Kto obstawiał Wyspę Mniejszą

też wygrał. Bo też …

też wygrał. Bo też byłam. 
Niestety słońce zrobiło to, co zwykło robić w weekendy – schowało się. Było więc szaro choć bezwietrznie i ciepło.  Rower też się nie popisał, kołem strzelił focha, i choć pedałować się dało, to jednak wymagało to sporego wysiłku. Mimo to, zostawiwszy chłopaków z wędkami nad przesmykiem, udałam się na eksplorację wyspy. Było pusto, cicho jak makiem zasiał i odludnie. Dziwne uczucie znaleźć się w prawdziwym, dzikim lesie, gdzie nie słychać żadnych oznak życia. W moim warmińskim lesie, nawet gdy zapuszczałam się bardzo daleko, wciąż słychać było stłumiony szum samochodów. A tu nic. Tylko zgrzytanie ocierającego się koła rowerowego. Wyspa jest niezamieszkała, mam wrażenie, że jeszcze nie, bo widziałam tabliczki, które sugerowały, że albo już się tam buduje domy albo wkrótce zacznie. Choć sądzę, że bardziej można się spodziewać domów letniskowych niż całorocznych.
Zrobiłam jakieś 6 kilometrów trochę jadąc, trochę idąc. Natrafiłam na jakąś chatkę, nad  porośniętym szuwarami brzegiem, i zawróciłam bo zaczęło mżyć. Zgrzałam się i upociłam, więc zdjęłam bluzę. Teraz mam katar gigant!
Zdjęcia wyszły takie sobie, bo bez słońca to ja nie umiem robić ładnych zdjęć.
Najpierw, nim na wyspę, pojechałam uwiecznić ruiny zamku i starego domostwa.

 

 

 

Zawsze mnie zastanawia jak takie miejsca wyglądały przed wiekami, wtedy gdy ludzie się tam osiedlali. To, tutaj wygląda na wyjątkowo mało gościnne – otoczone wodą i mokradłami, takie pewnie było łatwiejsze do obrony.

A poniżej wyspa Mniejsza i bezludny las. 

 

 

Zające pod chatką. Ten, na pierwszym planie, myślałam, że jest sztuczny. Podchodziłam coraz bliżej i bliżej a ten ani drgnął. Potem przykicał ten drugi. Oba zachowywały się jak oswojone. Nie uciekły nawet gdy wyszłam z krzaków. 

 

Przesmyk, gdzie chłopaki łowili ryby.

Kto obstawiał Targi,

ten wygrał. Bo …

ten wygrał. Bo poszłam. 
Obeszłam salę jeden raz. Przystawałam przy każdym stoisku, nieśmiało, z boku zerkałam i uciekałam.
Kto i kiedy mi wmówił, że jestem odważna i łatwo nawiązuję kontakty ?? W nieznanym mi środowisku jestem niewidoczna, bezdźwięczna, bezwonna. Znikam, nie ma mnie …albo przynajmniej staram się zostać niedostrzeżona. Zapytana czy w czymś pomóc, kulę się, mamroczę, że nie, dziękuję, ja tylko „kikar” i czmycham. Naturalnie pół sekundy potem wyrzucam sobie własne tchórzostwo i głupotę i żałuję, że nie zapytałam, nie poprosiłam, nie podzieliłam się uwagą. 
Już widzę, jak ci co mnie znają czytają to z niedowierzaniem. Jak otwierają im się szeroko oczy, jak w myślach układa im zdanie komentarza „Tyyy? Niemożliwe! Na pierwszym spotkaniu…Jak byłam z tobą w …”Moi mili, spotkanie blogowe to nie jest takie całkiem nieznane środowisko. A już inaczej rzecz się ma, gdy w nowej sytuacji znajduję się w towarzystwie. Wtedy przecież NIE MOGĘ pokazać słabości, więc jestem silna, otwarta i przebojowa.
Obeszłam salę. Feeria barw! Szmatki, szmaty, szmaciory. Narzędzia, których przeznaczenia nie odgadniesz.  Gotowe wyroby – wielkie narzuty na łóżka i małe poduszki, nie tylko pachwork, dzierganiny różnej maści, zabawki i ubrania. Wszystko wykonane z kunsztem takim, że mnie tylko o tym marzyć. Dobór kolorów, deseni, różnych elementów dekoracyjnych. Orgia! 
Na ostatniej prostej pierwszego kółka zobaczyłam maszynę do pikowania. Przemysłową. Wysunięte ramię, tkanina nawinięta na bele jak na krosnach, napięta, bez stoliczka pod spodem, pikowanie odbywa się w powietrzu. Zagapiłam się, jakaś kobietka próbowała, pan z panią ją instruowali. Z razu nieśmiało, a po chwili coraz sprawniej pani prowadziła ramię i rysowała kwiatki na materiale jakby robiła to od zawsze. Uciekłam. Jeszcze mnie spytają czy chcę…

