Klaps dla dziecka

Wyrwało mnie ze snu …

Wyrwało mnie ze snu przed szóstą. No żesz…! Zaczyna się okres niespania. Wewnętrzne dziecko oczekując na cokolwiek robi się nieznośne. Nadaktywne, nerwowe, pobudzone, marudne i nieskłonne do koncentracji. Może klaps w tyłek by pomógł ? Upuścił nieco emocji i w efekcie wewnętrzne dziecko dałoby żyć?
Nie, żebym była zwolenniczką tłuczenia dzieci, ale takie swoje własne, najwłaśniejsze, chętnie bym czasem nieco do pionu ustawiła. Nie ma lekko – bicie dzieci jest passe, nawet wewnętrznych.
Choć pewnie ci, którzy któregoś dnia w centrum handlowym w Olsztynie  musieli znosić ryk wściekłej Zuzanny w głębi serca uważali, że gówniarz na klapsa zasługuje. Co najdziwniejsze – mnie zwisało co inni pomyślą. I nie wyprowadziło mnie to w ogóle z równowagi. Przykucnęłam spokojnie obok czekając aż JaśnieWielmożnaFuria sobie pójdzie. PaniFuria już się zbierała do odejścia. Niebieskie oko, jeszcze mokre od łez łypnęło spod czerwonego policzka z zaciekawieniem. I wtedy jak spod ziemi wyrosła Osoba. 
– Ojej, chyba cię zabiorę – zaszczebiotała – Mam w domu takiego samego chłopczyka.
Furia, zwietrzywszy audytorium, ryknęła głośniej niż poprzednio. Do efektów akustycznych dołączyła efekty wizualne w postaci walenia nogami w ziemię.
Byłam grzeczna. "Nie wińcie ich, wszak nie wiedzą co czynią"
– Pani odejdzie – powiedziałam uprzejmie – Zainteresowanie tylko ją nakręca.
Osoba odeszła. Furia straciwszy widownię oklapła. Leżąc na brzuchu podniosła głowę, Zuzanna szykowała się powrotu. I wtedy szatan i piekło zesłali drugą Osobę.
– Chyba cię zabiorę – zaszczebiotała Osoba. ( O co im chodzi z tym zabieraniem? To ma spacyfikować furię ? Wystraszyć? Zaciekawić ? )
Furia naturalnie zwęszyła szansę na przedłużenie widowiska i tylko na to czekała. Wrzask poniósł się aż na najniższy poziom parkingu. Miotanie się po podłodze, walenie butami w posadzkę.
Nie powinno się dokonywać morderstwa w centrum handlowym, za dużo świadków. I nie na oczach dziecka. Ale jakbym tak Osobie wypaliła klapsa w dupę ? Walczyłam z pokusą, więc mój głos już nie był w stanie brzmieć uprzejmie 
– Proszę odejść, wcale pani nie pomaga – warknęłam. 
Czy trzeba być geniuszem by wiedzieć, że Furię nakręca zainteresowanie ? Zawadzkiej nie oglądają, czy co ? 
Schodami wjechał M. Z soczkiem. Furia się zmęczyła i dopuściła do głosu Zuzannę. Dziecko zerwało się na nóżki, potuptało do Dziadzia. "Na rączki" zadysponowało językiem ręcznym. W sklepie z bucikami dziecko już radośnie gaduliło z każdym. Na widok obrzydliwie różowych bucików przyozdobionych masą kwiatków radosne gulgotanie wyraźnie nabrało mocy. Pulchna łapka przycisnęła bucik do piersi. Nóżki zatupały. Próba wciśnięcia w rączki granatowej pary zaczęła generować furię. Skończyło się na różowych. Furia i tak wróciła. Centrum handlowe to nie miejsce dla małych dzieci, ale czasem nie ma innego wyjścia.
Może zabiorę moje dziecko (wewnętrzne) do centrum handlowego w Polsce ? Może znajdzie się jakaś Osoba, które je sobie weźmie ? Na zawsze. Mogę jeszcze w rękę pocałować.
Słyszysz dziecko ? Przyjdzie brzydka pani i cię zabierze jak się nie uspokoisz. 
 

