Wszechświat mnie nienawidzi czyli pechowca specjalnej troski przypadki

Nie jestem pewna czy …

Nie jestem pewna czy dam radę to opisać, czy złość nie zaleje mnie znowu tak, jak za każdym razem gdy przychodzi mi wykonać kolejny krok. Ale czuję się w obowiązku bo bez tego opisu moje zrzędzenia są tylko zrzędzeniem rozpuszczonej w kapitalizmie baby.
Możliwe, że wyjdzie z tego serial.
Zaczęło się rok temu…
Nieeee. Zaczęło się dawniej. Po pożarze. Postanowiliśmy z mężem wykupić ubezpieczenie mieszkania. A ponieważ ja wtedy nie pracowałam, pomyśleliśmy, że dobrze byłoby wykupić też prywatne ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków dla mnie.
Nasz szwedzki był wtedy daleki od swobodnego, rozmowy telefoniczne mnie przerastały więc wybór padł na firmę mającą biuro w naszym mieście, bo jak wiadomo cztery oczy to się człowiek nawet na migi dogada.
Wizyta była krótka. Powiedzieliśmy co chcemy, podaliśmy personnummery, ustaliśmy jak często chcemy płacić i już. Wybraliśmy standardowe umowy, które nie wymagały ani jakichś specjalnych badań lekarskich czy jakiegoś innego orzecznictwa. 
Płaciliśmy i czuliśmy się nieco bezpieczniej, bo w razie czego polisa jest. Może nie za wielka, ale zawsze; koszty kolejnego pożaru pokryje.
Rok temu uszkodziłam stopę. Dla tych, którzy wtedy nie czytali wyjaśniam: wsiadałam na rower, uciekł mi pedał i zamiast tego przydzwoniłam stopą na płask o asfaltowe podłoże z całym impetem.
Teraz już rozpoznam szok adrenalinowy, ale wtedy doznałam go po raz pierwszy i nie mogłam zrozumieć czemu dzwoniąc na pogotowie umieram…ze śmiechu jednocześnie dławiąc się łzami. Rentgen nie wykazał złamania.

Do pracy u piłkarzy wróciłam po trzech dniach: jeździłam skuterem, parkowałam go pod domem lub pod samym  biurem, w biurze siedziałam. Przejście kilku kroków nie było problem, ale trzy schodki przed klatką schodową i siedem przed biurem urastały do Mount Everestu. Ze sprzątaniem było jeszcze gorzej. Po dwóch tygodniach zwolnienia, naciskana przez szefów i koleżankę, wróciłam gdy tylko mogłam przestać używać zuzinego krzesła w charakterze drugiej(?) trzeciej(?) nogi. Po pięciu dniach pracy stwierdziłam, że chyba pomylona jestem. Chodzić nie mogę, co z tego że na maszynie mogę siedzieć, ale czasem z niej musze zsiąść choćby po to, by podnieść coś dużego, czego maszyna nie zassie. Zaciskam zęby, płaczę z bólu i pracuję? Chyba mnie porąbało!
Poszłam do lekarza po zwolnienie i pomoc bo obiecywali mi, że po już 2 tygodniach będzie okej. Minęło trzy i nie było. Potem z dwóch zrobiły się cztery tygodnie (wiesz, to jednak była poważna kontuzja). Potem z czterech sześć ( ale ty naprawdę mocno uderzyłaś, a stopa ma też i miękkie części) a z sześciu osiem ( to wymaga czasu).
Wciąż pytałam ile i czemu to tak długo, czy może jakaś rehabilitacja, konsultacja? Oni kiwali głowami, i mówili to co wyżej w nawiasach. Wreszcie doktor, naciskany przeze mnie, zdecydował się na…kolejny rentgen.
– A może jeszcze do ortopedy? – zasugerowałam.
Zgodził się podejrzanie ochoczo. Dopiero jak poszłam umawiać się na wizytę tam, gdzie wskazał mi list otrzymany od lekarza zrozumiałam ochoczość.
Nie lekarz ortopeda a serwis ortopedyczny. Wkładkę mi tam mają zrobić. Wkładkę? Wytrzeszczyłam oczy. Mnie najbardziej bolał grzbiet stopy to na grzyb mi wkładka?  Ustabilizuje ci stopę – usłyszałam.
Tu będzie dygresja.
Moja blogowa koleżanka mieszkająca w Polsce z różnych powodów wybrała się do osoby dobierającej wkładki. Tak wyglądała jej wizyta:
Boso stanęłam na specjalnej macie podłączonej do komputera. Potem przechodziłam tam i z powrotem starając się nadepnąć na nią raz jedną , raz drugą całą stopą(…)Potem boso bieżnia. Idę powoli, potem trochę szybciej a pani podolog uważnie obserwuje moje stopy i całe nogi. (…)
Decyduję się na wkładki w wersji tańszej czyli do butów sportowych. Po wyjęciu wkładek pierwotnych , wkładki ortopedyczne mieszczą mi się do paru par sznurowanych butów.
Jak powstają takie wkładki?
Nadal boso staję na zdezynfekowanych grubaśnych jakby gumowych poduchach. Stopy zagłębiają się lekko w te poduchy. Mam podwinięte powyżej kolan spodnie. Pani podpompowuje poduchy i układa mi nogi: kolana , łydki, ustawia w prawidłowych (dla mnie dziwnych) pozycjach, potem skupia się na stopach. Upycha pod nie materiał poduch aby nadać im kształt moich stóp, ale w prawidłowej pozycji. Stoi mi się zupełnie inaczej, jakby „nienaturalnie”.

