152. Pismo obrazkowe

a dla lubiących czytać wpis 141 poniżej.

Nasypało trochę śniegu. Przymroziło z lekka. I wyszło słońce. Się pojechało do lasu. O tak:

I takie wyszły z tego sztuczki.

Złoty las
Złote Trzy orzeszki dla Kopciuszka
Złote chabazie

Do tego szczęście psa

Były też trolle…

A w listopadzie wracało się w takich okolicznościach przyrody

A tak już w grudniu

Godzina 16 z kilkoma minutami.

151.

Jeszcze w temacie Julbord na chwilę.
Sezon na tzw Julbord zaczyna się pod koniec listopada i trwa do świąt. Z tym, że raczej mało która firma organizuje je w ostatnich dniach przed świętami. A Julbord (Jul – Boże Narodzenie, bord – stół) to święte prawo prawo Szweda. Julbord organizują WSZYSCY. Firmy dla swoich pracowników, kluby zainteresowań różnej maści – w moim klubie foto Julbord był już 25/11 (nie, nie byłam), szkoły, przedszkola, partie polityczne i wszelkiej maści organizacje.
Jak w eMa w pracy kilka lat temu była zła ekonomicznie sytuacja, to ludzie mimo wszystko siedzieli spokojnie. Ale po tym jak zarząd ogłosił, że ze względu na złą kondycję Julbord nie będzie, wielu podjęło decyzję o odejściu. Taki to jest zwyczaj.
Nie chadzam na te spędy już od lat.
Kilka razy byłam z mężem na jego firmowym. Raz czy dwa razy byłam na fotograficznym. I to jest naprawdę nie dla mnie impreza.
Zadziwiające jak naród, który tak bardzo lubi mówić o niczym celebruje wszelkie spędy socjalne. Siedzą, jedzą śledzia na sto sposobów, zagryzają łososiem i szynką z łosia, popijają glogga i gadają, gadają, gadają…ale o czym gadają to nie mówią. Takie ble, ble, ble…
Moja koleżanka Adaś kiedy mi napisał taką scenkę ze swej przerwy w pracy.
Scena: pokój socjalny.
Osoby: Szwed1, Szwedka, Szwed2, Polak.
Szwed1: Ta ściana jest żółta.
Szwedka: O, rzeczywiście.
Szwed2: Ładny ten żółty.
Szwed1: Tak ładny.
Szwed2: Czy ona jest bardziej żółta niż wczoraj?
Polak (w duchu): Kurwa!

Jasne, każdy z nas czasem gada o ścianie. Ale na litość boską! NIE CAŁY CZAS! A oni potrafią ględzić o takich rewelacjach bez przerwy. To już by się zamknęli i posiedzieli w ciszy, zwłaszcza jak w pracy na okrągło muszą gadać. Ale nie…”man måste vara socjal” „trzeba się socjalizować”.
No to się socjalizują.
Nie chadzam: nie lubię śledzia ani łososia ani tym bardziej szynki. Nie lubię bleblać o niczym. Nie lubię tłumu obcych ludzi. Nie, nie czuję, że muszę być socjalna. Nie muszę.

