…ja tu tylko sprzątam…e

Jacek Skubikowski …

Jacek Skubikowski przed stu laty tak śpiewał:

Nie, nie, ja tu tylko śpię
Nie znam nikogo bo ja
ja tu tylko sprzątam.
Nie, nie, nie dopytuj się
Nawet ich nie chcę znać

Jak wymaluj ja.
Od kilku dni jestem sprzątaczką. Nie taką pełnoetatową, no chyba żeby doliczyć sprzątanie w domu. Sprzątam market razem z koleżanko-sąsiadką.
Przyznaję szczerze, że mnie to cieszy. Pieniądze się przydadzą, ale fajnie mieć poczucie, że mam jakiś obowiązek, że coś wymusza odpowiednią regulację dnia.
Praca nie jest lekka. Ogromna powierzchnia, krótki czas i my dwie do ogarnięcia całej „powierzchni gładkiej”. Koleżanka leci z maszyną a ja z tyłu za nią z mopem, bo maszyna nie sięgnie wszędzie. I zżymam się. Bo zrozumiałe, że w sklepie są regały i lodówki. Ale na kiego diabła niemal na każdym zakręcie kartonowe kosze, stojące reklamy, które ledwie trącisz a wysypują zawartość albo się przewracają. A biedna sprzątaczka nie ma czasu żeby to zbierać i ustawiać.
Albo na takim warzywniaku. Tu marchewka, tam mandarynka na podłodze. Czy ludziom naprawdę tak ciężko się schylić i podnieść to, co im spod ręki upadło ? Zaczęłam podnosić. Pierwszego dnia. Koleżanka popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się jak to ona, ze zrozumieniem. I powiedziała, że ona na początku też podnosiła, teraz już zgarnia do śmieci. Bo nie ma czasu.

Rozmawiamy między sobą po polsku, nikt nas nie słyszy – w sklepie jesteśmy tylko my. Na zapleczu uwijają się piekarze i inni, którzy przygotowują towar. Nasza zwierzchniczka, która tego dnia akurat była,  zwróciła nam uwagę, że powinnyśmy po szwedzku. Noż…Nie uraziło mnie to. Reginę jednak tak. Mówi, że co jej do tego, tym bardziej, że lepiej się zrozumiemy i lepiej wykonamy pracę. Więc nadal rozmawiamy po polsku – tylko już ciszej.
Rozmawiamy…phyyy… wymieniamy komendy i komunikaty. 
– Szybciej trzeba
– Tu myłaś?
– Idę do kuchni
– Weź to zeskrob…
I takie tam.

Dziwnie wygląda cichy, pusty sklep. Pierwszego dnia miałam poczucie odrealnienia, ale możliwe, że za sprawą wczesnej pory, bo zaczynamy o 5.  
Latem to już dzień pełną gębą, ale zimą to środek nocy. Do świtu prawie cztery godziny.
Nie traktuję tego zajęcia serio. Co oczywiście nie zmienia faktu, że staram się robić to jak najlepiej. Tylko nie związuję ani z mopem, ani ze sklepem. To prawda- pierwszego dnia byłam spięta i zdenerwowana, ale bardziej, żeby nie zawieść koleżanki i żeby nie było mi głupio przed nią i przed samą sobą, że  nawet na sprzątaczkę się nie nadaję. Choć – zwierzchniczka zaraz pierwszego dnia pouczyła mnie, że mopem to się kręci a nie trze do przodu do tyłu, bo się brud rozciera a nie zbiera. To kręcę te ósemki i myślę sobie, że to przecież nie będzie wiecznie. 

Nie będzie, bo na razie zastępuję jedną osobę.
Nie będzie, bo prędzej czy później zatrudnią mnie w moim zawodzie.

