I tak to

Pierwsza z czterech …

Pierwsza z czterech sów wykończona na amen, ale nie dam zdjęcia, bo Misia pożyczyła aparat. Później, jak nie zapomnę.
Po za tym zasypiam myśląc o tym jak uszyć kolejnego mikołaja a la ZZTOP. Śmieszne są, moim zdaniem doskonale się nadadzą na prezenty około bożonarodzeniowe. Poza tym jeszcze wymyślam jak skonstruować literki żeby uszyć imię wnuczki, które zawiśnie albo nad jej łóżeczkiem albo na drzwiach jej pokoju.
No więc jest szyciowo. Szycie, zauważyłam, uspokaja mnie. Zawsze przed zaśnięciem wpadam w „myślotok”* , myśli hasają od sasa do lasa, ale zawsze po takich tematach, które sprawiają, galopada myśli nabiera tempa. Wtedy zmuszam się do kompozycji pachworka. Skupiam się na wyobrażeniach kolorów i kształtów oraz sposobów ich łączenia…i nie wiadomo kiedy odpływam. Poza tym szycie uczy mnie precyzji i oducza dróg na skróty.  
Moje zachowania coraz częściej przypominają manie. Jak szyję to całą sobą, nic innego nie robię, na niczym skupić się nie mogę. Jak zaczynam oglądać serial to nawet gotując obiad nie wychodzę ze świata filmu. Jak czytam to do bólu oczu lub do skończenia książki…Oczywiście pod warunkiem, że książka dobra. No i Kindel sprawia, że czytam autorów seriami, bo jak mi się przypomni jakieś nazwisko to szukam ebooka, a jak znajdę to nie mogę poprzestać na jednym…I tak idzie. Wciąż jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tego, że ebook to książka. Na „kalkulatorze” czyta się doskonale, szczególnie oryginalne pliki – epub czy mobi, nie męczy oczu więcej niż papierowa książka, sam czytnik jest lekki, lżejszy niż grubsze książki w sztywnych okładkach, przewracanie stron za pomocą pstryczka nie stwarza problemu. Trudniej co prawda zajrzeć na ostatnią stronę, żeby zobaczyć „jak to się skończy”, trudniej się cofać, żeby sprawdzić coś co się przeoczyło, ale to drobiazgi. Gorzej radzę sobie z uczuciem, że to co czytam..to nie jest naprawdę czytanie. Że to nie jest książka, tylko takie coś, co nie warte jest żeby sobie za bardzo tym głowę zawracać. Że to taki tekst jakich tysiące w sieci, co to człek czyta, komentuje a potem zapomina.  Naprawdę…coraz częściej brakuje mi w Kindlu przycisku „skomentuj”. 
No, ale przynajmniej jak pojadę do Polski to z konkretną listą książek na papierze. Bo będę chciała sprawdzić, czy wersja elektroniczna nie oszukuje.
Oto trywialny problem człowieka mającego szczęście.

Jesień trwa już tyle dni, że ostatnio się zdziwiłam, że na Torget nie ma jeszcze lampek. Sprzedawcy w naszym mieście ozdobami świątecznymi handlują już od co najmniej miesiąca. Mam wrażenie, że w tym roku jakoś wcześniej się to zaczęło. Pewnie za sprawą deszczowego lata, nie tylko ja mam odczucie, iż ta jesień trwa, trwa i trwa. Ach, niech zapalą te lampki na Rynku i w uliczkach, będzie weselej w takie szare dni, kiedy wydaje się, że słońce w ogóle nie wstało. Adwent szwedzki jest weselszy niż polski.To chyba to jedyny okres, który celebrować wolę na sposób szwedzki niż polski. Adwent to przecież powinien być czas radosnego wyczekiwania na dziecko. I niech taki będzie. Bo jakoś brakuje mi wewnętrznej radości. W duszy snują się smutki i smuteczki, smutne refleksje nad przemijaniem, nad tym jak przeżyłam swoje życie, nad utraconymi szansami i przegapionymi okazjami…
Bardzo mi trzeba czegoś co pozytywnie nastawi do reszty życia. 

