161.

Te dwie…nigdy mnie nie przestaną zaskakiwać. I zachwycać.

Zozo.
Pożarła dwa gołąbki przechowane w zamrażalniku specjalnie dla niej. Najpierw się kłóciła żeby nie podgrzewać ich za mocno bo będą za gorące i będzie musiała czekać.
Pożarła dwa jednym kłapnięciem, bez kartofli, bez chleba. Bez sosu/ketchupu/smażenia. Gołe, z wody. A gołąbki były spore – każdy większy niż moja pięść. Pożarła i jęczy, że jeszcze by coś niecoś pojadła.
-Masz babciu krakersy?
Nie mam. Mam precelki. Chce. Mam bagietkę czosnkową. Jeszcze bardziej chce.
– Mam zoozoole…- rzucam od niechcenia i czekam na ten moment: otwarte szeroko oczy, uniesione brwi i uśmiech od ucha do ucha…A tu nic.
– Wprawdzie mama prosiła, żebyś nie jadła w tygodniu…Myślisz, że jak dam ci dwa to będzie to bardzo źle?
Dziecko patrzy na mnie poważnie i kiwa głową. (Ups…! I co babciu, głupio ci teraz? Jeszcze jak!)
– Dałabyś mi na sobotę? – pyta Zozo.
Pewnie, że bym dała!

Czy mówiłam, że moja wnuczka najniezwyklejsze dziecko na świecie? I najładniejsze?

Tosia.
Byłyśmy przed chwilą na spacerze. Podjechał autobus miejski (mamy tu nawet 2 linie!) i wysypała się z niego gromadka dzieci. Każde z wielką torbą i kaskiem. Acha, idą na lodowisko zrobione na Torget.
Tosia wrosła w ziemię. Wyprężyła się, opuściła ogon, głowa do przodu, boki pracują mocno czyli skamle bezgłośnie. Prezentuje cały swój urok, a te dzieciaki idą przed jej nosem rozgadaną, kolorową gromadką i nic! Nie zwracają uwagi na piękno Tosi. Nie szkodzi. Spoglądam na pysk a tam rozlana błogość i…przysięgłabym: uśmiech! Tosia kocha dzieci najbardziej na świecie. Kocha też osoby niepełnosprawne umysłowo i te z zespołem Downa. Nie wiem skąd ona wie, że to są szczególne osoby, ale na ich widok zawsze przybiera taką zachęcającą postawę jak teraz do tych dzieciaków.
Dzieciaki przeszły. Odczekałam chwilę i ruszyłam za nimi, bo czas do domu a droga prowadzi właśnie obok lodowiska. Mogłabym też iść z innej strony, trochę dalej od lodowiska, ale Tośka ciągnie w tamtą stronę, a mnie bez różnicy.
Kolorowa, gadatliwa gromadka rozsypała się pomiędzy lodowiskiem a fontannami – poprzysiadali na ławach, zmieniają buty. Tosia nieruchomieje, wodzi wzrokiem. Nadal nikt..? Nie? To poczekajcie…
Fotanna z dziewczyną i delfinem stoi w dość głębokim i dużym basenie. Jego obrzeże jest wyłożone kamiennymi płytami o szerokości mniej pół metra. I takiej samej wysokości. Tosia czasem tam włazi, ale rzadko, bo kamienie są śliskie, zwłaszcza jak wilgotne. Teraz po prostu się tam wspina i zaczyna wędrówkę. Ale jak?! Wyciągnięty krok, prosta sylwetka, ogon nisko, głowa prosto…Jakby szła na wystawie! Patrzcie i podziwiajcie! No patrzcie! Patrzcie!
Dopięła swego jedna dziewczynka w okularach zerka. Mówi coś do koleżanki. Koleżanka też zerka. I jeszcze śniady chłopiec w oliwkowej kurtce. Dziewczynka w okularach mówi głośno:
– Jaki śliczny vove*!
Uśmiecham się. Tosia się zatrzymuje. Czeka… Jest!:
– Får man klappa? (Można pogłaskać?)
Zezwalam, bo przecież nie będę taka.
Dziewczynka podchodzi głaszcze Tośkę, Tośka ma pysk na wysokości twarzy dziecka i obie są jednakowo zachwycone. Podchodzi druga, Tośka złazi z wybiegu obramowania. Wdzięczy się teraz bezczelnie między dwiema dziewczynkami. Podchodzi chłopiec w oliwkowej kurtce. Teraz to już pełnia szczęścia. Aż troje ludzi skupionych tylko na niej. Małych ludzi! A to się liczy podwójnie! Już widzę: łapy zaczynają się coraz mocniej odrywać od podłoża, zaraz skoczy na któreś i przewróci. Kończę zabawę krótkim ale grzecznym:
– Już wystarczy.
Dzieci odchodzą bez protestu, oliwkowy serwuje Tośce ostatnie głaśnięcie. Tośka wyraźnie chciałaby wpaść w tłumek, polatać między wszystkimi, porozdawać buziaki. Odciągnęłam ją. Znowu boku pracują mocno – znowu cichutkie skomlenie- skarga.