Tymczasem mam poczucie …tymczasowości. Bo nie mogę planować na dłużej. Bo uczestniczę w programie „Gwarancja rozwoju”. Miałam spotkanie z nowym handledare – to ktoś taki jak opiekun w Biurze Pracy. zaraz na wstępie wyjaśniłam mu, że Ricard to Polski Rysiek, a jakby żona chciała być miła to może powiedzieć Ryś co jednocześnie oznacza takiego dużego, leśnego kota w cętki, z pędzelkami na uszach. Zapytał czy myślę o Lodjur, ale nie wiedziałam, więc znalazł zdjęcie, przytaknęłam. On się ucieszył i zapytał czy on żonę może też tak nazywać. Wyjaśniałam raz jeszcze, że to od jego imienia, więc nie. Ale może na nią mówić Kiciu.
I przełamaliśmy lody.
Następnym razem przywitam go „Hej Lodjur” , obiecuje sobie.
Dlaczego koniecznie muszę się zakumplowywać z ludźmi, których spotykam służbowo ?
Jutro mam spotkanie z nowym coachem, z Folkuniversitet. Mamy wspólnie ustalić jakiej pomocy mi trzeba. Jakiej, jakiej…PRAKTYKI mi trzeba. Umiem szukać pracy, moje listy motywacyjne są dobre, na referencje właśnie pracuję, to nic, że jako sprzątaczka. Potrzebuje tylko praktyki, która udowodni, że mogę i umiem księgować po szwedzku. Li i jedynie.
Ciekawe, czy z tą kobietką będę się spotykać częściej czy to tylko jednorazowe. 
Stresują mnie nieznane sytuacje.

Ach. A skoro opowiadam o kumplowaniu…
Znów było spotkanie z lekarzem mojego męża, boskim Fredrikiem a la młody Perepeczko. Tłumacz nam się spóźnił, więc go uprzedziłam, że może trzeba chwilkę poczekać.
Zaśmiał się, ale tak z naprawdę z oczami i słoneczkami wokół oczu.  
– Po co ? Przecież ty sobie doskonale radzisz.
Prawda, że uroczy mężczyzna?
Zaczęliśmy rozmawiać. Tłumacz dotarł, a doktor przywitał go w progu:
– Ale myśmy właściwie już skończyli…
Paweł przybrał głupią minę, bo był później minutkę, może dwie.
Doktor parsknął śmiechem. 
Pierwszy lekarz-Szwed, który ma swoje lata i nie jest dostojny i zdystansowany. 
Ech…gdybym tak młodsza była i taka śliczna jak 25kilo temu. Wzdech. Choć Gulsum mówi, że dalej jestem taka śliczna, tylko naciska na pomalowanie włosów. I że ona mi będzie malować nawet co trzy tygodnie, jak będzie trzeba. 
Zaglądam więc do lutra co jakiś czas.
Gdzieś znikła tamta stara, zrezygnowana, gruba baba. 
Z lustra, trochę kpiąco patrzy na mnie uśmiechnięta babka. Czasem jest zmęczona, czasem trochę smutna, czasem zła. Ale ma w oczach ten błysk, to coś, co mówi…

„Ja wam jeszcze pokażę, niech no tylko skończę tę zawodówkę”

A Zuzia wczoraj powiedziała pierwsze zdanie. „Det går inte”. Nie da się. Nie idzie. Nie mogła otworzyć pudełka z ciastoliną. 
Książeczka, bluza z kotem i wielki zestaw Dżungla Lego Duplo czekają na Mikołaja.

  

Przypadki Zuzi lat dwa i trochę – Śnieg

Dobrze się spało. …

Dobrze się spało. Słodko. Cicho. Nic nie zakłócało snu. 
Zuzia otworzyła oczy. I zdziwiło ją, że jest tak jasno. Tak jasno, że mogła od razu zobaczyć uśmiechniętą twarz babci.

– Cześć Ptaszku –
Zuzia poderwała się i podbiegła do babci po miękkim, sprężyniastym łóżku, na którym czasami mogła się pobawić w „hopa-hopa”. Miękkie ramiona babci otuliły ją szczelnie.
– Chodź, coś ci pokażę – głos babci brzmiał tajemniczo.
– Zobacz co my tu mamy – podeszły do okna babcia i Zuzia na jej rękach. Zuzi oczy otwarły się szeroko ze zdumienia.
– O niej – jęknęła Zuzia. Świat był taki dziwny, spowity czymś białym, czymś co pokrywało samochody, lampy, krzaczki i nawet …
– O niej! – powtórzyła Zuzia z ogromną troską bo nawet zjeżdżalnia była tym przykryta.
Babcia się tylko uśmiechała.
– To nic Zuzanko. To tylko śnieg. Zaraz zjemy śniadanko i pójdziemy go zobaczyć.

