ma odwagi podejść bliżej niż na odległość kilku metrów. Myślę, że jej strachliwość bierze się ze słabej socjalizacji we wczesnym szczenięctwie. Tola, do czwartego miesiąca, wyrastała w psim raju. Ogromny wybieg, towarzystwo koni, kucyków, ptactwa domowego, yorka oraz mamy i taty. Teraz położony na osiedlu w lesie, gdzie poza mieszkańcami nikt nie przyjeżdżał. Miała spokój, wolność i przestrzeń. Ale za mało bodźców, za mało ludzi i obcowania z ludźmi. To sprawia, że jest trochę bojaźliwsza oraz trudniejsza w opanowaniu, tak sądzę.
Jest zazdrosna o Zuzię. Kiedy Zuzia jest u nas Toli największym dylematem jest: co zrobić, żeby Zuzia nie siedziała ani koło pańci, ani koło pańcia, czyli innymi słowy: jak sie rozdwoić, żeby odseparować Zuzię. Mimo zazdrości, Zuzia jest członkiem stada, tylko Tola spycha ją na najniższe miejsce hierarchi. Za jakiś czas zapewne się nauczy, że Zuzia jest wyżej od niej, ale póki co walczy o swój status na przykład kładąc się dokładnie w tym samym miejscu gdzie leży Zuzia (czyt.na Zuzi).
Generalnie pies jest kochany, zabawny i przytulny. Choć myśląc o dużym psie nie wzięliśmy pod uwagę tego, że fizycznie rośnie szybciej niż psychicznie. W związku z tym, że pies ma posturę psa dorosłego, a umysł szczeniaka są jeszcze czasem kłopoty z utrzymaniem jej w ryzach podczas spaceru po mieście.
Nie robiłam …
Nie robiłam podsumowań, postanowień od lat co najmniej kilkudziesięciu. I oto mi się zachciało.
Postanowić, że będę więcej czytać, bo 32 książki w roku to mało, a czasu ubywa.
Że będę mniej czasu trwonić na demotywatory czy inne soki z buraka, bo czasu coraz mniej.
Że będę za to pisać więcej i staranniej. Nie tylko na blogu. Bo, jak wyżej.
Że zrobię sobie odwyk od słodyczy i może wreszcie schudnę?
…Pies mnie szczypie, bo dziś, w ramach celebracji Nowego Roku, pierwszej od lat, postanowiłam wypełnić choćby niektóre wróżby. I tak. Majtki założyłam malinowe, bo czerwonych to w Szwecji nie uświadczysz, a podobno trzeba mieć nowe i czerwone, żeby się w nowym roku darzyło. Oraz nie tknęłam palcem sprzątania i gotowania, bo co robisz w Nowy Rok to ponoć robić będziesz rok cały. W związku z tym, sorry Pies, pożarłaś wczoraj całą kaszę to dziś masz chrupki. Bo najbardziej ze wszystkiego nie znoszę sprzątać i gotować. Ale lubię mieć sprzątnięte i lubię niektóre potrawy.
Ja nie wiem o co mi chodzi, co mi chodzi po głowie w tym roku, bo po raz pierwszy od dawna chcę zakląć przyszłość, coś zaczarować, wyczarować, na coś jeszcze czekać.
A tymczasem Sylwester jak zwykle z Zuzką.
eM zabrał małą na fajerwerki o północy, ale ja nie znoszę strzelania, bo nie mogę pozbyć się z pamięci stada kawek lecących nisko nad ziemią, na oślep…I już nie lubię fajerwerków. Nie poszłam, wykręcając się psem, który mógłby dostać paniki na tę kanonadę.
Za to wcześniej poszliśmy na ciemną plażę, z zimnymi ogniami, świecącymi pałeczkami i bawiliśmy się światłem.
Zabawa była super. Tylko nie pomyślałam, żeby zrobić światełko do nieba. Ale to innym razem.
Aparat zarejestrował naszą zabawę, choć nie pomyślałam, że trzeba się skupić na ostrości, więc efekty nie powalają. Ale zabawa podobała się i dużym i małej.

