Nie jestem gadżeciarą

nie jestem. Komputer,…

nie jestem. Komputer, wg światowych trendów mam nie najnowszy, bo trzyletni a i to tylko dlatego, że wcześniej mnie stać na własny nie było. Dygresja. Moja nowa koleżanka-sąsiadka, Regina odwiedziwszy mnie wczoraj wczesnym popołudniem doznała niejakiego szoku. Bo w kuchni, na stole stał mój lapek-staruszek, a w pokoju TenMój siedział przy swoim…
– o! Bogaci jesteście. Każdy ma własny – powiedziała to bez podtekstów. Tak zwyczajnie stwierdziła fakt. Nabrałam powietrza i wypuściłam. Co jej będę mówić, że Yanki ma swój osobisty, stacjonarny+szkolny Mac. I że Misia też ma, od nas. Bo komputer musi być osobisty. Jak wieczne pióro.   
Ale żebyśmy zaraz rodziną gadżeciarzy byli to nie. A już ja na pewno nie.  Nie pasjonują mnie coraz to nowsze telefony „co_to_tam_nie_mające”. Starą Nokię wymieniłam na nowszą po około pięciu latach użytkowania a i to, tylko dlatego, że mikrofon szwankował i moi rozmówcy często mieli problem.
No więc nie jestem gadżeciarą.
Nie. 
Ale jestem molem książkowym, tylko przez ostatnie lata trochę o tym zapomniałam.
Tymczasem książki przywiezione z Polski już dawno się skończyły. Poszłam do biblioteki, powzdychałam przy polskiej półeczce na której stało pozycji dwanaście z czego w moim guście może ze trzy, wszystkie już dawno przeczytane. Z goryczą w sercu odeszłam. Bo na półce stały co najmniej trzy pozycje dla ludzi o ilorazie inteligencji równym bakłażanowi o ile bakłażan umie czytać. I czemu zamiast tych Chrobaków czy Bełszyńskich  nikt nie sprowadził do biblioteki czegoś innego ? Kowalewskiej, Grocholi, Kalicińskiej czy Szwai – jeśli już miałby to być piszące, współczesne Polki. No, tak dla mnie pożytek z ich powieści nadal byłby żaden, bo tu raczej jestem na bieżąco dzięki mamie i przyjaciółkom.
Wzdech. I jeszcze jeden.
Tymczasem na zaprzyjaźnionym blogu koleżanka zareklamowała irlandzką pisarkę Maeve Binchy. Możliwe, że krytycy literaccy powiedzą, że to jest literatura dla kucharek. Możliwe, że daleko tej pisarce do dramatyzmu Jelinek, Nobla wszak nie dostała i pewnie nikt jej pod uwagę nawet nie brał do tej nagrody, ale… 
No dobra, przyznam się. Znalazłam chomika co miał Tara Road. Po polsku. I UKRADŁAM. Tak, nazywam rzecz po imieniu. Ukradłam dla sprawdzenia czy mi zapasuje na tyle, żeby warto było zamawiać jej książki. 
Najpierw opornie mi szło, bo czytać długie teksty na ekranie monitora jest niewygodnie. Potem mnie tak wciągnęło, że zapomniałam o niewygodzie. Wszystko poszło precz. Obiady robiłam …chyba. Ale to jedyne, co robiłam. Zozola na szczęście nie było, wiec nic mnie nie odciągało i  miałam dylematu „szczęścia i obowiązku”. Przy czym nie wiem czy w tym wypadku Zozol byłby bardziej szczęściem czy obowiązkiem.
Ocknęłam się z amoku chyba po dwóch dniach. Bolesne to było ocknięcie. Głowa jak bania, piekące oczy, ból w oczodołach. Przedawkowałam znaczy. Możliwe, że lepiej byłoby czytać w okularach. Odczekałam stosowny czas ( to znaczy do zadziałania tabletki od bółu), włozyłam na nos okulary i hajda! Na PDFie czytadło liczyło sobie stron 746! To lubię, rzekłam, to lubię.
Kilka godzin później okazało się, że okulary też nie pomagają.
I tak walcząc z własną niemocą dotarłam do dziwnego zakończenia, które tak naprawdę niczego nie zakończyło.
A po drodze zaczęła mi kołatać myśl, która miałam dawno temu a potem porzuciłam jako niedorzeczną i wygórowaną.

