Prawdziwe litewskie cepeliny

jadłam wczoraj. Były …

jadłam wczoraj. Były szare, napełnione mięsnym farszem, polane tłuszczykiem z cebulką i skwareczkami a do tego była jeszcze kwaśna śmietana. PYSZ-NOŚ-CI! Nie żebym nie znała pyzów, bo znam i nawet czasem sama robię, ale te były robione jakoś inaczej, ciasto było delikatniejsze bo nie było w nim gotowanych kartofli.
Za oknem deszcz lał srebrzystą strugą, a my suchą nogą, w kapciach ale z kwiatkami i nieco odświętniej ubrani przeszliśmy przez piwnicę do drugiej klatki by zawrzeć bliższą znajomość z nowymi sąsiadami z Litwy. Ją spotkałam w szkole pewnego dnia (pisałam o tym?). Przesiadując na balkonie widywałam jej męża, który szybko zaczął mówić mi "cześć: Jak się wczoraj okazało, to jedno z niewielu słów jakie umie po polsku, choć rozumie prawie wszystko. No ale równie dobrze jak po litewsku umie po rosyjsku. Jakoś się dogadywaliśmy.
Szliśmy z nastawieniem "jak to dobrze, że mamy Zozola ze sobą, w razie czego powiemy, że musimy do domu szybko".
Ich kuchnia jest tak samo ustawiona jak moja. Drzwi na balkon były otwarte szeroko, deszcz "przyszywał niebo do ziemi", Zozol myszkował po zakamarkach mieszkania, psocił, śmiał, jadł, gadał, a czas sobie płynął i płynął.Jedliśmy i gadaliśmy, gadali i gadali.
To był taki…przytulny wieczór.
Muszę przygotować rewanż, ale czymże ja zaskoczę Litwinów? Pierogami ? Babką ziemniaczaną?  Ale może nie znają ryżu z pomarańczami ? Ale czego z polskiej kuchni mogą nie znać Litwini?  POMOCY!

Krakowiacy odjechali kilka dni temu zabierając ze sobą słońce. Od ich wyjazdu leje. Niebo szwedzkie, nie rycz, wrócą za rok, bo im się podobało. 
A my tymczasem wracamy do szarej i deszczowej rzeczywistości
I tylko dziwna rzecz mnie spotkała
Młoda Rosjanka, gdy opowiadałam pewnej Szwedce historię początków II wojny, mówiąc o 1 i 17 września, zatem ta Rosjanka stwierdziła bardziej niż zapytała
– Ale Polacy współpracowali z Hitlerem…
Wytrzeszcz.
Jakieś zmiany w historii i powinnam się douczyć?

Mijanie

Spojrzeliśmy uważniej …

Spojrzeliśmy uważniej -kto nam figle płata?-
I pojęli: Zamachem swych upiornych ramion
Czas kosi bez wyboru wszystkie rzeczy świata:
Zło z dobrem, szczęście z męką, wzlot z upadkiem zmiata
W nicość tę samą…
(Z płyty Ave-M. Czyżykiewicza)

Prawie rok temu odeszła jedna z moich blogowych koleżanek. Taaak…rzadko z nią rozmawiałam, Beata nie była gadułą. Miała w sobie zadumę, ciepło, mądrość. Dzieliła się nią oszczędnie, nie z chciwości, a z przekonania, że to co ma jest mało warte. 
Zajrzałam na jej bloga, bo nie wierzyłam w wiadomość. 

Czy ktoś umie mi powiedzieć, co stało się z Polarnym ? Odszedł z bloxa, ok. Ale aż tak, że nawet komentarzy na zdjęciowym nie sprawdza ? Na maile nie odpowiada ? Mam złe przeczucia.