A to małpa zielona! Specjalnie wlazła na tę fontannę! Chciała na siebie zwrócić uwagę i wiedziała jak to zrobić!

Pozwalam jej na takie zaczepki, bo chcę by lubiła ludzi i lgnęła do nich. Kto wie co się może zdarzyć? Na szczęście Szwedzi na ogół lubią zwierzęta, nie krzywdzą i wiedzą jak się do nich odnosić. Ot, choćby te dzieci. Żadne nie rzuciło się na psa bez pytania, oliwkowy chłopiec najpierw podsunął rękę do nosa a potem głaskał po szyi, nie po głowie. Ma w domu psa na bank!

Są rzeczy w Szwecji, których nienawidzę. I takie, za które tę Szwecję kocham. Stosunek do zwierząt jest jednym z nich.

*vove – szwedzkie, pieszczotliwe określenie psa od angielskiego wow-wow

160

Tak to ja mogę wstawać!
Niestety – taka noc jak dzisiejsza jest ostatnimi czasy rzadkością. Zasnąć około 23, spać bez przerwy do 4, siku i jeszcze kolejne dwie godziny…
No, ale dziękujemy bogom za małe łaskawości.
Tak, wraz z grudniem przyszły problemy ze spaniem. A grudzień w tym roku jest wyjątkowo obrzydliwy.
Wiadomo, że ciemno. Wychodzę z psem, a tu na podwórku prawie noc. A dochodzi godzina dziewiąta. Strasznie to dziwne, bo w mieście trwa normalna aktywność, ludzie pracują, jeżdżą auta, piszczą maszyny. A dookoła zmrok. Rozjaśnia się nieco w okolicach południa ale o trzeciej już znowu ciemno. Już przywykłam. Gorzej, że leje. Nie pamiętam tak deszczowego grudnia! Leje i leje i leje. Oraz wieje.
Gdzie te czasy kiedy cieszyłam się, że tutaj jest zimą więcej dni słonecznych niż na Warmii? No nic, byle do stycznia. Styczeń zwykle przynosi zmianę pogody, no i dni się już zauważalnie wydłużają.
Święta za pasem.
Nastawiłam gar bigosu.
Pierogi by trzeba…Chyba w weekend zagonię synka i męża i coś polepimy.
Dziś idę do Gulsum – wreszcie obejrzę ich dom. Kupili dom w szeregowcu, ale fajnie, bo to szczytowy, więc mają więcej ogródka. Domy mają ze trzydzieści lat, okolica już jest urządzona, w ogrodach spore drzewka, żywopłoty też zdążyły się rozrosnąć. Fajnie tam jest.
Nie miałabym nic przeciwko takiej lokalizacji.
No ale trzeba się z tym pogodzić: nie kupię domu, bo nikt mi nie da kredytu na 30lat, gdy już wreszcie dobiję do jako takiego dochodu. Choć wciąż gdzieś tam w duszy tli mi się marzenie o czymś własnym. Znów jak echo wraca stara kwestia: czemu byłam taka głupia i wyjechałam tak późno?
No tak…ideały oraz problemy małżeńskie…
Dobrze, że dzieciaki zdążyły wyjechać i jakoś się w tym systemie odnaleźć. Choć Yankie słabiej sobie radzi. Zozo już nie zna innej rzeczywistości. Całe szczęście.
Kiedy patrzę na prawie pusty plecak Zozo…
Kiedy z niejakimi zdumieniem notuję, że Święta kompletnie nie mają dla niej związku z religią…
Kiedy widzę jak obcuje z dzieciakami z całego świata bez uprzedzeń…
Wtedy myślę: całe szczęście.
Nie, żeby Szwecja taka idealna była. Ale jednak tu jest …normalniej.
A właśnie! Dziś zabieram Zozo ze szkoły na lekcję pianina. A potem będziemy miały tylko dla siebie godzinkę – dwie! Stęskniłam się! Nie było jej u nas chyba z miesiąc. Durna choroba zabrała mi co najmniej jeden weekend z Zozo.
Ostatnio jak zabierałam Zozo na pianino to Misia i Mel przyjechali po nią prawie od razu jak tylko wróciłyśmy do domu. Wczoraj poprosiłam, żeby nie byli za wcześnie.