eM kręci kółka kółkiem z pałeczek fluoroscencyjnych

Zuzia po kilku próbach nauczyła się machać zimnymi ogniami

Dziadek, Wnuczka i w/w pałeczki

Miasto malowane światłem


No to tego…
Niech się Wam darzy ten 2016
a ja mam dylemat: …
a ja mam dylemat: cieszyć się pięknem czy wkurzać, że jutro ręce sobie po łokcie urobię.
Postanowiłam żyć chwilą i się cieszyć. A co tam. Powkurzam się jutro…
Święta przeleciały.
Czas tuż przed nimi…Nie wiem jak to się stało, ale byłam tak zmęczona, zniechęcona, logistycznie niezorganizowana, że wcale mnie te święta nie cieszyły. Być może za sprawą braku snu. Mimo sertraliny wciąż łykanej, po prostu przestałam spać…Sęk w tym, że spać mi się chciało, tylko to spanie nie wychodziło. W skrócie to tak, jakby ktoś jednocześnie naciskał gaz i hamulec w samochodzie.
Zuzia była całe prawie święta, a ja się nie cieszyłam tylko powstrzymywałam przed zagryzieniem całej rodziny z ukochanym psiuńciem na czele.
Święta minęły, problem ze spaniem został jak na razie. Jak nie przejdzie, po nowym roku, trzeba będzie do lekarza.
O mój boże jaka ja stara jestem! Nic, tylko tu mnie boli, tu mnie strzyka.
Coś muszę zmienić do następnych świąt.
Nie wiem co, nie wiem jak.
Na razie mam chęć uciec na południe, tylko portfel niestety trzyma na smyczy.
I w zasadzie to wszystko co się dzieje.
A, nie!
Po raz pierwszy od lat gadałam z moją dawną przyjaciółką Gośką Z. Przez Skype i bez kamerki, ale i tak…
Generalnie nie jestem za powrotami do przeszłości, bo ludzie się zmieniają i po 25 latach są kimś zupełnie innym. Kilka razy zafundowałam sobie takie powroty i skończyło się rozczarowaniem. Ale sentyment, to sentyment. Chce się wiedzieć, jak też się, kiedyś tak bardzo bliskiemu człowiekowi życie potoczyło.
Niewiele jest takich osób, które z niebytu przeszłości chciałabym wyciągnąć, ale kilka sztuk by się znalazło.
Gośka jest jedną z takich osób.
Gośkę los dał mi zamiast.
W klasie siódmej, zaraz na początku roku, nowy nauczyciel zrobił sprawdzian naszej wiedzy z fizyki z poprzedniego roku. Wszyscy prawie dostali dwóje lub jakieś marne trójczyny na szynach. Tylko jeden Adam dostał czwórkę.
(Młodzieży wyjaśniam, że było to w czasach, gdy skala była czterostopniowa od najlepszej piątki po najgorszą dwóję)
Adam siedział za mną i gdy się odwróciłam, żeby zobaczyć kim jest ów geniusz wpadłam z kretesem: blond czupryna i przepaściste niebieskie oczy.
Kochałam się w nim lat kilka, bez wzajemności oczywiście, dzięki czemu mogłam równocześnie darzyć uczuciem innych kolegów. No co. Kochliwa byłam jak Pan Wołodyjowski.
Gośka pojawiła się w tym samym roku, gdym zaczęła mą edukację w szkole zawodowej rolniczej. Całe prawie lato ubolewałam, że oto Adam znika z mojego życia i co to będzie. A tu pierwszego dnia szkoły niespodzianka- Gośka, starsza siostra Adama, okazała się być nową klasową koleżanką mojej siostry, Baśki.
I tak się zaczęło.
Fascynacja Adasiem była przez kilka lat w tle, ale Gośka w krótkim czasie z narzędzia służącego do osiągnięcia celu, stała się celem samym w sobie.
Inteligentna, złośliwa, zakompleksiona, oddana, z niesamowitym, zgryźliwym poczuciem humoru, pracowita i odpowiedzialna. To, czego nie nauczyła mnie Baśka, nauczyła Gośka. Jej powiedzonka do dziś funkcjonują w moim leksykonie.
Drogi nam się w którymś momencie rozjechały, chyba z mojej winy. Chyba za bardzo uwierzyłam, że będzie zawsze na miejscu, pod ręką, przestałam dbać o tę relację…Głupia byłam jak but, miałam dwadzieścia parę lat, życia uczyłam się z książek i od starszych koleżanek, nikt mi nigdy nie powiedział, że dobra przyjaciółka jest warta więcej niż tuzin romansów.
No i zawsze myślałam, że dla Gośki byłam głupią Kaśką, na którą też przystała „zamiast”. Zamiast Baśki. Bo o Baśkę każdy zabiegał, a ja byłam drogą do niej. Tak sądziłam…
Melanże uczuciowe z tamtych lat…
Dopiero po latach, gdy odzywają się właśnie starzy znajomi widzę zupełnie inną Kaśkę niż tamtą, którą mam w głowie.
Kaśka odważna. Kaśka niesamowicie inteligentna. Kaśka śliczna. Kaśka niezależna. Kaśka pewna siebie i przebojowa.
To JA???! Taka byłam?
Oglądam nieliczne zdjęcia sprzed trzydziestu lat i patrzę na tę śliczną dziewczynę.
Ślepa byłam?! Średniego wzrostu, bardzo szczupła, z ogromnymi piwnymi oczami, z burzą kasztanowych włosów, z pięknym biustem, zgrabnymi nogami.
Ja widziałam tylko krzywy nos, za długą szyję, wielkie cycki, owłosione nogi i wciąż pękające pięty.