Za drugim nawrotem – bo w zbyt wielu miejscach pytali mnie czy pomóc – pani ze stoiska z maszynami Bernina podniosła głowę, uśmiechnęła się :
– O, to ty! – rozpoznała mnie ucieszona. Ich sklepik z maszynami i tkaninami leży blisko mojego domu. W oknach stoją maszyny (od 5,5 tys koron w górę) a nad nimi wiszą ich wyroby. Ilekroć tamtędy przechodzę przyklejam nos do szyby jak łakomczuch do witryn cukierni. 
Za trzecim nawrotem zaczęłam się czuć u siebie. Przyglądałam się prezentacjom. Na stoisku z ulubionymi maszynami pani prezentowała jakąś stopkę. Inna mogła siąść i spróbować przyszyć sznureczek do kawałka materiału. Szło jej tak, jakby robiła to zawodowo. Znajoma pani zapytała mnie czy chcę spróbować.
– Nie, nie – odparłam w popłochu – nie odważę się, popatrzę.
zaciekawiły mnie maszyny. Wyglądały tak zwyczajnie, ale ekranik wskazywał, że to wyższa półka. Pani od sznureczka skończyła zabawę, odeszła. Znajoma pani podeszła do mnie.
– Interesuje cię coś.
– Na razie rozmyślam. Jestem początkująca. Mam prostą maszynę, na 20 ściegów. Chciałabym coś więcej, ale muszę zebrać pieniądze – przyznałam się.
– To musisz najpierw pomyśleć co będziesz głównie szyć. Duże rzeczy czy małe. Ta maszyna… 
Zrobiła mi krótki, ale bardzo pouczający wykład o wyborze maszyn, o różnicach między poszczególnymi maszynami.
Już wiem jaką chcę i wiem, że nie kosztuje tyle co nasz samochód :).
Do innych budynków już poszłam jak stary wyjadacz. U siebie byłam. Znałam co najmniej jedną osobę. I też szyję. Nawet jeśli krzywo i na maszynie z Lidla.  
W innych budynkach było w zasadzie to samo. Tylko w trzecim natknęłam się prócz standardowej wystawy na jakiś występ. Ściągnęła mnie muzyka. Na scenie kobieta, na oko około sześćdziesiątki coś robiła. rzuciłam okiem, stwierdziłam, że acha szwedzki szoł – czyli disco muzyka i jakieś miny pewnie skecz jakiś. Już miałam iść, gdy kobieta zdjęła bluzkę…Ke ?? Pod spodem miała czarny stanik i pomarszczoną skórę. A ona zdjęła spódnicę! Czarne, obciskające majtki „z golfem”! Nogi całkiem ładne musiały być …kiedyś. Co ona robi ? Skacze ? Biust jej podskakuje, tu i ówdzie kołysze się zwiotczała skóra. Ale…ona jest ładna! Ma ostrą, czerwoną szminkę na ustach, posiwiałe włosy spięte klamrą, uśmiech na twarzy. Pokazuje coś. Acha, chyba się dokądś wybiera. Stoi przed lustrem, markuje psikanie dezodorantem. Szczypie zwiotczałą skórę na ramieniu, kręci głową z niesmakiem. Perfumuje się (na niby naturalnie). Zakłada pończochy. Szczypie zwiotczałą skórę na udach, puszcza oko do widowni i podciąga czarne pończochy pod nogawki majtek. Zakłada jakąś kieckę…O matko, jaka piękna, nobliwa kobieta! Kiecka podkreśla biust, odsłania zgrabne nogi, ukrywa zwiotczałą skórę. 
I tak kilka razy z rzędu przebierała się i dostarczała mi szokujących wrażeń. Piękna była. Dojrzała, świadoma swoich minusów i plusów, elegancka. To znaczy, że co ? Że mając pięćdziesiątkę na karku nadal mogę być ładna ? Mimo siwych włosów i nadwagi ? O kurczę! A ja nie wierzyłam. Ciuch, odrobina szminki, uśmiech i pewność siebie! Na widowni były młode dziewczyny i biły jej brawo z równym zapałem jak staruszki w moim wieku.
Poczułam się całkiem u siebie, wyciągnęłam telefon i zrobiłam kilka fotek. 

Igłą malowane:


 O, Zuzia za kierownicą !

 
Koszyczki rowerowe

 

Maszyna-hafciarka.Nie chcę.

 

Rzut ogólny

 

Małpy fajne! Uszyją taką Zuzi.

 
Tu pani, zasymilowana Tajka, pokazuje ustrojstwo do robienia kwiatowych płatków. Ciekawe, muszę mieć! 

Pouczające to było wrażenie i zaskakujące. Warto było. 

Co wybrać?

