Zabaweczki weekendowe

 Sobotę spędziłam z…

 Sobotę spędziłam z Zuzanką. W piątek ją tylko zabraliśmy z przedszkola i po godzinnych wygłupach na Torget oddaliśmy ojcu. A w sobotę miałam ja dla siebie na całe popołudnie. Tylko dla siebie.  
Nie widzieliśmy się cały tydzień, bo u mnie w domu remont na całego i nie było jak dzieciaka zabrać – ani miejsca ani czasu.
Radość w niej aż kipiała i w piątek i w sobotę co czasem bywało bolesne. Maluch …gryzie! Gryzie właśnie w takich radosnych chwilach, najwyraźniej daje upust emocjom. 
Sobota była ciepła, ale deszczowa. Lało bez przerwy całe popołudnie. Musiałyśmy siedzieć w domu. Bawiłyśmy się , czytały, oglądały bajki, jeździły samochodem, warczały samochodem, bawiły w akuku czyli po szwedzku titut. Jak mi już zabrakło pomysłów to zaprosiłam wnuczkę do tańca. To był strzał w dziesiątkę. Telewizor grał Norę Jones a my tańczyłyśmy prawie do upadłego. Zuzka nadal uwielbia tańczyć. Nie znosi natomiast kąpieli. Boi się. Zdaje się, że boi się mycia głowy i nie pomaga nawet specjalny kapelusz. Wymyśliłam, że potrzebuję zwykłą, plastikową lalkę, najlepiej w włosami, żeby Zuzia tę lalkę kąpała i myła jej głowę. Tylko gdzie kupić lalkę, która nie ma tych elektronicznych wstawek a za to ma włosy na całej głowie ?  Chyba tylko na pchlim targu ? Dobrze, że w soboty u nas jest ogromny pchli targ, to w przyszłym tygodniu pójdę poszukać.
Tymczasem urząd podatkowy był łaskaw oddać kasę mojemu mężowi, na który to fakt M. czekał z niecierpliwością dziecka. Jako księgowa udomowiona zezwoliłam bowiem na zakup zabaweczek. 

M. od lutego włóczył mnie po różnych sklepach, pod nos podsuwał gazetki, przeglądał strony internetowe i się napalał. I stawał coraz bardziej niecierpliwy. Wreszcie mogłam mu zameldować – masz.
Plan był taki, że swoje zakupy M. zrobi w sklepie niemieckim poprzez znajomego, bo miało być dużo taniej. Ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że tego co chciał nie ma, a to co jest ma takie ceny, że po doliczeniu opłaty za przesyłkę wyjdzie drożej niż kupić na miejscu. W głębi duszy podejrzewam, że chodziło też i o to, żeby nie czekać.
O ja nieszczęsna. Zamiast spędzić niedzielę w domu, zostałam z samego rana wywleczona do Goteborga.
Kupiliśmy. My, bo musiałam dorzucić parę groszy z kasy schowanej na "inną okazję".  
Wychodząc ze sklepu M. przytulał do piersi Tomtoma i kamerę. Tomtoma to ja rozumiem, entuzjazm podzielam, w końcu będziemy się włóczyć po bezdróżkach jak cywilizowane obieżyświaty. Ale kamera ?? Na co człowiekowi kamera? Chyba, żeby kręcić filmy z pijanym wujkiem u cioci na imieninach. Nie mamy cioć a tym bardziej wujków.
Zozola. Będziemy uwieczniać Zozola. Bo na zdjęciach wychodzi tako rozmazany duch. I zdjęcia nie pokazują jak tańczy, śpiewa i gada.
Ja nie wiem czy Maluch dziadkowi podziękuje, skoro na widok wycelowanego w nią aparatu protestuje. 
Tomtom, uśmiechniętym głosem jakiejś pani doprowadził nas do sklepu polskiego w Goteborgu. Ludzie! Raj! Odkryłam raj na szwedzkiej ziemi. Miły, młody człowiek za ladą, sklep pełen dobra wszelakiego…ale twarożku świeżego z Piątnicy nie mieli, buuu.
A potem tomtom się zbiesił. I już do domu nas nie chciał zaprowadzić. 
Mąż, typowy mężczyzna, wypróbował wszystkiego, nim sięgnął po instrukcję obsługi, a i tę instrukcję wypełniał tak, jak skoczek szachownicę. Dwa do przodu, jeden w bok.
Sprzątałam, bo ponad dwutygodniowy bałagan+remontowy bałagan podnosiły mi adrenalinędo poziomu niebezpiecznego. Skończyłam, zasiadłam przed własnym komputerem, zabrałam mężowi zabawkę. Doczytałam w internecie, że niektóre modele mają błąd w oprogramowaniu.  Wypełniłam instrukcje krok po kroku, starannie ignorując podszepty męża "a może weź jeszcze spróbuj…". Na koniec wyszłam z zabawkę przed blok, żeby jej niebo pokazać wg instrukcji. Deszcz padał coraz mocniej. I nic się więcej nie działo. Ale ot tak, dla sprawdzenia, wpisałam pierwszą lepszą lokalizację w mieście – nawet nie wiedziałam jaką. Ekranik się zmienił. Wróciłam do domu. założyłam buty i kurtkę, złapałam M. i wyciągnęłam do samochodu w pośpiechu, żeby się ustrojstwo nie rozmyśliło. Ustrojstwo zaprowadziło nas na rozkopana drogę (a nie powinno wiedzieć, że uliczka zamknięta od  kilku tygodni?) potem przez miasto, do nowego centrum handlowego. A potem odprowadziło do domu. 
Mąż szarmancko dziękował dziewczynie za wskazówki, aż stwierdziłam, że chyba mu zmienię głos na pana. Najlepiej na Michała Żebrowskiego, gdyby to było możliwe. On ma głos jak uśmiech Paula Newmana.
Dotarliśmy do domu.
I wreszcie miałam weekend. Była 22.00. Przytuliłam poduszkę i poszłam spać. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s