I cóż, że z Polski – ciąg dalszy

W Polsce …

W Polsce brakuje mi mobilności. Powinnam przywieźć tu sobie rower, wtedy mogłabym łatwiej przemieszczać się w poszukiwaniu miejsc.
Tylko ten przeraźliwy tłok na drogach. I ludzie jeżdżący jak szaleńcy. Ciężarówka mknąc przez wieś z prędkością daleką od 50km/h.
Auto z rodziną wjeżdżające na remontowaną drogę na czerwonym świetle i  jeszcze na tej drodze wyprzedzające innego szaleńca.
Motocyklista, nawiasem mówiąc prawie członek rodziny, siadający na motor po spożyciu albo przynajmniej na ciężkim kacu.
O tych, co się pchają na trzeciego, tych ścinających zakręty, oraz tych co mkną po dziurawej, krętej drodze na złamanie karku już nie wspominam, bo to szokuje już chyba tylko nas – przybyszy z krainy „gubbe* zatrzymuje się przed każdym skrzyżowaniem i kilka minut czeka na decyzje tego po drugiej stronie” .
Przeraził mnie jeszcze fotelik, w jakim wożona jest Zuzia. Jezus Maria! Czy jest w Pl możliwość wypożyczenia fotelika? Bo ten, którego używa Zuzi ojciec w PL to fotelik dostosowany bardziej dla małych dzieci. I to taki sprzed co najmniej lat 15. Niestabilny, przypinany do siedzenia pasem idącym poprzez siedzące dziecko! Już wiem dlaczego usłyszałam o wypadku w którym pas obciął dziecku głowę! W szmateksie widziałam podobny i już wiem skąd się wziął. To już naprawdę bezpieczniejszy byłby pierwszy lepszy z hipermarketu przemysłowego! One przynajmniej mają współczesne atesty i inny system mocowania!
Nasz, polecany i atestowany przez Volvo, nowy, kupiony specjalnie do transportu Zuzi,  został w Szwecji, bo przecież w drodze powrotnej zabieramy gości. Tak, drogi był, wzięty na raty. Nie, nie wahaliśmy się ani chwili, bo Zuzia to najdroższe co mamy.
Zastanawiam się skąd w ludziach to przekonanie, ta naiwna wiara „a, nic się nie stanie”. Przecież wypadki są tak codzienne na polskich drogach, ale każdy myśli, że jego to nie dotyczy. Będę jechał ostrożnie – myślą sobie. Nie myślą, że naprzeciwko mogą spotkać szaleńca, który też uważa, że jazda na przeciwległym pasie, z prędkością 140km/h to jazda ostrożna. Chyba wolę jednak sposób jazdy na „gubbe”.

Wczoraj deszcz.
Krążyłam po Miasteczku szukając fryzjera, który mnie przyjmie. Było chłodnawo, powietrze świeże, oczyszczone przez popadujący drobny deszczyk, który naraz zmienił się w ulewę. Krople waliły o ziemię tworząc bąble na kałużach. Ulice spływały potokami wody. Stałam pod jakimś daszkiem, obok wiaty pokrytej blachą falistą. Deszcz bębnił o drewniane okapy, o tę blachę, powietrze się rozpachniło. Mogłabym tak stać długo jeszcze, ale deszcz ustał. Weszłam do szmateksu, a gdy wyszłam po strumieniach wody ni śladu.
Dałam sobie spokój z fryzjerem. W pomieszczenia wdarła się wilgoć co w połączeniu z zatrzymaną temperaturą dni ostatnich robiło saunę parową. Niekomfortowa atmosfera do bliższych kontaktów fizycznych.
Jadę zaraz na wieś.
Mój kolega Antoni inauguruje dziś przydomowy basen. Będzie „Twisting by the pool”. Będą drinki w wisienką, zamiast parasolki. Bezalkoholowe. Antoni ma bowiem lat 7. Przy okazji muszę mu pokazać jak się pobiera załączniki z maila. Może jego rodzice będą w końcu mogli oglądać zdjęcia normalnie a nie przez maila. Zrezygnowałam z cywilizowania Wieśniaków.

Ach! I jeszcze coś!
Wieczorem, przy zachodzącym za lasem słońcu usiłowałam zrobić jakieś zdjęcia.
Koło mnie kręciła się dwójka dzieci na rowerach.
– Dżastin, poczekaj! – wołała dziewczynka.
– Przepraszam…a czemu pani robi zdjęcia? – odważył się wreszcie chłopiec. Dżastin. A może Dastin.
– Pani na pewno robi zdjęcia dla ładnych rzeczy – wyjaśniła dziewczynka.
– A pani mówi po polsku czy jeszcze w jakimś innym języku? Po szwedzku? A po niemiecku?
– A skąd pani jest? Ze Szwecji? A to nie wiem gdzie leży. Geografia? Nie wiem czy mam…Zaraz…To takie co się uczy o ziemi? A to coś mam takiego, ale my tylko o Niemcach się uczymy.
– Przepraszam, ja wiem, że dorosłych nie powinno się o to pytać, ale ile pani ma lat?
– A dlaczego pani robi zdjęcia. Nie, nie dlaczego. Dla czego?
– Tak jak powiedziałaś – odpowiedziałam i na to – Robię zdjęcia temu, co mi się podoba. Temu, co chciałabym zatrzymać. Temu co lubię. Zobacz, teraz jest lato, gorąco. Kiedy przyjdzie zima, będzie szaro, zimno i smutno. Wtedy otworzę album i będę znowu mogła popatrzeć na lato. Mogę ci zrobić zdjęcie? Dziękuję. Widzisz? Jak przyjdzie zima to i naszą rozmowę sobie przypomnę.
– Ale ja brzydko wychodzę na zdjęciach – zmartwiła się.
– Wcale nie, jesteś śliczna i na zdjęciu też, sama zobacz.