A wy jak? Pitrasicie? Ozdabiacie? Prezenty kupione?

159

Wybudziłam się około 4 i nie mogłam zasnąć. Wzięłam książkę, w nadziei, że mnie zmuli i zmorzy…Akurat! Ten Szczygielski tak pisze, że nie wiadomo kiedy człek zarwie noc bo …”jeszcze tylko rozdział dokończę”.
Moje pierwsze spotkanie z tym autorem. No, chłopaku! Jest duża szansa, że się jeszcze spotkamy.
Teraz na tapecie Poczet królowych polskich.

Mogę sobie walczyć sama ze sobą, ale literatura polska, byle dobrze napisana, jest mi jednak najbliższa. Mimo to staram się by po książce polskiego pisarza sięgać po coś ze światowego rynku, ale nie zawsze trafia to w mój gust. Jak mówiłam: amerykański sposób opisywania świata kompletnie mi nie pasuje, a literatury amerykańskiej jest jednak najwięcej. Sama nie wiem czy rzeczywiście tam się rodzi najwięcej talentów czy też marketing mają najlepszy, bo było nie było, wymyślony na ich ziemi.
Zajrzałam na lubimy czytać i okazuje się, że w 2019 już przeczytałam 59książek.Czyli jak nic się nie stanie będzie 60 albo i 61.
Ładny wynik. A bywały lata, że z trudem dobijałam do połowy tego wyniku. To wtedy, gdy depresja dawała mi w kość.

Ze spraw służbowych:
ten klient co mnie zwyzywał jakiś czas temu dostał ode mnie list a w nim przypomnienie o zapłaceniu faktury oraz informacja o rozwiązaniu współpracy i konieczności osobistego odebrania dokumentów – gdyż aby uniknąć kolejnych oskarżeń nie zamierzam wysyłać niczego pocztą.
Ów klient zadzwonił po otrzymaniu listu. I miałam z nim z taką mniej wiecej rozmowę:
– Pani, ja pani wcale nie oskarżam. To ten ch… adwokat mnie w ciula zrobił. I co ja mam teraz zrobić?
– Odebrać dokumenty i znaleźć sobie nową księgową. Oraz opłacić moją fakturę.
– Ja zapłacę, za tydzień, dobra? Pani, ale da się coś zrobić?
– Nie.
– Ale ja zapłacę. To może by pani.
– Nie.
– Ale mówię, że zapłacę!
– Oczywiście, że pan zapłaci.
– To co będzie?
– Nic. Proszę poszukać sobie kogoś innego.
Pożegnałam się.
W piątek odebrałam kolejny telefon. Po szwedzku.
Pan zaczął, że dzwoni w sprawie pana R. i że pan R ma dużo podatku za stary rok do zapłaty.
– A kim pan jest? – zapytałam, bo jakoś nie zanotowałam ani imienia, ani nazwiska.
– A ja zatrudniam pana R.
– Czyli nie jest pan ani adwokatem ani księgowym tego pana?
– Nie, ja mu tylko zlecam prace.
– To przykro mi, ale nie mogę z panem na ten temat rozmawia bo obowiązuje mnie tajemnica służbowa. Poza tym ja już nie reprezentuję tego pana.
Człowiek się wyłączył.
Słychane rzeczy! Choć raz w życiu na coś mi się przydaje to całe RODO zwane w Szwecji GDPR.
Czy ten facet będzie mi jeszcze tyłek zawracał? Jeśli tak, to chyba go postraszę oskarżeniem o nękanie. Nie chcę mieć do czynienia z takimi ludźmi.
I żeby nie było. Są Polacy, którzy robią uczciwie, porządnie i starają się nie ślizgać na krawędzi prawa. W papierach mają porządek. I mają tyle przytomności umysłu by nie stawiać mnie w trudnym położeniu i nie mówić o robocie na czarno.
Jeden z takich był u mnie piątek. Jest pod moja opieką od niedawna, przyszedł z Wielkiego Biura Wielkiej Pani Revisor. To co, opowiadał o współpracy to jakiś horror. Dobrze, że facet zaczął od niedawna, dobrze, że sam z siebie myślący jest. Bo jakby wrzucił kolię z Koh i Noorem dla żony to tamta by ją odliczyła!
No i tak sobie z tym panem pogadaliśmy chwilkę bo robiłam mu korektę VATu więc i na podatek dochodowy roczny popatrzyliśmy. I wyszło cokolwiek dużo do dopłaty, ale pan się nie przeraził. A potem powiedział, że jego kolega z którym razem robią, a który został w Wielkim Biurze Wielkiej Pani Revisor chodzi struty. Bo się okazało, że ma co najmniej dwa razy tyle podatku do zapłaty…Na już! Bo się…ups…Pani Revisor „zapomniało” i go nie poinformowała.
Owszem. Ludzie prowadzący firmę powinni się sami dopytywać o podatek. Ale bywa różnie zwłaszcza za granicą, gdy człowiek kiepsko zna język i zwyczajnie nie wie, że może się zalogować na stronę podatkową i sam sobie sprawdzić czy i ile ma do zapłaty.
Pasy bym darła z takich księgowych. A jest takich niemało. Ceny kosmiczne a jakość usług woła o pomstę do nieba.
ych!