Dziś ostatni dzień …

Dziś ostatni dzień patchworkowych targów w Mieście. Nie miałam czasu w piątek, nie miałam go w sobotę …może bym dziś poszła ? Nęci mnie, choć zżymam się, że za samo wejście i oglądanie trzeba płacić. No ale nęci. Bo i szmatki mają być. Może taniej coś ? A może coś podpatrzę ? Jakieś narzędzie, które pomoże mi być dokładniejszą  ?
Ale mąż się wybiera na ryby. A jest takie miejsce…
Jak wiadomo moje Miasto leży nad Vener. A dokładnie nad jedną z zatok. Południowo-zachodni brzeg owej zatoki tworzy długi półwysep zakończony dwiema dużymi wyspami, Większą i Mniejszą oraz jakąś ilością malutkich. Zjeździliśmy z mężem niemal całą Wyspę Większą, a Mniejsza nam jakoś umykała. Zjeździliśmy też niemal cały półwysep. No bo my włóczęgi jesteśmy, jak wiadomo.
Któregoś wieczoru, tak z miesiąc temu, mąż zadzwonił szafką na klucze.
– Jadę zatankować- poinformował mnie. I dodał
– A potem jeszcze się trochę przejadę… –  zawiesił głos jakby czekał na moją reakcję. Reakcja nastąpiła i była chyba taka jak się spodziewał.
– Jadę z tobą!
To był deszczowy weekend. Lało i padało na przemian, choć ciepło było niezwykłe.
I pojechaliśmy. Ze znanej mi dobrze drogi na Wyspę Większą mąż skręcił gdzieś w bok. Farmy, pola, pastwiska. I pagórki, lasy i laski. Pytany czy wie dokąd jedzie odparł, że nie. Jechaliśmy więc tak sobie, bez planów, w myśl idei „a co będzie za tamtym zakrętem, a gdzie dojadę tą drogą”- czyli tak, jak najbardziej lubię. 
I tak, zupełnym przypadkiem, odkryliśmy dom tubylczego rodu Dębowskich a może Dąbrowskich  z dębowym parkiem pełnym tablic upamiętniających członków tej znamienitej ongiś rodziny. Potem, gdzieś po drodze, był cudny kamienny kościołek. I ruiny starego zamku. I stare pochylone domostwo. Nie miałam aparatu! Na nogach miałam trampki, a teren miejscami przypominał gąbkę.
Zgubiliśmy się! Nie wiedzieliśmy, gdzie tak naprawdę jesteśmy.
Dojechaliśmy do jakiejś wody, mostek wyglądał niezbyt solidnie, ale zaparkowane po drugiej stronie auta sugerowały, że da się go przejechać. A zaraz za mostkiem stał znak, że koniec drogi. No to pojechaliśmy aż do owego końca. Na wprost mieliśmy tablicę informacyjną i skrzynkę na mapy – tym razem pustą. Droga z asfaltowej stawała się gruntowa i rozchodziła w prawo i w lewo, jednak obie możliwości ograniczały szlabany i znaki zakazu wjazdu. 
Robiło się coraz ciemniej i musieliśmy zawrócić.
Znów pola i pastwiska. Oraz moczary i rozlewiska. Nieruchome czaple tuż przy drodze i stada saren małych i dużych.  
W domu przestudiowałam mapę uważnie. I odkryłam Wyspę Mniejszą i przylegający doń, zapomniany przez nas, kawałek półwyspu, które nam dotąd jakoś umykały. Weźmiemy rowery, gumaki i wrócimy tam, zdecydowaliśmy.
Ale, a to Zozol, a to mąż chory, a to w pracy…
Dziś umówił się na ryby z kolegą. Właśnie tam, na ten mostek łączący Wyspę Mniejszą z lądem.
I nie wiem.
Patchwork, ciepełko domowe i kurowanie zatok ?
Czy wygwizdowo, nowe widoki, okazja złapania w obiektyw czegoś dotąd niewidzianego, eksploracja nieznanego terenu ?
Co wybrać ?

…to ja pójdę sprawdzić baterie w aparacie Młodego… 

Codziennik

Pora spojrzeć …

Pora spojrzeć prawdzie w oczy – jesień przyszła i nie ma na to rady. Gorzej, że tegorocznej jesieni daleko do złocistości i łagodności. Jesień tegoroczna jest brutalna i daje żadnych złudzeń: jest zimno i ciemno a będzie jeszcze zimniej i jeszcze ciemniej. Ranki wstają słoneczne, złote, ale zaraz zrywa się zimny wicher, nagania chmury – każdego dnia z innej strony świata, ale zawsze tak samo zimne i deszczowe.
Umęczona bólem głowy i zgagą , tydzień temu poszłam do lekarza. Na zgagę jakiś oeprazol i uspokojenie, że sama zgaga to za mało przyjemności jak na helikoptery. Na głowę, a konkretnie na zatoki krople z kortyzonem ( kortyzon! co za niespodzianka!). Cóż do wyboru miałam jeszcze czyściutką  penicylinę, a to wątpliwa atrakcja dla skopanego żołądka, więc się nie upierałam. Lekarz nie Kaszpirowski – przykładaniem rąk i liczeniem do dziesięciu zatok nie wyleczy. Opukał mnie jednak na tyle solidnie, że po wizycie u niego przez piątek i sobotę ból głowy nie poddawał się żadnej medycynie ani chemicznej ani ludowej, ani żadnym innym zabiegom…
No ale zakraplałam ten nos dwa razy dziennie, wg przykazań. Wreszcie poczułam ulgę. A następnego dnia – czyli wczoraj głowa nie bolała, ale bolało gardło. Świństwo spływa po gardle zamiast przez nos? Co jest u licha ? Oddycham normalnie, nos jest zatem drożny dlaczego więc zatoki oczyszczają się do gardła ?
Dziś rano wstałam jak zaczadzona – znów ból głowy, choć nie w części twarzowej. Taki…chorobowo-gorączkowy ból. Znaczy zatoki się pewnie oczyszczają, ale świństwo dalej płynie po gardle i daje nową infekcję. Fajnie: dziś mam Zozola, jutro wieczorem gości. Nie ma to jak sobie przygotować wiele atrakcji.
Co robić ? Oeprazol uspokoił żołądek, ale na tę penicylinę nie mam chęci, tym bardziej, że coś mi świta, że antybiotyk w zatokach przynosowych działa raczej „niebardzo”. Znacie domowe sposoby na zmuszenie śluzu do spływania nosem zamiast gardłem ? Chyba wolę katar…
Na razie dam gardłu płukankę z soli. Na pewno nie zaszkodzi.
Żeby jednak nie było zbyt monotonnie, że tylko zatoki – nos- gardło to ręka postanowiła uatrakcyjnić mi istnienie. I odmawia współpracy. Internet mówi, że to co mam to „łokieć tenisisy”. Ból w zewnętrznej części łokcia, ból w stawie nadgarstka gdy zaciskam na czymś dłoń. Jak to zwał, tak to zwał, najbardziej atrakcyjne są wieczory i noce. Ręka wystawiona spod kołdry rwie od łokcia po czubki palców. Bo nadal uznaję 17 stopni za optymalną temperaturę w sypialni. Po za tym nos to lubi. Mam więc do wyboru spać w ciepłku i dusić się z zatkanym nosem i wyschniętym na wiór gardłem, albo w zimnym i budzić się kilka razy w nocy z powodu szarpiącego bólu ręki…Doprawdy, czasem mam wrażenie, że moje części składowe prowadzą ze sobą nieustającą wojnę podjazdową. O takich drobiazgach jak ból bioder wieczorem i sztywność kolan rano to już nawet wspominać nie ma po co bo to małe miki jest w porównaniu do ręki. Prawej ręki. Za zmuszanie jej do ciężkiej pracy jaką jest pisanie za chwilę tez zapłacę swoją cenę. 
No ale tak podobno jest – jak masz prawie pięćdziesiąt lat, budzisz się  rano i nic cię nie boli to znaczy, że nie żyjesz.