Czy ja mówiłam, że nie znoszę dzieci?  

 

*gubbe – szwedzkie słówko oznaczające staruszka, człowieczka, gostka. Można mówić „gammal gubbe” wtedy to jest staruszek, ale pieszczotliwie, dzieci w przedszkolu wołały gubbe na ludzika lego.



I cóż, że z Polski tym razem

29 lipca
Od …

29 lipca
Od prawie dwóch miesięcy w Miasteczku trwa upał i prawie nie padało. Wszystko jest żółte, drzewa wyglądają jak w połowie września.
Z nieba leje się żar.
W Olsztynie jest jeszcze gorzej.
Nie ma wielkiego jeziora na końcu ulicy, nie ma gdzie się schować. Wczoraj cały dzień na wsi, mały spęd towarzyski. Dom, nawet najlepiej chroniony, pozamykany, z dachem dająe wicym cień dookoła, z grubymi murami. Nawet w takim domu upał daje się we znaki. Kamienie na schodach…parzą. Noc też gorąca. I za krótka by choć trochę obniżyć temperaturę.
W Olsztynie spadł dziś deszcz. Wielkie krople padały z nieba i momentalnie wysychały. Zaraz za tablicą obwieszczającą koniec miasta deszcz ustał.

Byłam u ortopedy.
Zapomniałam płyty z RTG! Psia krew!
Lekarz postury niedźwiedzia. Mało przyjemny. Niekontaktowy. Pozwolił mi na dwa zdania wyjaśnienia co się stało. Ujął moją stopę i zaczął naciskać. Spojrzałam. Upał. Sandały. Stopa nie tchnęła świeżością. Miał zamknięte oczy.
– Tu boli?
– Tu ?
– A tu?
– Ałaaaaaaaaaaaaaa! – zawyłam. Wprawny palec trafił w miejsce, o którym dotąd nie wiedziałam, że mam i że może boleć.
– Acha. Podejrzewam, że tu było złamanie – TU to zewnętrzna krawędź stopy, mniej więcej w części środkowej.
– Gapa ze mnie, że zdjęcia nie wzięłam- pokajałam się – Ale opis mówił, że nie ma złamania.
Ugniatał mi dalej stopę.
– Gapa- zgodził się. – Jakbym ja czytał opisy to bym na chleb nie zarobił.
Sięgnął do szafki.
– But poproszę. Trzeba wyszpotawić to odciąży ten bolący odcinek.
Położył wkładkę.
– Pochodzić. Niewygodnie? Uwiera? Czuć dyskomfort?
– No. To tak ze 12 tygodni z taką wkładką. Drugą pani sobie włoży do innych butów. Rozliczy się pani w rejestracji. Do widzenia.
12 tygodni. Pomoże? Zobaczymy.
Przypomniała mi się scena z Wielkiej Majówki. Rewiński w roli kapitana statku pływającego po Wiśle, snującego opowieści wilka morskiego.
A potem inna scena. Rewiński:
– Wyspy Bahama…trójkąt bermudzki…Panie, ja w życiu w Szczecinie nie byłem.
Kurtyna.
Gorąco.
Głowa boli nieprzerwanie.

31 lipca

Wczoraj spotkanie z Zuzią po dwóch, nie, po trzech tygodniach niewidzenia się. Malutka rzuciła mi się w ramiona ze słowami
-Tęskniłam za tobą.
A potem roznosiła samochód szczęściem i gadaniem.
Potem oczywiście zwyczajowa próba sił. Więc trzeba było użyć tak zwanego autorytetu czyli leciutko huknąć.
Objazd Warmii przy okazji wizyty w Galinach.
Niebo ciężkie, burzowe. Słońce smagające ziemię jak batem. Pył. I wyschnięte na żółto wszystko wokół.
W Galinach wspięłam się na wysoki pagórek. Pagórkowata perspektywa.
Złota, pofalowana linia pola, wijąca się wokół piaszczysta droga a dalej soczysta zieleń i błękit jeziora. Poszłabym…
Widok tak piękny, że chwyta za serce. Warmiński. Jedyny.
Tylko ten upał.
Prawie nie wyjmuję aparatu. Nie mam siły. Niewiele widzę tych cudów, za którymi tęsknię w płaskiej, nieprzyjaznej Szwecji.
Głowa domaga się zmiłowania.
Chyba zacznę chodzić w kapeluszu na ulicy. Ludzie powiedzą, że rżnę damę, że mi zagranica w główce pomieszała. Już pewnie tak mówią, bo stałam się nieczuła na fałszywe, wymagane konwenansami uśmiechy i pogaduszki.