A potem koleżanka Ela powiedziała, że myśl nie jest głupia, że sama ją zrealizowała.
Myśl stała się głośniejsza. „Chcę…”
Potem zapytałam inną koleżankę, która twierdzi, że rujnuje rodzinę, ale nałogi każdy musi jakieś posiadać.
Myśl stała się natrętna.
CHCĘ TO.
Poszperałam w necie. Popatrzyłam. I zaczęłam się ślinić jak pies na widok jedzenia. Prawie sobie klawiaturę zalałam… 
CHCĘ TO. JUŻ CHCĘ!  MUSZĘ MIEĆ! 
Obiecywałam sobie i niebu : przez trzy miesiące, za każdym razem jak odmówię sobie ciasteczka czy cukierka wrzucę do skarbonki dychę. Uzbieram sobie. Kupię. Będę mieć.  
TO :  

A teraz TenMój zapytał co chcę na urodziny.
Normalnie to bym chciała do Sztokholmu na trzy dni i do Helsingborga na pięć. Jakbym wybrała Sztokholm to razem z mężem i nie okazałabym się skrajną egoistką. Nie byłabym małą dziewczynką, która chce coraz to innej zabawki. Byłabym dorosłą, odpowiedzialną Katarzyną. Ale nie chcę! Chcę KINDLA! Li i jedynie. Najtańszego, bo po co mi kolejny komputer ? Chcę! Stanę się niezależna od dostaw z Polski. Niech se księgarnie wysyłkowe w buty wsadzą przesyłki za równowartość dwóch książek.  I oczy sobie oszczędzę.
I dlatego proszę samą siebie o usprawiedliwienie… 
 

 

Kocio zwiedza świat

<span …

Pewnego dnia, kiedy Kocio właśnie wystawiał nos na zewnątrz z naprzeciwka uchyliły się drzwi i oto stanął Kocio nos w nos ze swoim gatunkiem. Był mniejszy od niego, jego futerko było dłuższe a plamki jaśniejsze. Ale nie ulegało wątpliwości. Oto stał przed nim KOT. Stał. I stał. I stał. Ani kroku dalej, ani ruchu. No to Kocio podszedł do niego. Przysunął nos. Wciągnął powietrze. Kot. Jak Pańcię kocha- KOT!

Tamten też zaczął węszyć.
– Ty – wymruczał – Ty też KOT jesteś, ale coś ty taki dziwak ? W domu siedzisz cały czas…Czuję to. Oooo, rybkę wczoraj jadłeś, ale nie taką z lodówki, taką prawdziwą. I w domu dalej siedzisz? Nie byłeś nawet na trawie ?? Ale dziwak, o raju! – zaniósł się pełnym politowania śmiechem. Kocio się wkurzył i trzasnął go łapą po szarym łebku.
– Nie pozwalaj sobie, wypłoszu. Ja…Ja miałem misję i musiałem być w domu, o!
Pańcia patrzyła z rozczuleniem. I trochę z popłochem jak przyłożył tamtemu.
Powiedziała, że teraz Kocio ma kolegę i ten kolega nazywa się Razmus.
I tak Kocio powoli zaczął się socjalizować. Miał kolegę. I zaczął wychodzić na trawę koło domu. Razmus pokazał mu kilka dziur i przejść i Kocio z przyjemnością zaczął je eksplorować.  Pańcia się cieszyła i już bez zbędnych akustycznych nacisków co rano otwierała mu drzwi. A ostatnio zaczęła poddawać się naciskom i ulegać w sprawie wieczornych spacerów. To chyba miało jakiś związek z tym, że Kocio odkąd poznał zew natury pogardził kuwetą bo uznał, że lepiej zrobi jak zaznaczy swój teren. Swój no i Razmusa…Ale ten nie przywiązywał wagi do zaznaczenia terytorium.
– Te czasy już minęły, nie wiem skądeś ty się urwał. Na grzyb ci znaczenie terenu łowieckiego. Przecież żarcie dostajesz od tej swojej…jak jej tam…To po co ci teren znaczyć ? Nie polujesz nawet, nie ? Bo i po co? Ja to chodzę, bo tak leżeć i spać to nudno. Czasem spotykam innych, pogadam, oni pogadają, jest git. Daj spokój, stary, tobie się jakieś wojny marzą, za dużo testosteronu, mówię ci…Wrzuć na luz…Chodź, pójdziemy do chłopaków na Chatę, czasem są u nich dziewczyny, stary wtedy to jest jazda!
I tak nadawał za każdym razem jak się spotkali. Kocio patrzył pogardliwie tylko. Coś ten koleś nie taki jest. Kocio jest dżentelmenem. A ten, niby w poważnym wieku a takie…fiku-miku ma w głowie. Dziewczyny…prychał pogardliwie, po co mu to ? Dzieci już miał nie będzie, rodu nie przedłuży, szkoda na to czasu. Świat! O to jest ciekawe.
I rozchodzili się każdy w inna stronę.