Przepraszam, że ja tak cięgle tu mnie boli, tu mnie koli, to mnie nie dotykaj, ale czasem muszę. Rodzina nie zwraca uwagi, a wy nie macie innego wyjścia, bo może jednak na koniec powiem coś ciekawego.
No. Powiem.
Kot, wylizawszy się z ran po Arogancie, zaczął na powrót domagać się spacerów. Przy czym samo otwarcie drzwi jednych i drugich nie były dostateczną wskazówką „a idź!”. Siadał w progu, koło nóg i czekał. Ja kilka kroków na zewnątrz, on za mną…Noż, mamisynek normalny „pójdem ale z mamusiom”. No dobra, zaczęłam go wyprowadzać od początku. Aż do wczoraj, kiedy na resztce trawki zobaczył Razmusa. Napluł na niego, nawarczał, napuszył się i skoczył. Razmus pacyfista jest, cała jego postawa mówiła „jestem malutki, milutki, nie bij!” Nie wiem jak to się stało, że Zbój znalazł się przy schodkach. Ryzykując …no może nie życie, ale gustowne sznyty, złapałam za tyłek, wepchnęłam do klatki schodowej i zatrzasnęłam drzwi. Nie będę ryzykować utratą dobrosąsiedzkich stosunków dla kociego szaleństwa.

No. Rączka właśnie mówi – a chała, albo mi dasz odpocząć, albo…
Ulegam pod szantażem. 

Hej Gerwazy, daj gwintówkę…!

Najpierw byliśmy …

Najpierw byliśmy sklepie i mąż się zachwycił wiatrówkami. Stał, wzdychał, wreszcie orzekł, że sobie kupi.
– Będziesz do wron strzelał ? – docięłam mu. Spojrzał na mnie z głęboką pogardą. I urazą.
– Do kaczek – orzekł z godnością – o, takich…- pokazał blaszane pudełeczko w którym stał rządek blaszanych kaczek. Nie odetchnęłam z ulgą. Nie było powodu. M. ma swoje rozliczne wady, jedną z nich jest to, że prawie zawsze jest „niekompatybilny” ze mną. Zgodni jesteśmy tylko w dwóch kwestiach – włóczęgostwa i strzelania do zwierząt.
A wieczorem, znękana bólem głowy wywlokłam ślubnego w bezdroża na poszukiwanie ruin, których nie było. Było wietrznie za to, słonecznie-zachodnio, złociście i pyliście.
Wracaliśmy powoli. Pola zorane, wyzłocone ścierniska, pokosy srebrno-zielonego siana. Na polu sejmik bernikli kanadyjskiej.  Na polanach wypatrzyłam „ambony”. Na jednej obiekt…w sam do raz do celu.
– E, czemu jeszcze nie mamy tej wiatrówki ? – zaczepiłam chłopa.
– Bo nie mamy pieniędzy – przypomniał mi – Kupiłaś Kindla. A co ?
– Zwolnij, zobacz, obejrzyj się. Widzisz ? Nic tylko strzelać.
Spojrzał na mnie i nie wiem… Miał w oczach zgrozę czy zgodę ?
– No ale zobacz jak się ustawił…Niczego się nie spodziewa, wiesz jak łatwo byłoby go śrutem poczęstować ?- zapalałam się coraz bardziej do własnego pomysłu. 
– Strzelić mu w tyłek, krzywdy nie zrobisz, a zobaczyłby jeden z drugim myśliwy jak się czuje zwierzyna łowna – rozmarzyłam się. 
Myśliwy na ambonie, nieświadom zagrożenia, nadal tkwił bez ruchu.
Żebym choć z procy umiała…
 

