Co wybrać?

Dziś ostatni dzień …

Dziś ostatni dzień patchworkowych targów w Mieście. Nie miałam czasu w piątek, nie miałam go w sobotę …może bym dziś poszła ? Nęci mnie, choć zżymam się, że za samo wejście i oglądanie trzeba płacić. No ale nęci. Bo i szmatki mają być. Może taniej coś ? A może coś podpatrzę ? Jakieś narzędzie, które pomoże mi być dokładniejszą  ?
Ale mąż się wybiera na ryby. A jest takie miejsce…
Jak wiadomo moje Miasto leży nad Vener. A dokładnie nad jedną z zatok. Południowo-zachodni brzeg owej zatoki tworzy długi półwysep zakończony dwiema dużymi wyspami, Większą i Mniejszą oraz jakąś ilością malutkich. Zjeździliśmy z mężem niemal całą Wyspę Większą, a Mniejsza nam jakoś umykała. Zjeździliśmy też niemal cały półwysep. No bo my włóczęgi jesteśmy, jak wiadomo.
Któregoś wieczoru, tak z miesiąc temu, mąż zadzwonił szafką na klucze.
– Jadę zatankować- poinformował mnie. I dodał
– A potem jeszcze się trochę przejadę… –  zawiesił głos jakby czekał na moją reakcję. Reakcja nastąpiła i była chyba taka jak się spodziewał.
– Jadę z tobą!
To był deszczowy weekend. Lało i padało na przemian, choć ciepło było niezwykłe.
I pojechaliśmy. Ze znanej mi dobrze drogi na Wyspę Większą mąż skręcił gdzieś w bok. Farmy, pola, pastwiska. I pagórki, lasy i laski. Pytany czy wie dokąd jedzie odparł, że nie. Jechaliśmy więc tak sobie, bez planów, w myśl idei „a co będzie za tamtym zakrętem, a gdzie dojadę tą drogą”- czyli tak, jak najbardziej lubię. 
I tak, zupełnym przypadkiem, odkryliśmy dom tubylczego rodu Dębowskich a może Dąbrowskich  z dębowym parkiem pełnym tablic upamiętniających członków tej znamienitej ongiś rodziny. Potem, gdzieś po drodze, był cudny kamienny kościołek. I ruiny starego zamku. I stare pochylone domostwo. Nie miałam aparatu! Na nogach miałam trampki, a teren miejscami przypominał gąbkę.
Zgubiliśmy się! Nie wiedzieliśmy, gdzie tak naprawdę jesteśmy.
Dojechaliśmy do jakiejś wody, mostek wyglądał niezbyt solidnie, ale zaparkowane po drugiej stronie auta sugerowały, że da się go przejechać. A zaraz za mostkiem stał znak, że koniec drogi. No to pojechaliśmy aż do owego końca. Na wprost mieliśmy tablicę informacyjną i skrzynkę na mapy – tym razem pustą. Droga z asfaltowej stawała się gruntowa i rozchodziła w prawo i w lewo, jednak obie możliwości ograniczały szlabany i znaki zakazu wjazdu. 
Robiło się coraz ciemniej i musieliśmy zawrócić.
Znów pola i pastwiska. Oraz moczary i rozlewiska. Nieruchome czaple tuż przy drodze i stada saren małych i dużych.  
W domu przestudiowałam mapę uważnie. I odkryłam Wyspę Mniejszą i przylegający doń, zapomniany przez nas, kawałek półwyspu, które nam dotąd jakoś umykały. Weźmiemy rowery, gumaki i wrócimy tam, zdecydowaliśmy.
Ale, a to Zozol, a to mąż chory, a to w pracy…
Dziś umówił się na ryby z kolegą. Właśnie tam, na ten mostek łączący Wyspę Mniejszą z lądem.
I nie wiem.
Patchwork, ciepełko domowe i kurowanie zatok ?
Czy wygwizdowo, nowe widoki, okazja złapania w obiektyw czegoś dotąd niewidzianego, eksploracja nieznanego terenu ?
Co wybrać ?

…to ja pójdę sprawdzić baterie w aparacie Młodego… 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s