Sierpniowo

Odwieczny dylemat …

Odwieczny dylemat nocy sierpniowej: otworzyć okno i tym samym zaprosić stada skrytożerców na ucztę czy nie otwierać i męczyć się w duchocie. Dziś w nocy wygrała opcja druga. Tak samo jak każdej poprzedniej nocy, a to za sprawą męża mojego, który z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie popiera mojego „17 stopni, to jest optymalna temperatura w sypialni”*.
Ból głowy mnie ogłupia od jakiegoś czasu – drugi ? trzeci? tydzień. Nie wiem ciśnienie, zatoki czy okulary ? Faktem jest, że chodzę jak śnięta ryba, ziewam, słaniam się i pokładam. A kiedy przychodzi pora spania jestem świeża jak poziomka o świcie. Noż…Naturalnie zawiesiste powietrze w sypialni też snowi nie służy. Sypialnia ma sprytny wywietrznik – coś jakby okno, ale zamiast szyby- metalowa płytka z otworami, od wewnątrz osłonięta filtrem. Wpuszcza świeże powietrze ale robactwa już nie. Lepsze niż siatka…tylko za małe na lato a za duże na zimę.
Dziś w nocy, po odjeździe o godzinie 21:35, wybudziłam się około północy i dupatam! nie ma mowy żeby zasnąć. Duszno. Prześcieradło jak podgrzane, kołdra skopana w rogu, poduszka wypchana kamieniami. Rozgrzanymi kamieniami.
Wyszłam sobie na balkon.
Młodzież robiła „ryja” gdzieś w oddali. Także gdzieś tam warczały motory. Miasto rozświetlone jak choinka na Gwiazdkę. Na skrawku nieba widocznym nad balkonem sąsiada, jarzębiną i wieżą ciśnień wypatrzyłam Pas Oriona. Chyba. Stałam z zadartą głową, chłodząc bose stopy o zimny beton, ciesząc się chłodem na ramionach i twarzy. Szkoda, że nie mam leżaka na balkonie, może bym tam mogła zostać na dłużej, bez konieczności trzymania zadartej głowy. 
Po niebie jak duch przesunął się jasny kształt…Bez światła, to może jakaś mewa cierpiąca na bezsenność? Śledziłam ją chwilę wzrokiem. A potem zobaczyłam jasną strzałkę. Ułamek sekundy, a mnie zaparło dech. Bo po raz pierwszy w życiu zobaczyłam jak spada gwiazda. Nie zdążyłam pomyśleć całego życzenia, mignęło mi w głowie tylko jedno słowo. Imię. Taki sam ułamek sekundy jak ta gwiazda.  Gwiazdy wiedzą o co mi chodzi, prawda gwiazdy ?
I tak, wiem, że to nie gwiazda tylko płonący pyłek. NO TO CO Z TEGO ??
Piękne.
Jakby tu namówić mężowskiego na wyprawę nocną na pole za miastem ? Około północy, w środku tygodnia? Zgłupiałaś kobieto! 

 

 

 

 

*naturalnie cytat z filmu „Nigdy w życiu!” 

Pańcia otwiera Kociowi świat

<span …

Kocio czuł niepokojące zapachy spod drzwi. Że tamtędy chodzą obcy to Kocio się szybko przekonał. Po prostu któregoś razu czmychnął pomiędzy nogami wchodzącej Pańci i poleciał sprawdzić co tam jest. No, Kocio jest doświadczonym starym kotem, głupi nie jest, więc zachował wszelkie środki ostrożności. Brzuszek nisko po ziemi, ostrożny krok, nastroszone antenki w ogonie i łapkach, wytężone zmysły. Jak tylko usłyszał jakieś obce dźwięki na schodach natychmiast wycofał się do domu. WY-CO-FAŁ! Nie zwiał – jak potem ze śmiechem opowiadała Pańcia. Nie stchórzył. Po prostu się wycofał. Ciekawe czy jakby ją, Pańcię, w taką dzicz nieznaną, pełną obcych woni i dźwięków wpuścili to czy ona by tak sobie raźnie pomaszerowała. Kocio NIE SĄDZI.