Zabaweczki weekendowe

 Sobotę spędziłam z…

 Sobotę spędziłam z Zuzanką. W piątek ją tylko zabraliśmy z przedszkola i po godzinnych wygłupach na Torget oddaliśmy ojcu. A w sobotę miałam ja dla siebie na całe popołudnie. Tylko dla siebie.  
Nie widzieliśmy się cały tydzień, bo u mnie w domu remont na całego i nie było jak dzieciaka zabrać – ani miejsca ani czasu.
Radość w niej aż kipiała i w piątek i w sobotę co czasem bywało bolesne. Maluch …gryzie! Gryzie właśnie w takich radosnych chwilach, najwyraźniej daje upust emocjom. 
Sobota była ciepła, ale deszczowa. Lało bez przerwy całe popołudnie. Musiałyśmy siedzieć w domu. Bawiłyśmy się , czytały, oglądały bajki, jeździły samochodem, warczały samochodem, bawiły w akuku czyli po szwedzku titut. Jak mi już zabrakło pomysłów to zaprosiłam wnuczkę do tańca. To był strzał w dziesiątkę. Telewizor grał Norę Jones a my tańczyłyśmy prawie do upadłego. Zuzka nadal uwielbia tańczyć. Nie znosi natomiast kąpieli. Boi się. Zdaje się, że boi się mycia głowy i nie pomaga nawet specjalny kapelusz. Wymyśliłam, że potrzebuję zwykłą, plastikową lalkę, najlepiej w włosami, żeby Zuzia tę lalkę kąpała i myła jej głowę. Tylko gdzie kupić lalkę, która nie ma tych elektronicznych wstawek a za to ma włosy na całej głowie ?  Chyba tylko na pchlim targu ? Dobrze, że w soboty u nas jest ogromny pchli targ, to w przyszłym tygodniu pójdę poszukać.
Tymczasem urząd podatkowy był łaskaw oddać kasę mojemu mężowi, na który to fakt M. czekał z niecierpliwością dziecka. Jako księgowa udomowiona zezwoliłam bowiem na zakup zabaweczek. 