Spotkany na wsi Jacek jest człowiekiem, który ma bardzo duże znaczenie w środowiskach terapii uzależnień. Czy to jakiś znak?
Ale jego żona…Ach!
Ten spokój, ta łagodność. I uroda. Marysia Gładkowska żywcem zdjęta z ekranu. …Mogłabym się „zakochać”. Ciekawi mnie.
Dziś pochmurno. Popada?
Padało na wsi wczoraj. Spokojny deszcz trwał może z półgodziny. Prawie słyszałam jak umęczona ziemia drży z ulgi. Powietrze zrobiło się słodkie. Krwiopijcy wyszli na żer.
W Miasteczku znowu nie spadła ani kropla.

O co chodzi z tym internetem???
Kupiłam „gwizdek”. Kartę Orange, wykonałam zalecane operacje…0,5 GB zeżarło mi w 10minut. Następnego dnia doładowałam za 10zł. Miałam mieć 125 MB. Poszło w minut 8.
W obu wypadkach to samo: otworzyłam gmaila i facebooka. Wrzuciłam jedno zdjęcie o wielkości ok. 100kb. Nie rozumiem. 

 Zresetowałam komputer, bo może w tle coś ściąga albo wysyła?

PS.
Nowa karta, inny operator, działa.
Popadało i daje się oddychać. Pierwszy od dawna dzień bez tabletki na ból głowy.


Wszechświat mnie nienawidzi czyli pechowca specjalnej troski przypadki

Nie jestem pewna czy …

Nie jestem pewna czy dam radę to opisać, czy złość nie zaleje mnie znowu tak, jak za każdym razem gdy przychodzi mi wykonać kolejny krok. Ale czuję się w obowiązku bo bez tego opisu moje zrzędzenia są tylko zrzędzeniem rozpuszczonej w kapitalizmie baby.
Możliwe, że wyjdzie z tego serial.
Zaczęło się rok temu…
Nieeee. Zaczęło się dawniej. Po pożarze. Postanowiliśmy z mężem wykupić ubezpieczenie mieszkania. A ponieważ ja wtedy nie pracowałam, pomyśleliśmy, że dobrze byłoby wykupić też prywatne ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków dla mnie.
Nasz szwedzki był wtedy daleki od swobodnego, rozmowy telefoniczne mnie przerastały więc wybór padł na firmę mającą biuro w naszym mieście, bo jak wiadomo cztery oczy to się człowiek nawet na migi dogada.
Wizyta była krótka. Powiedzieliśmy co chcemy, podaliśmy personnummery, ustaliśmy jak często chcemy płacić i już. Wybraliśmy standardowe umowy, które nie wymagały ani jakichś specjalnych badań lekarskich czy jakiegoś innego orzecznictwa. 
Płaciliśmy i czuliśmy się nieco bezpieczniej, bo w razie czego polisa jest. Może nie za wielka, ale zawsze; koszty kolejnego pożaru pokryje.
Rok temu uszkodziłam stopę. Dla tych, którzy wtedy nie czytali wyjaśniam: wsiadałam na rower, uciekł mi pedał i zamiast tego przydzwoniłam stopą na płask o asfaltowe podłoże z całym impetem.
Teraz już rozpoznam szok adrenalinowy, ale wtedy doznałam go po raz pierwszy i nie mogłam zrozumieć czemu dzwoniąc na pogotowie umieram…ze śmiechu jednocześnie dławiąc się łzami. Rentgen nie wykazał złamania.