I tak się stało. Ale nim się stało, trzeba było cierpliwie przeczekać nudne ubieranie. Na szczęście Babcia umiała to zamienić w zabawę.
– A kuku! – zawołały nóżki z ciepłych spodni i uciekły czym prędzej, żeby schować się do fioletowych bucików.
– A kuku! – zawołała ucieszona rączka, gdy przecisnęła się przez ciasne zakończenia rękawa.
Zuzia tak się ucieszyła, że ją widzi, że aż przytuliła rączkę do siebie i pogłaskała.
Kochana rączka!
Na to druga rączka zaczęła się w pośpiechu przedzierać przez rękaw, niesforne paluszki plącząc w materiał. Babcia pomogła i druga rączka mogła zawołać
– A kuku! – i Zuzia tę rączkę też przytuliła.
Wreszcie wyszły.
Wyszły, akurat. Zuzia to prawie się wyturlała. Tyle miała na sobie ubrań, że czuła się jak piłka. Wyszły…i Zuzia zapadła się prawie po kolana w biały puch.
– O niej – zmartwiła się po swojemu i popatrzyła na ubielone spodnie. Babcia się roześmiała tylko.
– To tylko śnieg, Zuzanko. Taki puch zamiast deszczu. Zobacz jaki ładny. I lekki – i babcia kopnęła śnieg nogą. Poleciał w górę i rozsypał się w błyszczące w słońcu iskierki. Zuzia też się roześmiała.
A potem babcia pokazała Zuzi sanki. Zuzia popatrywała na nie nieufnie i wcale nie uważała, że to będzie coś zabawnego, żeby na tym siedzieć. No bo co zabawnego jest w siedzeniu na kawałku różowego plastiku ?
Ale babcia wystawiła sanki na podwórko i pociągnęła za sznurek. Sanki posłusznie, z chrobotem, pomknęły za nią. I Zuzia natychmiast chciała siedzieć na nich.
To było śmieszne, tak sunąć pupą prawie po ziemi, widzieć świat z tak niska, że można było patrzeć w oczy przechodzącym psom. Nawet tym najmniejszym.
Ale to jeszcze nic. Bo potem, kiedy już dziadziu wrócił z pracy to urządził Zuzi taką przejażdżkę, że ho ho! Gładki śnieg lśnił w świetle latarni a nad głową było ciemne niebo upstrzone migoczącymi kropeczkami, które pokazała jej babcia.
– Ooooo – zadziwiła się Zuzia zadzierając głowę wysoko.
A potem Dziadziu zawołał
– Zozolku, trzymaj się! – i ruszył. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej, przed siebie, potem niespodziewany skręt, sanki zakręciły w miejscu, stanęły i znów ruszyły. Zuzia śmiała na całe gardło.
A potem trzeba była iść pod taką wysoką górę. Aż babcia się trochę zasapała. Dzidziu usiadł z Zuzią na sanki. I Zuzia się zdziwiła. Bo do wózka to Duzi Ludzie nie siadają, to i na sanki też chyba nie powinni? Ale to był Dziadziu. No a skoro Dziadziu, to na pewno będzie wesoło. I pewnie trochę strasznie.  Ale tylko tak troszeczkę.

I tak było. Dziadziu przytulił Zuzię z całej siły, odepchnął się nogami i …
– Łiiiiiiii – wołała Zuzia mknąc z górki na sankach. Dziadziu się śmiał głośno a Zuzia mu wtórowała. Ale tak trochę niepewnie.
Ale gdy się zatrzymali, gdy zobaczyła, że babcia stoi obok i wyciąga ręce, a górka jest tuż tuż, to zachciała jeszcze. Więc zjechali jeszcze kilka razy, za każdym razem krzycząc i piszcząc. Aż Zuzia już nie miała siły krzyczeć.
Wracali do domu tą samą drogą, ale Zuzia już nie chciała sanek. Chciała na rączki, chciała przytulić się i uspokoić to, co tam w środku tak stukało szybko puk-puk-puk. I Dziadziu ją przytulił i zaniósł do samego domu.
A niebo nad nimi było ciemne, tajemnicze, migające gwiazdami.

