By życie nie było nudne

Jeśli chodzisz jak …

Jeśli chodzisz jak śnięta ryba cały dzień.
Jeśli gdy tylko warunki na to pozwalają układasz głowę na stole i zamykasz oczy.
Jeśli od chwili porannego dzwonka do późnych godzin popołudniowych marzysz tylko o chwili, gdy zegar pokaże odpowiednią godzinę by zakopać się w łóżku.Sama!
I nie ma tu nic do rzeczy fakt, że w związku z dużym zapyleniem łykasz większą dawkę leku antyalergicznego. 
Jeśli to wszystko się dzieje, a chcesz, żeby przestało to rada jest prosta: z miejsca publicznego, w którym spędzasz większą część dnia (szkoła, praca, jakikolwiek inny dom publiczny) zapomnij swoją nową, wymarzoną, śliczną i ukochaną zabawkę elektroniczną. W moim wypadku to jest czerwona Nokia. Gwarantuję ci, że sen minie jak ręką odjął, a ty spędzisz wieczór na naprzemiennym biciu się z myślami czy aby na pewno jej nie brałaś z dzwonieniem na własny numer z telefonu domowego.
Zasapanie nazajutrz masz w gratisie jako naturalną konsekwencję braku budzika, którego dzwonek zazwyczaj wyprzedzasz o parę minut.
 

bo znów zapomnę o tytule

Kurs dobiega końca. …

Kurs dobiega końca. Zostało ostatnie 5 dni. 
Kurs dał mi trochę wiedzy ale jeszcze więcej pewności siebie. Dziś już jestem przekonana, że mogę tu pracować w moim zawodzie. Nie żebym zaraz chciała zostać dyrektorem administracyjnym, czy inną główną księgową. Nie, takich ambicji nie posiadałam nawet w Polsce, spokojnie mogę obrabiać jakiś tam kawałek księgowości, ale rządzenie i wielka odpowiedzialność to nie dla mnie. Nie lubię tego, nie czuję pokusy i wszelkie nagabywanie w tym kierunku irytują mnie dogłębnie.
No, ale na razie nikt mnie nie nagabuje zawodowo, niestety.
Wysłałam niezliczoną ilość podań, moje listy dzięki pomocy koleżanek – kursantek stają się coraz lepsze, ale wciąż ani jednej rozmowy. Sekret tkwi zapewne w braku doświadczenia na szwedzkim rynku a często pewnie też w obcobrzmiącym imieniu i nazwisku. Niestety – o ile imię mogę zmienić bez kłopotu, o tyle z nazwiskiem będzie problem. Jest nieprzetłumaczalne, choć typowo polskie.
Następnym krokiem będzie trzymiesięczna współpraca z trenerem (coach) od szukania pracy. W tej chwili ci trenerzy pracują nie w szwedzkim biurze pracy, ale w różnych firmach współpracujących, zajmujących się rekrutacją. A zainteresowany, czyli bezrobotny może sam zdecydować o wyborze. No to wybrałam Manpower bo na 10 wysłanych aplikacji, 8 wysyłam do nich. Opiekunka z Biura Pracy zapewniła mnie, że taki coach ma rozmaite kontakty i może mi pomóc znaleźć praktykę. Może, może. Na razie myślę o tym co powiedziała moja znajoma, gdy Biuro pracy zaproponowało jej współpracę z coach’em:
– Ja widzę, że powinnam się przyuczyć na trenera. Bo wy  szukacie pracy nie dla bezrobotnych ale dla nich. Więc jak zostanę trenerem to wtedy i dla mnie znajdziecie pracę.
I coś w tym jest. Z drugiej strony – nie wiem co niby ten zatrudniak miałby robić ? Zmuszać firmę by wzięła tego a nie innego pracownika ?
Nigdy wcześniej nie byłam zmuszona szukać pracy tak naprawdę. Jak musiałam otwierałam gazetę, wynajdowałam ogłoszenie, szłam na rozmowę i zostawałam przyjęta. To prawda, że nie pretendowałam nigdy do jakiegoś nadzwyczajnego stanowiska, brałam co było, nawet za niewygórowana płacę i chętnie zrobię to samo tutaj. Jestem zdecydowana wyprowadzić się nawet do Kiruny na jakiś czas, byle tylko dostać referencje i zyskać staż.
Co bardzo cieszy moją opiekunkę z zatrudniaka.

