151.

Jeszcze w temacie Julbord na chwilę.
Sezon na tzw Julbord zaczyna się pod koniec listopada i trwa do świąt. Z tym, że raczej mało która firma organizuje je w ostatnich dniach przed świętami. A Julbord (Jul – Boże Narodzenie, bord – stół) to święte prawo prawo Szweda. Julbord organizują WSZYSCY. Firmy dla swoich pracowników, kluby zainteresowań różnej maści – w moim klubie foto Julbord był już 25/11 (nie, nie byłam), szkoły, przedszkola, partie polityczne i wszelkiej maści organizacje.
Jak w eMa w pracy kilka lat temu była zła ekonomicznie sytuacja, to ludzie mimo wszystko siedzieli spokojnie. Ale po tym jak zarząd ogłosił, że ze względu na złą kondycję Julbord nie będzie, wielu podjęło decyzję o odejściu. Taki to jest zwyczaj.
Nie chadzam na te spędy już od lat.
Kilka razy byłam z mężem na jego firmowym. Raz czy dwa razy byłam na fotograficznym. I to jest naprawdę nie dla mnie impreza.
Zadziwiające jak naród, który tak bardzo lubi mówić o niczym celebruje wszelkie spędy socjalne. Siedzą, jedzą śledzia na sto sposobów, zagryzają łososiem i szynką z łosia, popijają glogga i gadają, gadają, gadają…ale o czym gadają to nie mówią. Takie ble, ble, ble…
Moja koleżanka Adaś kiedy mi napisał taką scenkę ze swej przerwy w pracy.
Scena: pokój socjalny.
Osoby: Szwed1, Szwedka, Szwed2, Polak.
Szwed1: Ta ściana jest żółta.
Szwedka: O, rzeczywiście.
Szwed2: Ładny ten żółty.
Szwed1: Tak ładny.
Szwed2: Czy ona jest bardziej żółta niż wczoraj?
Polak (w duchu): Kurwa!

Jasne, każdy z nas czasem gada o ścianie. Ale na litość boską! NIE CAŁY CZAS! A oni potrafią ględzić o takich rewelacjach bez przerwy. To już by się zamknęli i posiedzieli w ciszy, zwłaszcza jak w pracy na okrągło muszą gadać. Ale nie…”man måste vara socjal” „trzeba się socjalizować”.
No to się socjalizują.
Nie chadzam: nie lubię śledzia ani łososia ani tym bardziej szynki. Nie lubię bleblać o niczym. Nie lubię tłumu obcych ludzi. Nie, nie czuję, że muszę być socjalna. Nie muszę.

Weekend był pracowity.
Sara-Piła jeszcze w sobotę piłowała o jakieś dokumenty. Późnym wieczorem wreszcie przysłała mi wszystko co trzeba z instrukcją co zrobić i jak zrobić.
Rzecz w tym, że jak zaczęłam robić to nic nie wyszło tak, jak powinno. Bo np. klient odesłał podpisany, zeskanowany plik…ale tylko strony z podpisem i w jpg anie w pdf. Jak z pliku pdf wywalić trzy strony i zastąpić je jpgami? A ten pdf musiałam wysłać w całości do jednego urzędu.
Wysłałam plik pdf + 3jpg z podpisami. I tak musimy wysłać papierowe…
Musiałam złożyć tez deklarację podatkową firmy, a nigdy wcześniej na oczy jej nie widziałam. Sara oczywiście dała instrukcję. Na przykład: załączniki przesłałam w postaci pliku elektronicznego. Na koniec system cię poinformuje, że ma takie pliki i czy chcesz je dołączyć – chcesz.
Ha! Na dzień dobry dostałam informację, że nawet jak wgrałeś pliki to może minąć kilka dni nim będą widoczne. I tyle w plikach.
W dodatku pytanie i zaliczki na podatek. Żadnych pytań dodatkowych, żadnych tam wyjaśnień. Po prostu rubryka „zaliczki na podatek dochodowy”.
Mam wpisać co wpłacili? Czy może Sara ujęła to gdzieś indziej?
Na wszelki wypadek nie wpisałam nic.
Sara nie zaglądała na maila więc nie odpisywała…
Dobra, już wiem jak się czują moi klienci jak ja tak robię ;). Nie, nie zmienię zwyczajów.
A poza pracą zawodową walczyłam z krosnami.
Bo tak: skoro dywanik to osnowa musi być mocna. Mam szpulkę kupionego w szmateksie cieniutkiego sznurka. No w sam raz na osnowę. Osnułam krosna. Poszła jak z płatka. Niestety jak zaczęłam tkać to się okazało, że wychodzi siatka. Sztywny sznurek nie dawał możliwości dociśnięcia wątku.
Sprułam. Zdjęłam sznurek. Wykonałam prace umysłową polegającą na wynalezieniu innej osnowy. Stanęło na mocnych bawełnianych niciach złożonych podwójnie. Osnułam połowę…Rzecz w tym, że nici zielone. Uznałam, że ten zielony będzie mi się gryzł, bo będzie zbyt widoczny.
W szmateksie znalazłam grubą nić albo jeszcze cieńszy sznurek bawełniany.
Kupiłam, osnułam. Zaczęłam napinać. Osnowa zaczęła pękać. Szlag! Nić chyba stara bo rozrywam w rękach bez problemu. Cała robota na marne.
Dziś zdejmę tę nić. I… nie wiem. Mam do wyboru biały kordonek lub nić lnianą. Pewnie stanie kordonku bo len jest sztywny choć nie do przerwania.
To się tylko tak szybko pisze. Osnucie krosien, nawet takich małych jak moje to jest cały dzień pracy. Najpierw wymierzyć nici na osnowę, potem przeciągnąć przez nicielnice, potem przez oczka płochy czyli tego grzebienia dociskającego. Potem to wszystko naprężyć, ale tak żeby końcówki nici były równo…
Oczywiście ktoś, kto ma prawdziwy warsztat tkacki do wymierzania nici ma specjalne urządzenie – choćby najprostszą ramę z listwami. I kogoś do pomocy przy osnuwaniu. A ja mam tylko siebie. I Yankiego, którego wreszcie poprosiłam o pomoc.
Synek widząc, że w kuchni na stole wciąż stoją krosna i tylko kolor oraz ilość nici się na nich zmieniają wreszcie się zaciekawił:
– A ty będziesz coś robiła czy tylko tak te nitki zakładasz?
Na takie pytanie dobrze wychowana matka może tylko odrzec:
– Synku, praca tkaczek jest jak widzisz pracą mrówczą, zmuszającą do precyzji i wielkiej uwagi bo każdy błąd się potem mści. Dlatego tyle czasu mi to zajmuję gdyż zakładanie osnowy jest bardzo skomplikowanym procesem.
Nie jestem dobrze wychowaną matką więc tylko warknęłam takie jedno słówko na S.
Dziś podejdę do tej osnowy raz jeszcze. Ale jak mnie ktoś zapyta:
-Dlaczego w szybie tego okna jest taka dziura? – to nie ręczę za siebie.

Oraz w związku z opadłym śniegiem byliśmy z psem na Kinnekulle. Dwa razy. Zdjęcia w następnym wpisie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s