Nie ma czasu

na odmianę.<br …

na odmianę.
Pocelebrowałabym bezrobocie, może się trochę ponurzała w żalu do losu (choć nie na pewno, bo po ostatnim dołku jakoś mi lepiej) ale poleżałabym na łóżku, poczytała, pooglądała, posnuła się leniwie. A gdzie tam! Rodzina zadba o rozrywki.
Zuzia rozżalona do łez, że jej nie zabierzemy w niedzielę gdyśmy zwizytowali jej tatę i jego żonę, skłoniła mnie do obietnicy, że we środę zabiorę ją z przedszkola.
Pierwszy raz od dawna miałam okazję odebrać malucha z przedszkola.
Dzieci jadły podwieczorek gdy przyszłam więc natychmiast zrobiono mi miejsce przy stole. Zuzia zerwała się na równe nogi.
– Mormor! Jag älskar dig! – rzuciła mi się na szyję.
– Ja też cię kocham – odpowiedziałam.
Ciekawa byłam jak Zuzia przyjmie moje mówienie po szwedzku, bo dotąd ma rzadką okazję studiowania tego zjawiska, ale było to dla niej całkiem naturalne. Gadałyśmy ze sobą i wszystkimi innymi przy stole.
A gdy Zuzia stwierdziła, że już się najadła, przytuliła umaśloną buzię do ramienia Fredrika – swojego opiekuna (pan przedszkolanek?). Dała mu buziaka, wyznała miłość jak to Zuzia ostatnimi czasy. A Fredrik nawet się nie uchylił przed tymi lepkimi uściskami, nie biorąc do głowy ewentualnych plam na ubraniu.
I wiecie co ?
Emancypacja, feminizm, te sprawy…ale mnie jakoś rozczula widok dorosłego faceta oblepionego przez maluchy różnego koloru. Widać, że facet to lubi i widać, że dzieciaki go lubią.
Następnego dnia okazało się, że Zuzia ma wizytę u dentysty a mama miała pracę, więc kto poszedł ponosić konsekwencje wieczornego mleczka, soczku do picia i cukierków obficie serwowanych przez dziadka? Babi.
Ale. Jakby nas ktoś tak w dzieciństwie traktował to pewne jest, że stan uzębienia Polaków byłby teraz na pewno w lepszym stanie.
Zuzia leżała na fotelu hichrając się, machając nogami i z zaciekawieniem śledziła to co odbijało jej się w lampie.
Teoretycznie miała wrócić do przedszkola po wizycie, ale jak ją odprowadzić jak buzia w podkówkę i cichutki szept
– Ja ciałam tobom-
No i została.
Najpierw prażyło słońce, ale czasem zawiewał zimny wiatr. Potem z tego wiatru przyszły chmury i zaczęła się „kłótnia chmur” czyli „teraz moja kolej!”. Tak kiedyś małej Misi tłumaczyłam burzę, tak samo teraz Misiowej córeczce.

Pogoda w ogóle „nie szwedzka” ostatnio.
Jest ciepło, ale zawiewa zimnymi prądami i burze przechodzą co i rusz. W ciągu pięciu lat ( chodzi o pory roku) nie było razem łącznie tele burz co w tylko w tym roku. Dziwnie jest.

Od jutra Monika idzie na urlop, będę po Kupie latać w towarzystwie innej Polki, Gabrysi. Oraz przybędzie mi obowiązków na dwa tygodnie bo będę też sprzątać w aptece za Monikę.
Naprawdę…uważajcie co sobie myślicie, bo to się spełnia.
Kiedyś, w początkach pracy w Kupie, szłam sobie koło apteki na rynku. Wcześnie rano było i za wielkim oknem dostrzegłam niespiesznie ruszającą się panią z mopem. Wtedy mi przemknęło przez myśl, że takie sprzątanie fo pewnie fajniejsze jest. Bo to i czyściej, i ludzie inni, i że może fajnie byłoby…

To już 3 taka myśli, która stała się ciałem.
Jedna podbna było o przedszkolu, druga o klubie sportowym.
Naprawdę. Czekam chwili kiedy spełni mi się myśl o biurze rachunkowym. Albo zakładzie krawieckim…
Burza.

Chyba wyłączę komputer.

Nie ma mnie

Huczy i piszczy mi w …

Huczy i piszczy mi w głowie i uszach. Bolą oczy i głowa. Jestem wypluta. Przeżuta. I chyba znów wypluta.
Zmęczona jakbym nie wiem co robiła.
A ja tylko żegnałam się z Johnnym, Pellem, Bengtem i Annette…
Chyba trzymanie emocji na wodzy, do końca żeby się broń boże nie poryczeć, żeby broń boże nie pokazać nic tak wykańczają.