Weekend był pracowity.
Sara-Piła jeszcze w sobotę piłowała o jakieś dokumenty. Późnym wieczorem wreszcie przysłała mi wszystko co trzeba z instrukcją co zrobić i jak zrobić.
Rzecz w tym, że jak zaczęłam robić to nic nie wyszło tak, jak powinno. Bo np. klient odesłał podpisany, zeskanowany plik…ale tylko strony z podpisem i w jpg anie w pdf. Jak z pliku pdf wywalić trzy strony i zastąpić je jpgami? A ten pdf musiałam wysłać w całości do jednego urzędu.
Wysłałam plik pdf + 3jpg z podpisami. I tak musimy wysłać papierowe…
Musiałam złożyć tez deklarację podatkową firmy, a nigdy wcześniej na oczy jej nie widziałam. Sara oczywiście dała instrukcję. Na przykład: załączniki przesłałam w postaci pliku elektronicznego. Na koniec system cię poinformuje, że ma takie pliki i czy chcesz je dołączyć – chcesz.
Ha! Na dzień dobry dostałam informację, że nawet jak wgrałeś pliki to może minąć kilka dni nim będą widoczne. I tyle w plikach.
W dodatku pytanie i zaliczki na podatek. Żadnych pytań dodatkowych, żadnych tam wyjaśnień. Po prostu rubryka „zaliczki na podatek dochodowy”.
Mam wpisać co wpłacili? Czy może Sara ujęła to gdzieś indziej?
Na wszelki wypadek nie wpisałam nic.
Sara nie zaglądała na maila więc nie odpisywała…
Dobra, już wiem jak się czują moi klienci jak ja tak robię ;). Nie, nie zmienię zwyczajów.
A poza pracą zawodową walczyłam z krosnami.
Bo tak: skoro dywanik to osnowa musi być mocna. Mam szpulkę kupionego w szmateksie cieniutkiego sznurka. No w sam raz na osnowę. Osnułam krosna. Poszła jak z płatka. Niestety jak zaczęłam tkać to się okazało, że wychodzi siatka. Sztywny sznurek nie dawał możliwości dociśnięcia wątku.
Sprułam. Zdjęłam sznurek. Wykonałam prace umysłową polegającą na wynalezieniu innej osnowy. Stanęło na mocnych bawełnianych niciach złożonych podwójnie. Osnułam połowę…Rzecz w tym, że nici zielone. Uznałam, że ten zielony będzie mi się gryzł, bo będzie zbyt widoczny.
W szmateksie znalazłam grubą nić albo jeszcze cieńszy sznurek bawełniany.
Kupiłam, osnułam. Zaczęłam napinać. Osnowa zaczęła pękać. Szlag! Nić chyba stara bo rozrywam w rękach bez problemu. Cała robota na marne.
Dziś zdejmę tę nić. I… nie wiem. Mam do wyboru biały kordonek lub nić lnianą. Pewnie stanie kordonku bo len jest sztywny choć nie do przerwania.
To się tylko tak szybko pisze. Osnucie krosien, nawet takich małych jak moje to jest cały dzień pracy. Najpierw wymierzyć nici na osnowę, potem przeciągnąć przez nicielnice, potem przez oczka płochy czyli tego grzebienia dociskającego. Potem to wszystko naprężyć, ale tak żeby końcówki nici były równo…
Oczywiście ktoś, kto ma prawdziwy warsztat tkacki do wymierzania nici ma specjalne urządzenie – choćby najprostszą ramę z listwami. I kogoś do pomocy przy osnuwaniu. A ja mam tylko siebie. I Yankiego, którego wreszcie poprosiłam o pomoc.
Synek widząc, że w kuchni na stole wciąż stoją krosna i tylko kolor oraz ilość nici się na nich zmieniają wreszcie się zaciekawił:
– A ty będziesz coś robiła czy tylko tak te nitki zakładasz?
Na takie pytanie dobrze wychowana matka może tylko odrzec:
– Synku, praca tkaczek jest jak widzisz pracą mrówczą, zmuszającą do precyzji i wielkiej uwagi bo każdy błąd się potem mści. Dlatego tyle czasu mi to zajmuję gdyż zakładanie osnowy jest bardzo skomplikowanym procesem.
Nie jestem dobrze wychowaną matką więc tylko warknęłam takie jedno słówko na S.
Dziś podejdę do tej osnowy raz jeszcze. Ale jak mnie ktoś zapyta:
-Dlaczego w szybie tego okna jest taka dziura? – to nie ręczę za siebie.

Oraz w związku z opadłym śniegiem byliśmy z psem na Kinnekulle. Dwa razy. Zdjęcia w następnym wpisie.

140.a właściwie to 150

5:15 AM
Snow laying all around
A collier cycles home
From his night shift underground
Past the silent pub
Primary school, workingmen’s club
On the road from the pithead
The churchyard packed
With mining dead

Ciemno. Dom śpi. Mark mi śpiewa piosenkę o górniku wracającym ośnieżonym miastem z nocnej szychty pod ziemią.

