142. Szwed

a tymczasem mój Szwed pracoholik, którego poza pracą niewiele więcej interesuje przysłał mi smsa, że dziś o 5 rano został dziadkiem.
A potem jeszcze jednego smsa, że dziewczynka, że 3200g i 50cm (w Szwecji mierzy się nowordki w inny sposób więc są „krótsze” niż polskie). Dwa smsy!!!
A potem jeszcze maila, że nie może się dziś jakoś skupić…
Uuuuu…ruszyło go!
Napisałam:
Dziś w ogóle nie powinieneś pracować. Uspokój się. Weź whisky. Świętuj, że zostałeś dziadkiem. To nagroda za bycie ojcem.
Idź do sklepu i kup największego i najpiękniejszego misia jakiego znajdziesz.
Sprawdź co znaczy być dziadkiem. Nie panikuj. Bycie dziadkiem oznacza wyłącznie przyjemność z obcowania z dzieckiem. Żadnych obowiązków tylko czysta przyjemność.

No co? Nie mam racji?

141.

Obrobiłam się się wreszcie. Poskładałam VATy.
W poniedziałek rzucił mnie klient…Nie, nie ten. Inny. Jeszcze fajniejszy. Bo mu za 2018 wyszło 160 000 koron podatku, a nie zapłacił ani grosza zaliczki. Wiadomość o tym dostał w kwietniu ode mnie. Potem w sierpniu od skatteverket. Ale dopiero w listopadzie chyba do niego dotarło…Acha…żeby było weselej – w 2018 nie zaksięgowałam mu ani jednej operacji bo wtedy był klientem innego biura. A ponieważ nie dostałam do wglądu ani jednego papieru to nawet nie miałam szans wyrywkowego skontrolowania roboty mego poprzednika. O czym informowałam wielokrotnie.
Na przesłany ponownie mail z w/w informacją dostałam odpowiedź, że pan nie ma czasu na głupoty i nie będzie nic czytał i żebym się z jego adwokatem skontaktowała. A ponieważ pisał „rzeby” „tagrze” i inne takie, to sobie nie podarowałam i odpisałam, że niech się może nauczy czytać i pisać oraz kultury to możemy pogadać o księgowości. Oraz jeśli uważa, że MOJA praca jest zła to może pójdę z jego księgami do skatteverket i poproszę o sprawdzenie. Poprosiłam, żeby już nie odpisywał, bo nie będę czytać.
Wywaliłam numer telefonu do listy spamu, to samo z mailami.
No, ale za ostatnia pracę mi nie zapłacił…i pewnie nie zapłaci.
Będę musiała poznać jak pracuje windykacja w Szwecji.
Takie atrakcje.
Tymczasem do dziś nie doszła książka, którą zamówiłam dla Misi na urodziny. Zamówienie złożyłam 23/10. 21 dni! Zaprawdę…Szwedzi naprawdę szanują robotę. Gdy napisałam do Bokusa dlaczego, odpisali mi, że przecież czas dostawy mają 7-10 dni ROBOCZYCH! Bo przecież najpierw muszą tę książkę zamówić u dostawcy…
Tak, na ich stronie mieli status „jest w magazynie”.
Tak się handluje ze Szwedami.
Np. pani w sklepiku z włóczkami ma włóczek dużo, ale jak wchodzę do sklepu widzę tylko to samo…Bo wszystkie włóczki ma w tych samych pudrowych kolorach. Wełna taka, śmiaka i owaka…wszystko wygląda tak samo! Jak zapytałam o żywe kolory, pokazałam to, co zaczęłam robić, pani rozłożyła bezradnie ręce. Zapytałam czy by mi nie sprowadziła. Nooo, ona zobaczy czy w jej hurtowni mają.
Acha. No to nie, kupię przez internet – powiedziałam otwarcie.
Lubię panią, lubię sklepik, ale akurat pudrowych kolorów nie lubię. Lubię czyste, soczyste, wyraźne. Pokazałam jej chustę jaką robię. Myślę że będzie dla Stiny mamy Mela… o ile się odważę.
Poza tym kilka dni było zimno: wiało z północy, popadywał śnieg, a w nocy zamarzało. Teraz znów szaro i mokro.

A co u was?