Tymczasem kurs się kończy. 
Miałam zyskać sobie jakąś szwedzką koleżankę, która zostanie mi na dłużej, ale chyba się nie udało. Nie sądzę by którakolwiek znajomość przeniosła się na grunt towarzyski. 
Właśnie sobie uświadomiłam, że może zamiast czekać aż któraś poprosi o telefon czy inne prywatne namiary w celu kontynuacji może powinnam sama to zrobić ? Dlaczego ufam pomniejszaczowi w głębi mnie, który przekonuje, że mam niewiele do zaoferowania ? Owszem – szwedzki mam kulawy, ale mimo tego potrafię powiedzieć mądre, ciekawe rzeczy, zrobić coś fajnego.
Trzeba się przełamać a nie robić z siebie Kopciuszka.

A tymczasem zastanawiam się czy w moim mieście działają jakieś grupy wsparcia dla walczących z tuszą. Chętnie bym do jakiejś przystała, bo obawiam się, że mam zbyt słabą wolę by samodzielnie poddać się rygorowi diety i ruchu. A moje ubrania coraz częściej zaczynają mieć kształt worka na kartofle.

Powody bezsenności

Poziom frustracji …

Poziom frustracji mi rośnie.
Po pierwsze mam ciągle problem z routerem (tak sądzę, że to to) zrywa mi połączenie co jakiś czas i długo trwa nim to połączenie odzyskam. Jak odłączam router nic się nie zrywa, ale wtedy internet tylko w kablu i tylko dla jednego komputera. 
Nie szukam pomocy bo nie wiem gdzie. 
To, co znalazłam w internecie, jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe nawet jak piszą po polsku.
Po drugie bolą mnie stawy i kości. Wszystkie. Mam wrażenie, że czuję każdą najmniejszą kosteczkę w ciele, ze szczególnym uwzględnieniem kostek prawej stopy. Kiedy po dłużej chwili wstaję ruszam się jak połamaniec. Chyba deszcz i ja przestaniemy być przyjaciółmi.
Po trzecie rodzina. Nie da się tego opisać, ale rodzina wciąż się stara żeby mi życie uatrakcyjnić różnymi niespodziankami. 
Ciekawe jest to, że takie sprawy jak ta z internetem potrafią sprawić, że się gotuję ze złości aż mi pokrywka skacze i dym idzie uszami.
Sprawy rodzinne natomiast powodują ciężką rezygnację, poczucie bezradności, uczucie braku kontroli a więc i zagrożenie. 
A po za tym to wszystko świetnie.

