A biednemu wiatr w hełm

Zrobiło się …

Zrobiło się wiosennie. Temperatury plusowe, zniknął śnieg, pojawiły się kałuże, ale że jednocześnie słońce się pokazywało w ciągu dnia choćby na pół godzinki to nie narzekałam. Mokro, wietrznie i słonecznie, to wolę od biało i słonecznie.
No, fajnie było. Przez niecały tydzień.
We czwartej eM zaczął coś wspominać o samopoczuciu. A Zuzia wieziona z przedszkola na tańce powiedziała, że boli ją czoło.
Na wszelki wypadek udałam, że nie słyszę, bo w piątek miała być Zuzia i Małpi Gaj obiecany już dawno.
No i było wszystko co trzeba, a nawet więcej.
Zuzia zabierana od ojca, miała szkliste oczy. Co prawda mama-zastępcza mówiła, że Zuzia narzeka na ból gardła ale gorączki nie stwierdziła.
No ale pojechaliśmy.
Jak zawsze dziadziu był asystentem od szaleństw, a babcia sponsorem.
Po dwóch godzinach dzieciak zmarkotniał. Oczy się zrobiły jeszcze bardziej szkliste. Propozycja powrotu do domu przyjęta została jednomyślnie.
W domu rozłożyli się na amen oboje i eM i Zuzia.
Na placu boju zostałam ja i Pies.
Zuzię w sobotę rano odstawiliśmy do mamy. Ja się niemrawo zebrałam do prac domowych a eM po prostu się wyłączył.
Donosiłam mu tylko: aspirynę, sok z pomarańczy osobiście wyciśnięty, zupę ogórkową, chusteczki, ipren, alvedon, kompot, wodę i nie wiem co jeszcze…
W niedzielę pod wieczór eM był już całkiem ugotowany mimo wyjątkowo (jak na mnie) troskliwej opieki.
W poniedziałek rano, na skuterku było mi jakoś mało zimno. Przez chwilę. A potem bardzo zimno. A potem znów bardzo ciepło. I to takie dziwne uczucie w piersiach i pomiędzy łopatkami…
Jeszcze wieczorem poszłam z psem. Ale już wiedziałam, że noc, najdalej ranek będzie wesoły. Przewidująco poinformowałam zainteresowanych, że do pracy nie przyjdę.
W nocy obudziło mnie taka telepka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie miałam. Naprawdę nigdy nie widziałam, żeby mi się trzęsły usta i policzki. Dziwnie to było, podejrzewałam samą siebie o symulację i skarciłam za przesadę.
Od tej pory leżę plackiem.
eM poszedł do pracy wczoraj. Skaranie boskie z upartym, głupim chłopem. Kaszle tak, że aż mnie boli i jest słaby. Oblewa się potem i kręci mu się w głowie. Ale polazł do roboty, bo wszak gorączki nie ma to jest zdrowy, nie? A pieniądze potrzebne.
A ja leżę dzień trzeci. Jem jak opętana, więc nawet żadnej korzyści z choroby nie będzie, nie schudnę, nie ma o czym marzyć. Oraz faszeruję się co na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Jedna tableteczka, po trzech godzinach druga. Czekanie sześciu godzin, nie wchodzi w grę, znowu zaczyna telepać. I nic więcej! Trochę kaszlu z krtani. I ból stawów.
A tymczasem klientowi ktoś rozbił okno na parkingu i rąbnął torbę. Torba była pełna bo klient woził w niej prawie całe swoje szwedzkie życie. Wyglądała na taką co może zawierać co najmniej laptopa. Niestety – były tam same papiery. Dla złodzieja bezwartościowe, dla klienta jak wiadomo ważne. Różne tam dokumenty rejestracyjne firmy, zezwolenia i takie tam…
Z racji tego, że klient był w szoku ja zgłaszałam telefonicznie zdarzenie do policji.
I to jest ciekawe.
Zadzwoniłam. Czekałam chyba 10 minut gdy usłyszałam komunikat, że jeśli podam numer telefonu to oni do mnie oddzwonią jak przyjdzie moja kolej. Podałam. Oddzwonili za jakieś 15minut. Powiedziałam, że znajomy, a właściwie klient padł ofiarą włamania. Pani spisywała zeznanie. Na szczęście czekając na ich telefon próbowałam złożyć zawiadomienie online, więc wszystkie dane już miałam. Poszło nam sprawnie. Pani poprosiła o mój personnummer. Ja poprosiłam, żeby kopię zgłoszenia wysłała do mnie a nie do klienta. Chciałam podać adres ale pani już go miała. Zaśmiałam się.
-No tak, wystarczy personnummer i wiecie wszystko- powiedziałam radośnie i dodałam lizusowsko – Lubię ten system.
Pożegnałyśmy się.
A ja naprawdę lubię ten system „permanentnej inwigilacji”. Może i jestem naiwna, ale co tam. Co mi szkodzi, że dzięki kilku cyfrom bank wie jaka jest moja sytuacja ekonomiczna, lekarz jak wygląda moje zdrowie a policjant gdzie mieszkam i czy mam coś na sumieniu?
Nie robię nic nielegalnego i nie zamierzam, nawet moralnie się prowadzę, to co mi tam? No dobra, mam pewien nieuczciwy związek z pewnym programem sygnowanym literą grecką, ale to całe moje przestępstwo.

Tak więc leżę.
Z nudów przejrzałam całą tablicę facebooka.
I nagle znalazłam artykuł, że policja zatrzymała 14 osób podejrzanych o przygotowywanie napadu na dom dla azylantów. W tej grupie większość stanowili Polacy.
Zagotowałam się! A tu pod linkiem komentarz, że biedne chłopaki i co za menda ich wsypała.
Biedne?! Dobrze im tak!
…Akurat, ci z tego domu napadli na siostrę jednego z zatrzymanych.
Od tego jest policja
…Policja nic nie robi…

Nie lubię pyskówek internetowych, przestałam zaglądać. Wyraziłam tylko zdanie, że rzeczywiście, do opinii o Polakach, że nieuki, złodzieje i pijaki brakuje jeszcze tylko tego, że i bandziory. Przyjadą tacy na „gościnne występy” a cenę za to zapłacą ci, co uczciwie i po cichu żyją swoim życiem.
Oraz, że równie dobrze, można napaść na cały blok bo jeden z mieszkańców napadł na czyjąś siostrę, więc można uznać, że cała kamienica jest winna.

Nie jestem fanką tych młodych mężczyzn, którzy przedarli się do Europy i chcą w niej wprowadzić swoje porządki. Ale staram się pamiętać, że w tej gromadzie są też ludzie uczciwi, ludzie, którzy po prostu ratowali życie swoje i swoich bliskich, są małe dzieci. Nie godzę się na samosądy. Nie godzę się na wrzucanie do jednego worka wszystkich ludzi o bardziej smagłej cerze.

I mogłabym jeszcze długo, ale właśnie zaczyna mnie znów telepać i zaczynam więdnąć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s