Odkąd działam sama dla siebie miewam takie chwile, że zastanawiam się co zrobić. Bo np. wolałabym iść na skróty (jestem leniwa!) ale wiem, że tak nie wolno. I zaraz potem przypomina się Baśka, moja kultowa szefica. I robię tak, jak się powinno zrobić.
Uświadomiłam to sobie całkiem niedawno. Choć wiem, że sposób traktowania i obsługi klienta mam po niej to nie sądziłam, że do tego stopnia.
Od lat zbieram się by się do niej odezwać. Najlepiej napisać. Że w zasadzie mogę ją nazwać moją „zawodową matką”. Bo to, czego mnie nauczyła, co mi wbiła do głowy przez te niepełne pięć lat siedzi we mnie do dziś.
Wiem, że by się ucieszyła. Znam ją. Jest … taka jak ja. Sama mi to powtarzała bez przerwy.

158. Abba

Abba ma mniej więcej pół roku i jest psem rasy gończy litewski. Miesiąc temu zamieszkała z Litwinami tym samym spełniając marzenie Litwina. Bo jak wiadomo każdy chłopiec ma niezbywalne prawo do posiadania swojego psa.
Powiem szczerze. Jeszcze nigdy nie spotkałam ludzi tak kompletnie nie ogarniających posiadanie psa. I jeszcze nigdy nie spotkałam psa-szczeniaka tak bardzo nie przygotowanego do życia. Ja mówiłam, że Tośka nie była zsocjalizowana?! Oooo, w porównaniu do Abby Tośka była prezesem koła socjalizacji.
Abba przyjechała do Szwecji jako ponad czteromiesięczny pies. Nie umiała zachować czystości w domu, bała się ludzi a szczególnie mężczyzn, nie umiała (i nadal nie umie) chodzić na smyczy, puszczona wolno- leci na oślep przed siebie, dwa razy im zwiała przez uchylone drzwi. A co najgorsze: niszczy. Ale jak niszczy!


Tak niszczy.

Kiedy po ślubie siedzieliśmy u Litwinów w domu, pies zdominował wszystko. Aby móc zjeść w spokoju trzeba było psa odseparować za bramką, a i wtedy usiłował się do nas dostać. My, eM i ja jesteśmy psiarze, pies u nas zawsze miał prawa takie same jak każdy inny domownik, więc nie przeszkadzało nam natrętne psie towarzystwo. Ale nie twierdzę, że my jesteśmy normalni.

Siedząc przy stole usiłowałam przekazać tę odrobinę wiedzy jaką z zakresu wychowania psa posiadam. Bo przecież Tosia nie jest moim pierwszym psem, więc jakieś tam doświadczenie mam. Dodatkowo przeczytałam ileś tam artykułów, wysłuchałam jakichś tam wykładów w internecie, kilka lekcji w szkole….Za mało by powiedzieć, że się na tym znam, ale coś tam, ociupinkę, o wychowaniu psów wiem. Ta ociupinka to ocean w porównaniu do tego co wiedzą oni.

