…ja tu tylko sprzątam…e

Jacek Skubikowski …

Jacek Skubikowski przed stu laty tak śpiewał:

Nie, nie, ja tu tylko śpię
Nie znam nikogo bo ja
ja tu tylko sprzątam.
Nie, nie, nie dopytuj się
Nawet ich nie chcę znać

Jak wymaluj ja.
Od kilku dni jestem sprzątaczką. Nie taką pełnoetatową, no chyba żeby doliczyć sprzątanie w domu. Sprzątam market razem z koleżanko-sąsiadką.
Przyznaję szczerze, że mnie to cieszy. Pieniądze się przydadzą, ale fajnie mieć poczucie, że mam jakiś obowiązek, że coś wymusza odpowiednią regulację dnia.
Praca nie jest lekka. Ogromna powierzchnia, krótki czas i my dwie do ogarnięcia całej „powierzchni gładkiej”. Koleżanka leci z maszyną a ja z tyłu za nią z mopem, bo maszyna nie sięgnie wszędzie. I zżymam się. Bo zrozumiałe, że w sklepie są regały i lodówki. Ale na kiego diabła niemal na każdym zakręcie kartonowe kosze, stojące reklamy, które ledwie trącisz a wysypują zawartość albo się przewracają. A biedna sprzątaczka nie ma czasu żeby to zbierać i ustawiać.
Albo na takim warzywniaku. Tu marchewka, tam mandarynka na podłodze. Czy ludziom naprawdę tak ciężko się schylić i podnieść to, co im spod ręki upadło ? Zaczęłam podnosić. Pierwszego dnia. Koleżanka popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się jak to ona, ze zrozumieniem. I powiedziała, że ona na początku też podnosiła, teraz już zgarnia do śmieci. Bo nie ma czasu.

Rozmawiamy między sobą po polsku, nikt nas nie słyszy – w sklepie jesteśmy tylko my. Na zapleczu uwijają się piekarze i inni, którzy przygotowują towar. Nasza zwierzchniczka, która tego dnia akurat była,  zwróciła nam uwagę, że powinnyśmy po szwedzku. Noż…Nie uraziło mnie to. Reginę jednak tak. Mówi, że co jej do tego, tym bardziej, że lepiej się zrozumiemy i lepiej wykonamy pracę. Więc nadal rozmawiamy po polsku – tylko już ciszej.
Rozmawiamy…phyyy… wymieniamy komendy i komunikaty. 
– Szybciej trzeba
– Tu myłaś?
– Idę do kuchni
– Weź to zeskrob…
I takie tam.

Dziwnie wygląda cichy, pusty sklep. Pierwszego dnia miałam poczucie odrealnienia, ale możliwe, że za sprawą wczesnej pory, bo zaczynamy o 5.  
Latem to już dzień pełną gębą, ale zimą to środek nocy. Do świtu prawie cztery godziny.
Nie traktuję tego zajęcia serio. Co oczywiście nie zmienia faktu, że staram się robić to jak najlepiej. Tylko nie związuję ani z mopem, ani ze sklepem. To prawda- pierwszego dnia byłam spięta i zdenerwowana, ale bardziej, żeby nie zawieść koleżanki i żeby nie było mi głupio przed nią i przed samą sobą, że  nawet na sprzątaczkę się nie nadaję. Choć – zwierzchniczka zaraz pierwszego dnia pouczyła mnie, że mopem to się kręci a nie trze do przodu do tyłu, bo się brud rozciera a nie zbiera. To kręcę te ósemki i myślę sobie, że to przecież nie będzie wiecznie. 

Nie będzie, bo na razie zastępuję jedną osobę.
Nie będzie, bo prędzej czy później zatrudnią mnie w moim zawodzie.

Tymczasem mam poczucie …tymczasowości. Bo nie mogę planować na dłużej. Bo uczestniczę w programie „Gwarancja rozwoju”. Miałam spotkanie z nowym handledare – to ktoś taki jak opiekun w Biurze Pracy. zaraz na wstępie wyjaśniłam mu, że Ricard to Polski Rysiek, a jakby żona chciała być miła to może powiedzieć Ryś co jednocześnie oznacza takiego dużego, leśnego kota w cętki, z pędzelkami na uszach. Zapytał czy myślę o Lodjur, ale nie wiedziałam, więc znalazł zdjęcie, przytaknęłam. On się ucieszył i zapytał czy on żonę może też tak nazywać. Wyjaśniałam raz jeszcze, że to od jego imienia, więc nie. Ale może na nią mówić Kiciu.
I przełamaliśmy lody.
Następnym razem przywitam go „Hej Lodjur” , obiecuje sobie.
Dlaczego koniecznie muszę się zakumplowywać z ludźmi, których spotykam służbowo ?
Jutro mam spotkanie z nowym coachem, z Folkuniversitet. Mamy wspólnie ustalić jakiej pomocy mi trzeba. Jakiej, jakiej…PRAKTYKI mi trzeba. Umiem szukać pracy, moje listy motywacyjne są dobre, na referencje właśnie pracuję, to nic, że jako sprzątaczka. Potrzebuje tylko praktyki, która udowodni, że mogę i umiem księgować po szwedzku. Li i jedynie.
Ciekawe, czy z tą kobietką będę się spotykać częściej czy to tylko jednorazowe. 
Stresują mnie nieznane sytuacje.

Ach. A skoro opowiadam o kumplowaniu…
Znów było spotkanie z lekarzem mojego męża, boskim Fredrikiem a la młody Perepeczko. Tłumacz nam się spóźnił, więc go uprzedziłam, że może trzeba chwilkę poczekać.
Zaśmiał się, ale tak z naprawdę z oczami i słoneczkami wokół oczu.  
– Po co ? Przecież ty sobie doskonale radzisz.
Prawda, że uroczy mężczyzna?
Zaczęliśmy rozmawiać. Tłumacz dotarł, a doktor przywitał go w progu:
– Ale myśmy właściwie już skończyli…
Paweł przybrał głupią minę, bo był później minutkę, może dwie.
Doktor parsknął śmiechem. 
Pierwszy lekarz-Szwed, który ma swoje lata i nie jest dostojny i zdystansowany. 
Ech…gdybym tak młodsza była i taka śliczna jak 25kilo temu. Wzdech. Choć Gulsum mówi, że dalej jestem taka śliczna, tylko naciska na pomalowanie włosów. I że ona mi będzie malować nawet co trzy tygodnie, jak będzie trzeba. 
Zaglądam więc do lutra co jakiś czas.
Gdzieś znikła tamta stara, zrezygnowana, gruba baba. 
Z lustra, trochę kpiąco patrzy na mnie uśmiechnięta babka. Czasem jest zmęczona, czasem trochę smutna, czasem zła. Ale ma w oczach ten błysk, to coś, co mówi…

„Ja wam jeszcze pokażę, niech no tylko skończę tę zawodówkę”

A Zuzia wczoraj powiedziała pierwsze zdanie. „Det går inte”. Nie da się. Nie idzie. Nie mogła otworzyć pudełka z ciastoliną. 
Książeczka, bluza z kotem i wielki zestaw Dżungla Lego Duplo czekają na Mikołaja.

  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s