Przeczołgana

Przeczołgało …

Przeczołgało mnie…
Jesień idzie…nie…ona już jest w Szwecji, w zachodniej Gotlandii, w powiecie Skaraborg. Jest i widać to nie tylko po ilości zbrązowiałych owoców lipy leżących na chodnikach, nie tylko po poprzetykanych żółcią liściach brzóz, i nie tylko po czerwieniących liściach klonu.
„Po czerni jeżyny, po liściu kaliny
jesień, jesień już
Po astrach, po ostach
to widać, to proste, że
jesień jesień już”.
Nie nie tylko po tym. I nie tylko po mglistych, ślicznych porankach.
Niestety. To wszystko byłoby piękne i cieszyłaby oczy orgia kolorów. Ale razem z tym, drugi rok z rzędu przyszła zgaga. A zgaga generuje ból głowy.
Tabletka na zgagę ulgi za wielkiej nie daje, a tabletka na głowę zaognia zgagę. I tak w kółko.
W połowie drogi do Goeteborga, kiedyśmy jechali wężykiem po placu budowy, który gdzieś około 2013 roku ma znów być drogą E45, nie dało się ignorować dłużej faktu, że jesień mnie dopadła. Ze zgagą i bólem głowy gigant.
Odebrałam Kindla, ale nie miałam siły nawet się poekscytować i ucieszyć. Zakupy w polskim sklepie tym razem bez pogaduszki z personelem. A potem droga powrotna. Skazałam męża na siedzenie w temperaturze 17 stopni. Dwa stopnie wyżej zaczynały się mdłości. Radio też nakazałam wyłączyć.Z zaciśniętymi zębami, łapiąc powietrze jak ryba wyjęta z wody, liczyłam kilometry…

Dom. Herbata mocna i słodka – bo to lekarstwo na głowę. Już niech mnie ta zgaga udusi, ale niech mnie głowa przestanie boleć.

Trzy godziny, jedną tabletkę i kubek ziół później – czyli teraz.
Nie ma mowy o spaniu. Głowa boli tylko trochę mniej,  zza otwartych drzwi balkonu ciągnie chłodem, dobrze, że wyciągnęłam wełniane skarpety i ciepły szlafrok.
Księżyc okrągły jak pieniążek w mglistej otoczce zaglądał mi przez okno, ale chyba się znudził i poszedł.
Kindel się ładuje i nie daje włączyć. Czemu nie daje się włączyć po trzech godzinach ładowania ?
 

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: lekarza odwiedzić czas. Będzie gastroskopia jak nic. Ale gastroskopia to kilka minut a dolegliwości zaczęły się jesienią dwa lata temu. I powtarzają każdej jesieni i wiosny.  Wygląda na to, że mam helikoptery …
 

Arogant



<p …



Jakiś czas temu, wieczorem, Kocio znów poszedł na obchód terenu. I dobrze zrobił. Siedział sobie spokojnie w krzakach u wybiegu ścieżki, gdy z przeciwnej strony nadszedł Wróg. Też kot. Szary, pręgowany. Kocio go sobie przypomniał. To ten młody arogant, który jakiś czas temu przemknął pod balkonem. Kocio jeszcze wtedy nie zwiedzał świata tak odważnie. Arogant zobaczywszy w szparze pod barierką wlepione w siebie oczy burknął tylko
– Co się gapisz, wapniaku? Co, nie podoba ci się, że ci twoje podwórko depczę ? Możesz mi skoczyć…- i wykonał ordynarny gest, odpowiednik ludzkiego środkowego palca.
Kocio mściwy nie jest, pamiętliwy też nie specjalnie, ale wtedy …wtedy coś w nim zagrało i wiedział, że Aroganta zapamięta.
A teraz Arogant stał przed nim. Pełen pogardliwej pewności siebie, żółte oczy iskrzyły się złością.
– O, wypuścili dziadka z aresztu. Nie boisz się, że cię ktoś zje ? BUU! – naigrywał się.
Kocio tylko patrzył. Mrużył zielone oczy. I podpuszczał drania bliżej. Tamten się rozzuchwalał coraz bardziej. Leciały w stronę Kocia słowa, jakich powtarzać dżentelmenowi nie przystoi. Kocio wyczekał na stosowny moment i skoczył.
Potem już nic więcej nie pamięta. Obudził go dopiero zimny prysznic i głos.
– Kocio! Do domu!
– Do domu!
– Kocio! Kociuś…Kociulek…
Powoli  wracał do przytomności. A, Pańcia…Pryska wodą, żeby go uspokoić. I woła fałszywie przymilnym głosem. A tamten ? Pod samochód wlazł, myśli, że tam go nie wytropi. Odgraża się jeszcze ? Pyskuje ? No to tak dla pewności wpadł pod auto, wbił pazury w przeciwnika, zacisnął zęby na jego szyi…Tamten zwiotczał, znieruchomiał, zamilkł.
Kocio go zostawił. Wyszedł. Wrócił na swoje miejsce u wybiegu ścieżki.
– To mój teren. Mój. Żebyś sobie zapamiętał.
Nie chciał wracać do domu, Pańcia zwabiła go podstępem. No dobra, niech jej tam będzie…
A w domu, spojrzała na niego gniewnie.
– Ty łobuzie! On jest dużo mniejszy od ciebie! Jak się tak będziesz zachowywał to nie będzie spacerów. Zbóju jeden. I umyj się! Z brudasem spać nie będę. Zobacz – całe futerko masz czarne.
Kocio milczał. No, mądrością to ta jego Pańcia nie grzeszy. I zrzędzi, że on, Kocio to tchórz. Ale jak raz pokazał, że nie, to też źle. Ale kocha ją mimo to. Każdy ma jakieś wady. Znaczy każdy prócz niego, Kocia. 