140.1 czyli zakonczenie do wpisu nr 140.

Mam na FB szwedzką grupę „biuro rachunkowe”. Fajna grupa – ludzie podpowiadają co zrobić z przegapioną fakturą, gdzie zaksięgować nietypowe wydatki, jak obsługiwać zagraniczne filie…Krótko mówiąc: jak mam problem to szukam tam odpowiedzi.
No i dziś wrzuciłam posta z opisem relacji z owym klientem.
Mam w tej chwili około 15 odpowiedzi i wszystkie w jednym tonie: pozbądź się go. Ostatnia wypowiedź ma też uzasadnienie: jeśli twój klient ślizga się na granicy prawa to w razie kontroli Urząd Skarbowy może pomyśleć, że warto skontrolować także innych twoich klientów. Bo może dopuszczasz takie praktyki i czerpiesz z nich korzyści.
Tak więc decyzja podjęta i teraz już ba najmniejszych wątpliwości: Pan Z jutro dostaje oficjalne wymówienie usług od 1 stycznia.

141.

Grrrr….
Najpierw przedwczoraj, na dzień dobry komputer zażądał ode mnie wprowadzenia PINu zabezpieczającego mój komputer.
– Wypchaj się, nie chcę żadnego pinu – powiedziałam o kliknęłam w x.
– Musisz mieć pin zabezpieczający
– Ale ja nie chcę bo nie potrzebuję
– Potrzebujesz
– Nie potrzebuję, nie chcę!
– Musisz mieć. Wprowadź PIN bo nie dostaniesz zabawki
Nie było opcji pójścia dalej.
– Masz i się wypchaj.
– Bardzo proszę i nie mozna było tak od razu?
Teraz poczeka aż zapomnę o tym cholernym pinie i znienacka np. za 2 lata go ode mnie zażąda. Kurwa.
Wczoraj robiłam zdjęcia w Omszałym Lesie Trolli, bo mgła była i było cudnie.
Dziś postanowiłam je nieco obrobić.
Włożyłam kartę do komputera. Komputer od jakiegoś czasu z uporem i coraz większym naciskiem sugeruje, że zdjęcia mam przechowywać tam, gdzie on chce oraz w takim porządku jak on chce. Robi się przy tym coraz bardziej natarczywy. Dziś oczywiście wyświetlił mi ikonki tych zdjęć choć normalnie RAWów z nowego Nikona nie odczytuje, bo przecież jest biedniutkim, starutkim komputerkiem. Ale jesli chodzi o zmuszenie mnie do pracy pod jego dyktando to nie, nie jest za stary, daje radę i ma dużo siły.
– Nie chcę zgrywać do tej twojej szemranej biblioteki! Chcę do folderu opatrzonego datą, który potem umieszczę w folderze opatrzonym rokiem, który znajduje się w folderze zdjęcia.
-Ale może tylko do biblioteki.
– Ale ja zapisuję gdzie indziej
– Masz zapisywać w bibliotece
I tak w kółko.
O kochany, tak nie będziemy się bawić. Otworzymy kartę i zgramy z karty. Klikamy na ikonkę USB prawym, wybieramy otwórz urządzenia…Nie ma karty! Jest jakiś telewizor, ze trzy drukarki ( ale oczywiście nie ma mojej) oraz pięćdziesiąt różnych urządzeń. Tylko karty nie ma. No nie ma! Półgodziny i kilka podłączeń całego aparatu przez kabel później tknęło mnie by sprawdzić co mieści się pod hasłęm DEVICE. To była karta.
Zgrałam zdjęcia. Uruchomiłam Lightrooma. „Musimy zrobić aktualizację”. Dobra, rób. Zrobił. Ogarnęłam zdjęcia…chcę zapisać…Nie ma komendy „Zapisz jako”. Nie ma. A była do licha! Jest wyeksportuj, jest podziel się, ale nie ma zapisz lub zapisz jako. Nie. Możesz zapisać w chmurze. Wal się ze swoją chmurą! Mam setki gigabajtów zdjęć, nie będę płacić za chmurę grubej kasy – mam wielki dysk w kompie i dysk zewnętrzny. Po to je kupiłam, żeby oglądać moje zdjęcia nawet gdy nie jestem online.
Wreszcie znalazłam. WYEK-kurwa-PORTUJ! Nie może być normalnie zapisz w komputerze.