Ale od tamtego dnia w Kociu wzrosła ciekawość tego, co na zewnątrz. Pańcia zaczęła łaskawie co jakiś czas zostawiać uchylone drzwi, Kocio wychodził, węszył, skradał się, tropił. Uczył się.
Aż tu jednego dnia Pańcia otworzywszy drzwi nie poprzestała na tym. Zeszła po kilku schodkach i otworzyła drzwi następne. To co buchnęło do środka…Kocio dotąd pamięta swój szok, że świat może być TAKI. Mnogość dźwięków i zapachów, nieustanny ruch powietrza, wibracje ziemi. Tyle tego było, że Kocio szorując brzuszkiem po ziemi schował się za drzwiami i na kilka dni porzucił myśl o eksploracji. Ale nęciło go…Szczególnie jedno go wabiło. Pośród tysiąca zapachów wyczuł coś, co przypominało mu siebie samego. Coś co dobitnie świadczyło NIE JESTEŚ SAM NA TYM ŚWIECIE.  Gdzieś tam na zewnątrz był drugi taki ktoś jak Kocio. Kocio płonął z ciekawości. Chciał poznać swego pobratymca.
Pańcia wciąż pokpiwając lekko otwierała Kociowi drzwi jedne i drugie. Czasem stawała na schodach i wabiła go przymilnym „kici-kici”, czasem wołała udając pogardę „no chodź tu, ty tchórzu”. A Kocio każdego dnia pokonywał parę kroków więcej. Aż tu któregoś dnia Pańcia zrobiła rzecz okropną. Chwyciła Kocia pod brzuszek i wyniosła na zewnątrz! No naprawdę, mimo całej miłości, Kocio musi to powiedzieć, Pańcia czasem jest bardzo nierozważna.
Po tym incydencie Kocio stracił do niej zaufanie na całe dwa dni i przestał się domagać otwierania drzwi. Tak, bo teraz już się tego domagał. Siadał pod drzwiami i wołał „wypuść mnie!” na różne tony, na różne natężenia, różnymi barwami głosu. Długo i uparcie. Działało. Zawsze działa…
Tak więc Pańcia otworzyła świat przed Kociem.

Zsocjalizować dzieciaka

Niespełna …

Niespełna miesiąc temu, na placu zabaw parku, Zozol kosym okiem spoglądał na inne dzieci. Utknąwszy przy kranie z wodą, absolutnie odmawiała bliższego kontaktu z ludźmi swojego wzrostu. Choć możliwe, że była to obawa przed utraceniem wyłączności na ukochaną zabawkę- czyli wodę.
Tak, Zozol już się nie boi wody z kranu, wody z fontanny i wody w wannie. Prysznic jest jeszcze passe…Wszystko za sprawą dwóch czy trzech wizyt nad jeziorem i zabawy z falami u babci na kolanach.  Teraz jesteśmy na etapie polewania wodą z konewki głów wszystkich zabawek ze szczególnym uwzględnieniem lali.
W ostatnią niedzielę znów byłyśmy w parku. Złodzieje-bandyci czyli pewnie służby komunalne zabrali nam kranik z wodą. I wody nie było.  Dzieciak rozłożyła rączki zdziwiony „Nie ma wody?” . Znów wypróbowała huśtawki, żeby stwierdzić, że nadal za nimi nie przepada. Przetestowała krzaczory – daje się uciekać i chować. Sprawdziła klatkę – nadal nic ciekawego. Przez linki nadal przechodzi się z pomocą babci. Zjeżdżalnie…zjeżdżalnie ? Ta mniejsza, do której się wchodzi po schodkach fajna jest, ale to dla dzidziusiów. Prawdziwi ludzie jeżdżą z tej, na którą trzeba wejść po ściance wspinaczkowej. (To co że z pomocą babci).
Kiedy na plac zabaw weszła dziewczynka, na oko w wieku podobnym do Zozolkowego, dzieciak się zatrzymał. Zagapił. Uśmiechnął!
A potem piaskownica.
Najpierw w kucki, potem rozsiadła się tyłkiem na piachu. Oparła rączkę na piachu. Skrzywiła się. Obejrzała łapkę. Brudna! Fuj! Babcia…! Babcia parsknęła śmiechem, powiedziała, że nic się nie stało, że to tylko piasek. Czysty piasek, bo dziwnym trafem nawet parkowe kaczki za płotek nie wchodzą, choć płotek raczej symboliczny.