Tak się to życie splata "zło z dobrem, szczęście z męką …w nicość tę samą"

Ząb zupa zębowa

A potem przyjechali …

A potem przyjechali Krakowiacy. 
Byliśmy już w drodze powrotnej, po zaliczeniu cudnego, nadmorskiego miasteczka Marstrand oraz śluz w Trollhattan gdy zadzwonił Janki.
Kiedy wracamy, bo (tu padły słowa, jakich dobrze wychowany młodzian używać nie powinien, a matka nie powinna ich wysłuchiwać bez emocji i nagany, ale jak kiedyś pisałam pretendujemy do miana rodziny patalogicznej)@#$%!!!, PRĄDU NIE MA i co on …@#$%!!! ma zrobić, bo mu nic nie chodzi. W całym domu nie ma. 
Błysnęła mi myśl, że zgubiłam rachunek, druga, że nie bo przecież w ogóle od roku chyba ich nie dostaję, trzecia, że przegapiłam i nie podpisałam polecenia zapłaty w banku, czwarta, że to nie możliwe bo podpisuję wszystkie od razu…Tak sobie dyskutując w głowie nakazałam Dziecku iść na klatkę schodową i sprawdzić.
Dziecko się rozłączyło i telefon pisnął smsem. A za chwilę się rozdzwonił. Asia. Czy mamy prąd bo oni nie. Asia się rozłączyła. Janki dał znać, że na klatce nie ma, czego się spodziewałam.
Uspokoiwszy Dziecko, że kataklizm nie miał na celu zniszczenia życia właśnie jemu, że tragedia dotknęła całe miasto, oddałam się spokojnej kontemplacji mijanych widoków. 
Na równinie okołomiastowej Magda domku nie chciała.
Nim dojechaliśmy prąd wrócił, Dziecko jednak w ciężkim szoku oznajmiło, że on sobie nie wyobraża jak ludzkość przetrwa w razie jakiegoś kataklizmu bez prądu. 
No a rano trzeba pójść do zębiarza. Poszłam. A tam pani w okienku mi mówi, że ona nie wie jak będzie bo im komputery nie działają i żebym jednak poczekała.
Defetystyczny Duch kwiknął radośnie "wiedziałem, że się nie uda". Tchórzliwy Duch ucieszył się szczerze "możliwe odwołanie spotkanie z sadystą?". Racjonalista walnął pięścią w stół, warknął "cicho być!". Usiadłam i poczekałam.
A zaraz potem przyszła asystentka. I zaprowadziła mnie do gabinetu gdzie ułożono mnie na kozetce i opuszczono głową w dół, dzięki czemu gluty z zatok natychmiast zaczęły zaklejać mi gardło.
Rozmawialiście kiedy w obcym języku na chwilę przed egzekucją, mając narzędzie tortur w buzi ? 
A potem to normalnie. Znieczulenie przed znieczuleniem, żeby znieczulenie broń boże nie zabolało, głaskanie po ramieniu, kojąca dłoń na dłoń, bzyk wiertła. I cichutki szept Ducha Defetysty "teraz to zabulisz, zobaczysz, portfel dostanie zawału".
…Nie dostał. Bo nie mogłam zapłacić i nie dowiedziałam się ile aż do popołudnia, bo awaria komputerów uniemożliwiła naliczenie i pobranie płatności. Po południu dostałam telefon, że już mogę zapłacić i ile. Koszt- połowa tego, czego się spodziewałam, nic nie bolało i nie boli, zdrętwiały do godziny 14 pysk miałam w gratisie.
Przyczyną awarii prądu była mewa, która postanowiła popełnić samobójstwo w najbardziej spektakularny sposób więc wleciała pomiędzy druty stacji.
Morału nie będzie.

Pogoda dwa dni była cudna, dziś się wrednie zmienia.
Wczoraj była plaża "nadmorska" nad Wener. Z Zozolem w czerwonym, kąpielowym ubranku, która boi się wody tak, że nawet patrzeć w stronę fontann nie chce. Ale jak zobaczyła, że wszyscy wchodzą…

 
W planach na dziś Hunneberg i Halleberg.