Do tego sypie śnieg.
!@#$!!!

140

Naprawdę nie wiem czy tysiąc koron miesięcznie był wart mojej dwudniowej migreny. …
Mam takiego klienta…No trudny jest. Chyba najgorszy gatunek: sądzi, że jest najmądrzejszy na świecie. A nie jest. Dostałam wczoraj migreny po godzinnej rozmowie z tym człowiekiem. Po rozmowie, w której usiłowałam namówić go na zmianę stylu dostarczania dokumentów.
Bębnił potem do mnie jeszcze kilka razy, ale wyciszyłam telefon bo w oczach coś mi się robiło.
Klient dodatkowo sformułował kilka ciekawych wniosków. Że na przykład on wie iż w razie czego to ja i tak będę mówić, że to jego wina.
I że on większość faktur dostaje maila bo firmy doliczają sobie 30kr za wydruk. To on nie będzie tyle płacił. Po prostu – wyśle to do mnie żebym sobie wydrukowała. No, ale skoro ja sobie też liczę za wydruki, to on już sam nie wie…
Owszem, zaczęłam liczyć za wydruki bo co innego wydrukować raz na jakiś czas jedną zapomnianą fakturę, a co innego regularnie, co kwartał kilkanaście dwu- lub trzy stronicowych faktur.
Powiedziałam:
– Wiesz, wydruk to nie tylko papier, toner i energia. To też mój czas.
Poza tym udowadniał mi, że on sam sobie w swoim programie zmieni nr konta bankowe, bo wie jak to zrobić. Bo on pół nocy nie mógł spać… No, ja do tego odkrycia doszłam po pierwszej próbie wpisania innego numeru konta i nawet mu powiedziałam dlaczego. A on mi teraz powiedział to samo tylko bardziej rozwlekle.
Wykończył mnie.
A potem wieczorem kolejny artysta się dobijał. Pewnie jak zawsze strasznie chciał zmusić mnie do spotkania się z nim w weekend. Ja nie rozumiem: piękna nie jestem, kawę daję lichą i tylko na tę kawę można u mnie liczyć – dlaczego ten człowiek z uporem maniaka chce mnie zobaczyć kiedy to, co go nurtuje możemy omówić przez telefon? Przecież to ja mam telefonobię.
Łeb mnie tak napieprzał, że nie pomógł mój ulubiony nurofen. Musiałam wziąć sumatripan na migrenę i tylko dzięki temu przetrwałam.
A potem wymyśliłam.
Jednemu powiem, że od tej pory księgować będę mu tylko to, co fizycznie w postaci papierowej od niego dostanę. Dodatkowo do każdej partii materiału ma być dołączona kartka „Proszę ująć w kosztach wszystkie dostarczone dokumenty. Proszę także o odliczanie wyszczególnionego VATu od wszystkich faktur oraz paragonów od dostawców szwedzkich”. Podpis.
Chce żeby mu odliczać wydatki ewidentnie prywatne? Bardzo proszę. Chce mieć pewność, że się będę broniła i jak w razie czego – tez bardzo proszę.
Drugi na propozycję spotkania w weekend usłyszy:
– Dobrze, ale muszę uprzedzić, że w weekend moja stawka godzinowa jest podwójna. – a potem, gdy przyjedzie, ostentacyjnie otworzyć na ekranie program liczący czas.