Gdy jest zadowolona z efektu, coś przy poduchach włącza i one zastygają zachowując nadaną im formę. Schodzę z nich, a ona wyjmuje z podgrzewarki wkładki, kładzie je w zagłębieniach stworzonych przez moje stopy i każe mi na nich stanąć. Są przyjemnie ciepłe. Stoję chwilę dopóki nie ostygną i nadaję im swoim obciążeniem kształt moich własnych stóp, jednak skorygowanych do prawidłowych pozycji od spodu przez poduchy.
Potem pani zabiera wkładki i wychodzi podoklejać pod spód różne tworzywa utrzymujące zadany im kształt. Po 20 minutach wychodzę z wkładkami.
No dobra, gwoli ścisłości- to był prywatny gabinet a nie na NFZ. No, Szwecja taka nowoczesna, taka socjalna, to można by się było spodziewać…ja wiem? Chyba co najmniej czegoś podobnego.
Otóż nie, Marianie! Było tak:
Stanęłam boso na jakieś masie jako żywo przypominającej syntetyczny pumeks i zapadłam się w nią po kostki. Potem zeszłam i kazano mi przyjść za czas jakiś (nie pamiętam czy tydzień czy dwa dni). Gdy przyszłam wręczono mi gustowne, gipsowe odlewy moich stóp.Na przyszłość. A chwilę później wkładki. Grube, sztywne, ciężkie jak wyrzut sumienia!  Włożyłam je do trampek w których przyszłam i powlokłam się do domu. Do domu od pracowni mam jakieś 10minut piechotą, wolnym spacerem. Kiedy doszłam, nogi miałam jakbym maszerowała cały dzień w ciężkich buciorach. Kilka razy jeszcze próbowałam używać wkładek, ale but obciążony nimi stawał się ciężki i sprawiał większy ból na obolałym grzbiecie stopy. Po kilku próbach gdy próbowałam z zaciśniętymi zębami przyzwyczaić się do nich, pizgłam wkładki w kąt. Szybciej bym chyba przywykła do chodzenia w dybach. 
W międzyczasie lekarz dostał wynik kolejnego prześwietlenia, po czym wystosował do mnie kuriozalne pismo o treści „Ponieważ kolejne prześwietlenie nie wykazało żadnego złamania to ja już nic więcej nie mogę ci pomóc”. W związku z powyższym lekarza też sobie odpuściłam, bo trzeba mieć zdrowie, żeby łazić do lekarza wiedząc, że jedyne co ci zaleci to żeby wziąć ipren.
W tym samym czasie wystąpiłam też do ubezpieczyciela o odszkodowanie. Noga boli, puchnie, straciłam na zwolnieniu lekarskim, nie wiadomo co będzie dalej, ewidentnie poniosłam jakiś uszczerbek na zdrowiu.
Ubezpieczyciel odpowiedział, żebym zgłosiła się pół roku po zakończonym leczeniu.
A właśnie nosiłam się z zamiarem pozbycia tego ubezpieczenia, bo z racji przynależności do związku zawodowego urzędników mogłam podlegać innemu, nieco lepszemu ubezpieczeniu NW za tę samą niemal kwotę. No więc postanowiłam jeszcze zachować oba przez najbliższy rok.
Odczekałam skrupulatnie odpowiednią ilość miesięcy, potem się nieco kotłowało u piłkarzy, więc nie miałam czasu się tym zająć, wreszcie wypełniłam wniosek i sama, osobiście pod koniec maja zaniosłam do biura ubezpieczyciela.
Minął tydzień. Potem kolejny i kolejny. Na początku tygodnia siódmego poszłam zapytać o co chodzi?