Zuzia nie wystarcza, choć trzeba przyznać, że jest najjaśniejszym promyczkiem. Mówię, wam, jeśli kiedykolwiek myślicie czy posiadanie dzieci ma sens, bo więcej w tym starania i kłopotów niż radości, to mówię wam:  ma sens, bo potem dostaniecie wnuczęta.

Kocio mnie niepokoi. Nie śpi ze mną. Sypia na fotelu przy kaloryferze pod otwartym oknem. Albo na dywanie. I wciąż domaga się wyjść.
Sprawdziłam różne takie rzeczy co wyczytałam w internecie. Przyszło mi do głowy, że może mu dokuczać serce. I nie wiem czy nie układ moczowy, bo żwir w kuwecie wymieniam rzadziej, ale ostatnio zmieniłam gatunek żwiru, więc nie jestem pewna.
Nie ma co ukrywać – Kocio to starszy pan, prowadzący mało ruchliwy tryb życia, więc otyły.   

I tak to.
 
 

*termin skradziony z „Homeland”  

 

Taki sobie piątek

Lubię to. Naprawdę …

Lubię to. Naprawdę lubię.
Wstać rano, jak najwcześniej. Wypić kawę i iść na spacer.  Ale nie taki spacer noga za nogą, nie nie, taki bardziej marsz. Szybko, tak szybko jak się da. Aż się gorąco robi a koszulka nadaje się wyłącznie do prania. Potem przyjść, zjeść śniadanie i …wtedy można stawiać czoła rzeczywistości.
Dlaczego tak rzadko stosuję ?

Trójka sobie cicho mruczy.
Za oknem, na balkonowym karmniczku co chwilę lądują sikorki albo wróble, albo mazurki.  Niebo z błękitnego zasnuwa się rozbieloną szarością. Kocio, rozciągnięty na całą długość, śpi obok mnie na kuchennej ławce. Ławkę kupiłam, żeby móc wygodnie wyprostować nogi kiedy czytam w kuchni. Nic z tego. 3/4 ławki zajmuje kot. Na nogi nie ma miejsca. Przecież nie wygonię śpiącego kota. Śpi chrapiąc. Jak zawsze blisko mnie, najbliżej jak się da, bez tracenia wygody. Patrzę na niego i serce mi topnieje. Bo czasem się złoszczę. Że sierści pełno, że żwir znów wysypany a kupa obok kuwety, choć ledwie co posprzątałam. Że miauczy pod drzwiami. Że wypuszczony – zastanawia się długo czy wyjść. Że na stół włazi, że łapą usiłuje sięgnąć do tego co jem, że Zuzię drapie. Tak się  złoszczę, narzekam, gderam do niego i na niego. A wystarczy, że zmienię miejsce przebywania a kot się natychmiast materializuje przy mnie. Nawet w nocy, gdy raz śpię z głową raz przy drzwiach a raz przy ścianie, Kocio podąża za mną. I gdy przekładam się z boku na bok. Układa się mordką w moją stronę, najlepiej nosio-do-nosia, ale jak nie, to choćby grzbietem do ręki.
Przyzwyczaił się Kocio, że w dzień dom pustoszeje, chowa się wtedy do szafy, na moje skarpetki i majtki i tam śpi póki nie wrócę. Wychodzi wtedy zaspany, jeszcze nieprzytomny. Ale nich tylko spróbuję wyjść z domu wieczorem. Siada pod drzwiami i płacze rozpaczliwie póki go ktoś spod drzwi nie przegoni.
Wzrusza mnie jego przywiązanie, bezwarunkowa miłość, którą mi oszczędnie okazuje. No i…lubię go mieć koło siebie. Tak blisko, że kiedy tylko zapragnę mogę poczuć pod ręką miękkość jego futerka.
  