Dopiero gdy adrenalina opadła, Kocio mógł porachować starty własne. Wyszarpane futerko na lewej łapie, rany największe na szyi i głowie i jeszcze trochę pomniejszych. A do tego ogólna obolałość.  Pańcia przestała fukać na niego za to zaczęła mieć w oczach ten wyraz…Tak samo patrzy jak Mały Potwór robi się zbyt gorący, albo gdy Pańcio w dzień posypia na kanapie. Pańcia się martwi.
Wieczorami Kocio przychodził do Pańci i mruczał uspokajająco.
– Jeszcze mu wleję, niech no tylko tu przyjdzie.
Ale Pańcia stała się nieugięta.
– Nie ma mowy, żadnego chodzenia po nocy. Sam widzisz, że to niebezpieczne.
Kocio położył uszy po sobie, pucował futerko żeby znów było czyste, lizał rany żeby się zagoiły. Żeby Pańcia przestała się martwić. Do oberwał trochę, to prawda…Ale Pańcia to też…Chichotał w duszy. Następnego wieczoru po bójce, Arogant zjawił się pod balkonem.
– No co safanduło ? Kto górą ?
Kocio się najeżył, nastroszył
– Jeszcze cię dopadnę smarkaczu, tylko tu przyjdź- odpyskował.
Pańcia usłyszała, weszła na balkon, szybko oceniła sytuację. I zwykle łagodna, cierpliwa, powolna jak nie złapie za konewkę, jak nie chluśnie z całej siły w stronę Aroganta. Woda z plaskiem opadła na asfalt. Arogant jednym susem wskoczył na płot, z płotu na parking i pomknął w popłochu przed siebie. 
A Pańcia…Pańcia zamiast zatriumfować minę miała skonfundowaną. 
– Oj…Poniosło mnie…Nie mów nikomu Kocio, co ? Bo to wstyd tak bezbronnego kotka traktować.
Kocio tylko oczy zmrużył.
– Bezbronnego, akurat – wymruczał. I polizał odrastające futerko. 
Ale na wszelki wypadek zaniechał dłuższych eskapad i przestał się domagać wieczornych spacerów.
– Nie będę Pańci denerwował, bo się nieobliczalna robi …
 

Kopciuszek- historia prawdziwa cz3 – ostatnia

 Dob…

 Dobiegająca czterdziestki Kasia, a teraz już Katarzyna, poważna księgowa, matka dwójki dzieci, zaglądała na półki z bajkami wciąż szukając starej bajki. I choć nie znajdowała, to wciąż ponawiał próby.

Nastał czas internetu. Wyszukiwarka jednak na hasło Kopciuszek wyrzucała setki odpowiedzi, ale żadna nie była tą…Zresztą – nawet jeśli odpowiedź była właściwa, to Katarzyna i tak nie mogła wiedzieć o tym, bo bez fragmentów nijak nie mogła tego stwierdzić. Posunęła się nawet do wysłania listów do kilku najstarszych wydawnictw, do jakiegoś, znalezionego w internecie naukowca, specjalisty od polskiej literatury dziecięcej, ale nikt jej nie odpowiedział.  Aż znalazła forum, gdzie ludzie sobie nawzajem pomagali odnajdować zagubione książki. Wystarczyło opisać fabułę. Zamiast fabuły, którą wszak wszyscy znają, Katarzyna wpisała fragment bajki. Dwa dni później miała odpowiedź: Kopciuszek autorstwa Janiny Porazińskiej znajdował się w książce „Nad wiślaną wodą” .Tak! To było to, bo tak się właśnie bajka zaczynała:

Nad wiślaną wodą szumi głochoborze:
Rety! Co się stało w starościańskim dworze!
Nad wiślaną wodą szumią wielgolasy:
Rety! Gędźba o tym pójdzie po wsze czasy!

A kilka tygodni później, wpisany w wyszukiwarkę tytuł i autor przyniósł rezultat- jakiś antykwariat miał książkę na stanie. Nie zastanawiając się ani minuty, Katarzyna skontaktowała się ze sprzedawcą, przelała żądaną, wcale nie wygórowaną cenę na jego konto i wreszcie, po kilku dniach czekania miała przed sobą legendarną książkę. Pożółkła, wydana na szarym, sztywnym papierze, z burymi ilustracjami, dla niej ta książka była najpiękniejszą.
Wieczorem, gdy wreszcie mogła, z lubością otworzyła sztywną okładkę.
Stempel szkoły podstawowej Gdańsk-Wrzeszcz i odręcznie wpisana dedykacja dla jakiegoś Pawełka za bardzo dobre wyniki w nauce, wzorowe zachowanie i za udział w występach artystycznych z 26 czerwca 1971 roku z podpisem i stemplem kierownika szkoły.
A dalej…Dalej znany już nam prolog. I rozpoczęcie:

Hen, w krakowskiej ziemi
-drogi szmat daleki-
na pagórze dworzec
stoi już dwa wieki
.