Jaka tam zima! skoro jak majowy słowik śpiewa

A śnieg się …

A śnieg się ustatkował i położył się i leży. 

Napadało, nasypało, nawiało. Biało i biało. I jeszcze złoto gdy słońce wstaje. Taki wczoraj ranek był, że już nie było siły.
Wczesnym rankiem wymieniałam konwersacje na fejsbuku z Reginą, sąsiadką – koleżanką, półrodaczką przecież bo z Litwy, więc po polsku.

„i Tobie nie śpi się
ano – właśnie się obudziłam z bólem głowy, piję kawę w łóżku, a za chwilę pobiegnę na zdjęcia, bo cudnie jest. jak masz chęć i czas to dołącz za 40 minut”*
„Super dzień na polowanie zdjęć. Dołączę się do ciebie. Mam nadzieje za 40 min będę gotowa! widzimy się”

No i dołączyła. Z termosem z herbatą i aparatem.
Zdjęciowy spacer w kimś, to zupełnie co innego. Jeszcze czuję tę fajną energię. A świat był…nie do opowiedzenia. Może tylko jeden Konstanty (Mistrz) umiałby.

 
W parku

 
Nad rzeką


Nad rzeką przy Rynku


W porcie małych łodzi – czyli Kinnekulle na 1250 obrazku


Regina poluje zdjęcie

Gdzieś przy drodze.

A teraz za oknem ciemna noc, choć 7 dochodzi. Termometr pokazuje 26 w środku i -15 na zewnątrz.
Dziś mam gości. Mark, Sonja  i Gulsum przychodzą na lunch.
 

 

 *Przytaczam prosto z fb, żebyście mogli odczuć tę fantastyczną, wschodnią składnię. Szkoda, że nie można odtworzyć tego śpiewnego akcentu. 

Ku pamięci

Muszę to sobie …

Muszę to sobie zapisać, bo potem zapomnę. Za jakieś dwa miesiące.
Zapomnę, jaką ekscytacją i dziecinną radością napełnia mnie pierwszy śnieg. Że od razu jest jaśniej a świat wygląda bajkowo.
I nie mogę się doczekać, żeby pokazać to Zuzi, która jeszcze śpi. A mnie ten śnieg nie daje zasnąć. Poszłabym…!

Za oknem jeszcze ciemno. Dzień wstaje powoli. Migając światłami, przejeżdża pług, a śnieg tłumi jego dźwięk. Po oknem, w puszystym śniegu pojedyncze ślady. To M. biedaczek poszedł do pracy, choć to sobota. Na koszyczku z orzechami przysiadła sikorka.
Kocio przysnął na chodniczku pod drzwiami. Zegar tyka. Zuzi coś się śni, bo piszczy przez sen.
Staję nad nią i zagapiam się. W półmroku oglądam doskonałość małego człowieka. Wypukłe czoło, miękkość policzków, zaokrąglony nosek. Rączki z dołeczkami, pulchne nóżki. Doskonałość tego dziecka wciąż mnie zaskakuje.  Naprawdę, naprawdę tylko Bóg, potrafi dokonać czegoś tak absolutnie, nieskończenie pięknego i doskonałego. Tak jak ten świat pod świeżym śniegiem.

 

Pewnie jestem strasznie naiwna i banalna w swoich zachwytach, ale co mi tam! Przecież nie można w koło tylko narzekać.

 

Jeden dzień i wiadro melisy później

Pomyliłam czas w …

Pomyliłam czas w pralni. Rano owszem, ale jutro. Ale dzięki temu wstałam o 8 (choć planowałam o o 7). Dzięki czemu mam więcej czasu.
Noc wreszcie przespałam jak należy. I świat, choć mokry i ciemny od razu wydaje się lepszy.