Pan popukał w klawisze i oznajmił mi, że w piątek wysłali (albo dostali, bo nie zrozumiałam) zaświadczenie od lekarza.
W tym czasie nóżka dawała coraz bardziej popalić. Niewielka opuchlizna przestała znikać, a noga rwała jak opętana, szczególne w dni deszczowe. A właśnie takie nastały. Czekając na decyzję ubezpieczyciela zinwentaryzowałam buty.
Ciężkie gumowce, lekkie sandałki na dwóch paseczkach, miękkie mokasyny, stare, ale całe czerwone półtrampki oraz jedne, jedyne pantofle na wyższym nieco obcasie mogę oddać w dobre ręce. Mogłabym dorzucić jeszcze skórzane kamasze zimowe wykładane prawdziwym futrem, bo z nich wyrosłam wszerz ową stopą, ale kocham je miłością od pierwszego wejrzenia a miłość to jak wiadomo ból.
Minął kolejny tydzień. I któregoś późnego wieczoru po prostu napisałam maila do Ubezpieczyciela Kwatery Głównej. Że prawie dwa miesiące temu złożyłam wniosek. I czy ktoś wreszcie mógłby się tym zająć? I ile jeszcze mam na to czekać?
Nazajutrz zadzwonił jeden pan.
– Zgłaszałaś szkodę? – zapytał mnie. Potwierdziłam.
– A co to za szkoda, opisz ją – poprosił uprzejmie. No więc zaczęłam opowiadać…
– Ale co ty właściwie uszkodziłaś? – przerwał mi.
– Nogę. Stopę. Prawą stopę.
-…yyy…nogę??? Nie samochód? Bo ja od szkód samochodowych jestem
– Czy ty widzisz moje podanie? – zapytałam
– Nie, no właśnie nie…
Poprosił, żebym mu opowiedziała co się stało, wysłuchał, obiecał że się odezwie. Godzinę później zadzwonił inny. Czy zgłaszałam szkodę i jaka to szkoda. Wieść o tym, że chodzi o moją osobistą stopę jakby go zaskoczyła.
Zaczęłam odnosić wrażenie, że ubezpieczyciel nie spodziewa się, że ktoś kto ma ubezpieczenie NW zechce go użyć w przypadku innym niż śmierć ubezpieczonego.
Okazało się jeszcze, że na dodatek ten pan też nie widział mojego zgłoszenia ani nic nie wie o tym, że już się ze mną kontaktował jego kolega.
Godzinę później w odpowiedzi na mojego maila otrzymałam mail od niejakiej Almy, a w nim pytanie czy zgłaszałam szkodę, a jeśli tak, to jaką bo „z powodu błędu w obsłudze poczty przychodzącej jeszcze nie dostaliśmy twojego podania”  .
Z furią zalewającą mi oczy wysmażyłam tekst w którym opisałam nie tylko zdarzenie, ale też to co teraz. Że na dobrą sprawę ani praca sprzątaczki na pełen etat, ani żaden sport ani nawet jakikolwiek dłuższy spacer nie wchodzi w grę bo stopa boli i puchnie. I że to chyba wystarczający powód żeby żądać odszkodowania.
Alma odpisała, że w takim razie rozpoczyna procedurę ustalenia stopnia inwalidztwa.
Dziś przyszedł list, z którym udałam się do ośrodka zdrowia by zabukować wizytę u lekarza, który oceni jaki uszczerbek zdrowia poniosłam.
Myślicie, że się zdziwiłam jak mi recepcjonistka powiedziała, że poszuka wolnego terminu po 10 sierpnia? Wcale. Bo przecież urlopy są, w przychodni dyżuruje tylko 1 lekarz.
Ciąg dalszy nastąpi…
   


 
 
  



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s