Czytała, choć tak naprawdę w głowie brzęczał jej spokojny, dźwięczny głos mamy. I naraz zgrzyt. Bo głos w głowie jedno, a oczy widzą drugie. Wróciła. Jeszcze raz. I znów to samo.

Fragment jest o tym jak Kopciuszek naprawdę mający na imię Kasia wyobraża sobie króla, tuż po tym jak jej siostry otrzymały zaproszenie na bal. Ona pamiętała tak:

Musi biały, z tylą brodą
musi go anieli wiodą.
A królewic, musi w rzeczy
pół-on-boży pół człowieczy.
A kaj stąpnie- słychać granie
A kaj spojrzy- hań kwiat stanie!

 

A w książce było:

Musi wielgi jak dąb w lesie.
Krzyknie – wichrem głos się niesie.
A pięść zawrze, pięścią stuknie
to i skała się rozpuknie!
A królewic…
Hej, nie zgłości,
jakiej to on nadobności…


I dalej, gdy do Kasi- Kopciuszka przychodzi piękna pani, zaprasza ją na bal, zostawia skrzynię w kwiaty i znika. Pamiętany Kopciuszek mówił :
Czyliś ty z kościoła ?
Czyliś ty z kontyny?
Czy zesłały bogi?
Czyliś Bóg jedyny?


A w książce było:

Czyś zza morza przyszła,
studróżką stąpała?
Czyżeś z chmury zbiegła
jak błyskawic strzała ?

 

I tak jeszcze w kilku wersach, gdzie występował Bóg i król jako istota namaszczona przez Boga.
Mimo wszystko Katarzyna jest zadowolona, że książkę odnalazła. Tekst, który pamięta wpisała obok tekstu wydrukowanego. Może ktoś, kiedyś wyjaśni i tę zagadkę: czy to Halina nie pamiętając dokładnie wymyśliła te słowa czy też taka była pierwsza wersja w wydaniu z 1929 roku a potem władze komunistyczne poleciły ją zmienić.
Dzieci Katarzyny bajek czytanych na głos nigdy nie lubiły. Katarzyna jednak wciąż ma nadzieję, że znajdzie uszy chętne do słuchania pięknej, starej polszczyny. I kiedy to myśli z nadzieję patrzy na Zuzannę- swoją wnuczkę.
Od kilku dni, kiedy Zuzia przed spaniem dopija swoje mleczko z niebieskiej butelki Katarzyna zadaje szeptem pytanie :
– Opowiedzieć ci bajkę ?
A Zuzia patrzy błękitnymi jak niezabudki oczami, i kiwa głową. I Katarzyna wie, że nadszedł czas by wskrzesić starą bajkę…


 

Kopciuszek- historia prawdziwa cz2.

Czytanie …

Czytanie stało się jej pasją, zastąpiło jej prawdziwą edukację i pewnym stopniu zaspokajało jej ciekawość świata. A głowę miała taką, że wystarczało jej raz coś przeczytać by to zapamiętać. Szczególnie to, co ją zaciekawiło lub poruszyło.

Pasji czytania nie zarzuciła nawet kiedy dorobiła się męża i własnej gromadki dzieci. Przeciwnie – wyniesiony z domu zwyczaj głośnego, wieczornego czytania wprowadziła i we własnym domu. Z równą przyjemnością czytywała książki dla dorosłych jak i bajki dla dzieci.
Jedna z jej córek, Halinka, urodzona w czasie wojny, szczególnie upodobała sobie jedną z bajek i wciąż się jej dopraszała. Książka była stara, zniszczona bo jeszcze sprzed wojny, nie miała ani okładek, ani strony tytułowej stąd Halinka nie wiedziała ani kto tę bajkę napisał, ani jak się ona nazywa. Dla niej był to Kopciuszek. Bajka była wierszowana, trochę dziwną polszczyzną napisana. Nikt nie pamiętał kiedy i skąd się ta książka w domu znalazła.
Na szczęście mała zaraz poszła do szkoły, czytać nauczyła się szybciej niż jej rówieśnicy i mogła sama czytać. W domu już była „elekstryka” i wieczorami czytać można było długo. Co było w smak nie tylko Józefie ale i każdemu z  jej dzieci. Bo miłością do książek Józefa zaraziła wszystkie swoje dzieci.
A Halinka tyle razy czytała ukochaną bajkę, że w końcu nauczyła się jej na pamięć i wtedy już zawsze, gdy światło gasło, mogła sobie tę bajkę opowiadać nim sen ją ukołysze.
 Kopciuszek kołysał Halinę do snu wiele lat. I wiele lat potem kołysał do snu dwie córki Haliny – Basię i Kasię. Tyle, że już nie z książki a z pamięci. Książka przepadła gdzieś równie tajemniczo jak się pojawiła.
Któregoś dnia Basia przyszła do mamy bardzo poruszona.