A jutro dalekoooo…Dalslandia i wybrzeże zachodnie.
Trzymajcie kciuki za pogodę, co ?

Nie myśleć defetystycznie

No właśnie.
Dzień …

No właśnie.
Dzień po. Leje. Leje. I leje. A czekam aż przestanie i rosną we mnie coraz większe wątpliwości. No bo pójdę do tej miejskiej przychodni. Zapytam o termin. A oni mi powiedzą, że za pół roku (jak mówi ich strona) albo za trzy lata (jak mówią ludzie). I żebym poszła do swojego dentysty. Że w Polsce ? No to prywatnie? Nie stać cię ? Jak to nie stać cię ? Zdrowie wszak ważniejsze? itd.itd…
Zwabiona perspektywą spotkania z Madzią wychodzę z domu albo raczej wypływam, biorąc pod uwagę że nadal lało. Nastawiona bojowo, bo jeszcze podbuntowana przez Pawła- tłumacza, który twierdzi, że jak mnie boli to oni muszą, ruszam. 
U drzwi prawie się jednak cofnam z okrzykiem "mam gdzieś waszego dentystę".
A tam pani w okienku. Podechodzę. Że plomba, że wypadła, że jak piję to boooli…
Pani wygląda na zafrasowaną. Stuka w klawisz i zmartwionym głosem oznajmia:
– Niestety…
Mój defetestycznie nastawiony duch triumfuje (A NIE MÓWIŁEM?)
-…mam wolnego lekarza dopiero ….
(Duch fika koziołki ze szczęścia, przytupując w międzyczasie)
– …we środę rano… 
(Duch szczękę zbiera z podłogi i ma głupią mine, bo środa to pojutrze, ale jeszcze się nie poddaje:
"w środę rano nie możesz, masz spotkanie z coachem")
Pełna wyższości upewniam się co do godziny.
A właśnie, że mogę! Pokazuję język (mentalnie) Duchowi defetyzmu.
Wychodzę. Kurtyna.

cdn nastąpi (skoro ma to być serial)

Krakowiaki są. Pogoda jest (stukam w niemalowane). Gardło mnie boli od gadania – naprawdę nie wiem po co tyle gadam i po co im wszystkie moje opowieści o mieście i okolicach. Prawdziwa Szwecja obroni się sama! Magda ma już co najmniej pięć miejsc na dom, i jedno gdzie absolutnie nie chciałaby mieszkać.
Wczoraj sabacik przy kuchennym stole z telewizorem ryczącym meczem Hiszpania-Włochy (tak?) w tle. Madzia, Krakowianka Też Madzi i ja. Policzki bolały mnie bolały od śmiechu.
Krakowiak z uporem maniaka trenuje wymowę szwedzkich słów :sju – sjö. Ja trenuję : sju sjuka sjömän skötas av sju sköna sjuksköterskor. 
To tak jakby Szwed miał powiedzieć W Szczbrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie. Dokładnie to samo.
Fajnie jest!

Cholera, cholera, cholera!