…nie dzieje się nic…

Nic się nie dzieje.<br …

Nic się nie dzieje.
Kurs na ukończeniu -zostały mi ostatnie dwa tygodnie, ale tak naprawdę to 8 dni, bo w tym tygodniu mamy święto więc weekend zaczyna się we czwartek. Co? Myśleliście, że długie weekendy to domena Polaków ? To propaganda – inne nacje Europy też korzystają jak mogą by sobie czas świąteczny wydłużyć jak się da. Szwedzi też. Szwedzi w ogóle wychodzą z założenia, że pracy nie trzeba się bać, można koło niej pospać postać nic się nie stanie, a w ogóle prace trzeba szanować, żeby wystarczyła na długo.
Gdyby mój blok remontowali Polacy to pewnie już byłby na ukończeniu. A tak nie osiągnął nawet połowy, choć niby do ukończenia remontu zostało półtora miesiąca. A z nimi trzy. Dodam jeszcze, że za wyjątkiem ostatniego tygodnia, kiedy to tak cudownie padało, pogodę do roboty mieli doskonałą. Ten ich przeciągający się remont wkurza mnie z powodu zafoliowanych okien w pokojach od północy.
Nasza sypialnia sąsiaduje z małą, w zasadzie nie użytkowaną łazienką. Tak naprawdę użytkuje ją wyłącznie kot. A wentylacja jest tam, ale jakoby jej nie było. Więc jak Kocio załatwi swe potrzeby fizjologiczne nad ranem to pobudka gwarantowana. I szans na wywietrzenie żadnych – bo okno w folii. 
Duży pokój (salon, nie bójmy się tego słowa) prócz ewidentnego braku świeżego powietrza wkurza dodatkowo atmosferą a la rodzinny grobowiec. Tez folia na oknach, dodatkowo zachlapana szpachlą czy czym tam się te elewacje robi. Nasz blok ma kształt podkowy – panowie robotnicy kończą powoli wnętrze tejże i powoli przechodzą na ściany zewnętrzne. Najpierw ustawili mi rusztowania, które obwiesili niebieską siatką. Teraz w kuchni, mojej pięknej, ciepłej, zielonej, słonecznej kuchni mam niebieską, zimną poświatę, która skutecznie chroni przed promieniami słonecznymi. Kilka dni potem zablokowali mi drzwi balkonowe. Więc w ramach atrakcji dodatkowych mam w domu KOTA. Kota wyjącego, miauczącego, szarpiącego firankę (no to co, że tania bo z Lidla?), snującego się po domu, pod nogami, leżącego pod drzwiami z wypisanym na mordce – "oddawaj balkon!". Na tłumaczenia, że nie mogę, że to nie ja, że może przecież normalnie, jak człowiek wyjść drzwiami na podwórko, Kocio patrząc mi w oczy zaczepia pazurem o firankę. "Pogadałaś… To teraz oddawaj balkon". 
Pelargonie mi marnieją z braku światła. A czas im na balkon. 
Czy jak zacznę szarpać panom niebieską siatkę i wyć "oddawajcie balkon" to się pospieszą ? Nie sądzę.

Zuzia rośnie. Nadal mówi wyłącznie zwierzęcym głosem. Mjał, uf-uf, uuuu – jak krówka, tut-tuuu -jak sowa. No ale coraz częściej do kręcenia głową dochodzi "ne". No i "ej" przy spotkaniu kogoś znajomego. Dodatkowo jeszcze rozkłada rączki – nie ma.
Koty i psy są jej miłością. Psa wypatrzy z okna jadącego samochodu i natychmiast ten fakt zakomunikuje. Rasmus, kot sąsiadki Ingrid na widok Potworka ewakuuje się z rosnących przy schodkach narcyzów w bliżej nie określone rejony. Bo Potwór stoi, tupie, piszczy i wyciąga rękę. Rasmus to nie Kocio, on sobie nie pozwoli, żeby go jakieś obce miziało. Kocio pogodził się z losem. Cierpliwie czeka aż Potwór skończy miziania po głowie, grzecznie obwącha podsunięty pod nas palec nim uda się do szafy, na emigrację wewnętrzną. Tylko spotkania nosio-do-nosia budzą w Kociu atawistyczne instynkta i wtedy spod stołu, bo tam się to zazwyczaj odbywa, rozlega się kocie warczenie i radosny pisk Potwora.

A po za tym już nic. 
Po za tym, że były POSynek/POZięć skasował auto.
Oraz tym, że od koleżanki z kursu, która właśnie skończyła dostałam list brzmiący jak wyznanie miłości. 

Do Polski jedziemy za dni 12.
 