Do pracy u piłkarzy wróciłam po trzech dniach: jeździłam skuterem, parkowałam go pod domem lub pod samym  biurem, w biurze siedziałam. Przejście kilku kroków nie było problem, ale trzy schodki przed klatką schodową i siedem przed biurem urastały do Mount Everestu. Ze sprzątaniem było jeszcze gorzej. Po dwóch tygodniach zwolnienia, naciskana przez szefów i koleżankę, wróciłam gdy tylko mogłam przestać używać zuzinego krzesła w charakterze drugiej(?) trzeciej(?) nogi. Po pięciu dniach pracy stwierdziłam, że chyba pomylona jestem. Chodzić nie mogę, co z tego że na maszynie mogę siedzieć, ale czasem z niej musze zsiąść choćby po to, by podnieść coś dużego, czego maszyna nie zassie. Zaciskam zęby, płaczę z bólu i pracuję? Chyba mnie porąbało!
Poszłam do lekarza po zwolnienie i pomoc bo obiecywali mi, że po już 2 tygodniach będzie okej. Minęło trzy i nie było. Potem z dwóch zrobiły się cztery tygodnie (wiesz, to jednak była poważna kontuzja). Potem z czterech sześć ( ale ty naprawdę mocno uderzyłaś, a stopa ma też i miękkie części) a z sześciu osiem ( to wymaga czasu).
Wciąż pytałam ile i czemu to tak długo, czy może jakaś rehabilitacja, konsultacja? Oni kiwali głowami, i mówili to co wyżej w nawiasach. Wreszcie doktor, naciskany przeze mnie, zdecydował się na…kolejny rentgen.
– A może jeszcze do ortopedy? – zasugerowałam.
Zgodził się podejrzanie ochoczo. Dopiero jak poszłam umawiać się na wizytę tam, gdzie wskazał mi list otrzymany od lekarza zrozumiałam ochoczość.
Nie lekarz ortopeda a serwis ortopedyczny. Wkładkę mi tam mają zrobić. Wkładkę? Wytrzeszczyłam oczy. Mnie najbardziej bolał grzbiet stopy to na grzyb mi wkładka?  Ustabilizuje ci stopę – usłyszałam.
Tu będzie dygresja.
Moja blogowa koleżanka mieszkająca w Polsce z różnych powodów wybrała się do osoby dobierającej wkładki. Tak wyglądała jej wizyta:
Boso stanęłam na specjalnej macie podłączonej do komputera. Potem przechodziłam tam i z powrotem starając się nadepnąć na nią raz jedną , raz drugą całą stopą(…)Potem boso bieżnia. Idę powoli, potem trochę szybciej a pani podolog uważnie obserwuje moje stopy i całe nogi. (…)
Decyduję się na wkładki w wersji tańszej czyli do butów sportowych. Po wyjęciu wkładek pierwotnych , wkładki ortopedyczne mieszczą mi się do paru par sznurowanych butów.
Jak powstają takie wkładki?
Nadal boso staję na zdezynfekowanych grubaśnych jakby gumowych poduchach. Stopy zagłębiają się lekko w te poduchy. Mam podwinięte powyżej kolan spodnie. Pani podpompowuje poduchy i układa mi nogi: kolana , łydki, ustawia w prawidłowych (dla mnie dziwnych) pozycjach, potem skupia się na stopach. Upycha pod nie materiał poduch aby nadać im kształt moich stóp, ale w prawidłowej pozycji. Stoi mi się zupełnie inaczej, jakby „nienaturalnie”.