Pada. Pada ? Nie, nie …

Pada. Pada ? Nie, nie pada. Leje! Regina przyjechała i nie zamierza odjechać.* Ładnie, poetycko można powiedzieć "deszcz niebo przyszywa do ziemi tysiącem ściegów i dreszczów". Niestety – do tego wieje i dość mocno. Jak dziewczyny dojdą dziś do przedszkola ? A jeszcze bardziej się zastanawiam – co będzie jak będzie tak lać cały tydzień ? Krakowianka Jedna przyjeżdża, przecież jak tak będzie lało to do kitu. Co oglądać w takiej powodzi?
A w dodatku wypadła mi plomba. To JEST problem, bo szwedzkiej stomatologii boi się nasz portfel. A ja się boję bólu. A polecieć do Polski to wyjedzie drożej niż tu (chyba). Tak mnie to zdenerwowało, że nie mogłam zasnąć. Możliwe, że już byłam z lekka napięta planowaną wizytą Krakowiaków a film "Dziwne przypadki Benjamina Buttona" jeszcze mnie rozstroił. No niech tam sobie mówi co kto chce, ale oglądanie śmierci dziecka, nawet na ekranie, to jest trudne przeżycie jak się ma maleńką wnuczkę i w każdym dziecku widzi się ją. No i jeszcze zamysł filozoficzny polegający na odwróceniu ludzkiego życia
-jeszcze tego nie przegryzłam, jeszcze to we mnie siedzi. A dzień wcześniej obejrzałam ostatni odcinek Borgiów. I też się dobrze nie skończyło, choć może bez filozoficznego smutku i chaosu. 
To wszystko sprawiło, że miotałam się po łóżku jak…jak nie wiem kto. Wreszcie wzięłam książkę, poleconą mi przez Tajemnicę Poliszynela – "Czterdzieści zasad miłości" autorstwa Elif Safak – i po godzinie wreszcie mogłam zasnąć. Wciąż robię ten sam błąd: gapię się w ekran po 21 a potem się dziwię, że zasnąć nie mogę. Czytanie godzinę przed snem zazwyczaj mnie wycisza i pozwala spać spokojnie. Stara i gupia!- ganię się.
Paplam. A w tle pytanie: i co my zrobimy z tym zębem, he? Bo łyk ciepłej kawy unaocznił bardzo dobrze, co będzie się działa w dniach najbliższych. Ano. Pójdziemy do miasta na rekonesans. Popytamy w miejskiej przychodni "kiedy, za ile i dlaczego tak późno", oraz w pomniejszych gabinetach. Coś zrobić trzeba. Żeby nie bolało. 

*Deszcz po szwedzku regn. 

Midsommar czyli lato idzie

Wiecie, że u mnie …

Wiecie, że u mnie dzisiaj dzień trwa ponad 18 godzin ? Słonce wzeszło tuż przed 4 a zajdzie o 22.19.
A w międzyczasie świeci, grzeje, jaśnieje, praży. Fajnie mam, nie ? Normalnie – sama sobie zazdroszczę tak mi fajnie z tym łagodnym ciepełkiem i długimi dniami.
Dziś w mieście pospolite ruszenie. Szturm na sklepy, oblężenie przy kasach, kolejka w System Bolaget przeszła granice rozsądku. Midsommar za pasem bo pojutrze czyli jutro trzeba się zabawić. Potańczyć, alkoholu napić, pogrillować na świeżym powietrzu.
W Polsce w taką noc się szuka kwiatu paproci. W Szwecji dziewczyna szuka siedmiu różnych kwiatków, zerwawszy je, kładzie sobie pod poduszkę i zasypia. Ma we śnie zobaczyć swego męża. 
A dlaczego polskie dziewczyny puszczają wianki z zapalonymi świecami, ktoś umie mi powiedzieć ?
Niebo czyste, bez chmurek, lekki wiatr zawiewa, trochę kołysze koronami drzew. Oby tylko deszczu nie nawiało. 
Póki co wracam na balkon, do kocia, do podglądania śmigających po niebie jaskółek.
Mmmmm…Ciepło. Miło.