Czuję się tak trochę jak ten górnik dzisiaj. Trochę. Troszeczkę.
Pracowałam wczoraj ciężko i długo.
Za oknem było słońce, pierwszy raz od dawna. Skrzyło się na lodowisku na parkingu pod blokiem.
Skończyłam około 20. I byłam wypompowana. Sięgnęłam po substancje zakazane: burbon i czekolada. Wstałam z migreną – a to niespodzianka.
Inna rzecz, że migrenę i tak miałam zapewnioną na 90%. Stres, wysiłek, długie godziny przed monitorem. Nie pracowałam sama. Ponieważ nie czuję się zbyt dobra w zamykaniu roku w spółkach z o.o. zleciłam to innej księgowej. Najpierw ja się grzebałam, potem ona…a deadline jest w poniedziałek. No i wyszło jak wyszło.
Ale za to mam pewność, że w tej firmie pierwszy raz od 5 lat bilans będzie zrobiony bardzo porządnie. Piła z tej Sary :D. Jest jak Tośka z ukradzioną skarpetką. Jak się złapie jakiejś cyferki to nie puści póki jej do czegoś nie doczepi. To znaczy, że jest dobra. Naprawdę dobra, bo księgowa właśnie taka jest. Ja za dużo odpuszczam.
Inna rzecz, że Sara po 12 godzinach mailowania tam i z powrotem zaczęła do maili WRESZCIE wstawiać pojedyncze, bo pojedyncze, ale bardziej prywatne zwroty. Znaczy – Szwedka wystawiła nos z gawry.
Muszę sobie dziś jeszcze zrobić listę dla pamięci – co przygotować na następny raz żeby oszczędzić kasę i czas pracy.

A poza tym miałam stres bo eM miał Julbord firmowy, ale w sąsiednim miasteczku. No i tak wyszło, że Yankie musiał ich zawieźć i przywieźć. Mojego męża i jego dwóch kolegów. EM postanowił bowiem raz w życiu zaszaleć na firmowej Wigilii.
A Yankie, przypominam, egzamin na prawo jazdy zdał ze dwa tygodnie temu, a dokument odebrał we wtorek. A tu noc i lód dookoła. No, na jezdniach nie, ale wiadomo.
Yankie zawiózł, zostawił i wrócił do domu cały zachwycony. Bo po raz pierwszy jechał samochodem całkiem sam. Nikt nie gadał, nie pouczał, nie kontrolował. A że wieczór to droga niemal pusta, prosta i dość szeroka.
Wiedziałam, że jazda na trasie za miastem mu się spodoba 😀
Ale jechał na wszelki wypadek dość wolno.

8:16.
Trzeba się ubrać i pójść z piesełkiem. I to jest największe wyzwanie. Bo piesełek, normalnie całkiem już stateczny i rozważny, czując chłód w powietrzu i śnieg pod łapami zamienia się w rozbrykanego szczeniaczka.
Kręci się, bryka, zrywa do pędu, rozwala na ziemi…To jest oczywiście szalenie zabawne, ale bywa niebezpieczne.
Ych…Tak fajnie było z deszczem. Komu to przeszkadzało?

149

A teraz, co powiecie?

Portki tutaj mam dresowe, ale mam takie na kant, porządne.
Tutaj mam legginsy. Oraz brudne lustro. Buty wciąż te same.
Szal w postaci kokardy? W roli szala – firanka z Ikea bo szlag trafił mój szal w gwiazdki.

A jakby tak dodać musztardy do tego stroju z kiecką? I zamiast czarnych rajstop dac jednak musztardowa oraz szal w takim samym kolorze?