Deszcz

Szarosc wlewa sie …

Szarosc wlewa sie przez okna. Ranne swiatlo, przefiltrowane przez niebieska siatke zabezpieczakaca oraz folie na okanch niknie w zakamarkach mieszkania. Kot zaspany patrzy nieprzytomnie. Kawa, wyjatkowo dobra tego ranka, strzasa z rzes resztki snu i budzi zmysl wechu. Taaak..powietrze pachnie jakos inaczej a dzwieki sa lagodnie stlumione.
Powolne wchodzenie w dzien z ranna toaleta, szykowaniem jedzenia i ubran. Termometr pokazuje tylko 10 stopni.
Wreszcie dzwonienie kluczy, zgrzyt zamka, trzasniecie drzwi…
Tak. Powietrze jest inne, pachnace deszczem, mokra ziemia, mokrymi dzrewami. Mewy z krzykiem ganiaja sie po niebie, z parku slychac ptaki. Samochodowy halas jest stlumiony. Na galeziach niskich lip przy Torget wisza krople deszczu. Nie ma wiatru. Jest miekko, srebrzyscie, przytulnie.
Deszcz.Deszcz.

Wystawiwszy twarz do drbniukich kropelek, z usmiechem wewnatrz i zewnatrz wkraczam w dzien.
…wszystko sie moze zdarzyc…Dzis w to wierze.

Zdrowe odzywianie

Ostatnio, jedzac tego …

Ostatnio, jedzac tego okropnie niezdrowego, tuczacego i w ogole odsadzanego od czci i wiary kotleta wieprzowego zadumalam sie.
Bo ja nie jestem miesozerna. Mieso jadam tak, jak Clinton uzywal "marychy" -czyli jem ale sie nie zaciagam. Znaczy to, ze jadam, ale nie jestem nalogowcem i jak mam cos zamiast to wole zamiast. No ale jadam. A jak jadam to wieprzowine. Li i jedynie. Dobra – czasem moze byc ryba lub kurczak. Ale bardzo czasem. jeszcze bardziej czasem – wolowina.
Tak i tu widze pelne zgrozy spojrzenia roznej masci dietetykow. Wieprzowina ? Dzis nikt sie nie przyznaje, ze jada wieprzowine. Wieprzowina jest passe, de mode, fuj fuj… Niezdrowe to, tuczace, sprzeczne z kanonami zdrowej diety, prawda ? Juz lepszy kurczaczek, rybka, ewentualnie wolowinka? Ale pomyslcie – kurczaki daly nam ptasia grype, na ktora sie umieralo, ale tez nadmiar hormonow, ktorymi naszprycowane jest ich mieso. Wolowina daje jeszcze grozniejsza chorobe wscieklych krow i alergie na bialko krowie. Ryby sa w ogole bardzo niewskazane dla alergikow. A na co choruja nasze powszechne, poczciwe "macki"? Na jakas wysypke, zwana swinska grypa. Nie slyszalam, zeby ktos od tego umarl.
I ktos chce mi wmowic, ze swinskie mieso to najgorsza zaraza?

Fågelsjön runt czyli dookoła Ptasiego Jeziora

Bo w Słońsku był znów …

Bo w Słońsku był znów zlot ptasiarzy, o którym marzę o od lat, choć znawca ptaków ze mnie żaden, ot parę popularniejszych egzemplarzy potrafię rozpoznać,a kilka z nich potrafię nazwać w dwóch językach. Ale moja natura włóczęgi zawsze się wyrywa gdy tylko usłyszę, że gdzieś, coś ciekawego się dzieje.
Bo M. kupił stelaż do przewozu rowerów. Wreszcie. Teraz będziemy mogli zabrać z Polski, stojący od lat bezczynnie, rower Yankiego. No ale stelaż jednak warto przetestować zanim.
Bo słońce, choć wietrznie, i wszystko się zieleni, i w taką aurę to naprawdę trudno wysiedzieć w domu, w mieście. Bo na Hunneberg nie było nas tak dawno. Rok. 
Pojechaliśmy. Zaliczyłam Muzeum Łosia. Rozczarowanie. Bo multimedialne z założenia, też chyba odczuwa kryzys – wiele przycisków nie działało. Bo ja w ogóle mało muzealna jestem – jakiekolwiek by nie były – wnętrza muzeów nudzą mnie po kilku minutach. Nad pojedynczym eksponatem mogę nachylić się z zainteresowaniem, gdy jest ich nagromadzenie mój mózg odmawia przyjmowania nadmiaru bodźców i wyłącza uwagę. O dziwo działa to wyłącznie w odniesieniu do pomieszczeń i przedmiotów martwych. W naturze to co innego.
W muzeum zakupiliśmy wreszcie mapę Hunnebergi, bo to spory obszar jest. Na początek wybraliśmy trasę nr 10, dookoła Ptasiego Jeziora. Mapa mówi, że to jakieś 10km. Na rowerach ? Cóż to takiego, prawda ?
I pojechaliśmy.
I było tak:

A za chwilę już tak:
czyli złoto i błękit w jednym stały domku.
Widok z góry, z ambony obserwacyjnej.
Ptasie Jezioro pozdrawia Słońsk.
Ale potem to już nie było tak fajnie. Z drogi zrobiła się ścieżka i rower trzeba było pchać, a czasem nawet nieść.

Po obu stronach ścieżki bagno, które wkraczało czasem na ścieżkę. Już sobie wyobrażam te rzesze komarów, kleszczy i różnych innych krwiopijców , które zapewne grasują tu latem. 
Do złota dołącza się srebro.
I wreszcie meta, parking i wygodny fotel Volvika.
Dziś owe 10 kilometrów czuję wszędzie. 
Ale pięknie było.Stelaż swoją rolę spełnił znakomicie, więc…

Tęsknym wzrokiem popatruję na mapę Kinnekulle. Tam też jest gdzie i połazić i pojeździć rowerem. 

Manie

Dawno podejrzewalam …

Dawno podejrzewalam siebie o odchylenia na miare detektywa Monka. Licze pierogi nim wrzuce jej do garnka, kopytka tez. Licze schody. Czytam absolutnie kazdy napis. Gwaltowne zmiany wywoluja we mnie paniczna chec krzyku. Rece myje coraz czesciej, nie tylko po skorzystaniu z toalety. I zaczynam sie bac wirusow. Po za tym mam rozliczne, skrztenie hodowane fobie.
Jedna z nich jest kolor.
Jak mi cos padnie to trzymam sie jednego koloru.