 Ale prawdziwy hard core był następnego dnia. Czyli wczoraj. Czyli w poniedziałek. Hard core tak dla dzieciaka jak dla babci. Wizyta w Lekland czyli Świecie Zabawy. Taka szwedzka wersja polskich Małpich gajów czy jak je tam zwać. 
Na początek zaskoczenie, bo za wejście wyjątkowo płaci tylko dziecko. Dorośli opiekunowie dziecka – gratis. Cena, jak na szwedzkie warunki nie wygórowana – 100kr/3 h. Tylko trzy ? Pomyślałam na początku…
Była z nami Madzia i Julka – 1,5 roku starsza od Zozola. I dobrze, że była. Jula jest żywa, przebojowa, „od chmur nawracania”, niczego się nie boi. Zuzia jest małym tchórzykiem, nowości bada ostrożnie, najlepiej za rączkę z babcią lub z dziadkiem, gdy stwierdza, że TO STRASZNE odmawia dalszej eksploracji…Tak więc Jula leciała przodem, wspinała się, zjeżdżała, turlała zaśmiewając się przy tym i piszcząc – no to Zuzia tez chciała. Ale żeby babcia była za rączkę. Albo Madzia. Wszystko było rewelacyjne, oczywiście zjeżdżalnie najbardziej. Ta, wysoka, wysoka, dmuchana, na której szczycie babcia pobladła i nerwowa rozglądała się za alternatywna drogą w dół. Której nie było. Zozol by sam pozjeżdżał, ale gąbkowa drabinka to zbyt wielkie wyzwanie dla dwuletnich nóżek pewnie za sprawą tej pieluchy, która sprawia, że przyciąganie ziemskie staje się mocniejsze. Babcia była niezbędna by ten tyłek podpierać. 
Najstraszniejsza okazała się droga po ścieżce linowej do długiej, falowanej zjeżdżalni. Raz czy dwa dzieciak dał się namówić, poszedł za Madzią podtrzymywany i asekurowany przez babcię. Ale potem dzieciak spojrzał w dół. No to co, że siatka, a do niej jeszcze druga siatka. Nie. Więcej tam nie pójdzie. Na rękach babci ze dwa razy, ale potem też nie. 
Nim Zozol się przeczołgał przez liny Julka zdążyła zjechać, obiec dookoła wspiąć się i wrócić.

Ostatnie 45 minut trwało i trwało. To znaczy dla dorosłych. Bo dziewczyny przy wyjściu urządziły regularny strajk. Ryk, kładzenie się na podłodze, bierny opór i werbalna odmowa współpracy. Aktów przemocy nie zanotowano, choć musiano użyć bezpośrednich środków przymusu.
Pięć minut po ruszeniu auta Zozol odpłynął. Julka wytrzymała dłużej – jakieś piętnaście minut.
Do domu pojechaliśmy dłuższą drogą – zamiast 45 minut, zajęło nam to 1,5 godziny. Dziewczyny się obudziły w mieście, pełne wigoru. Nie wiem jak Madzia, ale ja padłam na całe popołudnie a do łóżka poszłam jak grzeczne dziecko o 22.
Dziś boli mnie wszystko.
I …ja chcę jeszczeeeee!!!

Zaraz…to którego dzieciaka socjalizowałam? Zozola czy małą Kasię ? 