148

Sukienka przyszła. Nie wygląda źle, aczkolwiek w biodrach zdaje się być lekko za szeroka, ale to dokładnie zobaczę po uprasowaniu. Oczywiście rozmiar 44/46 jest tym właściwszym, w 48/50 po prostu utonęłam. Może nawet weszłabym w 40/42 ale pewnie z lekko by się opinała no i rękaw pewnie byłby ciasnawy. Chyba jednak mam biceps a la Szwarceneger.
Sukienka ma całkiem porządną jakość, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jednak jest ciemna, dużo ciemniejsza niż na zdjęciu. To bardziej butelkowa zieleń niż błękit – choć kolor ładny.
Przez chwilę miałam pomysł na musztardowe rajstopy i dodatki, ale stwierdziłyśmy z Litwinką, że przy czarnych, płaskich butach za kostkę żółta plama mnie skróci. No i stanęło na czarnych rajstopach. Poradźcie: co jasnego na siebie wrzucić bym nie wyglądała żałobnie? Jakiś szal? Jakieś ozdoby na szyję?
Namawiałam męża by do swego stroju dodał muchę – żółtą lub czerwoną, ale popukał mnie w czoło. Jego marynarka jest taka…każualowa bardziej, co mnie lekko martwi. Ale nic nie poradzę – kupić w tym mieście cokolwiek do ubrania dla faceta to albo trzeba mieć worek kasy i kupować w sklepie gdzie takie marki jak Burberry albo się bierze co jest i w miarę dobrze leży.
EM ma piękną marynarkę, niestety kupiona w czasach ostrego nawrotu choroby teraz jest po prostu lekko za ciasna.
Wczoraj przyszedł też zamówiony dla nich w prezencie ekspres do kawy. Litwinki córka zdradziła, że lubią kawę a nie mają. O czym przecież wiedziałam, ale jakoś do mnie nie dotarło. Ekspres przelewowy, ale nareszcie ktoś pomyślał i zrobił taką wersję, że da się w nim zaparzyć tylko jeden kubek. W dodatku ma timer więc można sobie zaprogramować kawę na rano, że wstajesz i masz. Sama bym taki chciała :D.
Patrzyłam na ciśnieniowe i wiem, że za porządny trzeba dać co najmniej trzykrotność tego przelewowego czyli jakieś 3-4 tysiące. Można mniej, ale wtedy kawa jest taka sobie.
Są jeszcze oczywiście na kapsułki, ale chyba bym się pod ziemię ze wstydu zapadła gdybym komukolwiek taki syf podarowała. Nie dość, że kawa bardziej z gatunku rozpuszczalnych to jeszcze te tony śmieci.
A tymczasem wymyśliłam alternatywę stroju i znowu będziemy miały z Liwinką gorącą linię. A może by tak czarne spodnie (ew. spódnica) + biała koszula? Mam taką koszulę…Kupina kiedyś na wyprzedaży. Koszula jest z grubego, mięsistego materiału. Pięknie uszyta, z zaszewkami na długości, z guzikami z masy perłowej. Ma krój podobny do marynarki. Prosta, szalenie elegancka. A może by odesłać tę kieckę? I wystąpić w czymś, w czym będę się czuła pewnie?
…hm….
A wczoraj odbyłam fajną rozmowę przez telefon. Nowa klientka zadzwoniła. Polskojęzyczna Litwinka – fryzjerka.
– Bo ja mieszkam w V. ale pracuję w Mieścinie.
– O!. A gdzie w mieścinie?
– Tu koło liceum i biblioteki.
– O, to blisko mnie. Ja mieszkam koło biblioteki. Jaka to ulica?
– To zależy albo Visgatan albo Mittgatan, bo to tak na rogu.
Tylko jedno miejsce mi się nasuwało, ale tam salon miał taki jeden Arkan z Iraku, Jazyda – chodziłam z nim na SFI przed laty.
– A jaki jest adres?
– Mittgatan 26.
Zaczęłam się śmiać.
– Ja mieszkam na Mittgatan 26! – zaczęłyśmy się śmiać obie. – O fajnie, mam ślub przyjaciółki 6 grudnia, miałam szukać fryzjera, ale już chyba nie muszę. Ona zresztą też Litwinka. – dodałam.
– Litwinka? 6 grudnia?
– Tak.
– A to nie LITWINKA czasem?
– No tak!
– To ja jej będę fryzurę robić…

Sami swoi normalnie.