Gdy jest zadowolona z efektu, coś przy poduchach włącza i one zastygają zachowując nadaną im formę. Schodzę z nich, a ona wyjmuje z podgrzewarki wkładki, kładzie je w zagłębieniach stworzonych przez moje stopy i każe mi na nich stanąć. Są przyjemnie ciepłe. Stoję chwilę dopóki nie ostygną i nadaję im swoim obciążeniem kształt moich własnych stóp, jednak skorygowanych do prawidłowych pozycji od spodu przez poduchy.
Potem pani zabiera wkładki i wychodzi podoklejać pod spód różne tworzywa utrzymujące zadany im kształt. Po 20 minutach wychodzę z wkładkami.
No dobra, gwoli ścisłości- to był prywatny gabinet a nie na NFZ. No, Szwecja taka nowoczesna, taka socjalna, to można by się było spodziewać…ja wiem? Chyba co najmniej czegoś podobnego.
Otóż nie, Marianie! Było tak:
Stanęłam boso na jakieś masie jako żywo przypominającej syntetyczny pumeks i zapadłam się w nią po kostki. Potem zeszłam i kazano mi przyjść za czas jakiś (nie pamiętam czy tydzień czy dwa dni). Gdy przyszłam wręczono mi gustowne, gipsowe odlewy moich stóp.Na przyszłość. A chwilę później wkładki. Grube, sztywne, ciężkie jak wyrzut sumienia!  Włożyłam je do trampek w których przyszłam i powlokłam się do domu. Do domu od pracowni mam jakieś 10minut piechotą, wolnym spacerem. Kiedy doszłam, nogi miałam jakbym maszerowała cały dzień w ciężkich buciorach. Kilka razy jeszcze próbowałam używać wkładek, ale but obciążony nimi stawał się ciężki i sprawiał większy ból na obolałym grzbiecie stopy. Po kilku próbach gdy próbowałam z zaciśniętymi zębami przyzwyczaić się do nich, pizgłam wkładki w kąt. Szybciej bym chyba przywykła do chodzenia w dybach. 
W międzyczasie lekarz dostał wynik kolejnego prześwietlenia, po czym wystosował do mnie kuriozalne pismo o treści „Ponieważ kolejne prześwietlenie nie wykazało żadnego złamania to ja już nic więcej nie mogę ci pomóc”. W związku z powyższym lekarza też sobie odpuściłam, bo trzeba mieć zdrowie, żeby łazić do lekarza wiedząc, że jedyne co ci zaleci to żeby wziąć ipren.
W tym samym czasie wystąpiłam też do ubezpieczyciela o odszkodowanie. Noga boli, puchnie, straciłam na zwolnieniu lekarskim, nie wiadomo co będzie dalej, ewidentnie poniosłam jakiś uszczerbek na zdrowiu.
Ubezpieczyciel odpowiedział, żebym zgłosiła się pół roku po zakończonym leczeniu.
A właśnie nosiłam się z zamiarem pozbycia tego ubezpieczenia, bo z racji przynależności do związku zawodowego urzędników mogłam podlegać innemu, nieco lepszemu ubezpieczeniu NW za tę samą niemal kwotę. No więc postanowiłam jeszcze zachować oba przez najbliższy rok.
Odczekałam skrupulatnie odpowiednią ilość miesięcy, potem się nieco kotłowało u piłkarzy, więc nie miałam czasu się tym zająć, wreszcie wypełniłam wniosek i sama, osobiście pod koniec maja zaniosłam do biura ubezpieczyciela.
Minął tydzień. Potem kolejny i kolejny. Na początku tygodnia siódmego poszłam zapytać o co chodzi?
Pan popukał w klawisze i oznajmił mi, że w piątek wysłali (albo dostali, bo nie zrozumiałam) zaświadczenie od lekarza.
W tym czasie nóżka dawała coraz bardziej popalić. Niewielka opuchlizna przestała znikać, a noga rwała jak opętana, szczególne w dni deszczowe. A właśnie takie nastały. Czekając na decyzję ubezpieczyciela zinwentaryzowałam buty.
Ciężkie gumowce, lekkie sandałki na dwóch paseczkach, miękkie mokasyny, stare, ale całe czerwone półtrampki oraz jedne, jedyne pantofle na wyższym nieco obcasie mogę oddać w dobre ręce. Mogłabym dorzucić jeszcze skórzane kamasze zimowe wykładane prawdziwym futrem, bo z nich wyrosłam wszerz ową stopą, ale kocham je miłością od pierwszego wejrzenia a miłość to jak wiadomo ból.
Minął kolejny tydzień. I któregoś późnego wieczoru po prostu napisałam maila do Ubezpieczyciela Kwatery Głównej. Że prawie dwa miesiące temu złożyłam wniosek. I czy ktoś wreszcie mógłby się tym zająć? I ile jeszcze mam na to czekać?
Nazajutrz zadzwonił jeden pan.
– Zgłaszałaś szkodę? – zapytał mnie. Potwierdziłam.
– A co to za szkoda, opisz ją – poprosił uprzejmie. No więc zaczęłam opowiadać…
– Ale co ty właściwie uszkodziłaś? – przerwał mi.
– Nogę. Stopę. Prawą stopę.
-…yyy…nogę??? Nie samochód? Bo ja od szkód samochodowych jestem
– Czy ty widzisz moje podanie? – zapytałam
– Nie, no właśnie nie…
Poprosił, żebym mu opowiedziała co się stało, wysłuchał, obiecał że się odezwie. Godzinę później zadzwonił inny. Czy zgłaszałam szkodę i jaka to szkoda. Wieść o tym, że chodzi o moją osobistą stopę jakby go zaskoczyła.
Zaczęłam odnosić wrażenie, że ubezpieczyciel nie spodziewa się, że ktoś kto ma ubezpieczenie NW zechce go użyć w przypadku innym niż śmierć ubezpieczonego.
Okazało się jeszcze, że na dodatek ten pan też nie widział mojego zgłoszenia ani nic nie wie o tym, że już się ze mną kontaktował jego kolega.
Godzinę później w odpowiedzi na mojego maila otrzymałam mail od niejakiej Almy, a w nim pytanie czy zgłaszałam szkodę, a jeśli tak, to jaką bo „z powodu błędu w obsłudze poczty przychodzącej jeszcze nie dostaliśmy twojego podania”  .
Z furią zalewającą mi oczy wysmażyłam tekst w którym opisałam nie tylko zdarzenie, ale też to co teraz. Że na dobrą sprawę ani praca sprzątaczki na pełen etat, ani żaden sport ani nawet jakikolwiek dłuższy spacer nie wchodzi w grę bo stopa boli i puchnie. I że to chyba wystarczający powód żeby żądać odszkodowania.
Alma odpisała, że w takim razie rozpoczyna procedurę ustalenia stopnia inwalidztwa.
Dziś przyszedł list, z którym udałam się do ośrodka zdrowia by zabukować wizytę u lekarza, który oceni jaki uszczerbek zdrowia poniosłam.
Myślicie, że się zdziwiłam jak mi recepcjonistka powiedziała, że poszuka wolnego terminu po 10 sierpnia? Wcale. Bo przecież urlopy są, w przychodni dyżuruje tylko 1 lekarz.
Ciąg dalszy nastąpi…
   


 
 
  



