Wreszcie wywołałam zdjęcia. No, nie, nie wszystkie :D. Wybrane z ostatnich 12 miesięcy. Głównie Zozo, oraz reszta rodziny, ze szczególną ilością Tosi. Ale też kilka tych ładniejszych. Trawki, muszki, rosa w słońcu, prześwietlony mak, bezczelnie żółte kwiaty…
Kurczę…Tyle lat robię zdjęcia, a dopiero ten nowy aparat otworzył mnie na ulubione motywy: czyli natura z perspektywy mrówki, najlepiej w słońcu i rosie, ale wiatr też bywa niezły, nie mówiąc o deszczu.
Tak się tych zdjęciami cieszyłam, że je dwa dni przekładałam, oglądałam cieszyłam oko. Wreszcie wczoraj postanowiłam sobie zrobić przerwę na kawę…Zrobiło się z tego trzy czy cztery godziny…
Ale teraz mam zdjęcia na ścianach.
Mak wisi w starej złoconej ramie w przedpokoju, w najciemniejszym kącie i dodaje mu światła. Żółte kwiaty w białej oprawie poszły na półkę nad łóżkiem, oraz nad sekretarzyk. Nad łóżkiem zawiną jeszcze poranne, zielone rosy, skrzące się światłem, żeby mnie cieszyły jak spojrzę znad komputera.
W pokoju do pracy zawisły rozmazane kwaitki na czerwonym tle oraz pozostałe dwie poranne rosy.
Lecąc siłą bezwładności odmieniłam zegar.
Bo mam taki zegar, z Lidla chyba, co łapie fale radiowe i tak sam sobie reguluje czas. Zegar jest srebrny a jego tło to rama na 4 zdjęcia – dwa pionowe, dwa poziome. Jest u mnie pewnie z osiem lat. No, może pięć. W każdym razie od zawsze miał zdjęcia oryginalne. A wczoraj wreszcie wymieniłam na własne. Na jednym wróbelek, na dwóch Zozo mniejsza i większa. Na ostatnim Zozo z Tosią.
Taki efekt uboczny oglądania programu o urządzaniu wnętrz. Ale naprawdę co jeden obrazek w ładnej ramie może zrobić w pomieszczeniem to jest nie do pomyślenia.
Teraz wpadłam na jeszcze jeden genialny pomysł. I tylko muszę przekonać męża…
Mamy w kuchni obrzydliwie białe ściany. Ściany wyłożone taką kratkowaną tapetą do malowania. Coś naprawdę rzadkiej brzydoty. To coś zastąpiło normalne tapety. Po dwóch latach użytkowania przez poprzedniczkę, która jak wiadomo czyściochem nie była nawet w najmniejszym stopniu, tapeta już rok temu wyglądała obrzydliwe. Teraz do tego wszystkiego doszła Tosia walająca się pod ścianami. Żeby było weselej najdłuższa, koszmarnie długa ściana idzie wzdłuż ciągu komunikacyjnego z pokoju Yankiego. Nie ma szans żeby tam zbudować jakąś półkę, postawić jakiś mebel, bo jest za wąsko pomiędzy stołem, szafką z przeciwnej strony. W najwęższym miejscu jest może 50cm.
Jest też ściana oddzielająca pokój Yankiego od kuchni. Też nie można tam nic wstawić bo też jest ciąg komunikacyjny na balkon. I też nie ma za wiele miejsca, bo stoi stół. Ale troszkę jest. Tak…ze 30cm.
Ale kuchnia jest jasna, od południa.
I tak sobie myślę. A jakby tak…Tę obrzydliwą wielką ścianę maznąć na szaro? Ściana jest vis a vis okien. Byłaby doskonałym podkładem na galerię. Tylko czy mi przy wyprowadzce nie będą kazać malować na biało? Muszę zapytać.
A na tej ścianie, koło balkonu…A jakby tak zbudować atrapę kominka? Ze sklejki jakiejś taniej. I też pomalować na szaro? Albo na mahoniowo -wiśniowo?
O, takie coś: http://www.twojediy.pl/atrapa-kominka-zrob-to-sam/
Może by ta kuchnia zaczęła jakoś przytulniej wyglądać mimo podłogi wyłożonej gumoleum przypominającym łysy beton. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby coś tak potwornie brzydkiego proponować ludziom?
Tego „leona” można było sobie wybrać. Można było wybierać kilka wzorów imitujących deski. My w poprzednim mieszkaniu mieliśmy ciemną, udającą orzech wykładzinę i było to coś cudnego. Nie było na tym widać żadnego brudu. Tu, na tej imitacji betonu nie tylko widać natychmiast każdy włos, ale też tam, gdzie się najwięcej chodzi widać odbarwienia. Położę tam jakieś chodniki w końcu. Może w końcu ta kuchnia zacznie być przytulniejsza, bo na razie traktujemy ją jak składowisko różnych rzeczy i panuje w niej nieustający bałagan. Nikomu się nie chce o nią zadbać bo i tak jest obrzydliwa.
A ja mam jeszcze w sypialni drzwi od szafy na całą ścianę. I od roku myślę co z nimi zrobić, żeby je jakoś schować albo poprawić wygląd. Pomalować niestety nie mogę…