A poza tym to właśnie osnuwam krosna i będę sobie robić wełniany dywanik do biura. Dywanik będzie w pasy – beżowe, zielone, różowe i być może niebieskie. Z założenia będzie się składał z trzech zeszytych ze sobą części bowiem na krosnach nie zrobię szerzej niż 35cm. Mam se takiego pomysła, że jedna część będzie w pasy podłużne – co osiągnę poprzez osnucie krosna wełną, a wątkiem będzie to, co normalnie jest osnową.
Wełnę, najprawdziwszą, gryzącą jak jasna cholera, kupiłam wczoraj w second handzie. 800gramów za jedyne 120koron. Nie wiem na ile mi to wystarczy. Możliwe, że z dywanika zrobi się tylko chodniczek…
Dodatkowo kupiłam 5metrów materiału obiciowego o szerokości 145cm – też za jedyne 100koron. Obijemy czerwonego potwora czyli wielkie kanapiszcze mojego męża. Znaczy: obijemy siedziska.

I to by było na tyle…

147.

Ciemnica straszna! Niebo jest szare, ostatnie liście pospadały, więc koloru w około jak na lekarstwo, poszarzało wszystko. I do tego ta ciemność….Nie, że mrok, ale szarówka taka, jakby zmierzch trwał cały dzień. Kiedy o ósmej rano idę z Tosią wszędzie palą się światła.
Te światła, pozapalane w budynkach to raj dla podglądacza czyli dla mnie.
Wczoraj wreszcie mogłam zobaczyć wnętrze Tinsghuset.

Fil:Tingshuset Lidköping.jpg

(zdjęcie z Wikipedii).
To jeden z niewielu ciekawych architektonicznie domów w moim mieście, kiedyś mieścił się tam Sąd Rejonowy. Sam budynek pochodzi z 1902 roku więc chyba podpada pod secesję..?
Przez wiele lat budynek stał pusty, czasem kręcili się tam policjanci, chyba wykorzystywano budynek na szkolenia. A jakieś dwa lata temu zaczęto remont – budynek główny zaadaptowano na mieszkania, w przybudówce znalazła siedzibę przychodnia położnicza.
Strasznie byłam zawsze ciekawa tego budynku w środku, zaglądałam kiedyś przez szybki w drzwiach, ale widziałam tylko wysoki hall ze schodami.
A wczoraj ktoś zostawił zapalone światła na tyłach budynku.
Co jest ciekawe to sam budynek z każdej strony jest tak samo ciekawy – a nie jak często bywa, że tylko fasada jest zdobna, a reszta ścian gładka i prosta. Ten stoi na rogu ulicy, na całkiem sporej parceli, w kącie ogrodu rośnie wspaniały buk i bałam się, że przy remoncie zechcą go ściąć, ale nie, został, nawet go nie przycięli, uff.
Całe otoczenie Tinghuset jest fajne – bo vis a vis wejścia głównego jest park miejski. Z tyłu, jak widać na zdjęciu, jest stara wieża ciśnień. A na lewo od głównego wejścia przechodzi uliczka obsadzona starymi lipami. To jest moje ulubione miejsce w tym mieście. Bo te lipy, bo budynki przy tej uliczce są piękne…Może powinnam je kiedyś pokazać, bo są jeszcze dwa niesamowite domy, też chyba secesyjne, z czego jeden to drewniana willa.
Udało mi się wczoraj pociągnąć Tosię w tamtą stronę, dzięki czemu mogłam zobaczyć choćby fragment wnętrza Tingshuset. Nie wiem czy to klatka schodowa czy raczej dwupoziomowe mieszkanie. Ale raczej to ostatnie. Wysoki salon, z wielgaśnymi oknami, schody na piętro, antresola. Jak jak bym chciała choć plany tego budynku zobaczyć..!
Napisałam, że udało mi się pociągnąć Tosię, bo ten pies nie jest poczciwym pisakiem, co pójdzie tam gdzie się go poprowadzi. Na spacerach to ona decyduje gdzie idziemy. I nie ma, że nie. Ona skręca w lewo, ja w prawo…I nagle na drugim końcu smyczy mam głaz a nie psa. Pies wrasta w podłoże i dźwigu trzeba by ją ruszyć. Jasne, że jakbym podeszła, wzięła za szelki to pies pójdzie…tylko, że po trzech krokach zamieni się w bezwładny worek, a po czwartym położy. A, że dla mnie to naprawdę żadna różnica, bo tak i czy inaczej 30minut musi być, więc nie walczę. Pilnuję tylko trasy i z lekka koryguje by kółko zamknąć po 30 minutach a nie po godzinie czy dwóch. Bo, naprawdę, ten pies ma moje cechy i najchętniej zwiedza według zasady: „ty, a chodź zobaczymy co jest za zakrętem”.
Kiedyś z mężem tek objeździliśmy pół Warmii…
A prawda…
Mój synek zdał egzamin na prawo jazdy. Wreszcie coś mu wyszło. Ale pracy nadal nie ma i robi się to coraz bardziej przerażające.