Może…Może nie jestem taka najgorsza, skoro kot mnie kocha ? Bo w naszym domu zawsze bardziej kochany przez dzieci i zwierzęta jest mój mąż. Nawet Zuzia pierwsze, ludzkie co zaczęła wołać „diadiu”. Potem poszły inne słowa ple-ple jak jabłko, mjo jak mleko, mamma, upa jak pupa, apki jak czapka, cici jak dzieci. Od dwóch dni jest wreszcie „ba-pi” jak babcia. W końcu, bo już mi smutno było, że każdy zasługuje na miano a ja nie. Doczekałam się wreszcie. A Zozolowi słowa się wysypują. Zbierała je przez dwa lata i trzy miesiące a teraz każdy dzień to kolejne słowa, nie nadążam za wszystkimi.
Tu utknęłam, bo nie wiem jak opowiedzieć więcej. Bo jak próbuję to idą same przymiotniki…

Z ranka robi się południe. Na obiad będą pyzy, a tu nawet mięso nie wyjęte. I dwie sowy trzeba jeszcze uszyć. A najpierw zaplanować. Pszenica już stoi w worku. Prosiłam o dwa -trzy kilo. Dostałam dziesięć razy więcej. Muszę się odwdzięczyć pszenno-lnianą poduszką.

A moja przyjaciółka, ta najdawniejsza, Marzenka kilka tygodni temu została magistrem. A teraz jest w Indiach. Taką sobie nagrodę zafundowała. Czekam kiedy wróci, ciekawam co tam przeżyje, czego doświadczy.

I tak mi się codziennie dni toczą.  
 

Bubel literacki czyli dlaczego nie lubię amerykańskich powieści.

Nie wiem jak to się …

Nie wiem jak to się dzieje. Może wybieram powieści określonego gatunku i dlatego tak trafiam. A dzieje się tak, że biorą książkę do ręki znęcona okładką, wyrywkowym zdaniem ze środka książki, czyjąś recenzją. Zresztą każdy kto czyta, wie jak to jest – nie do końca da się opowiedzieć dlaczego sięga się po właśnie tę, a nie inną z tysiąca książek stojących obok. Nazwisko autora najczęściej jest mi nie znane, bo pisarzy na świecie jest wielu i choćby nie wiem jak dużo człek czytał, nie będzie znał wszystkich. A to, że nazwisko nie jest znane nie musi oznaczać, że książka jest nie warta czytania. Zatem biorę, czekam niecierpliwie na chwilę świętego spokoju, żeby się raczyć kolejną historią. Siadam, zaczynam, zagłębiam się w świat, odpływam…I biada temu autorowi, za sprawą którego z błogiego zaczytania wyrwie mnie jakiś zgrzyt. Jeśli zgrzyt będzie jeden – przełknę i pójdę dalej, ale jeśli za chwilę znów mi coś zazgrzyta wtedy już złośliwie będę wyszukiwała następne potknięcia. Czasem doprowadza to do odrzucenia książki z głębokim, pełnym irytacji zawodem. Czasem, rzadko, ale bywa, jeśli historia wciąga, doczytuję tę książkę do końca, aczkolwiek z poczuciem  krzywdy i bycia oszukaną. Zawsze jednak, kiedy zgrzyty wyrywają mnie ze świata, w którym byłam, sprawdzam kim jest ów barbarzyńca, ten przestępca, którego powinni skazać na karę ciężkich robót za marnowanie dobrej historii i stworzenie literackiego bubla. I dziwnym trafem tak często okazuje się, że jest to Amerykanin (lub Amerykanka) że zaczynam czuć awersję do całej literatury pochodzącej zza oceanu. 