W czasie tej nasiadówki wyszło kilka ciekawych informacji. Oboje dorastali na wsi, gdzie jak to na wsi: kury, koty, myszy i psy. Wszystko to współistniało i jakoś tam żyło w symbiozie. Tyle, że pies na wsi ma zupełnie inną funkcję niż pies miejski. Szczepić psa na coś więcej niż wściekliznę? Po co? Dawać mu specjalną karmę jakby resztki ze stoły nie wystarczyły? ZAJMOWAĆ SIĘ PSEM? Spacery jak jest cały dzień na podwórku?
Tak było na wsi suwalskiej gdzie spędzałam wakacje, tak było na wsi litewskiej. I pewnie nadal jest.
Dodatkowo Litwinka ma kiepskie doświadczenia z dzieciństwa i dom, jej własna przestrzeń urządzona tak, jak ona chce, jest dla niej bardzo ważny.
A tu pies-niszczyciel rozszarpał kanapę. Starą wprawdzie, ale jednak. Rozszarpał dywan. A teraz fotel.
Ich dom zaczyna obrastać w bramki i zapory. A pies jest coraz częściej i coraz dalej izolowany od rodziny. A im bardziej się go izoluje tym bardziej pies staje się upierdliwy w czasie przebywania z ludźmi i niszczycielski w czasie izolacji.
Wczoraj przyszło mi do głowy, że jak oni się szybko nie nauczą panować nad psem…to biedny ten pies. Albo skończy w szopie, na werandzie, w budzie, w kojcu – odizolowany. Albo pojedzie do kolejnej rodziny.
Nie wiem kim byli hodowcy, ale nie mam o nich zbyt dobrego zdania. Pies wygląda na takiego, który kompletnie nie miał do czynienia z człowiekiem. A dom Litwinów jest na wsi, oddalony od innych domów, mało okazji na bodźce.
Napisałam wczoraj Litwince po tym jak mi to zdjęcie przysłała: Musisz się nauczyć panować na nią bo inaczej ją znienawidzisz. A szkoda by było, bo Abba może być pięknym, bardzo mądrym i oddanym psem, ale trzeba ją wychować. I was.
No i w najbliższym czasie muszę spędzić z nimi cały dzień żeby nauczyć ich postępowania z psem. Np. tego, że dla psa gończego spacer dookoła ogródka to za mało. Że choć raz w tygodniu trzeba wziąć psa do lasu, na długi, męczący spacer, najlepiej luzem lub na długiej smyczy. Że pies musi poznać różne sytuacje i zjawiska. Że trzeba go nauczyć wracać na wołanie. A przede wszystkim – chodzenia na smyczy.
Nie wiem czy mi się uda, ale może choć trochę im pokaże tego, co sama umiem. Są inteligentni, jak zrozumieją i uwierzą, że można i trzeba – sami będą szukać więcej informacji. Ale na razie widzę jak są coraz bardziej bezradni i rozczarowani.
Mieli mieć słodkiego szczeniaczka a potem mądrego towarzysza leżącego przy kominku. A mają niszczyciela, huragan i najazd Hunów w jednym.
Dobrze, że przynajmniej o psiej szkole zaczęli myśleć. Choć tyle.

157.

Zimy nie lubię. Grudnia nie lubię. Ale kiedy jak nie teraz posłuchać piosenki o bałwanku w wykonaniu SIA?

Jak nie znacie to uprzedzam: ja zawsze ryczę przy tym teledysku.

Do Bałwanka idzie zawsze w komplecie Everyday is Christmas.
I też zawsze mi łzy przy niej lecą.

Można sobie dowolnie interpretować, ale dla mnie te piosenki już na zawsze będą się kojarzyły z Zozo.
Oh, everyday is Christmas when you’re here with me
I’m safe in your arms, you’re my angel, baby
Everyday is Christmas when you’re by my side
You’re the gift that keeps givin’, my angel for life
Everyday is Christmas, everyday is Christmas
Everyday is Christmas with you by my side
Everyday is Christmas, everyday is Christmas
Everyday is Christmas with you by my side

156

Babcia Krygierowa mawiała:
Wczoraj było dydy-dydy a dzisiaj kawał bidy

Ta bida to ja plus moja gorączka. Kaszel w bonusie.
Nie mogę pracować! Kartka papieru waży tonę i nie wiem co z nią zrobić jaka już podniosę! A tu we czwartek termin!
Leżę. Na szczęście szwedzki ibuprofen nie kopie w żołądek więc go łykam. (Nie ciesz się za bardzo – to tylko kwestia czasu gdy zacznie). Szwedzki paracetamol mogłabym łykać jaki leki homeopatyczne, choć cukier wychodzi taniej. Efekt taki sam.
Przespałam siódmą godzinę i teraz muszę czekać aż tan ibuprofen zadziała. Bo pies się sam nie wyprowadzi.
No i w takich wypadkach zgadzam się, że koty są wygodniejsze niż psy. Choć słyszałam, że są ludzie, którzy uczą psy załatwiania się do kuwety…
A na podwórku pobielone z lekka i czyste niebo. Będzie ślizgawka bo wczoraj lało. I wiało.