Znieść świat bez pastelowego sweterka

Są takie dni w życiu …

Są takie dni w życiu kobiety…

Mąż miał badania. Po badaniach przyszła lekarka i zreferowała wyniki. …nic nie zrozumiałam, albo bardzo mało. (Znowu ta sama historia – jak już się dogadam ze sto pięćdziesiąt razy w najrozmaitszych sytuacjach i nabiorę pewności, że już nie mam kłopotów to trafiam na sto pięćdziesiątą pierwszą osobę, której zrozumieć nie umiem.  Czy akcent, czy dialekt czy żargon zawodowy?) Na zamawianie tłumacza czasu nie było…Lekarka zaordynowała leki, powiedziała jak je stosować, ale konia z rzędem temu, kto mając problem ze zrozumieniem zapamięta obce, nic nie mówiące nazwy leków by zapamiętać jak je stosować. Na szczęście w aptece zawsze się drukuje naklejka z nazwiskiem pacjenta i zastosowaniem, więc uznałam, że sobie poczytam na spokojnie.
Skąd mogłam wiedzieć …?? Dobrze, powiem dosadnie, bo mnie jeszcze trzącha. Skąd mogłam wiedzieć, że w aptece trafię na idiotkę??
Do apteki pojechaliśmy z Zozolem. A tam kolejka do recept – 10 osób przed nami. Zozol zwiedził cały sklep, namawiał nas usilnie do opuszczenia przybytku, szczególnie ciągnąc w stronę rzeźby z koniem, uparcie myląc konia z krową i mucząc jednoznacznie.
Wreszcie tabliczka zamigotała naszym numerkiem i w kolejkę przed nami wcisnął się jakiś starszy pan. Bo on przegapił swój numerek. Aptekarka – jak się później okazało -kretynka poprosiła nas o chwilę cierpliwości. Ja rozumiem, że przegapił, ja jestem życzliwa ludziom, ale nie wtedy gdy mi dwulatka rozkłada się na podłodze, zaczyna coraz głośniej protestować przeciw ograniczeniu jej prawa do wolnych spacerów a jeszcze głośniej prezentuje oburzenie, że ktoś odmawia jej prawa głosu. Apteka to wszak nie spożywczak, tu różnica między kalcypiryną a strychniną jest większa niż złoty pięćdziesiąt.
Wreszcie nasza kolej, numerek na tablicy zamigotał innym wprawdzie numerkiem, kretynka zrobiła głupią minę, bo jednocześnie przy jej stanowisku stanął jeszcze jeden człowiek, kretynka poprosiła koleżankę by szybciutka obsłużyła tego drugiego, w tym samym czasie do koleżanki, gdzie zamigotał jeszcze inny numerek zgłosił się człowiek z właściwym numerkiem…I w ten sposób jedna kretynka, jednym posunięciem zdezorganizowała pracę całej apteki. Teraz wszystkie po kolei zaczęły przepraszać i przesuwać pacjentów między sobą. 
Przestałam śledzić zjawisko, bo kretynka z uporem maniaka usiłowała wcisnąć nam lek ze starej recepty. Włożyłam wiele wysiłku i jeszcze więcej cierpliwości, żeby jej nie zamordować jak mnie zapytała po raz chyba piąty, czy to o te krople mi chodzi.  Jeszcze więcej wysiłku kosztowało mnie wytłumaczenie, że recepta jest z dzisiaj i nie, nie wiem jak się te leki nazywają. Naiwnie sądziłam jednak, że przynajmniej jak już tę receptę znajdzie to będzie umiała mi powiedzieć, który lek teraz a który za dwa tygodnie. Automacik wypluł naklejki. Idiotka zajęła się ich studiowaniem i…zwróciła mi uwagę, że tu jest jakiś błąd. Bo jak to „po położeniu się do łóżka” powinno być „przed”. Zozol w tym czasie miotał się na dziadkowych rękach, pokazywał palcem na wszystko, machał łapami w prawo i lewo od czasu do czasu zwalając coś z półeczki i gadulił tak głośno jak radośnie. No bo taaakie audytorium to się szybko znów nie zdarzy, przecież. (Wyjaśniam dlaczego nie byłam dostatecznie skoncentrowana i nie zajarzyłam, że mam do czynienia z osobą kompletnie niekompetentną: te leki bowiem stosuje się właśnie w leżąc w łóżku, bo aplikuje się je hm…od drugiej strony.)
Zniecierpliwiona przerwałam wydziwianie nad nieszczęsnym „efter” zapytałam który pierwszy. Nie była zdecydowana. Ten ? zapytałam . Zgodziła się, ale jakoś tak, że nie byłam pewna czy wie co mówi. A może tamten- zapytałam. Tak, tak tamten – zgodziła się. To ten czy tamten?
Wymieniałam się pytaniami z nia tak kilka razy. Wreszcie machnęłam ręką. Przeczytam z naklejki w domu, bo już widziałam, że coś tam jest tylko bez okularów i w napięciu miałam problem ze zrozumieniem.
Nie wiedziałam, że kretynką można być do kwadratu. Dopiero wieczorem okazało się, że na naklejkach nie ma nazw leków. Oraz, że te same leki dostały różne naklejki, a niektóre kartoniki na przykład dostały sam dalszy ciąg naklejki.
Kiedy wieczorem, zmęczona trzydniową bezsennością, walczyłam z naklejkami, szukałam informacji w internecie na temat leków, myślałam sobie, że gdybym miała jeszcze raz spotkać aptekarkę-kretynkę to jakie to szczęście, że w Szwecji broń palna nie jest tak łatwo dostępna….
A dziś rano oko mi zabłysło na widok zapomnianego, wiszącego w garderobie, zielonego, pastelowego sweterka.
Ciekawe czy piwnica ma grubą warstwę betonu w piwnicy… 

Tak, tak. Są takie dni w życiu kobiety, że gotuje zupę w pięciu garnkach i zabija za niewinne pytanie „ale dlaczego?”.  