Pamięta ktoś, jak w latach komunizmu telewizja serwowała nam rosyjskie filmy ? Nabijaliśmy się z nich wyliczając, które z trzech typowych scen już się pojawiły w filmie. Pociąg był, deszcz był, a to zaraz pojawi się i gitara.  
Adekwatnie do rosyjskich filmów w amerykańskich powieściach odkryłam trzy, charakterystyczne cechy, które powodują, że książka z niezwykłej staje się sztampowa.
Po pierwsze Deus ex machina 
Bohater, a częściej bohaterka, miota się po poniesionej klęsce życiowej, w której traci wszystko, lądując na samym dnie drabiny społecznej. I wtedy, niczym  duch z maszyny, pojawia się ktoś w rodzaju dobrej wróżki, kto za pomocą jednego gestu sprawia, że bohater/ka znów znajduje się na szczycie. Nie ma ciężkiej pracy, oszczędzania, kształcenia się i powolnego pięcia w górę. Nie. Jest pstryk i bohater staje się osobą sukcesu. To jest sukces?
Że bohater sam niczego nie wywalczył, a jedynie poddał się temu co mu los, a raczej autor zapisał ? 
Po drugie Nimfomania
Jeśli wierzyć amerykańskim powieściom wszystkie, ale to absolutnie wszystkie amerykańskie dziewczyny to nimfomanki. Od pierwszego wejrzenia marzą o uprawianiu seksu z ukochanym, przy czym nie ma znaczenia czy są dziewicami czy nie, ale od razu, za pierwszym razem, przeżywają orgazm gigant. Potem już zwykle bywa tylko lepiej. Jeszcze pół biedy jak takie głupoty pisze facet. Ale kobieta zazwyczaj wie, że to tak nie działa. No chyba, że jest się nimfomanką.
Po trzecie Prawo Kalego 
Przyjaciółka zawsze okazuje się tą podłą i śpi z facetem bohaterki. Sprawa wychodzi na jaw, bohaterka ma zranione podwójnie serce. A koniec jest zawsze taki sam: ona sama zakochuje się w mężu przyjaciółki, ale namiętność jest tak silna po obu stronach, że jest usprawiedliwiona. No czyż to nie klasyczny przykład „Kalemu ukradli kozę – to bardzo źle. Kali ukradł kozę – to dobrze”

Cały ten, przydługi może wywód, spowodowany jest przez kolejny literacki bubel, na jaki trafiłam. „Gorzka czekolada” autorstwa Lesley Lokko. Wszystkie trzy powyżej wymienione cechy znajdują się w tej powieści i to w dodatku w potrojonej wersji ponieważ bohaterki są trzy.
Prócz tego, powieść uatrakcyjniają pomyłki logiczne w powieści. Bohaterka opuszcza dom z powodu ciąży, którą matka przyjaciółki poznaje wyłącznie po jej oczach. Ale kierowca taksówki, który odbiera bohaterkę z lotniska, widzi jej wystający brzuch.
Ta sama bohaterka raz ma termin porodu na luty, innym razem na maj. Różnica wieku między bohaterkami raz wynosi dwa lata, innym razem sześć.
Tłumacz, Rafał Lisiński, też się jakoś nie sprawdził. To co mnie najbardziej  zirytowało to notoryczne używanie słowa szafoi zamiast szafa.
Całości bubla dopełniły redaktorka Elżbieta Kobusińska, która na takie rozbieżności uwagi nie zwróciła oraz korektorki Marianna Filipkowska i Irena Kulczycka, które wypuściły całe rzesze denerwujących literówek.
Za całokształt można podziękować wydawnictwu Świat książki.
Gratuluję! Jeśli wszystkie ich powieści mają taki poziom to już wiem, żeby trzymać się od nich z dala.   
Tylko szkoda mi fajnej historii o trzech młodych i pięknych dziewczynach, które pozbawione wsparcia rodziców i rodziny szukają swojego miejsca w życiu. W książce jest kilka bardzo dobrych momentów, ciekawie opisany jest przemysł włókienniczy w Ghanie, nieźle pokazany jest werbunek młodych dziewczyn do świata kina dla dorosłych. I za to dałam książce ocenę   
2,5 w sześciostopniowej skali. Mogła być z tego bardzo dobra powieść, wyszło czytadełko o jakości Trędowatej, tyle że z amerykańskim, a jakże happy endem.
Nie polecam

Efter

Ale tak w ogóle to na…

Ale tak w ogóle to na żywo to zupełnie co innego.
Było gadatliwie z każdej strony.
Jedzenie smaczne choć mięsne i raczej typowo szwedzkie.
Fajna atmosfera.
Aż mi trochę głupio, żem taka niemiła na tym Facebooku.
 