Szlag.
Myślałam: nie jem mięsa teraz to już pewnie żadna zaraza mnie nie ruszy.
Myślałam: kończenie prysznica zimną wodą hartuje, teraz to już żadna zaraza mnie nie ruszy.
Myślałam: no, złapałam infekcję na początku sezonu, teraz już żadna zaraza mnie nie ruszy.

A to siurpryza!
Szfak!

155.

Ślub się odbył.
Czy ja pisałam coś na temat szwedzkiej elegancji?
Nie? To posłuchajcie.
Wszyscy znają ten słynny skandynawski styl: oszczędne barwy, proste formy, dominacja bieli…Minimalizm. Prawda?
Jak się idzie ulicą jakiegokolwiek szwedzkiego miasteczka o zmroku to oczy same lgną do cudnych okien, do tej niesamowitej harmonii i estetyki widocznej w oświetlonym kwadracie okna. Idzie się tak ślizgając wzrokiem od okna do okna i myśli się, że o matko boska, ależ ci Szwedzi mają wrodzone poczucie piękna i elegancji. No bo skoro okna są takie cudne to i mieszkania pewnie też.
Generalnie Szwecja „uliczna” czyli oglądana ze strony ulicy może zachwycić i zadziwić, zwłaszcza w takich małych pipidówkach jak moja. Na przykład jak się poczyta polskie media to się wydaje, że w Szwecji dominuje rasa arabska, powszechna większość kobiet chodzi w chustach a nawet w burkach, a bomby i gwałciciele czyhają na każdym rogu a szyldy sa pisane wężykami od prawa do lewa.
Otóż powiadam wam teraz, że tak nie jest. Nawet w osławionym Malmo.
To prawda, że są dzielnice, gdzie nagromadzenie imigrantów z Bliskiego Wschodu jest większe. Raz przypadkiem znaleźliśmy się z eM w jakimś centrum handlowym w Angered, to faktycznie było jakbym nagle się w innym kraju znalazła. Ale jak się idzie ulicami Goteborga czy Sztokholmu to jednak dominuje styl „multi-kulti”. To w dużych miastach.
Tu, w moim Pcimiu, jest jednak inaczej. Tu wciąż dominuje rasa nordycka: wysocy, smukli ludzie z jasną cerą i jasnymi włosami niebieskimi oczami. Trzeba przyznać, że natura w przypadku Szwedów się postarała. Szwed czy Szwedka bez żadnych starań sami z siebie wyglądają niesamowicie elegancko. To, co ludzie innych ras muszą wypracować w pocie czoła na siłowni, odmawiając sobie wszelkich przyjemności kulinarnych, Szwedzi dostali w pakiecie z ciemnościami i jednodniowym latem.
Nawet najbardziej zapuszczony Szwed przy przeciętnym Europejczyku wygląda, nie bójmy się tego słowa, zajebiście. Przede wszystkim przewyższa go wzrostem i to znacznie. Dodatkowo jest szczupły i długonogi. To sprawia, że cokolwiek na siebie włoży wygląda dobrze. No wyobraźcie sobie ulice miast w których chodzą same klony Alexandra Skarsgarda.
Mam wrażenie, że Szwedzi myślą sobie tak ” ha, tacy jesteśmy przecudni, no zajebiści po prostu, że naprawdę powinniśmy dołożyć starań, żeby ludzie innej rasy nie czuli się przy nas źle.”
I tu dochodzimy do clou…
Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie robiły na mnie prezenterki telewizyjne w pierwszym okresie mojego mieszkania w Szwecji. Nie mogłam się napatrzeć! Bez względu na to czy to był środek dnia czy nocy czy piątek-świątek czy Boże Narodzenie – prezenterki szwedzkie nieodmiennie kojarzyły mi się z gospodynią domową. Gospodyni gotuje obiad, robi pranie i odkurza ubrana w chustkę i fartuch. W pewnym momencie ktoś woła „Anna Karin, czas na nagranie!” i rzeczona Anna Karin ściąga owo