– Mamo, ty wiesz…Ja w bibliotece znalazłam książkę z naszym Kopciuszkiem.
Wiadomość była sensacyjna!
– Trzeba było pożyczyć! Kto to napisał ? – Halina była równie poruszona jak jej kilkuletnia córka. Basia niestety nie zapamiętała. Po prostu wzięła z półki pierwszą lepszą książkę, otworzyła, przeczytała słowa, które znała od zawsze i tak się tym zdziwiła, że odstawiła książkę na miejsce.
– Pamiętsz gdzie ? Idź jutro i przynieś – włączył się ojciec Basi, mąż Haliny, Walek.
W domu zapanowało ożywienie i cała czwórka, łącznie z małą Kasią, czekali następnego dnia aż Basia wróci ze szkoły.  Ledwie dziewczynka przekroczyła próg mieszkania rzucili się na jej tornister, ale książki nie było.
Basia pełna żalu do samej siebie, z poczuciem niewypełnienia misji dziejowej powiedziała, że albo książkę ktoś wypożyczył, albo ona źle zapamiętała miejsce, bo książki nie znalazła. Mimo to, Kopciuszek trwał w ich domu, choć dziewczynki rosły coraz szybciej, choć właściwie z bajek wyrosły, a mama coraz mniej chętnie dawała się na opowiadanie bajki namówić. No bo ile można ? Od trzydziestu co najmniej lat każdego wieczora, najpierw dla samej siebie, potem córkom, w kółko to samo. A życie nie było bajkowe. Podwyżki, kolejki w sklepach, kartki. I jeszcze domowe kłopoty…
Ale zawsze będąc w bibliotece zaglądała Halina do działu z bajkami i szukała. Pytała bibliotekarek, wyciągała książki na chybił trafił, że może zdarzy się cud i trafi…Nie trafiła. Ani ona, ani Basia, ani Kasia.
Kopciuszek chciał pozostać tajemniczą opowieścią, przekazywaną wyłącznie w formie ustnej. Bo kiedyś w końcu Basia i Kasia wpadły na pomysł, że mama im podyktuje a one sobie całą tę bajkę spiszą w zeszycie. Jak zaczęły spisywać to okazało się, że większość znają na pamięć, to po co pisać ? Innym razem zaczęły jednak spisywać, ale coś im przerwało a potem zeszyt przepadł jak kamień w wodę.
Kopciuszek tymczasem wszedł do ich języka codziennego. Mama mawiała do nich „moje panny córki” a one same kłócąc się , nieświadomie rzucały jedna drugiej w twarz „ a tyś to piękniutka, kwiatuszek, jagódka!”   „Już ci to na sucho nie ujdzie ropucho!”
I jak kopciuszkowe siostry rwały się za włosy, zaczynały bijatyki aż pod lasem słychać było krzyki…
Minęły długie lata….

Kopciuszek- historia prawdziwa cz1.

Z ukłonami dla …

Z ukłonami dla Stefana z Uroczyska Widuna, który natchnął mnie do tej opowieści

 

Józefa była półanalfabetką. W czasach jej dzieciństwa, na wsi gdzieś pod Grodnem nie było zwyczaju posyłania dzieci do szkoły, a już na pewno nie dziewczynek. Dziewczynka miała od małego wdrażać się w roboty domowe, których zawsze było pod dostatkiem w każdej, nawet najuboższej chłopskiej chałupie. W początkach wieku XX, rodzice Józefy nie przewidywali, że wkrótce ich świat całkowicie zmieni oblicze i nikt nie nazywał ich krótkowzrocznymi. 

Pierwszy znak, że coś się zmienia dostali gdzieś około roku 1910. 
Pięcioletnia  może wtedy Józia przybiegła z pastwiska z wielkimi oczami, przerażona i spłakana.
– Mamo! Koniec świata będzie! Diabeł na piecu przyleciał! – krzyczała i dygotała jak w febrze. Była naprawdę przestraszona i tylko to powstrzymało matkę przed strzeleniem klapsa za zostawienie krowy bez opieki.
Wieczorem, gdy ojciec wrócił do domu sprawa się wyjaśniła. To nie żaden diabeł na piecu był, który wedle wierzeń koniec świata miał zwiastować. To aeroplan był, taka maszyna co to w niej człowiek może jak ptak latać. Któryś z sąsiadów czytywał gazetę i opowiadał czasem o różnych dziwnych rzeczach co dzieją się na świecie.
Mówią, że pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale pierwszy aeroplan ujrzany przez Józię coś jednak odmienił. Józię zaciekawił ten daleki świat opisywany czarnymi znaczkami. Jak to jest, że z tych znaczków można zobaczyć jak to ludzie gdzieś tam żyją.  Tak długo chodziła za bratem, tak długo mu się naprzykrzała, że wreszcie zniecierpliwiony, a trochę też i przekonany o własnej ważności, zaczął dziewczynie litery pokazywać. Z początku bazgrał patykiem na piachu pojedyncze litery, a potem zaczął wskazywać całe słowa w wykradanej matce książeczce do nabożeństwa.
I tak Józefa nauczyła się czytać. Pisać nie nauczyła się nigdy, jedyne co potrafiła to koślawie podpisać się.
A postęp jak to postęp – szedł swoją drogą, coraz szybciej i szybciej.
Książki stały się coraz dostępniejsze. We wsi pojawiła się biblioteka i Józefa chętnie z niej korzystała. Rodzice, którzy wcześniej nie widzieli potrzeby kształcenia dziewczyny teraz chełpili się przed sąsiadami, że córkę mają taką mądrą, co czytać się nauczyła. I choć nie raz Józia oberwała, za to zaczytawszy się krowy nie dopilnowała, albo garnek z kartoflami spaliła, to jakoś jej ojciec z matką wybaczali i wieczorem, nim mrok całkiem zasnuł okna, sami wołali żeby im poczytała na głos.
I Józia czytała