146.

Litwini postanowili się pobrać. I poprosili nas na świadków.
I naraz okazało się, że nie mam w szafie ANI JEDNEJ eleganckiej rzeczy, w której mogłabym wystąpić.
Ponieważ był późny wieczór pobiegłam szybko do sklepów internetowych żeby się zorientować co jest na rynku.
Ostatni raz byłam na czyimś ślubie mając rozmiar 36. Teraz noszę 46…w porywach do 48 – zależnie od kroju, bo prócz siebie muszę jeszcze ubrać mój biust.
Oglądałam i…litości.
Wprawdzie odgrażałam się Litwince, że wzorem Szwedek na tak uroczystą okazję założę pod zwyczajową dżinsową spódnice legginsy z koronki i po tym każdy będzie wiedział, że idę na „fest”. Ale -NIE. 6 grudnia może być chłodno a legginsy z koronką kończą się w połowie łydki i nosi się je do sandałów (i nie wyobrażać sobie proszę delikatnych sandałków na szpilce).
No dobra, to był żart.
Zatem poleciałam w internety pobuszować w sklepach.
Wpisałam w wyszukiwarkę fest kläning – sukienka uroczysta, imprezowa i zaniemówiłam z wrażenia.
Poważnie? To w czymś takim Szwedki chadzają na imprezy? Buro, szaro, czarno. Najczarniej. No dobra, rozumiem szwedzki minimalizm, ale bez przesady! No nie ubiorę się na czarno czy buro na ślub, na litość boską! Toż to nie pogrzeb! W dodatku te fasony… Generalnie dominują fasony a la fartuch sprzątaczki, czasem fartuch jest falbaniasty.
Dobra, dodałam XXL do wyszukiwania oraz coctail. Było lepiej, ale tylko na pierwszy rzut oka.
Co się stało z zasadą, że jak odsłaniamy górę to chowy dół i na odwrót?
Naprawdę eleganckie sukienki dla grubych to styl a la świnka Piggy? Kuso dołem, górą obowiązkowy szpic niemal do pasa. No kurde: mleczarnia i tuczarnia w jednym miejscu! I do tego kolory! Nie chciałaś buro? To masz: srebro i cekiny.
Oesuuu… Naprawdę zostaną mi legginy z koronką. Jęknęłam. Ale nie mam dżinsowej spódnicy…Spódnica…Widziałam zasłonowy, ciemnozielony aksamit po przecenie. Mogłabym sobie uszyć taką z szerokim paskiem i układaną. Do tego jakąś ładną białą bluzkę…Zaczęłam kombinować.
Ale nie szyłam sobie spódnic od …10 rozmiarów 😉 Inaczej się wygląda w takiej kiecy jak się ma rozmiar 36 a inaczej jak…nie.
Cokolwiek nie szukałam, wyskakiwał mi jeden adres, który skrupulatnie omijałam. Bo to przecież sklep dla babć. BonPrix. Wreszcie pomyślałam, że sprawdzę. Weszłam. Przejrzałam setki kiec. Były takie sobie, niezłe, ładne i bardzo ładne. No dobra – szału nie ma, ale nareszcie coś z sensem. Nie bure i nie w stylu fartucha sprzątaczki. Proste, z zaszewkami na biust. W ładnych kolorach. W dodatku na zdjęciach były modelki gabarytowo bliskie moim wymiarom a nie jakieś wychudzone wieszaki. Widząc okrągłe buzie, zaznaczone biusty, pulchne ramiona mogłam się domyślać, że talia też odbiega od 56cm.
Wybrałam jedną sukienkę ale w dwóch rozmiarach, bo niemiecka rozmiarówka bywa myląca. W szwedzkich sklepach bywa, że i 50 mierzę, żeby znaleźć miejsce na biust i biodra. W niemieckich bywa, że i 44 jest luźne.
O taką: https://www.bonprix.se/produkt/trikaklaenning-med-meshaermar-petrolbla-949544/