Powiem, co wiem – dla ikroopka

W komentarzu …

W komentarzu pod ostatnią notką ikroopka napisała „Marzy mi się podróż po Skandynawii, ale ci co byli narzekają, że drogo strasznie, że komary, meszki – powiedz, że to nie prawda”

Powiem…Powiem co wiem.
Czy drogo ?
Prawdę mówiąc nie wiem. Moja sytuacja jest inna niż przybywających z Polski. Ja tu żyję i tu osiągam dochody (no dobra, póki co to właściwie mój mąż) więc to, co dla mnie tanie dla innych może być drogie. Po za tym, jak pisałam wcześniej: jak dotąd nie byłam „za granicą” nie licząc owego krótkiego spotkania z Norwegią. Nie wiem co ile kosztuje w innych częściach świata, zatem nie wiem czy urlop w Szwecji wypadnie drożej czy taniej.
Ale pogrzebałam trochę w gazetkach reklamowych, w internecie, na blocket.se i zrobiłam listę co ile kosztuje a zainteresowani niech sobie porównają.
Tylko jeszcze gwoli jasności zaznaczę, że ceny sprawdzałam w moim mieście i najbliższej okolicy. Bardzo prawdopodobne, że w Sztokholmie albo w Malmo są one inne.

Jedzenie w knajpie:
Kawa, herbata – 20 kr. Często w tej cenie można dostać kawę + ciastko.
Pizza, lunch w restauracji – od 60 kr.
Obiad – od 100 kr

Przykładowe ceny podstawowych artykułów spożywczych
Mleko 1,5 litra – 11,30kr
Bułka posypana serem – 5,90kr
Chleb 0,5kg – 25kr
Masło 0,5kg – 25 kr
Wędlina –  179kr/kg
Schab surowy– 70kr/kg
Karkówka surowa –50kr/kg
Łosoś mrożony -100kr/kg
Mrożone krewetki 50kr/kg
Jajka 20kr/10st
Sok -15kr/litr
Woda mineralna gazowana 1,5l  – 12kr

 

Noclegi
domek campingowy 2 osobowy, bez łazienki, w sezonie  – 500kr/dobę
domek campingowy, 4 osobowy, z łazienką, w sezonie –1250kr/dobę
nocleg z camperem albo z autem + namiot, z dostępem do EL/TV, w sezonie 340kr/doba

Hotel czterogwiazdkowy – 2 noclegi + 2 śniadania , pokój dwuosobowy – 2700kr
Pokój w sieci B&B 400-800kr/noc


Wynajęcie przyczepy campingowej, dla 4 osób, jest możliwe już od 1000kr/tydzień.
Camper dla 4-5 osób, wyposażony w lodówkę, kuchenkę, WC/prysznic, telewizor – od 3500kr /tydzień + 1,5 kr za każdy kilometr powyżej 2tys.
 

Cena benzyny – aktualnie wynosi 14,6 kr/litr
Cena korony z dzisiaj : 1kr =2,1922 zł. Cena korony z dzisiaj 1zł= 2,1922kr. Na szybko przeliczam (czasem jeszcze to robię) dzieląc cenę w koronach na pół. 

To tyle w kwestii cen.


—-
Komary i meszki…U mnie ich nie ma. Ale pewnie tam gdzie wilgotniej to są.  Są też kleszcze. I muchy. I jadowite żmije. I złodzieje i mordercy. Jak wszędzie. Trzeba wiedzieć po prostu jak zachować bezpieczeństwo. Nie ma za to skorpionów, czarnych wdów, a i terrorystów raczej mało, choć jak pokazuje przykład mordercy z Utoja – potrafią być spektakularni.
A na pewno jest to, czego nie ma na południu Europy – długaaaaśne, letnie dni.
I klimat letni, nieprzesadnie upalny co ważne gdy się chce spędzać urlop aktywnie.

Nie wiem ikroopko ilu wizytujących Skandynawię spotkałaś. Ja osobiście znam sztuk cztery. Wszyscy wyjeżdżali zachwyceni. I marzą o powrocie.

Jedno jest pewne: Skandynawia NIE jest dla ludzi, którzy lubią smażyć się na plaży, na białym piachu pod palmą popijać drinki z palemką i tańczyć w dyskotekach. Skandywia jest dla ludzi, którzy cenią sobie piękno surowej natury, skały, lasy, wodę, ciszę i spokój.
 
 


Nakarmić fiorda cz3- zdjęcia

<img …

Bramki na płaty odcinek E6

A tu już przekraczamy granicę Szwecji oraz Unii Europejskiej. Pod nami Idefjorden.
 