Jak dobrze mieć sąsiada, on wiosną się uśmiechnie, jesienią ZAGADA (na śmierć)

Moje odczucia z …

Moje odczucia z ostatnich dni można opisać parafrazując komunistyczny dowcip.
Otwieram drzwi samochodu – Gaduła.
Otwieram drzwi od klatki schodowej – Gaduła.
Otwieram komputer -Gaduła.
Boję się otworzyć karton z mlekiem…
Gaduła to szwedzki sąsiad, którego jakiś czas temu gościliśmy i do którego w gościnę idziemy jutro.
Myślałam, że tylko nas tak atakuje, z racji nieco bliższej znajomości, ale nie. Regina się przyznała, że czasem wychodzi przez piwnicę, żeby tylko spotkania uniknąć.
Wiem, wiem. Najpierw narzekam, że nie mam rodowitego Szweda do rozmówek, a potem…
„Nieszczęścia jakoś sprawiedliwiej Boże dziel”.
Ja nie społeczna jestem, wywaliłam gadu-gadu, bo mnie kuzynka atakowała, na skype mam wyłącznie żywe znajomości, to samo na facebooku. Nawet chętnie pogadam od czasu do czasu, ale na Boga!  muszę mieć o czym. Jeśli widzę człowieka codziennie, na schodach, przed domem, na parkingu a nie jestem z nim na tyle blisko by opowiadać o sprawach osobistych, to co na boga mam odpowiadać na zadane na facebooku pytanie „jak się masz w ten deszczowy dzień”  albo coś w tym stylu niemal za każdym razem jak otworzę facebooka? Jasne, korona mi z głowy nie spadnie jak odpowiem „dziękuję, dobrze”, ale to bez sensu wg mnie. Nie jestem dobra w rozmówkach, nigdy nie byłam. Międlenie językiem dla samego międlenia mnie nuży, irytuje bo nudzi śmiertelnie. 
No, mówię, że aspołeczna jestem. I lubię siebie taką. I dopuszczam myśl, że nie każdy musi mnie lubić taką, aspołeczną, że niektórym mogę się wydawać nieuprzejma, zadzierająca nosa i wielka pani z zagranicy. A mnie czasem naprawdę irytuje brak hamulców w ludziach. O. 

 

Villa i bandy – z kronikarskiego obowiązku

W oczach laika …

W oczach laika (takiego jak ja) bandy to skandynawska kompilacja piłki nożnej i hokeja. Z piłki nożnej wzięto boisko, duże bramki i większość zasad gry – spalony, rzuty rożne, rzuty karne, czas gry oraz cel czyli wbicie piłki do bramki przeciwnika. Z hokeja wzięto łyżwy i kije, tylko tu kije mają nieco inny kształt. Przedmiotem walki jest tak jak w piłce nożnej piłka, ale nie większa od hokejowego krążka. Bramkarz nie ma kija, ale na nogach ma ochraniacze jak hokejowy bramkarz. Wikipedia mówi, że drużyna liczy zwykle 11 zawodników. Za przewinienie zawodnik może zarobić kilka minut na ławce kar. Mecz trwa  dwa razy po 45 minut.
Tyle dowiedziałam się wczoraj wieczorem na meczu naszej miejscowej Villa z drużyną z Broberg.
Nasza Villa w ostatnich sezonach osiąga całkiem dobre pozycje w szwedzkiej ekstraklasie, teraz jest na samej górze słupka, więc naturalną koleją rzeczy drużyna i mecze cieszą się coraz większą popularnością.
Miasto, do spółki ze Sparbanken oraz innymi, pomniejszymi sponsorami trzy lata temu wybudowało nowoczesną halę do gry w bandy ( i nie tylko naturalnie).  Wczoraj na widowni było pond trzy tysiące ludzi i nie czuć było tłoku. Część ludzi miała szaliczki i koszulki Villa, siedzieli grupkami i głośno dopingowali chłopaków. Część ludzi, tak jak ja, przyszła popatrzeć za darmochę, bo firma wynajmująca nam mieszkania obchodzi jubileusz i z tej okazji fundnęła lokatorom mecz. Co nie znaczy żeśmy nie dopingowali, nie oklaskiwali bramek i nie wydawali okrzyków zawodu.
Wygraliśmy…chyba 4:2. 
Ale ja jednak wolę siatkówkę. Boisko mniejsze, piłka większa, ludzi mniej, zasady prostsze – łatwiej oglądać. 
Choć bandy ma swoje ciekawe strony… 

Epitafium dla …

Jacek Kaczmarski w …

Jacek Kaczmarski w Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego śpiewał:


Do mnie nikt nie wyciągnie okrutnych rąk
mnie nie będą katować i strzyc
dla mnie mają tu jeszcze ósmy krąg,
ósmy krąg w którym nie ma już nic.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to samo spotkało Przemysła Gintrowkiego.
Nic.
Wzmianka małym drukiem na gazeta.pl, kilka zdań i zdjęcie na natemat.pl. Na inne, jeszcze bardziej rozrywkowe serwisy nie patrzyłam.
Może i politycznie nie tam gdzie obecnie należy, może odlegle od mody, może za ambitnie i za mało komercyjnie tworzył. Ale jego muzyka to kawał polskiej historii.  A on sam był tej historii żywym uczestnikiem razem z Jackiem Kaczmarskim. A poza wszystkim był niezwykłym kompozytorem, który potrafił w swej muzyce przekazać najrozmaitsze emocje. Miał niesamowitą charyzmę, to co wykonywał i jak to wykonywał zapadało w serce na zawsze. Do dziś pamiętam dreszcze, które mną trzęsły wiosną 1990 roku na jedynym jego koncercie jaki dane było mi przeżyć.
Nie będę tu odwoływała się porównań co cieszy się większą popularnością mediów, kto i jakiego rzędu „artyści” ,bo ustawianie go w jednym rzędzie z nimi, nawet na papierze po prostu uwłacza jego twórczości. I tym kontekście myślę sobie, że to może jednak lepiej, że tak, że po cichu skwitowano, że odszedł. Kto znał jego muzykę, dla kogo jego twórczość coś znaczyła i kogo jego odejście coś obchodzi ten i tak się dowiedział. Zapali w cichości świeczkę i poświęci mi krótką chwilę.

Pomódl się, pomódl za Jesienina
przeżegnaj wszystkie dalekie drogi
wychyl wieczorem czareczkę wina
ostatnie grosze rozdaj ubogim.

Słyszysz jak woła każdego ranka
wiatr myszkujący po połoninach
leci w dal w wiatrem rżenie bułanka
pomódl się, pomódl za Jesienia

 

8:15

a za oknem ciemno. No…

a za oknem ciemno. No może nie całkiem mrok, świt. Grube chmury są też w pewnym stopniu winne temu co za oknem, ale jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: nadszedł czas rannego mroku i wczesnych wieczorów. Czas świeczek, lamp solnych i wełnianych skarpet. Gdyby nie tylko nie ten uporczywy deszcz…Pada 6,5 dnia w tygodniu. Nie pamiętam jeszcze tak deszczowej jesieni tutaj. Szaro, szaro, szaro. Prawie czuję jak między palcami wyrastają mi błony, a za uszami tworzą się skrzela. Na dodatek i całkiem realnie odczuwam boleści we wszystkich stawach ze szczególnym uwzględnieniem newralgicznego barku oraz prawego nadgarstka. Imbir, dodawany do herbaty już codziennie, nie skutkuje. Dłuższe czytanie jest wykluczone, bo ból nie daje zbyt długo trzymać książki.