Polacy są potrafią być naprawdę koszmarni w kontaktach zawodowych. Nie szanują czasu przede wszystkim. Poza tym notorycznie spotykam się z podejściem „oszukali mnie”. Dzwoni do mnie czasem córka jednego klienta. Ostatnio zadzwoniła, bo ją „oszukali” na wypłacie.
I teraz tak: firma gdzie pracowała to korporacja. To raz. Dwa – od naliczania płac mają zewnętrzną firmę. I taka firma miałaby specjalnie i złośliwie oszukiwać jedną Polkę na płacy?
Przysłała mi swoje wynagrodzenia…Jak zebrałam w całość to ułożyło się w ciąg logiczny i wszystko się zgadzało.
Nie rozumiała jak to działa, mimo iż wytłumaczyłam jej to trzy razy na kilka różnych sposobów. Pracowała tam kilka lat i przez cały ten okres nie nauczyła się tego, co ja pojęłam w jedną chwilę? To naprawdę nie wymaga specjalnej wiedzy tym bardziej, że wszystko miała opisane i opatrzone datami. Tak przejrzyście jak tylko Szwedzi potrafią to zrobić.
A skoro nie rozumiała wysnuła wniosek, że ją oszukują.
Twierdzi, że była tam mobbingowana. No, jeżeli ten mobbing był taki sam jak te oszustwa to naprawdę jej szefowie wykazali się niesamowitą cierpliwością.
Mobbing…w Szwecji? Taaaa…
Wiecie jaki jest styl pracy i mobbingowania w Szwecji? Znam z kilku źródeł.
Na przykład tak: pani księgowa do zamknięcia raportu potrzebuje danych od różnych pracowników. Wszyscy wiedzą od zawsze na kiedy i co i jak mają zrobić. Tymczasem jeden z pracowników raportu nie dostarcza. Pani księgowa bierze za telefon, ale nim wybierze numer nabiera głęboko powietrza i mówi sama do siebie „muszę pamiętać, że mam być miła”. Dzwoni i PROSI pracownika by wykonał to, co powinien. Gdyby nakrzyczała – to byłby mobbing. Gdyby poszła do kogoś wyżej – to byłby mobbing.
Inna pani, która też musi zrobić raport też potrzebuje danych od swojego współpracownika. Pracownik zwleka do ostatniej chwili a wreszcie ostatniego dnia po prostu nie przychodzi do pracy i nikogo nie informuje ani o tym, że nie przychodzi ani o tym dlaczego.
Pani od raportu wykonuje więc pracę współpracownika sama. Gdy współpracownik pojawia się w pracy po dwóch czy trzech okazuje się, że był chory. Dlaczego nie zawiadomił? Bo był tak chory, że nie mógł rozmawiać przez telefon. Cóż może ta pani od raportu? Może powiedzieć „ojej, mam nadzieje, że już masz się lepiej”. Każda inna reakcja to MOBBING.
Ale to nie znaczy, że prawdziwy mobbing w Szwecji się nie zdarza. Owszem zdarza się i to całkiem często. Najczęściej tam, gdzie załoga jest międzynarodowa począwszy od najniższego szczeblem pracownika kończąc na szefach. A nie daj boże trafić do firmy gdzie np. brygadzistami są Polacy.
Jak się rozmawia z innymi Polakami to się słyszy jacy okropni jesteśmy dla siebie.