Wczoraj pobiliśmy rekord w basenowaniu. Byliśmy bite trzy godziny. Z Dzieciakiem naturalnie. Miśka biega do pracy, a że pracuje o dziwacznych porach, zwykle po południu, to na nas spada obowiązek pilnowania wnuczki. Latem było fajnie – bo nawet jeśli pogoda była taka sobie to zaliczaliśmy spacer po mieście, plac zabaw, rynek na którym ratusz ze schodami i wielka kotwica oraz fontanny. Teraz, gdy zimno, wieje, deszczy i ciemno na dodatek jest kłopot. To wymyślamy różne rzeczy, żeby jak najmniej w domu, bo wtedy Zozol ciągnie do komputera. W komputerze do youtube, a tam do piosenek. Język dowolny, ale ma być żywo, z kolorowymi, wesołymi animacjami. I żadne tam bajki. Ma być muzyka. Jedyny wyjątek to Klub Przyjaciół Myszki Miki choć to nie do końca bajka jest.
Ja przy okazji że brak na tym serwisie dobrej, współczesnej polskiej muzyki dla dzieci. Nie wiem jak to wygląda w rzeczywistości, ale mam wrażenie, że podobnie.  Ostatnie piosenki dla dzieci, które mają jakiś fajny tekst i dobrą muzykę powstały chyba w latach osiemdziesiątych. Piosenki Natalii Kukulskiej, Ogórek, Zuzia lalka nieduża. I może jeszcze kilka. To co jest teraz to naprawdę lepiej żeby dziecko nie słuchało. Ani tekstu, ani muzyki. A aranżacje znanych, dziecięcych piosenek wołają o pomstę do nieba. Obowiązkowy rytm disko-polo, śpiewane przez dorosłych ale w stylu dziecka, nie dziecięca muzyka, ale muzyka infantylna. 
Nie wierzycie ? Posłuchajcie tu Dziadek Lulka farmę miał albo tu Krasnoludki. Animacje może by uszły, ale ten śpiew…Zaręczam jednak, że te nie są najgorsze. 
Ale znalazłam perełki – dwie. Nie dość, że fajne teksty, niezła muzyka i jeszcze niezła animacja. Zobaczcie Gruszkę  i Olimpiadę w Jarzynowie
Gdyby autorzy zrobili całą taką płytę to bym ją Zuzi kupiła. Ideałem byłoby jednak coś w stylu Mother Goose Club. Polską wersję, pod warunkiem, że równie dobra, kupiłabym chyba za każde pieniądze. 
Bo Dzieciak lubi muzykę. Tańczy, próbuje śpiewać, i powtarzać słowa. 
Prócz muzyki Zozol kocha Kocia. Niestety – nadal bez wzajemności. I koty już nie są „miau”, koty teraz są „kota”. I jaka to radość, jak Kota da się pogłaskać. Tylko raz i bardzo ostrożnie.
Ale najbardziej na świecie Zuzia kocha „dziadziu”. Dziadziu jest de beściak. Ma samochód i czasem pozwala się nim pobawić. Ma jeszcze inne fajne zabawki. Telefon z dotykowym ekranem. Albo balony. Dziadziu jest silny – podrzuca, przewraca, nosi na barana. I tylko dziadziu potrafi umyć głowę tak, że nawet kropla na spłynie na buzię, i jeszcze zrobi z tego zabawę. Więc Zozol kocha Dziadziu najbardziej na świecie. Mnie się na powitanie dostaje co najwyżej krótki uścisk. A Dziadziu…Jedną z ulubionych Zuzi zabaw jest zakładanie torebki/wiaderka/plecaka na rękę i wychodzenie. Zamyka drzwi za sobą, macha rączka, mówi „Hej då” albo „Pa-pa” i wychodzi. Po chwili wraca i się wita radośnie. „Hej!Hej!” mówi i przytula dziadka. Więc raz usiadłam tak, że byłam bliżej tych drzwi. Dostałam jeden dodatkowy uścisk…i Dzieciak skończył zabawę. 😦
M. się śmieje, że jestem zazdrosna. No pewnie, że jestem! Ale tylko troszeczkę. Rozumiem mechanizm. Wiem dlaczego jest tak, a nie inaczej. I wiem, że mój czas też przyjdzie. Więc czekam cierpliwie i tylko pomalutku, po cichutku daję znać, że jestem i też mam fajne zabawki. Zmywarkę z talerzami, odkurzacz, książeczki z bajkami, muzykę „dorosłą”, bajki szeptane wprost do ucha na dobranoc, dmuchanie zbitej głowy i robienie ciasta.