Rzeczywistość puka

Mieszkanie a raczej …

Mieszkanie a raczej pokój zaklepany, czekamy na  pisemny kontrakt. Przybiliśmy piątkę z 65-letnią gospodynią pochodzącą ze Sri Lanki niemal jak jak woźnice na targu co plują w dłoń. Myśmy nie pluli, ale  z obu stron padło przyrzeczenie. Mam nadzieję, że nic się już nie odmieni.
Mieszkanie leży w Husby, pięć minut od stacji T-bana ( co to jest? metro?). Wg google map 50min jazdy od Uniwersytetu.
Uniwersytet zlokalizowaliśmy.
…Czy wy w ogóle wiecie o czym ja piszę? Pisałam, że Yanki idzie na JĘZYK CZESKI na Uniwersyet w Sztokholmie i że musieliśmy mu znaleźć dach nad głową, a akademik nie jest tak od ręki? I że po tygodniu śledzenia ogłoszeń, pisania, dzwonienia, rozmawiania w różnych językach w końcu udało się nam zaklepać dwa pokoje, których właściciel obiecał nie oddawać nikomu nim my ich nie obejrzymy?
No i wczoraj właśnie pojechaliśmy do Sztokholmu. Pani ze Sri Lanki była pierwsza, Yankie stwierdził, że dla niego spoko, on bierze, gospodyni spodobał się Yankie (no, zdziwiłabym się, gdyby nie) więc do drugiej pani nie pojechaliśmy, zadzwoniłam tylko, podziękowałam i wytłumaczyłam się.
Dzięki temu zyskaliśmy luz w planach na dalsze działania.
Oczywiście pierwsze kroki były na Uniwersytet.
No a potem wędrowaliśmy po mieście.
…Ludzie! Jaki Sztokholm jest piękny! Te kamienice pamiętające odległe czasy, przejścia, schody i łączniki przerzucone nad brukowanymi ulicami, masa zieleni, Sztokhlom tonie w zieleni! Pamiętajcie, że mówię to ja: mieszkanka Warmii, prawie mieszkanka zadrzewionego Olsztyna!
Zatem Sztokholm jest piękny. Szczególnie ten w bocznych uliczkach, daleko od starego miasta. Czy stare miasto jest ładne? Nie wiem. Za dużo ludzi było, więc nie wiem. Za głośno i za gorąco.
Tam bym nie chciała bywać zbyt często…

A drodze powrotnej, przy zachodzącym czerwono słońcu, układałam listę umiejętności jakie jeszcze muszę Yankiemu przekazać oraz listę rzeczy potrzebnych. I nagle do mnie dotarło, że to już tylko miesiąc. I że to jest TAK daleko! A bilety drogie!
Nie będzie pogaduszek przy skrobaniu ziemniaków, nie będzie wspólnego oglądania zdjęć, nie będzie sztamy introwertyków( Yanki i matka) przeciwko ekstrawertykom (Misia i ojciec). I ..ten..no…Nijak mi.
Ja wiem, wiem. Tak trzeba. Może mu to tylko na dobre wyjść. Już pora. Nie na zawsze przecież. Jest skype i telefon. Są pociągi, Sztokholm to nie Australia.
Wszystko wiem. Ale.
Cholera!!! Dlaczego teraz kiedy się wreszcie zakumplowaliśmy! Dlaczego tak daleko?

A złośliwiec siedzi w środku i chichocze. Poczekaj, poczekaj, może wrócić szybciej niż ci się wydaje, tylko czy na pewno tego chcesz?

Nie, nie chcę. Jak zawali znowu studia to go zabiję. A potem zabiję jeszcze raz.

Słuchajcie. Padam na twarz bo wróciliśmy po północy a ja o 4:40 wstałam do pracy.
Ostatnie noce prawie nie spałam. I nie bardzo rozumiałam co się dookoła dzieje.
Dziękuję wszystkim za dobre słowa. Szczególnie Jadwidze i Beacie z Wystarczająco, bo one tu nowe są a dały mi tyle wsparcia. Was wszystkich ściskam. Serdeczne dzięki za cierpliwość do mojego marudzenia.
A teraz idę spać.

A bo tak jakoś cię, cholera, nie lubię

Macie tak, że jak …

Macie tak, że jak spotykacie nową osobę to obdarzacie ją z góry pewnym kredytem zaufania?
Ja tak mam.  Nowej znajomości daję szansę. Staram się być miła, powściągam moją skłonną do irytowania się duszę tłumacząc sobie, że nikt nie jest idealny i do każdego związku muszą się dopasować obie strony i że czasem wymaga to więcej starań i dłuższego czasu, ale warto. Spotykając nową osobę staram się być otwarta na jej potrzeby, na sygnały płynące z drugiej strony, żeby broń boże niczym nie uchybić i nie naruszyć wolności osobistej. Oczywiście sama swojej przestrzenie tez pilnuję, by nie dać pola więcej niż bym chciała. Tak czy siak staram się z całych sił. Najczęściej to działa. Z drugiej strony dostaję mniej więcej to samo i nawet jak znajomość nie iskrzy to możemy spotykać się bez obopólnej niechęci, co ma znaczenie szczególnie w sytuacjach przymusowych czyli np. w pracy czy w szkole.
Czasem, mimo najlepszych chęci coś jednak nie wychodzi. Czasem ktoś pozostaje obojętny na moje „uwodzenie”. Stawia ścianę, i choć jest uprzejmy to z daleko widać, że to tylko uprzejmość, za którą nic nie ma.ie daje.  Odpuszczam wtedy, no bo tak przecież bywa. Nie zawsze podobamy się tym osobom, które podobają się nam. Gorzej gdy od niemal pierwszej chwili czuję płynącą z drugiej strony niechęć, a czasem wręcz nawet złość. Staję wtedy ogłupiała, jak zapędzony w zabawie szczeniak, który wyrżnął głową o nogę krzesła. Potrząsa taki psiak głową i usiłuje zrozumieć co się stało. Dokładnie jak ja. Analizuję każde słowo, każdy gest. Staram się dociec przyczyny niechęci w sposób werbalny i niewerbalny, próbuję naprawić…Czasem się nie da. Czasem jest tak, że bez względu na to jak bardzo się staram ktoś przyjmuje pozę „a bo jakoś tak cię cholera nie lubię”. Bez powodu. Ot tak…
Nie jest to miła sytuacja. Wszyscy mamy w sobie potrzebę akceptacji. Ale ostatecznie można takiej osoby unikać. No, chyba że to koleżanka z pracy, z którą spotykasz się dzień, w dzień…