Gdzieś po drodze
 

We Fredrikstad
 

Karmimy fjorda czyli nad Idefjorden po stronie szwedzkiej
 

Na zachodnim wybrzeżu w Grebbestad

 

O, tam to by mi się może podobało. Tam, za tamtymi skałami, gdzie błyska skrawek morza… 

 

Nakarmić fiorda cz2.

Chwilę później …

Chwilę później stanęliśmy na krótki popas przy informacji turystycznej. I tu stwierdziłam, że chyba Norwegom dobrze robi NIE-bycie członkiem Unii. Wreszcie można było w sklepiku znaleźć coś innego niż kubeczki z łosiem, coś co zdecydowanie pokazywało w jakim kraju jesteśmy – czapki, swetry, skarpety, papucie – wszystko w tradycyjne norweskie wzory, które uwielbiam. Oczywiście badziew w postaci breloczków, kubków, magnesów też. I to, co w Skandynawii lubimy najbardziej – ogromna ilość folderów i mapek różnej maści. No a zaraz potem boczna droga i …to co lubię najbardziej.
Pola, lasy, zarośnięte łąki, pobocza z wysokimi trawami. Nareszcie bardziej naturalnie, nareszcie koniec z równiutkimi opłotkami i tak samo równiutkimi polami jak spod linijki. W oddali, pośród zalesionych pagórów błysnęła woda. Razem z synem zażądaliśmy postoju.
…A potem był Fredrikstad, gdzie GPS, któremu zadaliśmy „centrum miasta” wywiózł nas aż na przedmieścia. Parking zalany słońcem. I żebrząca dziewczyna pod parkometrem. I żebrząca kobieta przy którymś z wielkich sklepów. 
W kolejnej informacji turystycznej kupiłam kartki, sprzedawczyni po angielsku zmartwiła się że nie ma znaczków, po angielsku powiedziała gdzie poczta. Mąż ją poinformował, że może mówić po szwedzku, więc powtórzyła tę samą informację po norwesku, który jest prawie jak szwedzki tylko z dziwnym akcentem…A na poczcie okazało się, że męża obie karty Mastecard nie działają. Na szczęście za drzwiami był bankomat, bo ja w międzyczasie zdążyłam nakleić już znaczki…
Ale zaraz! Poczta! W Szwecji nie ma takiego czegoś. Są punkty pocztowe w sklepach lub na stacjach benzynowych.
Przeszliśmy się deptakiem, zajrzeliśmy do kilku sklepów. Mąż doznał opadu szczęki na widok trzykrotnie wyższej ceny piwa. Upał był obezwładniający i jedyne o czym marzyliśmy to wydostać się z miasta. Może ono i ciekawe, może warto spędzić więcej czasu, może warto odwiedzić starą osadę i stary fort, ale nie w tym upale.
Wróciliśmy do siebie czyli do Szwecji.
Postanowiliśmy pojechać nad Idefjord, który stanowi naturalną granicę między oboma krajami.
Popołudnie już było w pełni, męska część wycieczki głodna tak, że miałam obawy czy nie zaczynają patrzeć na mnie jak na obiekt do zjedzenia. TomTom, niech przeklęte będą mapy jego, tak nas nad ten Idefjord prowadził, że zamiast pięciu zrobiliśmy dwadzieścia pięć kilometrów, znów do tego nieszczęsnego, ponurego zapadłego Skee. Wreszcie znaleźliśmy jakiś zjazd nad fiord, rozpaliliśmy grilla i wreszcie fiord mógł nam jeść z ręki. Okolica była dzika i niegościnna. Kamienny brzeg, szuwary dookoła, w dalszym sąsiedztwie jakieś statki, kilka domów letniskowych. Dookoła lasy, trzęsawiska i głazowiska… Ponuro i odludnie.
Wycieczka była do kitu. Za gorąco, bez widoków na dobre widoki, masa ujechanych kilometrów i żadnych w zasadzie wrażeń.
Wróciliśmy do starego planu – jedziemy do miasteczek na wybrzeżu. Zaczynamy od Grebbestad, przez Fjalbacka i kończymy na Hamburgsund.Tak zrobiliśmy.
I po raz pierwszy w życiu wszędzie miałam chęć uciec szybciej niż przybyłam. Ludzie, samochody, masa łodzi w portach, smród smażonych krewetek i ryb. Nawet panorama ze skały była taka sobie. Zdecydowanie Lysekil i Marstrand wciąż nie mają konkurencji jeśli chodzi o urokliwość a przecież i tam zawsze pełno turystów. Wróciłam do domu zmęczona i rozczarowana…