Jedyne co w sobie akceptowałam to włosy i inteligencję (choć tej ostatniej do dziś nie jestem zbyt pewna).
Gadałyśmy sobie z Gośką przez Skype ponad godzinę. Tak zwyczajnie, o wszystkim. O Adamie trochę też naturalnie.
Inny głos, niż ten, który pamiętam. Łagodniejsze osądy. Ciekawa jestem co z niej wyrosło.
Kiedy zasiadam do …
Kiedy zasiadam do pierwszej porannej kawy to znaczy, że wstałam już dobre 10minut wcześniej, pies jest wysikany, łóżko zasłane, a na nogach tkwią skarpety (jeśli to zima). I jeśli wtedy nadal nie czuję bólu, to wnioski są dwa: Przestało padać! oraz Mróz! Co w sumie mogłabym stwierdzić będąc na psim porannym sikaniu, ale raczej nie stwierdzam gdyż jakaś część mego mózgu nadal śpi.
Powinnam się chyba przenieść bardziej na północ, skoro południe Europy oraz Wyspy Kanaryjskie są dla mnie nieprzystępne cenowo i językowo.
Tylko wtedy jest „dylemat szczęścia i obowiązku” jak mawiał mój kolega.
Wybrać co wolę ból bez depresji czy depresję bez bólu? Gdyż na północy jak wiadomo słońca zimą nie za wiele a ja światłolubna jestem. Oraz na północy nie ma co liczyć na uprawiane miejscowo pomidory, paprykę i inne takie, które są w zasadzie, obok pszenicy, podstawą mojego żywienia. Jasne, że są importowane z Holandii, jak w całej Europie, ale ich smak w niczym nie przypomina smaku tych, z babcinego ogródka. Ech…
No mówię, dylemat szczęścia i obowiązku. Choć trudno tu ustalić cy brak bólu jest szczęściem czy obowiązkiem.
Zafundowałam sobie wolną sobotę z okazji wczorajszego Julbord, którą to imprezę zafundował nam pracodawca eMa. W H&M na dziale „MAMA” wynalazłam bluzkę czarną w białe i niebieskie gwiazdki, która pomieściła nie tylko mnie ale i mój biust, jednocześnie zachowując rękaw tam, gdzie się znajdować powinien czyli pod pachą a nie w pasie. Wow!
W czarnych butach, spodniach, bluzce, włosach wyglądałam jak ciężkiej żałobie. Dorzuciłam do tego zatem własnoręcznie uszyty komin z czerwonej koronki. Było lepiej. Już nie wyglądałam jak wdowa. Bardziej jak Arabka. Trudno uha-ha. Komin miał tę zaletę, ze grzał mi zmasakrowany odcinek C7, który choć uspokaja się przy mrozie, ale zimna nie lubi, oj nie. Kopie wtedy ze zdwojoną siłą w nerw, który rezonuje do wszystkich stawów, a te przekazują bodźce dalej, aż do czubków palców.
Ale ja nie o tym przecież.
Zatem ubrałam się, umalowałam, przygotowałam mentalnie na zderzenie z tłumem oraz, jako zadość uczynienie za wysiłek, obiecałam sobie wyżerkę.
Bo jakby nie było to na każdej imprezie w Szwecji musi być sałatka ziemniaczana. Oraz ziemniaczki zapiekane w kwaśnej śmietanie z serem. I ryż z pomarańczami, jeśli to zima.
I co?
Zawiodłam się setnie. Sałatka była bez smaku, ziemniaczków zapiekanych wcale, ryż też bez smaku, i nawet sos owocowy tego nie poprawił. Za to wszelkiej maści kremy i ciasta były tak słodkie, że poza cukrem nie było czuć nic innego.
Jak to dobrze, że przyjechaliśmy własnym samochodem- mogliśmy się zebrać do domu jak tylko się nam zachciało. A zachciało o 21 już. O 21.30 byliśmy w domu. Dałam wytchnąć plecom na moim fotelu.
Czy pisałam, że kupiłam sobie fotel? Taki prawdziwy, babciny. Przepastny, z podnóżkiem, który mi służy za stoliczek i z zagłówkiem. 
Niestety, jak widać, fotel dzieli los ławki kuchennej, którą też kupiłam dla siebie a potem o jej skrawek musiałam walczyć najpierw w Kociem a teraz z Psicą.
A Psica jak też widać słusznych rozmiarów jest. Na rączki się jej nie weźmie i nie przeniesie w inne miejsce. A miejsca na drugi fotel brak.
Jak nauczyć Zwierza, że gdy mówię: wynocha, to nie jest twoje miejsce, to radosne merdanie ogonem, lizanie po twarzy, fundowanie łapy oraz przybijanie piątki nie jest tą reakcją, jakiej oczekuję? Psica, która normalnie jest inteligentna i uczy się błyskawicznie w tym wypadku kompletnie nie rozumie ani subtelnego gestu ręką, ani nie subtelnego spychania. Patrzy na mnie niewinnie i pyta wzrokiem: Ale co ci chodzi? Przecież siedzę. Grzecznie siedzę. Nie gryzę niczego. Nie jem tego, czego nie lubisz. Masz jakiś problem? Chyba ze sobą KOBIETO?
A jak przyszła Zuzia co się działo!
Zuzia na rączki, Psica też na rączki. Na kolanka? Psica też. Przytulić się? Naturalnie, że tak. I okazało się, że nie wiadomo jakim cudem mam tylko jedną stronę. Jedną. Tą, z której jest Zuzia. I Pies koniecznie, ale to koniecznie musiał…
…Kocio przynajmniej był mniejszy…