Ciekawa jestem jak będzie wyglądać. Tym bardziej, że z racji tego, że mam prawą nóżkę bardziej, to nie mam w szafie ANI JEDNEJ PARY butów na obcasie. Moje najelegantsze buty to czarne, skórzane, wizytowe trzewiki, na cienkiej podeszwie. Są eleganckie, ale do typowo wieczorowej sukienki wyglądałyby śmiesznie. A ja nie będę kupować butów na jedną okazję. Tym bardziej, że chodzić w takich nie mogę bo mi nóżka nie daje. A do tej sukienki takie buty wraz z ciemnymi rajstopami powinny wyglądać dobrze.

A tymczasem Litwinka mi oświadczyła, że ona ma w szafie ulubioną granatową sukienkę …

145. Najlepszy prezent – skarpetki.

Przedwczoraj Tosia się pochorowała. Ale jak! Biegunka, wymioty… Gdy po raz kolejny wyprowadziła mnie z domu, było już ciemno. Nie chciała za żadne skarby świata do domu. Kładła się na chodniku jak tylko skręcałam w tym kierunku. To chodziłam z nią dookoła myśląc, że jest chora i może tego właśnie potrzebuje. A potem przykucnęła i wylało się z niej. W świetle latarni wyglądało bardzo krwawo.
Kolana mi zmiękły.
Tosia sama pociągnęła do domu.
Leżała potem koło kanapy i Pańcia. Nie zaczepiała, nie zaglądała do kuchni „co robisz i daj kawałek”. Spała.
Potem przyszła do mnie, kazała się przytulić i znowu spała.
Ona spała. Ja nie mogłam. Zastanawiałam się czy lecieć do weta z rana czy jeszcze poczekać, skoro mija już kilka godzin bez sensacji. Leczyć czy dać psu spokój, nie stresować jeszcze bardziej? Z całej siły opierałam się chęci wpisania w googla „krwawa biegunka u psa”.
Zasnęłam chyba około drugiej.
eM wychodził do pracy przed piątą i obudziłam się. Tosia zażyczyła sobie spaceru. eM ją wziął, ale jak wrócili to okazało się, że tylko siku chciała. Położyła się z mną. I tak sobie drzemałyśmy aż się zrobiła dziesiąta! Zwlekłam się z łóżka z myślą, że trzeba psa na dwór, a potem zadzwonić do weta. Poszłam do łazienki. A jak z niej wyszłam zobaczyłam mojego psa, całego szczęśliwego, wymachującego radośnie ogonem, z paszczą udekorowaną moimi skarpetkami. Prezent mi przyniosła!
I wiecie co? To był prezent roku!

144.

Chwaliłam się kilka dni temu, że wywołałam a potem porozwieszałam moje zdjęcia.
Ponieważ zrobiło szaro, ciemno oraz bardzo mokro – nie fotografuję.
To pokażę jak zdjęcia się prezentują w oprawach – ale od razu uprzedzam, że zdjęcia robiłam telefonem więc jakość galerii nie oddaje tego, co naprawdę mam na ścianach.