Poniedziałkowy ranek

Umrę zaraz na zawał, jak…

Umrę zaraz na zawał, jak nie wiem co.
Generalnie remont elewacji od podwórka dobiegł końca. Zniknęły rusztowania, zostało tylko jedno takie rusztowanie na kółkach, szerokie na jeden balkon. Po tym rusztowaniu w dół i górę przemieszcza się malarz, który maluje balkony od spodu. Pan z rusztowania przekłada nogę przez barierkę, wchodzi na balkon albo odwrotnie. Rusztowanie się kiwa, pan się nachyla, sięga po drabinkę składa ją, ostrożnie się odwraca i wchodzi na schodki prowadzące piętro wyżej, powoli przekłada drabinkę przed siebie. A rusztowanie wciąż się chwieje.
Musiałam się odwrócić placami, bo patrzeć na takie wyczyny nie mogę – ja już widzę jak facet spada z balkonu na drugim piętrze, bo rusztowanie odjechało, albo się przewróciło, albo on się potknął , albo nie wiem co…
Tak mam. Wyobraźnie mi podsuwa takie widoki, jak w sobotę wieczorem, gdy z Zuzanką spacerowałyśmy po Żelaznym Moście. M. bawił się swoją zabawką czyli kamerką. Filmował trochę nas, trochę most. Zuza jak pies pasterski lubi mieć stado w komplecie, wypuściła się biegiem z powrotem do dziadka. A tam rzeka pod nami! A barierka na moście co prawda wysoka i gęsta, ale tuż przy "podłodze" jest szeroka szczelina, na oko Zuzia się tam zmieści. Już ją widziałam wpadającą do rzeki. 
Albo na punkcie widokowym na Halleberg. M i Janki stają na brzegu urwiska, a ja widzę jak kamień na którym stoją urywa się…
Oni się ze mnie śmieją, a ja mam w głowie, że wypadki takie się przecież zdarzają i…No wiecie co mam na myśli.
Czeka mnie jeszcze malowanie balkonu, zatem. I naprawa pękniętego parkietu. I wymiana perlatorów. A jeszcze podłoga w kuchni czeka, od listopadowego pożaru na wymianę.
Uświadomiłam sobie, że w tym mieszkaniu, jeszcze nie miałam takich spokojnych dni. Po przeprowadzce mieszkała z nami córka z rodziną, a to stresogenne było, oj było. Zaraz potem wybuchł pożar, mieszkanie było w opłakanym stanie, nieodpowiednim dla dziecka więc zmusiłam wreszcie młodych do wyprowadzki, w tym samym czasie młodzi szarpali się miedzy sobą skutkiem czego teraz każde mieszka gdzie indziej. Oni się wyprowadzili, my wzięliśmy się za usuwanie skutków pożaru, ja dodatkowo latałam do Polski do siostry. W styczniu zaczął się kurs, a zaraz po nim remont reszty w środku mieszkania i remont elewacji.
Ale, niepoprawna optymista, albo raczej pesymistka, myślę : widać tak ma być w tym mieszkaniu, żeby spokoju nie mieć, nie posiedzieć za wiele , to może i praca czeka tuż za rogiem ?
Oby.
Bleblam, żeby zagłuszyć to, co z tyłu głowy. "Boże daj mi odwagę bym zmieniło to, co mogę zmienić, siłę bym zaakceptował to, czego zmienić nie mogę, mądrość bym odróżnił jedno od drugiego". Czego mi brak ? Odwagi by akceptować niezmienne? Czy mądrości bym odróżnić zmienne od niezmiennego ? Permanentny stan konfliktu z córką mnie przygnębia. Ja nie umiem się pogodzić z pewnymi faktami. Ona nie umie zrozumieć o co mi chodzi i chyba wciąż szuka drugiego dna.
Matka, pozostawiona w Polsce, coraz bardziej pogrąża się w autodestrukcji. Nie mam na to wpływu. Nie mogę nic zrobić, bo nawet mój powrót niczego by nie zmienił. Jak to mówią ? "Już tam byłam, już mam koszulkę z napisem". 
Nie jest lekko. 
Czasem…czasem mam wrażenie, że wraca depresja. Bo zmęczenie, bo niechęć i zniechęcenie. 
Czy to lato w tym roku wreszcie przyjdzie, panie doktorze?