przybranie, przygładza włosy, leci do studia i prowadzi program. W ostatniej chwili ktoś jej pomaże pędzlem po twarzy, żeby się nie świeciła. I tyle. Anna Karin jest tak zajebista, że doprawdy, gdyby jeszcze ubrała się nieco bardziej elegancko to na bank, nie tylko przyćmiłaby urodą treść programu, ale też pół świata wprawiła w głębokie kompleksy. Po co? Wystarczy t-shirt i dżinsy rurki. No chyba, że upał, to zamiast spodni – spódnica dżinsowa + legginsy. Jak jest święto to legginsy są wykończone koronką. I tyle.
Garnitury męskie to też przesada. Toż jakby taki gość w typie Alexandra S. założył garnitur to cały, nie tylko babski, świat rzuciłby się na gościa z okrzykiem „zaludniać!”. Zatem panowie na wizji telewizyjnej wyglądają jak gość, który przed chwilą zeskoczył z kosiarki, ściągnął słuchawki z radiem z uszu lub „keps*” z głowy i sio na wizję!
Po jakimś czasie odkryłam, że taki sam stosunek do elegancji mają wszelkiej maści urzędnicy. Nieważne: bank czy urząd miasta NIKT nie nosi garnituru, żadna kobieta nie chodzi w szpilkach! Normalne jest, że urzędnik przyjmie petenta w …kapciach-klapkach i pogniecionej dżinsowej koszuli.
Dowolność jest i brak nadęcia.
Powiem szczerze: moja matka uważała mnie za abnegatkę bo moim ulubionym strojem zawsze były trampki/kamasze, spodnie oraz workowate wdzianka. Stroju dopełniała nijaka fryzura, tylko dlatego nie kojarzona z kołtunem, że włosy mam proste i sztywne jak druty. To dlatego w Szwecji poczułam się jak w raju, bo wreszcie przestałam się wyróżniać na ulicy. No, przynajmniej strojem.
I naprawdę przez wszystkie te jedenaście lat uważałam, że to jest cudne. Ten luz, ten brak sztywnych norm ubiórowych. Że doprawdy świecie: UCZ SIĘ!
Do piątku.
Gdyż w piątek ślubu udzielał Pan Urzędnik.
My wszyscy na galowo, bo ślub to uroczystość. Kobiety ufryzowane, umalowane (tak, ja też!) sukienki, narzutki, torebki, kwiaty. Litwinka miała nawet buty na wysokim obcasie!!! Panowie w garniturach, pan młody z muchą i poszetką!
A tu w progu wita nas pan. Wymięta, zgrzebna koszula, zwykłe spodnie typu chinos, na nogach rodzaj zimowych trampek. Byłam pewna, że to jakiś pomocnik. Ale nie. To był urzędnik, który udzielał ślubu!
Oczywiście, że był miły! Oczywiście, że ceremonia była w ogóle nie ceremonialna! Ot, weszli, stanęli. Urzędnik zapytał Litwina czy chce Litwinkę za żonę. Litwin powiedział z zapałem:
– Absolut!
Litwinka pouczyła przyszłego męża, że powinien odpowiedzieć „Ja, jag vill”.
Sama odpowiedziała prawidłowo, gdy przyszła jej kolej. Acha, jeszcze zamieszanie, na które ręce złożyć obrączki. Bo u Szwedów się nosi na lewej, a u nas przecież na prawej. Wybrali lewą.
I…to było tyle. Nawet podpisu nikt nigdzie nie składał. Acha i mogłam nawet ja z eMem udawać Litwinów, bo nikt też nie spojrzał w dokumenty.
I wiecie co? Sympatycznie było, ale…Nie sądzicie, że ślub to jednak uroczystość jest i powinna mieć jakąś szlachetniejszą oprawę?
A może to prywatna rzecz i jak ktoś chce oprawę to niech ją sobie sam organizuje, a nie żąda od komuny wydatków na garnitur dla urzędnika?

Z miłych rzeczy: Litwini są razem od co najmniej dziesięciu lat. My znamy ich jakieś osiem lat. I fajne jest to, że widać iż nadal są w sobie zakochani.
Jakim cudem?!