Mieszkanie Ingrid (tej od kota Rasmusa) stoi puste. Ale podobno tam, gdzie teraz mieszka pozwolili jej wziąć kota. To powiedział Göte, nasz sąsiad z drugiej klatki, zwany przez nas Gadułą. Ten, który dwa tygodnie temu był u nas na kolacji.  Ostatnio przybiegł z zaproszeniem na 3 listopada do nich.  No to będziemy się gościć znowu. Mąż się znowu robi miny, choć zaraz po ich wyjściu stwierdził zaskoczony, że było fajnie. Mnie też nie cieszy jakoś nadmiernie perspektywa kilku godzin w towarzystwie mało znanych mi ludzi i używania wyłącznie szwedzkiego.
Zdziczeliśmy przez ostatnie dwa lata, kiedy to nie za bardzo był klimat do spotkań towarzyskich w naszej rodzinie. Nasz ulubiony sposób na czas wolny to każde z nosem we własnym komputerze, każde w innym pomieszczeniu. Tak naprawdę nie można. Trzeba się choć odrobinę zsocjalizować, bo obcowanie z innymi zawsze coś wnosi do życia a na pewno pomaga wprawiać się w języku. M. niby się ze mną zgadza, ale wzdycha ciężko, aż mnie czasem irytuje.   
A tymczasem nurtuje mnie dylemat kto zajmie miejsca po Ingrid i modlę się w duchu, żeby to tylko nie była jakaś młódź co będzie w każdy weekend łomotać muzyką po uszach tak, jak to było w poprzednim mieszkaniu. Kilka dni temu wyprowadzałam Kocia na spacer. Wyprowadzanie odbywa się tak, że najpierw Kocio siada pod drzwiami i miauczy. Miauczy i miauczy. O różnych porach dnia to robi, jak mu się przypomni, więc czasem bywam w piżamie, prosto z łóżka, a czasem prosto od kuchni, w fartuchu. Więc muszę choćby garnek z palnika zdjąć, albo jakąś bluzę na siebie naciągnąć. A ten miauczy. Wreszcie otwieram mu drzwi, Kocio wystawia ostrożnie nos. I czeka. Ja w tym czasie schodzę kilka schodków niżej, otwieram mu drzwi na dwór, wracam, staję na przeciwko i tłumaczę jak komu dobremu, że nikt go nie zje, że nikogo nie ma, że to co tak bębni to deszcz o świetlik na ostatnim pietrze, a to co stuknęło to drzwi u sąsiadów, że samochody przecież jeżdżą po ulicy a nie po chodniku koło wyjścia. Kocio siedzi, węszy, namyśla się. Czasem łaskawie wyjdzie na dwór, a czasem tylko schodzi na schodki przed drzwi, wystawia nos i natychmiast zwiewa, bo jego siódmy zmysł mówi mu, że powinien. Ostatnio, kiedy tak zwiał do progu mieszkania, chwilę potem zza rogu wyszedł jakiś mężczyzna i skierował się do naszej klatki. Kocio wiedział, zanim go zobaczył. Kilka dni,  po południu gdyśmy tak odprawiali nasz codzienny ceremoniał Kocio zatrzymał się w półschodka bo pod drzwiami zmaterializowała się pani z panem. Tacy na oko po pięćdziesiątce. Naturalnie natychmiast zaciekawił ich ogromny, czarno biały kocur i zaczęli pytać co to za rasa. Po czym zapytali czy mieszkam gdzieś na górze więc wskazałam swój balkon. A czy tu się dobrze mieszka, czy spokojnie, czy sąsiedzi dobrzy, bo oni przyszli mieszkanie oglądać. Kocio w między czasie przesmyknął się między ich nogami i poszedł sprawdzić co jest w tych wielkich donicach, które kilka dni temu się pojawiły. Zachwaliłam mieszkanie, sąsiedztwo, okolicę, zgoniłam Kocia z donicy bo przymierzał się do obgryzania wrzosu i pogadałam jeszcze chwilę i wróciłam do domu. Chwilę potem usłyszałam głosy na klatce i poczułam ocieranie się Kocia o nogę. I tak sobie myślę, że jeśli Kocio się ich nie bał, to może to jacyś sympatyczni ludzie i warto trzymać kciuki, żeby to mieszkanie wzięli.
Dlaczego koty się nie spieszą? Bo mają 9 żyć. A dlaczego tyle ? Dlatego:

Misia też chce zmienić mieszkanie, ale stwierdziła, że tak blisko to by nie chciała mieszkać. Ona nie, ale Zozolek pewnie byłby szczęśliwy. 
…ale to opowieść na inny dzień.
 Tymczasem jest 9, a za oknem nadal szarówka.

Znów powiecie, że się czepiam…

ale jak na Filmwebie,…

ale jak na Filmwebie, ktoś w komentarzach pod filmem pisze „mi się nie podobał” to coś mi się robi. I mam chęć wpisać taki bzdurny dialog:

– Tato, ktoś się ciebie przygląda
– Nie ciebie tylko tobie
– Mi ??! 
– Nie mi tylko mnie
– No przecież mówię, że ciebie. 

Bo:

– … nie mówi się „ino”
– Ino jak?
– Ino tylko 

——
Tak wiem, czepiam się.