139

Wreszcie wywołałam zdjęcia. No, nie, nie wszystkie :D. Wybrane z ostatnich 12 miesięcy. Głównie Zozo, oraz reszta rodziny, ze szczególną ilością Tosi. Ale też kilka tych ładniejszych. Trawki, muszki, rosa w słońcu, prześwietlony mak, bezczelnie żółte kwiaty…
Kurczę…Tyle lat robię zdjęcia, a dopiero ten nowy aparat otworzył mnie na ulubione motywy: czyli natura z perspektywy mrówki, najlepiej w słońcu i rosie, ale wiatr też bywa niezły, nie mówiąc o deszczu.
Tak się tych zdjęciami cieszyłam, że je dwa dni przekładałam, oglądałam cieszyłam oko. Wreszcie wczoraj postanowiłam sobie zrobić przerwę na kawę…Zrobiło się z tego trzy czy cztery godziny…
Ale teraz mam zdjęcia na ścianach.
Mak wisi w starej złoconej ramie w przedpokoju, w najciemniejszym kącie i dodaje mu światła. Żółte kwiaty w białej oprawie poszły na półkę nad łóżkiem, oraz nad sekretarzyk. Nad łóżkiem zawiną jeszcze poranne, zielone rosy, skrzące się światłem, żeby mnie cieszyły jak spojrzę znad komputera.
W pokoju do pracy zawisły rozmazane kwaitki na czerwonym tle oraz pozostałe dwie poranne rosy.
Lecąc siłą bezwładności odmieniłam zegar.
Bo mam taki zegar, z Lidla chyba, co łapie fale radiowe i tak sam sobie reguluje czas. Zegar jest srebrny a jego tło to rama na 4 zdjęcia – dwa pionowe, dwa poziome. Jest u mnie pewnie z osiem lat. No, może pięć. W każdym razie od zawsze miał zdjęcia oryginalne. A wczoraj wreszcie wymieniłam na własne. Na jednym wróbelek, na dwóch Zozo mniejsza i większa. Na ostatnim Zozo z Tosią.
Taki efekt uboczny oglądania programu o urządzaniu wnętrz. Ale naprawdę co jeden obrazek w ładnej ramie może zrobić w pomieszczeniem to jest nie do pomyślenia.
Teraz wpadłam na jeszcze jeden genialny pomysł. I tylko muszę przekonać męża…
Mamy w kuchni obrzydliwie białe ściany. Ściany wyłożone taką kratkowaną tapetą do malowania. Coś naprawdę rzadkiej brzydoty. To coś zastąpiło normalne tapety. Po dwóch latach użytkowania przez poprzedniczkę, która jak wiadomo czyściochem nie była nawet w najmniejszym stopniu, tapeta już rok temu wyglądała obrzydliwe. Teraz do tego wszystkiego doszła Tosia walająca się pod ścianami. Żeby było weselej najdłuższa, koszmarnie długa ściana idzie wzdłuż ciągu komunikacyjnego z pokoju Yankiego. Nie ma szans żeby tam zbudować jakąś półkę, postawić jakiś mebel, bo jest za wąsko pomiędzy stołem, szafką z przeciwnej strony. W najwęższym miejscu jest może 50cm.
Jest też ściana oddzielająca pokój Yankiego od kuchni. Też nie można tam nic wstawić bo też jest ciąg komunikacyjny na balkon. I też nie ma za wiele miejsca, bo stoi stół. Ale troszkę jest. Tak…ze 30cm.
Ale kuchnia jest jasna, od południa.
I tak sobie myślę. A jakby tak…Tę obrzydliwą wielką ścianę maznąć na szaro? Ściana jest vis a vis okien. Byłaby doskonałym podkładem na galerię. Tylko czy mi przy wyprowadzce nie będą kazać malować na biało? Muszę zapytać.
A na tej ścianie, koło balkonu…A jakby tak zbudować atrapę kominka? Ze sklejki jakiejś taniej. I też pomalować na szaro? Albo na mahoniowo -wiśniowo?
O, takie coś: http://www.twojediy.pl/atrapa-kominka-zrob-to-sam/

Może by ta kuchnia zaczęła jakoś przytulniej wyglądać mimo podłogi wyłożonej gumoleum przypominającym łysy beton. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby coś tak potwornie brzydkiego proponować ludziom?
Tego „leona” można było sobie wybrać. Można było wybierać kilka wzorów imitujących deski. My w poprzednim mieszkaniu mieliśmy ciemną, udającą orzech wykładzinę i było to coś cudnego. Nie było na tym widać żadnego brudu. Tu, na tej imitacji betonu nie tylko widać natychmiast każdy włos, ale też tam, gdzie się najwięcej chodzi widać odbarwienia. Położę tam jakieś chodniki w końcu. Może w końcu ta kuchnia zacznie być przytulniejsza, bo na razie traktujemy ją jak składowisko różnych rzeczy i panuje w niej nieustający bałagan. Nikomu się nie chce o nią zadbać bo i tak jest obrzydliwa.

A ja mam jeszcze w sypialni drzwi od szafy na całą ścianę. I od roku myślę co z nimi zrobić, żeby je jakoś schować albo poprawić wygląd. Pomalować niestety nie mogę…

