Czadu!

Nie, nie jestem… a …

Nie, nie jestem… a raczej dotąd nie byłam szczególną fanką tej grupy. Przyznaję. Mój gust muzyczny jest bardzo eklektyczny, miłością wielką wielbię zarówno Pink Floyd jak i Artura Andrusa, Bacha i AC/DC. No ale Metallici, poza pewnymi kawałkami, wielbicielką nie byłam.
Aż do soboty.
Pojechałam raczej jako dama do towarzystwa dla mojego męża. Przekonana byłam, że będę nudzić się setnie, chciałam wziąć nawet książkę, ale nie wiedziałam czy mi ochrona ją przepuści skoro zabronili brać kanapki…
Trzeba przyznać, że przetrzymali nas solidnie.
Organizator podał tylko, że muzyka zacznie grać o 19:30 ale nie podał kiedy zacznie grać GWIAZDA.
Stadion Ullevi zapełniał się coraz większą rzeszą ludzi. Około 21 zanotowałam, że już prawie nie ma wolnych miejsc siedzących a i na podłodze panuje całkiem słuszny tłok.
A GWIAZDA zwlekała.
Publika klaszcząc i robiąc falę próbowała bądź to zająć sobie czas bądź to zmusić muzyków do wyjścia.
Tymczasem na scenę wyszła grupa ludzi w białych koszulkach i ustawiła się na scenie. Gdzieś z tylnego rzędu powiała ku nam biało czerwona flaga. Potem te same barwy zamigały gdzieś przodu.
Ha! Nasi tu są! Ucieszyłam się. Zupłnie nie wiem czemu, bo przecież nasi są wszędzie więc czemu i nie na koncercie Metallici?
Wreszcie na scenie coś zaczęło się dziać. Muzyka zrobiła się głośniejsza, ostrzejsza…Gitara zabrzmiała tak, że nie było wątpliwości. To ONI.
I wtedy trzy panny z kawalerem zaczęli się przepychać do swoich miejsc, które znajdowały się dokładnie przed nami. Najpierw przelazły dwie, potem zaczęły sobie podawać torebki, sweterki, popkorn i piwo…Powoli, bez stresu, bo kogo to obchodzi, że znaczna grupa osób dookoła traci cenne sekundy?
Siedzieliśmy na wprost sceny, ale. Ullevi to ogromny stadion, czego nie wzięłam pod uwagę kupując bilety. Teraz siedzieliśmy niemal idealnie na środku…lecz postacie członków zespołu były kompletnie nie do odróżnienia. Śledzenie tańca palców na gryfach gitar odpadało w przedbiegach. Sytuację trochę ratowały telebimy, ale jednak koncert z telebimu to prawie to samo co z youtuba…
Narzekałam trochę w tym duchu do samej siebie, ale potem, nie wiadomo kiedy wciagnęła mnie muzyka, heavy metalowe, głośne brzmienie, które robi mi dobrze na zgiełk duszy.
Zdziwiłam się, bo jako nie-fanka nie powinnam byłam znać większości kawałków, a tu rozpoznawałam prawie każdy. Nie tak, żeby znac tytuł, treść i tytuł płyty z której pochodzi, ale jednak znałam. A wiadomo, że najbardziej podoba nam się to, co znamy.
Po mniej więcej godzinie ze zdziwieniem odkryłam, że słyszę głosy gadających panienek z przodu. Przechylone za oparcie panny po środku, dwie gadały do siebie. Wreszcie środkowa zamieniła się z tą po lewej. Ale głosy nadal słyszałam. Nie żeby wiedzieć o czym tak zawzięcie gadają, ale jednak na tyle, by mi przeszkadzały.
Po kilkunastu minutach konwersacji panny wstały…i zaczęły drogę odwrotną. Znowu przeszkadzając wszystkim dookoła. Po następnych kilkunastu – wróciły z kubkami pełnymi piwa, które sobie następnie podawały jedna przez drugą. No naprawdę: uschłyby biedactwa bez tego piwa przez następną godzinę.
Zaprawdę…Szwedzi to cierpliwy naród. Polacy już by je zlinczowali.
Obserwowałam przez chwilę otoczenie i zdziwiłam się mocno.
To, że wszyscy po kolei robili sobie selfie ze sceną w tle wcale mnie nie zaskoczyło. Tak, jak nie zaskoczyło namiętne robienie zdjęć telefonem (aparatów nie można było mieć) czy wręcz nagrywanie. Ale żeby w trakcie koncertu przeglądać zdjęcia na tymże telefonie, co robiła jedna z piwnych panienek ale nie tylko???  
Ludzie? Po co wyście na ten koncert poszli? Było se youtuba odpalić, naprawdę.
A ONI dawali czadu. Ale jak!
Jak na chwilę zcichli i zagrali „On the road again” zrobiło mi się miękko w kolanach. Bo heavy lubię, ale jaszcze bardziej lubię heavyballady. Jest coś takiego, że jak grupa grająca ciężkiego roka zagra balladę, to klękajcie narody. Jest to po prostu mistrzowstwo świata.
Inna rzecz, że zazwyczaj takie grupy mają świetnych muzyków, którzy w balladach mogą naprawdę pokazać swók kunszt.
Ale Metallica okazała się mistrzem w ogóle.
Zadziwło mnie, że to co grali na koncercie brzmiało prawie tak samo jak w wersjach studyjnych. Pomyślałabym, że grają z półplaybacku, ale kilka razy zazgrzytała dysonansem któraś gitara, kilka akordów się różniło od tych z wersji studyjnej…Nie, grali na żywo, tak sądzę. A skoro tak, to znaczy, że ich płyty nie są poprawiane przy pomocy inżynierii dźwięku. A to znaczy – że są naprawdę dobrzy.
I byli.
Telebimy przekazywały zaledwie jakąś część tego co się działo na scenie, zazdrościłam tłumkowi w białych koszulkach. Ale i ta część wystarczyła, żeby zobaczyć, że panowie nie odklepują kolejnego nudnego koncertu, że granie sprawia im frajdę i że dają z siebie co mogą.
Kiedy zapadły ciemności, kiedy wybrzmiał ostatni akord ludzie powstawali z miejsc i klaskaniem, gwizdami, okrzykami dali do zrozumienia, że jest im mało. Za mało, choć jak się okazało koncert trwał już dwie godziny.
Wtedy na bis zagrali „Master of puppets” oraz, OCZYWIŚCIE!, „Nothing else matters”. Zrobiło mi się wilgotno w oku. Potem jeszcze dali czadu nim pożegnali się, powiedzieli, że lubią Szwecję i zaczęli w tłum sypać kostkami i pałeczkami.
Tłum się powoli rozchodził.
A mnie czekało jeszcze szybciutkie „after party” z Agnieszką z dalekiej północy.
Spotkanie było jak mgnienie. Właściwie wystarczyło czasu na uściski i obwąchanie się. Oraz zrobienie apetytu na więcej.
W domu byliśmy po 2 w nocy. A Psica wariatka ściągnęła mnie o 7. Bo siku. Bo kupa. Bo baw się ze mną. I otwórz oko. I chodź na trawę, nie gnij w piernatach…



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s