M. od lutego włóczył mnie po różnych sklepach, pod nos podsuwał gazetki, przeglądał strony internetowe i się napalał. I stawał coraz bardziej niecierpliwy. Wreszcie mogłam mu zameldować – masz.
Plan był taki, że swoje zakupy M. zrobi w sklepie niemieckim poprzez znajomego, bo miało być dużo taniej. Ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że tego co chciał nie ma, a to co jest ma takie ceny, że po doliczeniu opłaty za przesyłkę wyjdzie drożej niż kupić na miejscu. W głębi duszy podejrzewam, że chodziło też i o to, żeby nie czekać.
O ja nieszczęsna. Zamiast spędzić niedzielę w domu, zostałam z samego rana wywleczona do Goteborga.
Kupiliśmy. My, bo musiałam dorzucić parę groszy z kasy schowanej na "inną okazję".  
Wychodząc ze sklepu M. przytulał do piersi Tomtoma i kamerę. Tomtoma to ja rozumiem, entuzjazm podzielam, w końcu będziemy się włóczyć po bezdróżkach jak cywilizowane obieżyświaty. Ale kamera ?? Na co człowiekowi kamera? Chyba, żeby kręcić filmy z pijanym wujkiem u cioci na imieninach. Nie mamy cioć a tym bardziej wujków.
Zozola. Będziemy uwieczniać Zozola. Bo na zdjęciach wychodzi tako rozmazany duch. I zdjęcia nie pokazują jak tańczy, śpiewa i gada.
Ja nie wiem czy Maluch dziadkowi podziękuje, skoro na widok wycelowanego w nią aparatu protestuje. 
Tomtom, uśmiechniętym głosem jakiejś pani doprowadził nas do sklepu polskiego w Goteborgu. Ludzie! Raj! Odkryłam raj na szwedzkiej ziemi. Miły, młody człowiek za ladą, sklep pełen dobra wszelakiego…ale twarożku świeżego z Piątnicy nie mieli, buuu.
A potem tomtom się zbiesił. I już do domu nas nie chciał zaprowadzić. 
Mąż, typowy mężczyzna, wypróbował wszystkiego, nim sięgnął po instrukcję obsługi, a i tę instrukcję wypełniał tak, jak skoczek szachownicę. Dwa do przodu, jeden w bok.
Sprzątałam, bo ponad dwutygodniowy bałagan+remontowy bałagan podnosiły mi adrenalinędo poziomu niebezpiecznego. Skończyłam, zasiadłam przed własnym komputerem, zabrałam mężowi zabawkę. Doczytałam w internecie, że niektóre modele mają błąd w oprogramowaniu.  Wypełniłam instrukcje krok po kroku, starannie ignorując podszepty męża "a może weź jeszcze spróbuj…". Na koniec wyszłam z zabawkę przed blok, żeby jej niebo pokazać wg instrukcji. Deszcz padał coraz mocniej. I nic się więcej nie działo. Ale ot tak, dla sprawdzenia, wpisałam pierwszą lepszą lokalizację w mieście – nawet nie wiedziałam jaką. Ekranik się zmienił. Wróciłam do domu. założyłam buty i kurtkę, złapałam M. i wyciągnęłam do samochodu w pośpiechu, żeby się ustrojstwo nie rozmyśliło. Ustrojstwo zaprowadziło nas na rozkopana drogę (a nie powinno wiedzieć, że uliczka zamknięta od  kilku tygodni?) potem przez miasto, do nowego centrum handlowego. A potem odprowadziło do domu. 
Mąż szarmancko dziękował dziewczynie za wskazówki, aż stwierdziłam, że chyba mu zmienię głos na pana. Najlepiej na Michała Żebrowskiego, gdyby to było możliwe. On ma głos jak uśmiech Paula Newmana.
Dotarliśmy do domu.
I wreszcie miałam weekend. Była 22.00. Przytuliłam poduszkę i poszłam spać. 