Tak trzymam uczucia, że nawet tu, w domu nie czuję nic poza pustką.
To minie. Wiem. Firewall się podniesie. Choć nie wiem co wolę.

Nie ma bunkrów, ale też jest zajebiście

Zmiana obrazka w tle …

Zmiana obrazka w tle to nie przypadek. To symbol. To moje dzisiaj.
Chmury nade mną, a przede mną niewiadoma czai się za zakrętem. Ale zawsze byłam przekonana, że „coś być musi do cholery za zakrętem” i ciągle jestem ciekawa co.
No więc dobrze. Poddaję się. Nie będę walczyć z tym co los mi niesie, bo wiem, że tylko się uszarpię a i tak będę musiała pójść ścieżką jaką los mi wytyczy.
I zobaczymy.

…Choć pewnie jeszcze nie raz będę się wypłakiwać na bloxowym ramieniu, bo przyjaciółki daleko.

PS. Nowy blox szablon bardzo przyciemnia zdjęcie.
Tak naprawdę powinno to wyglądać tak ( mam nadzieję, że tu będzie widać lepiej)

1kurva2

Maanam na czasie

Z dolu do gory
z…

Z dolu do gory
z gory na dol
z ciemnmosci w slonce
z ciszy w krzyk

Moje ostatnie dni. Rozpacz, gniew,  swiatelko nadzieji, wscieklosc, gorycz, strach, bezsilnosc a wreszcie najprwdziwsza panika.
Plus bole glowy, zoladka i permanentne zmeczenie.

 Nie moge zostac bez pracy. Nie moge. Nie znowu. Nie.
Nie wiem co zrobic, zeby ja znalezc.
I tylko nich mi nikt nie mowi o wlasnej firmie. Biur rachunkowych na kazdej ulicy. Zadne mnie nie chce. Klientow nie przybywa a raczej ubywa. 
Nic innego nie umiem. Za stara wg oceny doradcow jestem by sie calkowicie przekwalifikowac. Zreszta doradcy dzialaj wg schematu: wymysl zawod a ja ci powiem jakie masz zdobyc umiejetnosci oraz jakie masz szanse. 
Nikt nie potrafi odpowiedziec „w jakiej dziedzinie jest najbardzije brak ludzi do pracy?”.
Inna rzecz, ze jak patrze na ogloszenia to wiem w jakiej. W sprzedazy, w posrednictwie handlowym dokladnie. Najlepiej za prowizje. Telefony, abonamenty, sex party, paramedykamenty, ubezpieczenia. Jakby to sie nie nazywalo to tak naprawde ma jedno imie: akwizycja. Wielki stres, zarobek zaden. 
A w miescie znikaja kolejne sklepy…

Ściemnia się, myśli zawodzą 
Kulą się ze strachu 
Moje serce jest czarne 
Jak dłonie palacza

 

Słownik wyrazów obcych

Zuzia z uwagą …

Zuzia z uwagą przygląda się swojemu naszyjnikowi.
– O. Nikka tu jest. Cieba klipać*.

Innym razem gdy zauważa na chodniku kolorowe plamy – ktoś chyba bawił się kredą.
– To kolorowe – stwierdza – To mona tramapać*

– To nie tak – marudzi gdy coś idzie nie po jej myśli – To musi otak – o tak wymawia z akcentem na „o” jak jedno słowo.

– Kota nie mona głaskać annars* on będzie bił. O tu mnie bił – przypomina sobie historię sprzed roku! gdy dokładnie w Midsommar Kocio-łobuz w taki brutalny sposób wzbraniał się od zuzkowych karesów. Musiał to być  szok dla dzieciaka skora sam z siebie wciąż o tym pamięta. Co dziwne: króko po tym zdarzeniu przestała to wspominać, chyba zapomniała. Przypomniało jej się jakoś zimą i teraz jest wiedzą oraz wspomnieniem zakotwiczonym najwyraźniej na stałe.