Bywamy zmęczeni kiedy kilka popołudni z rzędu mamy Zuzię u nas. Zwłaszcza, że M. jest w trakcie leczenia, które go osłabia nie tylko immunologicznie. Ale wystarczy dzień przerwy i już tęsknimy. 
 

Ty dziwko! Ty łajzo!

Nie cierpię takiego …

Nie cierpię takiego stanu, kiedy ani spać ani wstać nie mogę.
Przy otwartym oknie za zimno, przy zamkniętym – za gorąco.  Jedna poduszka, druga poduszka, trzecia poduszka, żadna poduszka. Na brzuchu, na boku, na plecach. Głową przy ścianie, głową przy drzwiach. I wreszcie po całonocnej …haha, całonocnej to znaczy od godziny 1 do 6 walce, realna przyczyna nie dająca spać: ból pleców między łopatkami. 
Napięcie. Ale skąd? Dlaczego? Nie mam pojęcia. Nie ma żadnego powodu. Do świąt daleko, egzaminu żadnego nie mam bo do szkoły nie biegam, środek cyklu, w domu raczej spokojnie a nawet jak nie, to nic nowego. Jedyne wytłumaczenie to OBCY czyli menopauza. Każdy cykl mam inaczej, ale zawsze coś. Gama   atrakcji szeroka. Na przykład permanentny ból głowy. Albo objawy bardzo podobne do zapalenia pęcherza. Ból prawego jajnika (nienawidzę cię!). Nieustające skurcze w dole brzucha, takie leciutkie, prawie łaskotliwe. Nie pamiętam co jeszcze.
Ja już rozumiem kobiety, które stały się jędzami, histeryczkami, nieobliczalnymi wariatkami w wieku lat pięćdziesięciu.
Menopauza, ty dziwko! Klimakterium, ty łajzo!
Kara boska za zjedzenie jabłka. Won z raju! Myślałaś kobieto, że masz władzę nad światem ? No to zobaczysz, że jej nie masz nad samą sobą. To jest wygnanie z raju. Nie wystarczy, że z niepokojem patrzysz na to jak ciało ci się zmienia, jak skóra wiotczeje, jak na dłoniach przybywa brązowych plam, na głowie siwych włosów  a twarz każdego dnia żłobi nowa zmarszczka. Nie, nie, nie, to za mało, za twoją niepokorę, za twoją ciekawość, za nieposłuszeństwo. Dam ci klimakterium, moja droga, będziesz cierpieć. W dodatku całkowicie niezrozumiana przez otoczenie. Bo mężczyźni tego nigdy nie doświadczą więc nie pojmą. A każda z twoich sióstr będzie to przeżywać po swojemu. Nikt tego nie pojmie, nawet lekarz. I nikt nie wynajdzie skutecznego środka na to.  
To jest ów ognisty miecz. 

Fantazjuję ? Tłumaczę sobie ? Pocieszam się ? W końcu przecież minie.

Krystyna Janda, która wielką aktorką jest, zauważyłam, ma dwie twarze. Jedna jest zawsze uśmiechnięta. Druga zawsze smutna i zgorzkniała. Ona nawet nie musi grać uczuć. Wystarczy, żeby kamera pokazywała ją z adekwatnej strony.  