Piłka nożna po polsku

Podłoga w dużym pokoju …

Podłoga w dużym pokoju wysycha po zabiegach upiększających a graty mieszkają w mojej malutkiej, przytulnej sypialni. Ze szczególnym uwzględnieniem telewizora o wadze i gabarytach mamuta. No ale Euro wystartowało, jak tu nie oglądać ?
Oglądałam rozpoczęcie jednym okiem jednocześnie odpowiadając na pytania ankietowe od jobcoacha. Na mecz też zerkałam jednym okiem aż do czerwonej kartki naszego bramkarza. Potem już wzroku nie mogłam oderwać. Jak Tytoń złapał piłkę wrzeszczałam razem z moimi chłopakami.
Kiedyś lubiłam futbol. Ojciec mnie nauczył. Znałam nawet reguły, wiedziałam kiedy aut, kiedy spalony. Ojciec uwielbiał piłkę nożną i siatkówkę. Sam grał i był bardzo dobrym siatkarzem. Nasza małomiasteczkowa drużyna grająca pod szyldem fabryki maszyn rolniczych jeździła po okolicznych pipidówkach i wygrywała. Ojciec na te mecze jeździł jako kibic, czasem zabierał którąś z nas. Baśkę częściej, bo była starsza, bo chyba bardziej ją lubił, bo ilekroć ją zabrał wracali z wygraną, więc była kimś na kształt maskotki drużyny. A jak był ważny mecz w telewizji (a wcześniej tylko w radio*) Polska-ktoś tam, to sadzał nas obie na wersalce po swoich obu stronach i tłumaczył o co chodzi. Lata siedemdziesiąte jak wiadomo były szczodre dla polskich piłkarzy. Górski jako trener plus Lubański, Gadocha i Deyna. To był team! A potem doszli Tomaszewski i Lato. 
Jeszcze byłam mała, jeszcze nic nie wiedziałam o geografii świata, nie wiedziałam za dobrze jak nazywają się okoliczne wsie i miasteczka, ale doskonale wiedziałam co to Wembley. 
I ten komentator – Jan Ciszewski, jak on komentował! Jego emocje udzielały się słuchaczom, bo przecież na początku lat siedemdziesiątych telewizory nie były jeszcze takie powszechne i często relację z meczu śledziło się w radio, a nie w telewizji, a Ciszewski opowiadał co się dzieje, przekazywał i fakty i emocje. Piłka nożna to był najtańszy sport. Nic do tego nie było potrzebne. Jakakolwiek piłka, trampki i kawałek w miarę równego gruntu. Na moim podwórku, za śmietnikiem, pomiędzy blokami był plac zabaw. Karuzela i huśtawki upchnięte były w jednym rogu, na murze śmietnika farbą ktoś namalował linie bramki. Na drugim końcu bramkę robiło się doraźnie z czegokolwiek – najczęściej z koszulek graczy, albo cegieł z Muru*. Od wczesnej wiosny po późną jesień, w każde popołudnie słychać było charakterystyczny, z niczym nie mylony, odgłos kopanej piłki. Nasza miasteczkowa reprezentacja trenowała i rozgrywała mecze na tzw. Saharze, czyli starym boisku pod lasem. Nic tam nie było- ani murawy, ani ławek, ani lóż, ani daszka chroniącego przed deszczem. Kawałek wyrównanej, piaszczystej, suchej gleby. Kurz i słońce palące z góry – stąd Sahara.
Pod koniec lat siedemdziesiątych, chyba w1978, odwiedził mojego ojca przyjaciel z lat dziecinnych, Rajmund, mieszkaniec zachodnich Niemiec. Na okazjonalnej wódeczce panowie spotkali się w dzień meczu Polska-RFN. Rajmund śledząc mecz stwierdził :
– I po co nam te głupie wojny były? Nie lepiej tak ? Piłkę pokopać i tak rozwiązać konflikty?
A po chwili dodał 
– Wiesz, że im jestem starszy tym bardziej tęsknię do Polski ? Ja już nawet myślę po polsku. 
Był jednym z "wypędzonych"
Rozstali się z obietnicą kolejnego spotkania tak szybko jak się da. Ale los zdecydował inaczej – już nigdy się nie zobaczyli. Fabryka wybudowała prawdziwy stadion za cmentarzem i jakoś w tym samym czasie miejscowa drużyna zaczęła podupadać. Ojciec zmarł w 1980, w sierpniu wybuchła Solidarność, a Rajny (tak nazywał go ojciec) jeszcze przez kilka lat wysyłał nam paczki.
Ale mecze nadal śledziłyśmy. Obie, razem, ściskając się za ręce. Kochałyśmy Jasia Tomaszewskiego i Grzesia Lato.
A potem przyszła dorosłość. Baśka wyjechała na swoją wieś i już nie było z kim tych meczy oglądać. A zaraz potem już nie za bardzo było co.
Patrząc na wczorajsze rozpoczęcie przypomniałam sobie, że tata marzył by Polska była organizatorem Mistrzostw Świata. 
Wczoraj pewnie usiedli razem, mój ojciec z moją siostrą Baśką i jak kiedyś oglądali mecz. A dziś Baśka skończyłaby 49 lat. 