 

A Kocio to jest…
Janki, synek mój maleńki, lubi wieczorem zajść na chwilę do mnie.  Gadamy sobie. Ostatnio Kocio spał twardo aż chrapał. Dziecko wyciągnęło się jak długie na moim łóżku i najwyraźniej obudziło Kota. Kocio usiadł. Potrząsnął łebkiem. Rozejrzał się, polizał łapkę. Ewidentnie coś było nie tak, ale zaspany nie mógł tak szybko pojąć co. Wreszcie dotarło.
Rozmiauczał się na cały regulator. Pospiesznie porzucił swój wyleżany, ciepły dołek i podszedł do Jankiego i wymierzył mu baranka. Janki odruchowo się cofnął, bo Koci baranek nie jest na żarty. Kocio naparł raz jeszcze. Miauczał przy tym.
Całym swoim futrzatym jestestwem Kocio wyrażał swoje zdanie.
– To moje miejsce. MOJE! Tylko moje i z nikim się dzielił nim nie będę. Idź stąd. Usiądź sobie na podłodze, na suficie, na parapecie okna…gdzie chcesz, ale nie tu…Bo to MOJE! A najlepiej w ogóle idź do siebie i nie zawracaj głowy mojemu człowiekowi.
Kiedy groźby wokalne i czyny fizyczne nie zadziałały Kocio zrobił ostatnią możliwą rzecz. Ułożył się w poprzek, całym ciężarem, na wyciągniętych nad głową ramionach Jankiego i głosin mruczeniem oraz gwałtownymi ruchami ogona dawał wyraz swej głębokiej dezaprobacie.

 

 

* klippa – ciąć
* trampa – deptać
* annars (wym: anasz) – w innym razie

Intensywność dni ostatnich

Najpierw pierwsza …

Najpierw pierwsza wycieczka z Zuzią. Niedaleko – bo na Hunneberg. Mały spacer przez las, Muzeum Łosia ( tak naprawdę to Muzeum Myślistwa Królewskiego), zabawa Zuzi z aparatem, szybki grill nad jeziorkiem.
Wyprawa krótka, obliczona na czteroletnie dziecko, żeby zachęcić do podobnych wypraw. Dzieci nie nauczyliśmy bo jak były małe, to nie mieliśmy warunków na takie wyprawy: praca i permanentny brak kasy…Mamy nadzieję, że wnuczka będzie nam z czasem towarzyszyła na włóczęgach.
Potem chrzest i chrzciny małej Amelii, siostry dużej już Julki. Julka jest dla mnie swego rodzaju licznikiem. Urodziła się w miesiąc po moim przyjeździe do Szwecji. Mnie się wydaje, że jestem tu tak krótko, ale kiedy widzę Julkę to uświadamiam sobie, że szmat czasu i masa doświadczeń za mną. Byłam także na jej chrzcie, ale wtedy nie zrozumiałam ani słowa z tego co mówił pastor. Teraz rozumiałam prawie wszystko!
Sympatycznie było na chrzcinach. Rodzina Madzi, mamy obu dziewczynek, jest przesympatyczna.  Choć i szwedzkiej rodzinie taty  też nie można niczego zarzucić.
Ech… Rozmieszała mnie tylko zgroza w oczach polskich cioci i babci na widok dzieciaków włażących do jeziora w połowie maja. 
Ale świeciło słońce a woda miała jakieś 12 stopni. Aż 12, więc ciepło.

A zaraz potem, we czwartek było święto. I ruszyliśmy na nasza wielką wyprawę wokół jeziora Vetter. 
Fotorelacja z dni ostatnich jest naturalnie tu: www.prowincjuszka.blox.pl.
Czuję ogromny niedosyt.
A już myślałam, że przestałam lubić i włóczęgę. Na szczęście – nie. Tylko ostatnio jakoś wciąż jeździliśmy w te same lub podobne rejony.

Od jutra zaczynam odliczanie końcowe u piłkarzy. Panikuję i jestem nerwowa. Z jednej strony marzy mi się lenistwo, z drugiej umieram ze strachu, że będę miała go aż nadto.

Zdecydowałam się składać podania do Goeteborga. Będę dojeżdżać na weekendy w razie czego. Bo w okolicy ogłoszeń prawie nie ma…A sprzątanie przez najbliższe 20 lat mnie nie rajcuje. Zresztą i tego sprzątania też za wiele nie ma.

Nie jest wesoło.

Dzień Matki

Chyba jakaś reklama …

Chyba jakaś reklama mi wpadła w ucho bo zaczęłam się zastanawiać za co ja bym chciała podziękować mojej matce.
No, że mnie urodziła, wykarmiła, jakoś tam odchowała do pewnego momentu. Ale czy za coś szczególnego?
Nie wiem…

A wy?
Za co byście chcieli podziękować swoim matkom?