Taką osobą stała się dla mnie Szwecja ostatnio. Mam uczucie, że choćbym się nie wiem jak starała zawsze zostanę odtrącona. Nie dlatego, że jestem gorsza, nie dlatego, że czegoś mi brak. Nie. Ot tak sobie. Bo mnie jakoś tak, cholera, nie lubi. No nie lubi.
I wiecie co ?
Ja zaczynam nie lubić jej…

Kolejny rok za nami

Cztery lata temu …

Cztery lata temu zostałam babcią.
I jak dotąd – była to najlepsza rzecz jaka mnie w życiu spotkała.

Zuzia jest …Nie umiem nawet tego ubrać w słowa.
Każdego dnia dziękuję Stwórcy za to, że jest.
Czasem zapominam o tym. I wtedy dziękuję raz jeszcze.

Bezsilność

Mam taki stan…<br …

Mam taki stan…
Nie wiem jak to ogarnąć.
Nie mam pojęcia.
Szukamy z Yankiem mieszkania dla niego.
Mam wrażenie, że trafiłam w jakiś labirynt rodem z 12 prac Asterixa. Wiecie, ten w którym Asterix ma załatwić coś w jakimś urzędzie.
Oczywiście są mieszkania studenckie. Trzeba się zapisać w kolejkę. Kolejka liczy się w dniach kolejkowych. Przy wolnych mieszkaniach widzę ile osób zadeklarowało chęć posiadania oraz ile dni kolejkowych mają. Są tacy co mają ponad 1000! czyli wygląda na to, że zapisali się w kolejkę jeszcze chodząc do szkoły średniej. Dziwne jest to, że te 1000dni zobaczyłam przy mieszkaniach, o które ubiegać mogą się tylko studenci zrzeszeni w związku studenckim. Zapisał się w kolejkę i do związku w podstawówce czy I klasie liceum???
No ale ustawiliśmy Yankiego w tych kolejkach. OPtymistycznie wierzymy, że od przyszłego roku już będzie mógł coś sobie wynająć. Ale co teraz od 1 września? 
Sprawy nie ułatwia fakt, że do Sztokholmu mamy jakieś 500km więc byliśmy tam tylko raz i tylko 2-3 godziny. Nie znamy podziału administracyjnego a google map go nie pokazują. Nie wiem czy w Szwecji, w Sztokholmie  funkcjonują jacyś pośrednicy. Bo jak mam sprawdzić mieszkanie, które znalazłam poprzez ogłoszenie w gazecie czy portalu internetowym? A już od znajomych usłyszałam przestrogi, że ktoś wpłacił czynsz z góry oraz depozyt a kiedy przyjechał okazało się, że mieszkanie nie istnieje.
czuję jakbym waliła z każdej strony głową w mur. Yankie też przestaje to ogarniać i widzę, że  stresuje się ogromnie.
Nie znam nikogo ze Sztokholmu.
Znajomi znajomych ograniczają się do rad…oczywistych typu „no, bo to trzeba się wcześniej rejestrować”. Wcześniej?! Tam gdzie są typowe akademiki warunkiem jest potwierdzenie przyjęcia na studia! Jak do cholery wcześniej?! Nim dostanie zawiadomienie, że go przyjęli? Jak?
 
Wczoraj o północy po prostu się rozpłakałam. Z bezsiły. Z paniki, że nic nie znajdę, że się nie uda.

Do tego dochodzi moja osobista szarpanka z A-kassa. Nawet nie mam siły tego opisywać. Ale zaczynam rozumieć pewną Annę, która wyjechała ze Szwecji po kilku latach mieszkania tu, wypędzana żywiołową nienawiścią do systemu.
O stronie finansowej przedsięwzięcia już nawet nie chcę myśleć.
Krótko wygląda to tak:
Jeśli masz bogatych rodziców, to nie ma problemu.
Jeśli jesteś biednym imigrantem, pechowo nie pochodzisz z żadnego z krajów arabskich lub afrykańskich, a twoi starzy byli za głupi i wyjechali za późno żeby zgromadzić kapitał na twoje studia – to nie pchaj się na studia. Zadowol się pracą na mopie.

Chciałabym zakrzyknąć „Otóż nie, Marianie!” Ale nie mam siły.
Nie wiem co robić. I modlę się do Baśki. Była chrzestną Yankiego. Niech nam jakoś pomoże!

Ogłoszenia parafialne czyli czy leci z nam ktoś ze Sztokholmu

Od września Yankie …

Od września Yankie będzie się uczył w Sztokholmie.
Synek został przyjęty na…język czeski. Nie pytajcie co on będzie po tym robił bo jeszcze nie wiemy.
Szukamy pokoju do wynajęcia, nie musi być luksusowy, wiadomo – taki na studencką kieszeń. Przydałby się dostęp do kuchni, łazienki i pralni oraz internet. To chyba nie są wygórowane oczekiwania.
Może ktoś, coś…?