Jak dziecko

Czasem…często czuję …

Czasem…często czuję się jak dziecko w otoczeniu dorosłych. Bo folguję swoim "nie lubię" "nie chcę". Bo pozwalam sobie na naiwne zdziwienia i jeszcze naiwniejsze zachwyty. Bo marudzę i narzekam, gdy nudno, bo nie lubię odrywać się od tego co zajmujące.
Jak dziecko. Na co dzień nie za bardzo lubię tę swoją cechę. Bo nie lubię czuć się jak dziecko które, chcąc lub nie, ster rządów oddaje w obce ręce.
Ale w ranki takie jak dziś mi nie przeszkadza.
Budzę się w swojej sypialni. Na ścianach mam ciepło-żółte tapety- efekt pracy pana malarza. Przed oczami mam żółtą komodę z czerwonymi kwiatkami i zasłonki w podobny motyw. Na oknie stoją moje dwa ulubione koty, trzeci zasnął twardo przy moich nogach.
 Za, nareszcie odsłoniętym, oknem wiatr czochra brzozie włosy i gania chmury po niebie.  Cicho. Nikt nie pogania, nic nie wygania z łóżka.  Kawa wypita.

Dzień dobry! Jak to dobrze nic nie musieć- dziś narodowe święto Szwecji Dzień Flagi.

…gdzie serce twoje

Kiedy się tak siedzi za …

Kiedy się tak siedzi za Wielką Wodą i człowiek tylko czyta wiadomości to sobie różne obrazy maluje. Generalnie w głowie mu się lęgnie, że w Polsce żyć to jednak katastrofa. Firmy padają, nic się nie buduje, państwowe inwestycje służą jedynie przekrętom, drogi fatalne a ludzie żyją w nędzy. Szaro, buro i czarno.
A rzeczywistość zaskakuje. 
Drogi główne zbudowane lub przebudowane lub w budowie. Drogi boczne też coraz lepsze. Wszędzie coś się robi, wszędzie dźwigi, budowy, remonty. Praca wre nawet w sobotnie popołudnia. Nowe domy wyrastają jak grzyby po deszczu – tam, gdzie jeszcze rok temu widziałam ugór teraz wyrosło nowe osiedle. Bloki albo domki.
Sklepy to naprawdę zawrót głowy. Wybrać cokolwiek i nie zwariować to sztuka. Sklepy wielkie i te maleńkie. Wszystkie one funkcjonują, to znaczy, że maja klientów, to znaczy że ich klienci mają pieniądze. 
Nasz pobyt ograniczył się właściwie do Polski B a może i C – więc jak wyglądają metropolie ? Warszawa czy Poznań ? 
Dzieje się, to pewne. I dobrze, że się dzieje. Na olsztyńskiej starówce , w kawiarniach i kafejkach ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika to nie rzadkość. Tak, ja wiem – umowy śmieciowe, krótkoterminowe, no ale- praca jest.
Pewnie jak się widzi takie widoki na co dzień to one powszednieją i nie widzi się w tym nic nic niezwykłego. Inaczej jak się przyjeżdża raz na rok, wtedy widać jak wiele się w ciągu tych miesięcy zmieniło.