Klaps dla dziecka

Wyrwało mnie ze snu …

Wyrwało mnie ze snu przed szóstą. No żesz…! Zaczyna się okres niespania. Wewnętrzne dziecko oczekując na cokolwiek robi się nieznośne. Nadaktywne, nerwowe, pobudzone, marudne i nieskłonne do koncentracji. Może klaps w tyłek by pomógł ? Upuścił nieco emocji i w efekcie wewnętrzne dziecko dałoby żyć?
Nie, żebym była zwolenniczką tłuczenia dzieci, ale takie swoje własne, najwłaśniejsze, chętnie bym czasem nieco do pionu ustawiła. Nie ma lekko – bicie dzieci jest passe, nawet wewnętrznych.
Choć pewnie ci, którzy któregoś dnia w centrum handlowym w Olsztynie  musieli znosić ryk wściekłej Zuzanny w głębi serca uważali, że gówniarz na klapsa zasługuje. Co najdziwniejsze – mnie zwisało co inni pomyślą. I nie wyprowadziło mnie to w ogóle z równowagi. Przykucnęłam spokojnie obok czekając aż JaśnieWielmożnaFuria sobie pójdzie. PaniFuria już się zbierała do odejścia. Niebieskie oko, jeszcze mokre od łez łypnęło spod czerwonego policzka z zaciekawieniem. I wtedy jak spod ziemi wyrosła Osoba. 
– Ojej, chyba cię zabiorę – zaszczebiotała – Mam w domu takiego samego chłopczyka.
Furia, zwietrzywszy audytorium, ryknęła głośniej niż poprzednio. Do efektów akustycznych dołączyła efekty wizualne w postaci walenia nogami w ziemię.
Byłam grzeczna. "Nie wińcie ich, wszak nie wiedzą co czynią"
– Pani odejdzie – powiedziałam uprzejmie – Zainteresowanie tylko ją nakręca.
Osoba odeszła. Furia straciwszy widownię oklapła. Leżąc na brzuchu podniosła głowę, Zuzanna szykowała się powrotu. I wtedy szatan i piekło zesłali drugą Osobę.
– Chyba cię zabiorę – zaszczebiotała Osoba. ( O co im chodzi z tym zabieraniem? To ma spacyfikować furię ? Wystraszyć? Zaciekawić ? )
Furia naturalnie zwęszyła szansę na przedłużenie widowiska i tylko na to czekała. Wrzask poniósł się aż na najniższy poziom parkingu. Miotanie się po podłodze, walenie butami w posadzkę.
Nie powinno się dokonywać morderstwa w centrum handlowym, za dużo świadków. I nie na oczach dziecka. Ale jakbym tak Osobie wypaliła klapsa w dupę ? Walczyłam z pokusą, więc mój głos już nie był w stanie brzmieć uprzejmie 
– Proszę odejść, wcale pani nie pomaga – warknęłam. 
Czy trzeba być geniuszem by wiedzieć, że Furię nakręca zainteresowanie ? Zawadzkiej nie oglądają, czy co ? 
Schodami wjechał M. Z soczkiem. Furia się zmęczyła i dopuściła do głosu Zuzannę. Dziecko zerwało się na nóżki, potuptało do Dziadzia. "Na rączki" zadysponowało językiem ręcznym. W sklepie z bucikami dziecko już radośnie gaduliło z każdym. Na widok obrzydliwie różowych bucików przyozdobionych masą kwiatków radosne gulgotanie wyraźnie nabrało mocy. Pulchna łapka przycisnęła bucik do piersi. Nóżki zatupały. Próba wciśnięcia w rączki granatowej pary zaczęła generować furię. Skończyło się na różowych. Furia i tak wróciła. Centrum handlowe to nie miejsce dla małych dzieci, ale czasem nie ma innego wyjścia.
Może zabiorę moje dziecko (wewnętrzne) do centrum handlowego w Polsce ? Może znajdzie się jakaś Osoba, które je sobie weźmie ? Na zawsze. Mogę jeszcze w rękę pocałować.
Słyszysz dziecko ? Przyjdzie brzydka pani i cię zabierze jak się nie uspokoisz.