Więc pokrzycze jeszczę póki mam tę chwilę*

Wypełniłam podanie o …

Wypełniłam podanie o przyjęcie do partii. Do socjal-demokratów. Acha. No tak. Do szwedzkiej partii. I nie mylić broń Boże ze szwedzkimi demokratami!
Trochę w tym wyrachowania, w tym moim pomyśle. Może mi to coś ułatwi.
A trochę w tym potrzeby zawalczenia. Może idealistycznie, może ostatni raz w życiu.
Wyjechałam z Polski bo miałam dość tej rosnącej przepaści społecznej. Tego, że jedni „mają grosz powszedni a drudzy pełny miech”. Jak na ironię- miesiąc po moim przyjeździe do Szwecji wybuchł ogromny kryzys, który chyba dotąd trwa. Tak jak obserwowałam to w Polsce tak teraz widzę i tu: wyprzedaż albo emigracja przedsiębiorstw, co za tym idzie – redukcja miejsc pracy, a to z kolei prowadzi do zaniku klasy średniej w nieodległej przyszłości.
Już widać to w statystykach ogłoszeń o pracę.
Szuka się wysoko kwalifikowanej kadry menadżerskiej, lekarzy, architektów, inżynierów ze szczególnym uwzględnieniem informatyków-programistów.
Potem nie ma nic.
A dalej są: górnicy, murarze, ci od układania asfaltu, opiekunowie ludzi starych i chorych oraz opiekunki dzieci najmłodszych.
Najczarniejsza praca, najgorzej opłacana.

Dlaczego właśnie ta partia?
Bo mają duże szanse na przejęcie władzy w najbliższych wyborach.

Ja nie twierdzę, że się w tym odnajdę. Że zostanę pierwszą partyjną aktywistką. Z moimi skłonnościami do wycofywania się możliwe, że nawet słowem się nie odezwę publicznie.
Ale jak nie sprawdzę to się nie dowiem.
Pewnie nic nie uwalczę. Ale choć spróbuję.
Chciałabym się dowiedzieć czy naprawdę Szwedzi nadal uważają, że rząd wie co robi. Oraz ciekawi mnie czy tylko ja widzę coraz bardziej wątpliwą rolę związków zawodowych. 
Kilka dni temu rejestrowałam się jako bezrobotna. I nagle zobaczyłam związek zawodowy od całkiem innej strony.
Kiedy nie była zrzeszona w związku miałam prawo do kształcenia tyle samo co inni, w takim samym wymiarze jak inni, do zasiłku w czasie kształcenia, nawet do wyjazdu na urlop i choroby w czasie uczestnictwa w programie oraz do pracy w niepełnym wymiarze godzin o ile to nie kolidowało z uczestnictwem w programie.
Teraz jestem zrzeszona w związku. Straciłam jedną pracę, została mi druga na 1/5 etatu.
I co?
I nie mam prawa do zasiłku w pełnym wymiarze bo pracuję, nie mam prawa do szkoleń, nie mam prawa do urlopu więc i zapewne do choroby też nie. Nie, no. Mogę sobie wyjechać, mogę sobie chorować, ale nieodpłatnie. Za takie dni zasiłek mi się nie należy. Zasiłek, do którego mam prawo bo przez rok opłacałam składki. Ja płaciłam tylko przez rok. Pomyślcie jak wkurzony mógłby być człowiek, który płacił całe życie… To jak haracz dla ZUSu. Całe życie płacisz ale jak ci się noga powinie to zobaczysz figę. Nawet bez maku.     
No więc wkurzyłam się na maksa.
I idę na wojnę.
Którą pewnie przegram. Ale w moich żyłach płynie polska krew. A my jesteśmy najlepsi w walce o sprawy z góry przegrane, bo jak ginąć to z bronią w ręku. O!

 

*Jacek Kaczmarski Ze sceny

Siła wyobraźni?

Pokazałam Zuzi zabawę…

Pokazałam Zuzi zabawę z pluszakami. Pluszaki gadają między sobą, jedne robią głupie rzeczy: plują albo puszczają bąki, inne je strofują, niektóre się obrażają, biją, płaczą, bawią się w chowanego, berka, tańczą, śpią, kłócą i godzą. Wszystko co tylko wpadnie nam do głowy.
…Zuzia od tego czasu nie chce ani bajek, ani ipada tylko „bawić się”. Nie wiem cieszyć się czy pluć sobie w brodę. Bo już sobie spokojnie nie posiedzę.
Dziś do mamy Zuzia odjechała z torbą pełną starych pluszaków. W tym z naszym ulubionym Łobuzem.
Wczoraj, zmęczona bieganiem w Małpim Gaju ( lało nieprzerwanie od piątku) Zuzia siadła w kąciku i… zaczęła prowadzić dialog. Bez pomocy jakichkolwiek zabawek! Mając postaci tylko w wyobraźni!
Hurra! Jednak się cieszę.