Ja nie wiem czy mam jeszcze coś ciekawego do powiedzenia na tym blogu…

 

W bibliotece w Mieście Trolli

zastanawiałam się …

zastanawiałam się która z kobiet będzie łatwiejsza do współpracy. Nie żebym się bała odmowy, nie. Albo braku chęci współpracy. Nie. W Szwecji, w miejscach oficjalnych jedyne czego się boję to…nadmierna chęć pomocy, objawiająca się podawaniem nadmiaru informacji. Więc stałam i patrzyłam. Spokojnie, w kolejce, więc miałam czas. Obie blondynki, obie ubrane na ciemno, jak to Szwedki. Ta bliżej mnie wydawała się jednak nieco elegantsza. Miała makijaż. No, leciutki, ale widać było. Zostałam przy niej. Bez powodu. Chyba.
– Czy mogę się  tu zarejestrować jak mieszkam w innym mieście ? Bo u mnie jest mała biblioteka i książek po polsku tylko kilka a tu słyszałam, że więcej – odezwałam się po szwedzku.
– Można – odpowiedziała mi pani najczystszą polszczyzną.
Potem to już standard. Łącznie z błędem w nazwisku. Heh, pomyślałam, że nawet gdybym nie wiedziała, to po tym wszędzie poznam rodaka. Że w nazwisko mi wpycha E. Szwedzi się nie mylą.

Do domu wracałam z przyciśniętymi do piersi dwiema książkami po polsku. W samochodzie było ciemno. Książki łaskotały w opuszki palców, dusze łaskotał taki mały smuteczek, tęsknotka niewielka.
Znaleźć wreszcie sobie miejsce w społeczeństwie. Przynależeć do jakiejś grupy, czuć się częścią czegoś, mieć uczucie, że na coś wpływam. 
Pracować. Przydać się  do czegoś więcej niż tylko gospodarstwo domowe. 

Tak, Polacy są wszędzie – powiedziałam do męża, który zrobił zdumioną minę słysząc, że rozmawiam po polsku.
Naprawdę wszędzie. 

Niespanie

prowadzi do dziwnych …

prowadzi do dziwnych zachowań. 
Na przykład do produkcji kolejnego mikołaja  a la ZZTOP, mniej udanego niż jego prototyp, ale zawsze…Mikołaje mają te zaletę, że przy ich wytwarzaniu się nie hałasuje maszyną do szycia. To dość istotne jeśli się wytwórczość prowadzi o godzinie 1-2-3-4 w nocy, kiedy mąż chce spać. 
Albo do oglądania Trinny&Susannah. I wysnucia smętnego wniosku, że może i własny wizerunek mi nie za bardzo pasuje, bo w duszy mam wciąż rozmiar XXS a nie XL, ale to co panie proponują dla jabłka w moim rzeczywistym rozmiarze też mi się nie podoba. Bo nie lubię wysokich obcasów ani wydekoltowanych bluzek podkreślających biust. Nie lubię. Nigdy nie lubiłam. Nigdy nie byłam seksowną paniusią na szpilkach, z fryzurą wymagającą czegoś więcej niż grzebienia, z torebeczkami, paseczkami i koralami. Tak ubrać mogłabym się jedynie na bal przebierańców. Moje przebranie by się nazywało „Kasia przebrana za kobietę”. 
Szyłam do trzeciej, zasnęłam wreszcie, po czym wstałam o 10. Z bólem głowy, szpilą w prawym oku i brakiem oddechu. Norma.
Po kawie wyszłam na powietrze, dałam wiatrowi owiać głowę, więc się szpila z oka przynajmniej cofnęła i przestało blokować dopływ powietrza. Dobre i to.
W głowie mi kołatały strzępki zdań pary stylistek. Poszłam sprawdzić w najbliższych sieciówkach czy kierując się jednak ich słowami zdołam znaleźć choć jedną rzecz, w której poczuję się jak ja i będę mogła patrzeć na siebie jak na siebie ale bez wstrętu.
I wiecie co ? Sklepy sieciowe to koszmar! To co wisi w H&M i Lindex to w większości okropne szmaty. Bezkształtne worki, z marnej jakości tkanin, uszyte tak, by wymagało to jak najmniej pracy. Większości z tego nie chciałabym nawet za darmo. Prawie wszystko jest krojone z prostokąta. Bez zaszewek, bez odrobiny kroju i próby dopasowania do figur. Zamki błyskawiczne, ciężkie, jakby je kowal robił wszyte na wierzch, po chamsku udające ozdobę, nawet przy zwiewnych, szyfonowych bluzkach.
Znalazłam 1 (słownie JEDNĄ) bluzkę, za którą mogłabym od biedy zapłacić i od biedy nosić, przymykając oko na to, że tradycyjnie pod pachą mi odstaje. Niestety – z krótkim rękawem. Wszystko jest albo bez rękawów albo z krótkimi rękawami.
Szukałam też spódnic. Których w zasadzie nie ma. Trzy modele w H&M – każda przypominała zgrzebny kawałek zszytego prostokąta. Byle jaki materiał, dwie czarne i jedna wściekle różowa. Czarne niestety były wyłącznie S i mniejsze. Różowe były nawet w rozmiarze 48! Naturalnie z koszmarnym zamkiem na wierzchu.