138

Ale jestem przeziębiona!
Dziś już i tak dobrze. Bo już chyba gorączka mnie nie będzie trzepać, ale poprzednie dni było ciężko. Teraz na odmianę jest ciągle gorąco. I bolą plecy od kaszlu i nos od kataru.
Dopadło mnie..!
Byłam pewna, że teraz to ho-ho-ho! Mięsa nie jem. Co dzień jem jogurt. Słodyczy nie tykam. Nie przegrzewam się, kaloryfery mam zakręcone prawie całą zimę dodatkowo śpię przy otwartym oknie niemal cały rok. A w kąpieli zaczęłam preferować chłodniejszą wodę. Najlepiej po gorącym prysznicu polewać się wodą coraz zimniejszą i zimniejszą.
A tu zonk.
Pierwotnie drapanie w gardle wzięłam za alergię, łyknęłam dodatkową tabletkę, a tu nic. Dreszcze mi uświadomiły bolesną prawdę.
A takie mieliśmy piękne plany.
Nie mogłam czytać. Leżeć też nie mogłam. Oglądałam na Netflixie na zmianę ulubione Gilmorki z serialem o projektantach wnętrz: Najlepszy projektant wnętrz. I tu kolejne zaskoczenie.
Okazało się, że … jestem wielbicielką architektury.
Serial kręcono w Anglii. W każdym odcinku wybrani do programu początkujący projektanci muszą urządzić jakiś pokój zgodnie z tym czego życzą sobie właściciele . Trójka sędziów ocenia kto odpada, kto idzie dalej. O tyle ciekawy jest to program, że pokazuje nie tylko zmagania uczestników, ale też pokazuje architekturę i historię domów z różnych epok w Anglii. Jakie tam były domy..! Średniowieczne, z belkami, z krzywymi ścianami. Bloki z lat dwudziestych. Domy wiktoriańskie, domy edwardiańskie, domy przerobione z suszarni chmielu w Kent, domki plażowe nad morzem. Domy eko.
Prowadzący opowiadał historię powstawania osiedli, dla kogo i przez kogo budowane, jak budowane i dlaczego tak.
Cudowny serial!
Dodatkowo ludzie biorący udział w tym programie. Jakie oni mają pomysły! I jak potrafią stosunkowo tanim kosztem przekształcić nijakie pomieszczenie.
Jestem zachwycona. I tak dzięki chorobie odkryłam w sobie nowe zainteresowanie: architektura. Już wiem czemu nie lubię szwedzkich miast: są brzydkie, bez polotu. A najbardziej tego mojego miasta. Te drewniane, proste zupełnie domy, jednakowe, bez jakichkolwiek elementów zdobniczych. Taka inna wersja betonowych klocków. Ulice pod kątem prostym oraz minimalna ilość zieleni wciśniętej w betonowe ramy.

Pooglądajcie serial jak macie możliwość, bo warto. W bonusie można się nasłuchać brytyjskiego angielskiego, który też bardzo lubię.