*keps – czapka z daszkiem, bejsbolówka

154. Czy poznajesz mnie? Nazywam się: Twoja Depresja

Ludzie to mnie jednak nigdy nie przestaną zaskakiwać…
Mam kolegę tutaj. Lekko po czterdziestce. DDA. Jego ojciec był nie tylko alkoholikiem ale i sadystą.
P. jest żonaty, dzieciaty oraz jest pracoholikiem. Od jakiegoś czasu narzeka, że nie może spać. Jak tylko się kładzie to w głowie zaczynają wirować mu myśli.
Żona na jego problemy zna jedną radę: pracuj mniej.
Ostatnio P zadzwonił do mnie, że jedzie do lekarza, bo tak się źle poczuł, że myślał, że umiera. Ucieszyłam się: no nareszcie, bo do lekarza to ja go wyganiam od dawna.
Lekarz go posłuchał i dał mu receptę na antydepresanty.
Jakieś dwa tygodnie później pytam go jak się czuje.
Mówi, że dobrze i się śmieje.
Cieszę się, że leki działają. A on na to, że nie bierze. Bo po co? On nie ma depresji. Żona też mu powiedziała, żeby nie brał, bo po co. Przecież on nie ma depresji. Dlaczego miałby mieć? Nie ma kłopotów przecież. Ma pracę, dobrze zarabia, żona ma pracę, kochają się, dzieci mają fajne…No raj. To on nie ma depresji.
Człowieku! Depresja to jest właśnie wtedy kiedy nie masz żadnego powodu, żeby ją mieć. Jak ci ktoś umrze i jesteś smutny to nie masz depresji tylko żałobę. Jak w domu masz problemy, nie możesz się porozumieć z bliskimi, jesteś napięty i poirytowany – to nie masz depresji tylko problemy. Jak pracujesz dużo i intensywnie bo lubisz swoją pracę, ale nie masz chęci wstawać z łóżka – to jesteś przepracowany. I tak dalej. I tak dalej.
Depresja nie pojawia się wtedy gdy masz do tego powód. Ona pojawia się kiedy chce i nie musi to mieć związku z czynnikami zewnętrznymi.
Pojawia się, bo twój mózg nie produkuje lub produkuje za mało serotoniny.
To taki sam brak jak wtedy, gdy nie jesz mięsa i brakuje ci witaminy B12.
Albo kiedy drga ci powieka bo brak ci magnezu albo potasu. Albo gdy dostajesz wysypki bo brak ci witaminy C. I co? I jak ci lekarz powie, że masz jakąś przypadłość bo brak ci witamin to będziesz się kłócił, że wcale nie, bo przecież jesz cytrusy?

Tak mu powiedziałam.
I dodałam: Depresja jest chorobą śmiertelną! Zabija. Lecz się!
A on mi na to: ale wtedy pić nie można, a ja lubię się piwa napić.

Opad rąk.
Mogłam wykrzyczeć o tym, że skoro woli piwo niż zdrowie własne i dobro własnych dzieci i żony to się niczym od ojca nie różni. Ale już przestał mnie słuchać. To wyszukałam artykuł o depresji na 1177.se i mu wysłałam. Może przeczyta, ale pewnie nie, bo szwedzku jemu się nie chce. A w jego ojczystym języku to ja nie umiem.

153. Dylemat moralny

Czy ja chcę mieć za klienta człowieka o którym wiem, że okradał swoich pracowników?
Najgorszy rodzaj złodziejstwa to jest według mnie dorabianie się kosztem czyjejś pracy – oszukiwanie na wynagrodzeniu, zlecanie pracy na czarno w wyniku czego okrada się pracownika z emerytury i chorobowego. Na szczycie tej podłości jest oszukanie człowieka ściągniętego do pracy za granicą.
A takich artystów w Szwecji nie brakuje. Na fejsie jest nawet specjalna grupa „czarna lista”. Wiadomo jak jest: czasem ktoś się wkurzy na szefa, bo obetnie wypłatę za kiepską pracą, za obijanie się czy pijaństwo. I pisze że złodziej. Ale jak do wpisów dołączają się komentarze innych poszkodowanych to wygląda to poważnie.
No wczoraj zadzwonił do przesympatyczny pan.
Chciałabym powiedzieć, że coś mnie tknęło… Ale może to była zwykła ciekawość, wścibstwo. Wpisałam imię i nazwisko w googla. I znalazłam cały długi watek poświęcony temu panu. Jeszcze miałam wątpliwości, a raczej nadzieję mimo, że zgadzało się i imię i nazwisko i miejscowość. Ale jest taka strona hitta.se. Na tej stronie można sobie znaleźć dowolną osobę w Szwecji, jej adres i telefon. No i tam mi się pokazało imię i nazwisko partnerki mego ew. klienta.
A potem w tych wpisach pojawiło się to samo nazwisko…
No i mam dylemat.

Ale Polacy w Szwecji to też temat na oddzielny wpis.