Wyszłam zdegustowana, z kolejny raz tym samym wnioskiem- muszę zacząć szyć sobie sama. 
Zatem w najbliższej przyszłości muszę sporządzić sobie manekin własnych wymiarów ze srebrnej taśmy. I chyba od tego zacznę. 
Takie są skutki niesypiania po nocach.

  
 

Zabawa

Zaproszono mnie do …

Zaproszono mnie do zabawy kilka dni temu. Zwykle nie chce mi się brać w tym udziału, ale trudno jest się oprzeć pokusie mówienia o sobie samej…

No ale w piątek była Zuzia. I w sobotę była. I dziś do tej pory też.
A w międzyczasie dopadłam niesamowitą książkę i „…wicie rozumicie, Pietrzykiewicz”

No ale teraz mi się zackniło za nowym Knopflerem i jego Drzewem Judaszowym. I niestety jednorazowe wysłuchanie na to nie pomaga…Ach ta gitara. Ach ten głos. I tekst. Do takich artystów mogłabym się modlić. Lata mijają, stare kawałki, grane bez końca, nigdy się nie zgrywają a nowe od nowa zwalają z nóg. Do tego jeszcze lubię włączać sobie na youtube koncertowe wersje, bo wtedy widać, że granie to pasja. Jeden z moich ulubionych to Knopfler z Claptonem, stary koncert. Jak oni tam grają! Jak widać u jednego i drugiego ogromną frajdę z tego dialogu na gitary! Chyba tylko z takiej radości mogą powstawać rzeczy niezwykłe.
Wzdech. Mark ma być w Polsce, muszę się bliżej temu przyjrzeć, może w Szwecji też ? Chcę na jego koncert. Pink Floydów już raczej nie zaliczę w komplecie a Knopfler to moja druga po nich muzyczna miłość.

Ale miało być nie o tym czyli ad rem.

1. Książka papierowa czy e-book/audiobook?
Książka papierowa. Ale ostatnio odkryłam audiobooki. Są świetne jeśli się chce np. szyć i czytać jednocześnie. 

2. Sobota wieczór spędzana w domu pod kocem, czy na imprezie?
W domu, pod kocem, z książką. 

3. Smak, kwaśny czy słodki?
Słodko-kwaśny

4. Na elegancko czy sportowo?
Na sportowo. Ale wciąż sobie obiecuję, że któregoś dnia zostanę elegancką kobietą.

5. Milczenie czy mowa?
Jestem gadułą. Szczególnie gdy czuję się niepewnie. Jeśli milczę w Twoim towarzystwie to pewnie dobrze się z Tobą czuję.

6. Psy czy koty?
I psy i koty. To jak yin i yang.

7. Miasto czy wieś?
Małe miasto. Jeśli wieś to blisko miasta.

8. Mięso czy warzywa?
Warzywa zdecydowanie

9. Odpowiedzialna czy szalona?
Odpowiedzialna aż do granic nudności – wynik permanentnego braku poczucia bezpieczeństwa

 10. Komedie czy dramaty?
Jeśli dobre to i to i to.

11. Rozmowa w cztery oczy czy list?
List. Bo jestem tchórzem. Bo potrzebuję czasu by ułożyć to co chce powiedzieć. Bo wtedy mam pewność, że mogę się wypowiedzieć do końca.

 

A jak Wy, moi czytacze ?