Ale wyraźnie wciąż działa medialna propaganda klęski, bo jak się rozmawia z ludźmi, to oni jakoś tego pędu nie widzą.
Ale żeby nie było, że tak słodko…
Ludzie w rozmaitych oficjalnych miejscach są nadal bardzo często nieuprzejmi. Jakby ich ktoś do pracy zmuszał. Z rozmów z ludźmi widać, że w Polsce "domniemanie niewinności" to wciąż tylko slogan, że prawa nie przestrzegają nawet ci co do jego egzekwowania są powołani. Kierowcy jeżdżą jakby mieli skłonności samobójcze – wyprzedzanie na trzeciego, nie, na czwartego to norma. Nie wiem ile razy miałam śmierć w oczach. I te wszędobylskie reklamy, banery, plakaty, ogłoszenia a drogi oznaczone nadal fatalnie a często reklama zasłania widoczność albo znaki. Mówiłam mężowi, że w Tarach to pewnie nawet Giewontu nie widać zza tych reklam.
No i EURO 2012. Flagi, gadżety, reklamy są wszędzie. Ale na trasie przejazdu przez Gdańsk do Gdyni nigdzie nie zobaczyłam drogowskazu na nowy stadion. Jak ci turyści mają tam trafić ? I czy w ogóle trafią ? EURO jest nadzieją i ludzie już się zastanawiają ile na tym zarobią. Nawet w Olsztynie. A moje odczucie jest takie, że nic nie zarobią albo tyle co kot napłakał.
Czy wiecie, że Polskę i w ogóle wiele państw dawnego bloku wschodniego, zachód postrzega jak dzicz ? Oni się dziwią, że w Polsce jest internet, nie wierzą jak mówię, że kawy może być więcej niż dwa gatunki, a szczytem zmotoryzowania jest Goteborg. Po za tym Polska to niebezpieczny kraj – tam czasem nawet mordują a okradają na każdym kroku. I teraz człowiek chce się wybrać na EURO do Polski (pewnie mu się roją przeżycia ekstremalne).
Myślicie, że ktoś kto ma takie pojęcie o Polsce przyjedzie tutaj z kieszeniami wypchanymi kasą ? To się mylicie. Przyjedzie z kartami płatniczymi. Li i jedynie. I wtedy się zdziwi. Na każdym kroku, nawet w dużych sklepach okazuje się, że płacić kartą się nie da albo że minimalna kwota zapłaty to 10 złotych. Tak jak mnie zdziwiła kawiarenka w Alfie, przy EMPIKu – pojechaliśmy po buty dla Zuzanki. Zozolowe picie zostało w samochodzie, dzieciak był zmęczony i spragniony, więc wściekle miotał się po podłodze a pani w pobliskim barku potrafiła jedynie ODBURKNĄĆ o tych 10 złotych. I tak samo zdziwiła mnie hurtownia AGD, gdzie chcieliśmy fajne kubeczki kupić. Tylko gotówka. Zdziwiłam się spektakularnie, że nie wiedziałam, że mi do głowy nie przyszło. Na co pani w kasie :
– Następnym razem jak pani przyjedzie…
"to już będziemy przyjmować karty" – dopowiedziałam sobie w duchu i szczęka mi opadła jak usłyszałam:
– …to będzie pani wiedzieć.
I tak na każdym kroku. 