Tak bylo z urzadzaniem mieszkania po pozarze. Wylacznie protest TegoMojego uchronil mieszkanie przed zielona zaraza. Kuchnia sie nie ustrzegla i wszysko w niej, co podlegalo wylacznie mojemu wyborowi, jest zielone. Przysiegam – to sie stalo samo, bez udzialu woli. Szklanki w zielony wzorek, zielona obieraczka do warzyw, zielony obrus, kwiatkowe zaslonki podwiazane zielona wstazka no i naturalnie zielona tapeta…
Ktoregos wieczoru tak sobie siedzialam na ulubionym miejscu w tejze kuchni i mnie uderzyla jednolitosc barw. Sila rozpedu, na wyprzedazy kupilam jeszcze zielone chinosy i zielona bluze z kapturem.
Postanowilam cos zmienic. Nastawiac sie przyjaznie do innych barw.
Kuchnia juz jest urzadzona. W pokojach pola do popisu poki co nie ma – czekamy na tapetowanie i na razie wstrzymujemy sie z wyborem.
Tymczasem zrodzila sie potrzeba kupienia nowego plecaka. Kupilam, okazyjnie na wyprzedazy, wiec wybor kolorow byl taki sobie : wyszrzaly niebieski i zywy czerwony. Wzielam czerwony.
Miesiac potem, akurat jak postanowialm, ze trzeba sie zaczac ruszac trafilam na wyprzedaz trampek w sklepie. Byly tanie to wzielam. Byly tylko czerwone. Czerwona kurtke od deszczu mam jeszcze z ubieglego sezonu, bedzie ok. 
Kilka dni temu, kiedy sklep wreczyl mi kolejna karte rabatowa a osrodek zdrowia uszczesliwil mnie specjalna ksiazeczka zrodzila sie potrzeba zakupu nieco wieszkszego portfela. Korzystajac z wolnej srody, rankiem wybrala sie wiec na poszukiwanie portfela. Mial byc wiekszy od starego, niezbyt drogi, ale zeby mi sie miescil w malej torebce. Torebke tez wzielam. W jedynym sklepie, gdzie portfele NIE kosztowaly tyle co cyganska matka, mialam wybor miedzy czarnym a…czerwonym. No to wiadomo, ze to zaden wybor. Sklep sprzedaje takze odziez i gdy przechodzilam lustro blysnelo jakos …ostrzegajaco. Spojrzalam.
Czerwone buty, czerwona kurtka, czerwona torebeczka a w dloni, swiezo nabyty czerwony portfel.
Uf.sapnelam. Znow przegielam z kolorem.
Wiec jakim cudem przynioslam do domu jeszcze czerowna suszarke do wlosow? Nie wiem. Ale potrzebowalam jeszcze telefonu. Stara, czerwono-biala Nokia skonczyla 6 albo i 7 lat. A w miescie akurat otwarto nowe centrum handlowe, wiec niektore rzeczy mialy atrakcyjniesze ceny. Tak jak moj nowy telefon.
Mialam nie kupowac Nokii wiecej. Bo droga, niezawodna to fakt, ale jednak za te sama cene mozna kupic cos lepszego innej firmy. Tak mowia i ja w to uwierzylam. Naprawde mialam zamiar kupic cos innego, milam swoj typ.
Niech mi kto powie jakim cudem do domu wrocilam z Nokia ?  Czerwona.
 

Szukanie pracy

<p …

Szukanie pracy to nie jest łatwe zajęcie dla kogoś, kto jak
dotąd nie musiał specjalnie tego robić, kogo właściwie to praca znajdowała.