137

Poszłam do sjukgymnast. But człapał mimo, że go porządnie zasznurowałam. Lewy nie. Tylko prawy. Mam wrażenie, że człapanie ma związek z dopasowaniem buta do stopy. W lewym dociągam mocno sznurowadła. W prawym nie jest to możliwe bo jeśli ściągnę mocno, zwłaszcza na grzebiecie stopy po kilku minutach stopa będzie boleć jak cholera i nie przestanie przez dłuższy czas nawet jak te sznurowała poluzuję.
Żeby było weselej zaczęło padać. Już widziałam oczami wyobraźni jak jadę pięknym ślizgiem.
W mieście całe lato wymieniają kable. Nie wiem elektryczne czy internetowe – wymieniają w każdym razie. A potem na rozorane chodniki kładą nowy asfalt. Tak, tu prawie wszystkie chodniki są asfaltowane. Pewnie to taniej niż układać płyty. Tylko ten asfalt jest inny od starego:przede wszystkim jest czarny a nie szary. A poza tym wyraźniej odznaczają się granulki asfaltu, a co za tym idzie powierzchnia nie jest jednolicie spójna tylko pełno w niej małych dziurek pomiędzy kulkami. Już jakiś czas temu odkryłam, że czarnego asfaltu zimą unikać trzeba jak ognia bo wystarczy odrobina wilgoci i minusowa temperatura i jedzie się jak na gładkim lodzie. I nie pomogą na to ani kamyczki ani kolce na butach. Kolce spełniają rolę gdy lód jest grubszy, na takim cienkim niczego to nie daje. No i kolce są ciężkie.
To dlatego nienawidzę zim w Szwecji bardziej niż czegokolwiek na świecie. Zaliczyłam w ciągu ostatnich kilku lat kilka spektakularnych upadków i cud boski, że jeszcze się nie połamałam, choć kolano może mi dokuczać między innymi z tego powodu.
Ad rem. Czyli do brzegu!
Deszcz przeszedł w parze ze zwyżką temperatury. Minimalną, ale zawsze więc ślizgawka mnie ominęła.
Markus uznał, że na jedną wizytę to on ma czas na jeden problem (przecież pisałam, że mam dwa!) i że zaczniemy od głowy. Smyrał, gniótł, miział, uciskał. Momentami to nawet przyjemne było…ale ja nie znoszę jak mnie ktoś dotyka więc kamieniałam i mimowolnie napinałam wszystko co się napiąć dało. Zaprowadził mnie potem do salki gimnastycznej i pokazał ćwiczenia.
No i tu mamy problem. Bowiem ja nie umiem kontrolować mojego ciała. Kompletnie go nie czuję. On mówi i pokazuje: prawa ręka prosto, do przodu, lewa łokieć przy boku i ciągniesz do tyłu utrzymując rękę na tej samej wysokości. Głową wiem. Ciało robi co chce. Odstawia łokieć, ciągnie rękę w dół.
Muszę wzmocnić mięśnie….Stop. Muszę zbudować mięśnie na plecach. To ma pomóc na bóle głowy. Słabo w to wierzę – bo bóle głowy o nieznanym podłożu towarzyszą mi od zawsze. A jak mówię od zawsze to znaczy, że od zawsze. Jedno z moich najpierwszych wspomnień jest jak boli mnie potwornie głowa i próbuję na niej stanąć bo myślę, że wtedy przestanie. Potem się okazało, że miałam szkarlatynę i ogromną gorączkę. A wtedy jako dziecko byłam o wiele sprawniejsza niż teraz.
Tylko ta koordynacja i świadomość ciała…
Poszarpałam się trochę z gumą. Potem kazał mi stanąć przy ścianie, płasko i wciskać głowę w ścianę.
Z tych ćwiczeń rozbolała mnie głowa…Nie żartuję. W dodatku nie umiem jednocześnie ćwiczyć i oddychać. Zawsze wstrzymuję oddech przy wysiłku. Najbardziej podobają mi się ćwiczenia gdy mówią „wdech-wydech”. U mnie zawsze idzie na odwrót. Jakbym się nie starała to wydech robię zawsze tam gdzie powiannam powietrza nabierać. To dlatego nienawidzę ćwiczeń. Bo męczę się, duszę a po nich czuję się obolała i zmęczona nieludzko.
Mam dwa tygodnie na popracowanie z gumą. …Już to widzę.

136

Doktor Ameer zadzwonił i potwierdził to, co powiedziały babki z MR: nic mi nie jest. Jestem zdrowa jak koń. Jak szczypiorek na wiosnę. Jak…nie wiem co jeszcze.
Umówiłam wizytę u sjukgymnast. W Szwecji sjukgymnast cieszy się estymą równą tylko alvedonowi. Jak idziesz do lekarza to masz 90% szans na jedno z dwóch: albo alvedon czyli paracetamol albo sjukgymnast czyli fizjoterapeuta.
No to idę za godzinę. Przy okazji zobaczę może da się coś zrobić z uszkodzoną przed laty stopą. Policzyłam – wyszło mi, że to było jakieś 6 lat temu. Zimno przyszło i musiałam zdjąć moje ukochane trampki Palladium. I znowu zaczęły się problemy ze stopą. Spuchnięta, obolała.
Pomyślałam i wymyśliłam, że ona nie lubi tych butów jakie mam na jesień. Nie znosi sztybletów ani butów trekkingowych. Myślałam, że co jak co, ale trekkingowe to polubi, ale nie. Kupiłam nawet inne wkładki…nadal nie.
No to kupiłam buty hikingowe, buty do chodzenia. Jak zwał tak zwał: buty są za kostkę, ale lekkie i miękkie, z goretxu i z bardziej miękką podeszwą niż mają buty trekkingowe. Moja stópka pokochała te buty od pierwszego wejrzenia. Uspokoiła się…
Problem w tym, że teraz ja dostaję szału bowiem buty człapią. Idę z psem i słyszę człap-człap-człap. Prawy, czyli ten od sfatygowanej stópki jest bardzo głośny. Irytuje mnie to strasznie!
No dobra – jak zwykle kupiłam buty lekko za duże. Tak mam – zawsze kupuję albo lekko za duże albo za małe. Nie umiem kupować butów i zawsze zapominam by w sklepie przymierzyć dwa rozmiary. Tym razem dodatkowo miałam na stopach grubsze skarpetki bo zimno było. W sklepie pochodziłam w butach, ale tam miękko i głośno – człapania nie było słychać.
Pościągałam sznurowadła tak mocno jak się dało. Człapią. Wkładkę? Grubą skarpetę wkładać? Wkładki nie chcę, bo stopa przylega dobrze, włożę wkładkę i czort wie jaki da efekt. But zrobi się cięższy.
Gruba skarpeta…hm…Buty są dość cienkie, w normalnych skarpetach przy zerze w powietrz jest chłodno. Obeszłam wczoraj sklepy w mieście w poszukiwaniu skarpet frotte. Buhahahaha! Skarpety frotte? Zapomnij.
Możesz mieć bambusowe, bawełniane, poliestrowe udające aksamit, poliestrowe udające wełnę, poliestrowe udające bawełnę…ale frotte. Y-y. Zapomnij.
Mam wełniane, robione na drutach, ale na litość boską: w listopadzie wełniane skarpety? Zagrzeję się!
Co jeszcze może powodować człapanie buta? Jakieś pomysły? Ludzie, ratujcie!