Ale za to widoki takie wszędzie, że klękajcie narody. To górki, pagórki, falujące łany zbóż, przekwitający już żółty rzepak, lasy, połyskujące jeziora. Matko kochana, co by nie mówić – Polska jest piękna! 
Nawiozłam sobie książek. 
Jak po pierwszym roku przyjechałam do Polski widziałam tylko to, co złe i brzydkie.
Po drugim roku – tylko dobre i piękne.
Po trzecim i takie i takie.
Mieszkam w Szwecji, tu mi dobrze, do Polski nie chcę wracać. Ale ta Polska we mnie jest, wciąż ważna, wciąż bliska. Może wreszcie osiągam równowagę ?

Tam dom twój…

Po 22 godzinnej podróży,…

Po 22 godzinnej podróży, zmęczeni nieludzko, dotarliśmy wreszcie do domu. (Dom zdecydowanie jest teraz w Szwecji).
Podróż z małym dzieckiem to koszmar i dla dorosłych i dla tego dziecka. Nobel należy się temu, kto wymyślił samochodowy odtwarzacz DVD, bo tylko jemu zawdzięczamy to, że dotarliśmy bez głębszej traumy.
Na morzu huśtało i pierwszy raz musiałam się szybko ewakuować z kabiny na świeże powietrze, gdzie spotkałam się z córką. Na szczęście M. i Zozol huśtanie znieśli lepiej.
Promowe korytarze śmierdziały gorzałą i pełne były nawalonych w sztok Szwedów. Rano, z dziką satysfakcją oglądałam moich sąsiadów zza ściany kurczowo przyklejonych do barierki.
Czuję się niedospana – Zozol w nocy domaga się mleka, picia, głaskania i przytulania i każdy jej grymas wybudzał mnie ze snu. A z zaśnięciem ponownym mam problem.
Chce mi się dobrej herbaty – woda u mamy ma dziwny smak. Odzwyczaiłam się czy naprawdę coś się zmieniło ?
Własną wannę miałam chęć pocałować.
Kocio nie odchodzi ani na krok.
A w domu powitała nas wiadomość, że jutro zaczynają nam tapetować sypialnie i musimy je opróżnić a także, że musimy wybrać tapety.

Spałam prawie trzy godziny w dzień i za chwilę chyba znów polegnę. 
Jeszcze mną kiwa.
Za oknem biały, bialuteńki dzień. 
Niech żyje szwedzkie lato, nawet jeśli temperatura jest w granicach 15 stopni.
Wrażenia z Polski jutro.
A co u was ?

Brawo!

Jako mistrzyni …

Jako mistrzyni "posuniec doskonalych" nie mozesz przegapic takiej fajnej okazji jak wyjazd w dalekie strony.
Zacznij od tego, ze skumulujesz wszystkie poprzedzajce czynnosci na dwa ostatnie dni przed wyjazdem. Latajac jak z pieprzem pomiedzy zaliczaniem engieskiego, konczeniem kursu
nie zapomnij dolozyc sobie prania, przegladu letniej garderoby, gdyz pogoda bedzie ci sprzyjac i na te dni wlasnie przypadna niespotyka w tym miejscu i o tej porze upaly. Maz w ostatniej chwili zakomunikuje ci, ze dzien przed zamierza uprawiac zycie towarzyskie a corka poprosi o zaopiekownie sie jej dzieckiem. Furia z powodu mezowskiej niefrasobliwosci przeniesie sie na corke, ktorej odmowisz pomocy. To posuniecie zapewni ci dodatkowe wyrzuty sumienia i podniesie furie do czerwonej kreski. Dzieki temu w pranie, ktore normalnie zajmuje ci pol dnia, zrobisz w zaledwie cztery godziny.
Kiedys juz odrobisz pranie, przypomnisz sobie, ze spodnie lniane, jedyne nadajace sie na majowy upal stulecia w Szwecji, wymagaja podszycia. Maszyna zacznie stroic fochy, dzieki czemu poziom twoej furii przekroczy stan alarmowy i para bedzie ci isc z uszu.
Maz wracajacy ze spotkania towarzyskiego, jeszcze odrobinke dolozy do pieca obwiniajac wszystkich w okolo o robienie mu balaganu w plytach do ktorych nikt poza nim nie zaglada oraz zazdajac ci glupie pytanie o powod dla ktorego nie jestes w sosie. Zeby uniknac morderstwa umkniesz do lazienki. Nie zapomnij – taki stan to idealna pora na golenie nog. Zmeczenie i zlosc pewnie poprowadza twa reke do wykonania gustownych sznytow w miesjcach nabardziej ukrwionych i najmniej wygodnych dla plastra.
Tak przygotowana poloz sie spac pilnujac by nie stalo sie to wczesniej niz okolo polnocy. Jesli emocje nie dadza ci zasnac nie zapomnij, ze masz takie fajne biale mloteczki. Polknij jednego rowno o polnocy- nie lekaj sie: furia i stres cie nie opuszcza. Zasniesz wprawdzie, ale snem plytkim i czesto przerywanym miedzy innymi czynnikami akustycznymi w postaci miauczenia kota lub chrapania meza.
Obudz sie godzine przed budzikiem. I tak nie odpoczywasz, wiec nie trac czasu. Mlotek wciaz dziala, wiec normalne czynnosci zajmuja ci dwa razy wiecej czasu. Dopakuj ostatnie rzeczy do torby podroznej. Pozmywaj, zrob kanapki, wynies smieci, zmien kotu zwir.
Wracajac ze smietnika ukryj klucze.
Ostatnie 15 minut przed wyjsciem na ostatni dzien kursu spedz na wpatrywaniu sie w sciane. Wreszcie poloz sie wygodnie na kanapie, zamknij oczy zrelaksuj sie. Kwadrans to doskonala ilosc czasu na zazycie pokrzepiajacej drzemki. Obudz sie nie po 15 minutach a po 25. Sprobuj znalezc klucze od domu. Przeszukuj nerwowo bagaz, torebke, bagaz podreczny, szuflady i szafki. To da ci fory w postaci straty kolejnych minut – moze dzieki temu zniwelujesz dzialanie mlotka. Klucze wreszcie znajdziesz
w torebce, ktora bierzesz na kurs i pobiegniesz w smierdzacy gnojowka swiat tempem spetanego zolwia.