Napisać CV, nawet w obcym języku, to nie jest specjalna filozofia, choć
oczywiście CV w Polsce ma nieco inne prawa niż CV w Szwecji.
Napisać list motywacyjny to już inna historia. Pisząc list motywacyjny musimy
pamiętać bowiem, że to jest to, co zastępuje naszą osobista prezentację. W
Szwecji składanie podań o pracę odbywa się najczęściej drogą internetową lub
pocztową. Bardzo rzadko  robi się to
osobiście. I w tej sytuacji nie ma innego wyjścia jak napisać taki list, który
zwróci na nas uwagę. Wiadomo, że każdy, kto aplikuje na pewne stanowisko
posiada odpowiednie kwalifikacje i staż pracy, więc tym raczej trudno
zaciekawić potencjalnego pracodawcę. No chyba, że ktoś jest geniuszem i w wieku
25 lat ma doktorat z ekonomii i 15 lat stażu pracy…
Zdjęcie może pomóc, szczególnie jak się dobrze wygląda i ma dobrego fotografa,
inaczej lepiej sobie darować. Zdjęcia na szczęście nie są obowiązkowe. List
motywacyjny jako urzędowy, oficjalny dokument powinien być pozbawiony rameczek,
zawijasków i innych ClipArtów, no chyba, że ubiegamy się o stanowisko artysty.
Więc jakie narzędzie do zwrócenia uwagi nam zostaje ? Treść. Li i jedynie.
Treść ma pobudzić zainteresowanie pracodawcy, ma sprawić, że wydasz się
kandydatem stworzonym na to stanowisko i wartym by go poznać. Treść ma być
niezbyt długa, ma pokazywać nas samych, a jednocześnie odpowiadać na kilka
pytań „Dlaczego chcę tu pracować ? „ 
„Co dobrego wyniknie z zatrudnienia mnie dla pracodawcy”.
Odpowiedzieć na te pytania wcale nie jest łatwo.
Więc siedzisz człowieku nad tym nieszczęsnym listem, głowisz się i głowisz.
Piszesz, skreślasz, poprawiasz, przywracasz, odwracasz. Jeśli piszesz we
własnym języku. Gorzej jak musisz pisać w języku, który może nie jest dla
ciebie całkiem obcy ale nie władasz nim tak samo sprawnie jak ojczystym.
Słowniki, google-translate, telefony do przyjaciela, word-sprawdzanie tekstu.
Wreszcie – jest. Dumna z siebie oddychasz z ulgą. A wtedy koleżanka z biurka
obok, rodowita Szwedka zagląda ci przez ramię, pytając grzecznie czy może,
zahacza wzrok o pierwsze zdanie i cichutko szepcze, że to dziwnie brzmi, czy
może dać ci małą radę, bo to by lepiej brzmiało, gdybyś napisała…
Z wdzięcznością przyjmujesz pomoc, w efekcie której każde, wycyzelowane przez
ciebie zdanie poddane jest rozmaitym przeróbkom i to, co wydawało ci się
kwestią chwili staje kilkugodzinną pracą. Zmęczona, skonfundowana, zbita z
pantałyku, odarta z językowej pewności siebie, wreszcie otrzymujesz swój list
na powrót i widzisz, że tak teraz brzmi dużo lepiej jednocześnie zachowując to,
co chciałaś wyrazić.
Jeśli masz to szczęście i masz pod rękę coacha idziesz z tym listem do niego,
ale dopiero następnego dnia, i prosisz żeby rzucił okiem. Pół dnia później
nieśmiało pytasz czy już. Już, zaprasza cię do biurka, wyciąga twój
list…pokreślony w różne strony. Coach nie jest tubylcem, ale mimo twardego
akcentu, językiem włada bardzo dobrze. Jednak – czy na pewno jego szwedzki jest
lepszy od szwedzkiego koleżanki, która w dodatku zarabiała na chleb pisząc
slogany reklamowe ? Myślisz sobie kawałkiem mózgu. Reszta skupia się na
zrozumieniu rad i zapamiętaniu słów napisanych niewyraźnie.
Wracasz do biurka. Po raz kolejny przerabiasz list. Koniec kropka – więcej go
pokazywać nie będziesz, i tak strawiłaś nad nim prawie tydzień. Wysyłasz. A
potem czekasz. I czekasz. I czekasz. I…
Dobrze jak po jakimś czasie dostaniesz odpowiedź „wybraliśmy kogoś innego”. Ale
zwykle nie dostajesz. Mozolnie piszesz kolejny list i kolejny i kolejny, przy
każdym przechodząc podobną ścieżkę.
Aż wreszcie w czasie przerwy śniadaniowej słyszysz opowieść jugosłowiańskiej
koleżanki, której ktoś doradzał zmianę imienia i nazwiska, bo podania sygnowane
obco brzmiącym nazwiskiem najczęściej nie są nawet czytane. Inna koleżanka,
Szwedka, której mątaż pracował przy werbowaniu pracowników potwierdza tę tezę.
Ale na koniec dodaje anegdotkę.
Jej mąż odczytał podanie niejakiego Ahrama Ibrahimovica (imię i nazwisko
fikcyjne) i zdecydował się zaprosić do jednak na rozmowę. W oznaczony dzień, w
oznaczonej godzinie wyszedł do hollu i zaczął się rozglądać, który z kręcących
się tam ludzi mógłby być owym Ahramem. Ale nie było nikogo ciemnoskórego,
ciemnowłosego, ciemnookiego. Stał tam jak słupek dłuższą chwilę, aż ktoś
popukał go w ramię. Odwrócił się. Przed nim stał doskonale skandynawski
osobnik, jasnowłosy i jasnooki,  który
odezwał się doskonałą, najczystszą szwedczyzną:
– Czyżbyś szukał jakiegoś Nigra ?