A tymczasem zaczął padać deszcz. Fajnie, biorąc pod uwagę, że w powietrzu jest jakieś 0stopni. Czyli szykujmy się na ślizgawkę?
Fuck! Zaczęło się. !@$# !!!!! …kopana mać!

135. Poniedziałek

Nie macie wrażenia, że świat ludzi pracujących jest jakoś tak durnowato urządzony?
Kto wymyślił, że praca ma się odbywać przez 40 godzin w tygodniu, a po 5 dniach ma nastąpić wolne?
No tak, kto? Ford. Taki był dobry, ludzki pan? Eeetam…chodziło mu to, żeby jego pracownicy wydawali zarobione u niego pieniądze…najlepiej u niego. Czyli żeby kupowali jego samochody.
Owszem, wtedy, na początku XX wieku był to pomysł naprawdę rewolucyjny. Ale dziś??
Nie lubię pięciodniowego okresu pracy. Wolałabym by było to okresy co najmniej dziesięciodniowe…Och, nie, nie jestem pracoholikiem. Problem w tym, że mam kłopoty ze skupieniem się na jednym zadaniu. Ale gdy już ten stan skupienia osiągnę to mogę pracować i pracować. Byle mi tylko nikt nie przerywał.
W systemie takim jaki jest teraz efektywnie pracuję przez zaledwie trzy dni w tygodniu. Bo w poniedziałek to się jeszcze ziewa, jedną nogą jest poza pracą, jeszcze człowiek się za minionym weekendem ogląda. We wtorek forma wzrasta, człek się bierze ochoczo do pracy, pracuje przez środę i czwartek. We środy i czwartki pracuję najefektywniej, mam najlepsze pomysły i łatwiej rozgryza mi się zagadki. Aż przychodzi piątek.
Wszyscy kochają piątki, co nie? Rzecz w tym, że np. mój mąż w piątki kończy pracę już o 13. Wraca do domu i…się zaczyna: a nie wiesz, czy…a słuchaj… a z psem to nie…? ojej, ojej, pracuj, już ci nie przeszkadzam.
Pies się zapiera łapami przed spacerem bez pańci ukochanej, córka wpada na pogawędkę, syn wychodzi z gawry pogadać z siostrą, w chałupie robi się hałas, zamieszanie…nie ma mowy o skupieniu.

Jak pracowałam na etacie to z kolei w piątku około południa atmosfera po cichu się rozluźniała, ludzie zaczynali gawędzić, snuć się, parzyć kawę, zwierzać się planów weekendowych.
A ja i tacy jak ja, pół dnia pracy spisywali na straty.
A gdyby tak był system dziesięć dni pracy + cztery dni odpoczynku? Czyli cykle czternastodniowe? Mnie by odpowiadało.
A wam?
A może macie inne pomysły na to jak powinien wyglądać czas pracy?