——-
tekst inspirowany Poradnikiem Pierdoly autorstwa iksinskiej

Z poradnika kiepskiej kucharki

Znacie to ? Znacie, …

Znacie to ? Znacie, jeszcze jak. 
Nie jesteś dobrą kucharką, no nie. Ale masz kilka sprawdzonych potraw, które zawsze dobrze smakują. W tych kilku jedną masz szczególnie dobrze opanowaną. Robisz ją w środku nocy, na śpiąco, lewą nogą i zawsze jest taka jak być powinna. Doskonała. Zawsze…no, prawie zawsze. 
Nigdy wtedy gdy robisz dla kogoś, nigdy gdy na bardziej uroczystą okazję, nigdy gdy chcesz zabłysnąć. A przecież robisz tak samo. Albo tak ci się wydaje.

Jutro przedostatni dzień kursu, w piątek wyjazd do Polski więc postanowiłam, że jutro uczęstuję moje koleżanki i kolegów ciastem z rabarbarem.
I co ? 
Rabarbar podszedł z wodą a białko na bezę ubiło się na płynno.
Byłam cwana tym razem. Miałam składniki na drugą blachę, która ma zostać w domu.
Za drugim razem beza była sztywna, a rabarbar suchy. 
Siedzi w piecyku.
…czy coś się nie przypala czasem ???

Eurowizja 2012

Szwedzi sie bardzo …

Szwedzi sie bardzo interesuja festivalami Eurowizji. Od lat wylaniaja swoich kandydatow poprzez ich udzial w Melodifestival – takich scenicznych, chyba cotygodniowych zmaganiach roznych wykonawcow. Transmisja kazdego odcinka gromadzi przed ekranami prawie cala Szwecje. Przysiegam – tym, kto wygra Melodifestival ekscytuja sie Szwedzi chyba nawet bardziej niz wyborami parlamentarnymi.
Moj brak zainteresowania Eurowizja nieodmiennie wzbudza u nich spojrzenia jakby zobaczyli kosmite.
Wczoraj byl pierwszy koncert tegorocznej Eurowizji, o czym dowiedzialam sie na przerwie sniadaniowej. Nie ogladalam. Nie wiedzialam nawet ze jest i , o zgrozo!, nawet nie wiem kto reprezentuje Polske w tym roku.
Przyznaje, ze odkad na Eurowizji Polske reprezentuja "artysci" pokroju Michala Sinobrodego tfu! Czerwonowlosego i w dodatku jeszcze podobaja sie, to Eurowizja wzbudza we mnie raczej zazenowanie i staram sie nie patrzec, nie slyszec i nie wiedziec.  
Niemniej, by nie wychodzic na kosmitke, wolalabym wiedziec kto w tym roku kompromituje reprezentuje moich rodakow.