Mak w złotej oprawie zawisł w przedpokoju, w najciemniejszym kącie
Zegar z wróbelkiem i Zozo. Oraz żółte kwiaty z powiewającymi trawami – ostrość się rozmywa, ale tego właśnie chciałam. Na te widoki patrzę gdy tylko otworzę rano oczy.
Zółte kwiatki z Dalslandii i Sowa nad łóżkiem, koło lampki i Kindla.
A to półeczka „pamięci” w pokoju do pracy. Na górze jest Baśka i Mama, przed nimi ja ;). Zielona Gęś, Wielkanocne Jajo, Zielony Kot, zdjęcie Zozo z Mamą i Melem- już u Zozo. A obok Baśka i ja z Mikołajem i moje dzieci w podobnym wieku jak my wtedy.
A na dole dmuchawce w parku i rosa na trawie.

143.

Dziś na spacerze znowu zaczepiła nas pani, że piękny pies i cudny i ona zna, bo kiedyś miała i że to najlepsza rasa na świecie.
Tośka natychmiast uznała, że skoro tak to znaczy, że może już mnie nie słuchać i generalnie robić to, na co ona ma ochotę ignorując fakt, że na drugim końcu smyczy jestem ja.

Ten pies mnie nigdy nie przestanie zaskakiwać…
Wieczór. Robię sobie sobie kanapki. Tośka stoi koło mnie, nos w górze, węszy i całą sobą demonstruje konanie z głodu.
Kompletnie nieuważnie, nie patrząc na psa mówię
– Tosiaaaa…ale ja tu tylko pomidora mam, a ty nie lubisz.
W tej chwili kątem oka widzę jak pies odwraca się i wychodzi.

Albo Tośka ukradła mi kapcia żadna nowina. Czy może to skarpetki były…? A tak zdjęte ciepłe skarpety, zwinięte w kulkę, leżały na krześle. Tośka trzyma je w zębach, pufa jak Lord Wader i mnie szczuje.
„Zobacz co mam, zobacz co, goń mnie”.
I spokojnie zwiewa do eMa. Ja za nią. Tośka okrąża stoliki przy kanapie i zza nich pokazuje mi paszczę ze skarpetkami. Jak krok do przodu -ona hop na kanapę do Pańcia. Pańcio chce wziąć skarpety, ale Tośka robi unik. Teraz to już i Mama i Tata się bawią, ale fajnie! Chwilkę się bawimy wreszcie eM mówi do tośczynego ogona:
– Zostaw te skarpety, chodź lepiej do mnie…
Na co Tośka wypluwa skarpety i idzie do Tatusia.

I tak co chwila coś.
Mówię: nie rwij tej plastikowej torby nażresz się plastiku…Nie rozumie, no nie rozumie pies ani jednego słowa. Nie rusz tego pańciowego plecaka, tam nic dla ciebie nie ma. Naprawdę musisz zawsze pod nogami…I różne inne takie uwagi. Pies NIE ROZUMIE.
A za chwilę leży na kanapie za moimi plecami i robi toaletę mlaszcząc przy tym niemiłosiernie. A ja akurat sprawdzam jedno konto księgowe, nic mi nie gra, sprawdzam cyferkę po cyferce, czas mnie goni, stresuję się, wyłączyłam nawet Marka, a tu to okropne mlaskanie!
-Tośka, żebyś ty wiedziała jak mnie wkurza to twoje mlaskanie! Musisz teraz?! – mówię zirytowana nie odwracając się do psa. I w tym momencie cisza. Odwracam się. Tosia patrzy na mnie chwilkę, potem schodzi z kanapy i idzie do sypialni.

Ustaliliśmy już, że to nie jest tak, że ona nie rozumie. Ona rozumie wszystko. Absolutnie każde jedno słowo. Tylko zazwyczaj nie zawsze się z tym liczy.