Naprawdę nie wiem jaki tytuł…

Tola leży na moim …

Tola leży na moim łóżku i obgryza butelkę po napoju. eM początkowo protestował przed dawaniem jej butelek do zabawy bo chyba jeszcze nie wyrósł z dziecięcego etapu sprzedawania butelek (sprzedawaliście? ja tak. za dziesięć butelek dostawało się 10zeta, a tyle kosztowała czekolada, poza tym za butelki kupiłam sobie swoją pierwszą i jedyną lalkę z długimi, prawdziwymi włosami). Zatem eM nie wyrósł z tego etapu i kiedy specjalnie, niby przypadkiem, zostawiałam butelke w zasięgu zębów Psicy mąż natychmiast reagował:
-To dwie korony! – i odbierał dziecku cukierka. Bo Tola butelki kocha. Bardziej od butelek kocha tylko smoczki dziecięce. Pewnie dlatego, że te rekwirujemy natychmiast i bezwzględnie – są małe, a Toli paszcza wielka i łatwo o nieszczęście.
Wreszcie udało mi się eMa przekonać, że co prawda skarb w postaci butelki to 2 korony, ale kolejna zabawka dla Psicy to co najmniej 50.
Prócz smoczków i butelek Tola kocha plastikowe kapcie. Takie zwykłe, moja, kupione w Polsce za 15zł. Ale i Pańciowymi Crocksami nie pogardzi. Przy czym ich nie niszczy za bardzo, jedynie żuje.
Prócz smoczków, butelek i kapci Tola uwielbia jeszcze papier, ze szczególnym uwzględnieniem chusteczek higienicznych. Zostawiona nieopatrznie chusteczka zmienia się natychmiast w strzępki. W podkradaniu tego Tola jest mistrzem szybkości i przebiegłości.
Najmniej fajne zabawki to te, przeznaczone dla niej. Węzełek? Piłka? Szmaciana obręcz? Nie rozśmieszaj psa.
Jak dziecko.Jak dziecko.
My też jesteśmy jak dzieci.
Święta idą. Całe miasto jarzy się światełkami. Na balkonach przybywa ozdób. To już nie udająca igliwie girlanda. To już kilka rzędów światełek. Do tego różne inne akcesoria – choinki, bałwanki, mikołaje, w oknach gwiazdy, adwentowe świeczki, latarenki z ledowymi lub prawdziwymi świeczkami…
Więc my też.
Najpierw była same świeczki, ale gasły. Wiadomo: deszcz, wiatr…Kupiliśmy latarenki. Potem zapletliśmy girlandę wokół barierki. Ale jakoś mało było. Przy okazji zakupów zajrzeliśmy do na dział z ozdobami.
Zaproponowałam kolorowe, dość stonowane światełka wokół okna. Ale eM zobaczył świecące misie polarne, mikołaje, koziołki…Duże były koszmarnie drogie (oraz koszmarnie tandetnie wyglądały, ale co robić). Małe były tańsze i ich jarmarczność malała adekwatnie do gabarytów. eM miał błysk w oku. Westchnęłam.
– Światełka i mały miś? -zaproponowałam.
– To razem będzie tyle co duży miś – obliczył natychmiast.
Zgadnijcie co teraz stoi dumnie na balkonie?
Mówcie mi: Pani Griswoldowo.
Ale Boże Narodzenie jest takie trochę kiczowate, więc niech już tak będzie. I tak udało mi się uniknąć zakupienia kolejnego zestawu ozdób choinkowych. Jak dotąd przynajmniej…
Adwent w Szwecji jest radosny, choć aura nas nie rozpieszcza. W ostatni poniedziałek mieliśmy zimę. Zimę, która chyba tym razem zaskoczyła drogowców. Poranna droga do pracy i z powrotem była koszmarem. Zamarznięta gruda na chodniku, rozdyźdana breja na jezdni zepchnięta pieczołowicie na przejścia dla pieszych oraz przejazdy dla rowerów. Oraz wiatr; miał imię, ale mi wyleciało.
Dwa dni było spokoju a teraz atakuje Helga. Wściekła, dodałabym, bo takiej wichury -silnej i długotrwałej nie pamiętam.
Sezon na Julbord trwa.
Zaliczyłam ten najważniejszy dla mnie, w Fotoklubie.
Znów siedziałam w kąciku, nie odzywałam się nie pytana, pytana gotowa byłam zagadać na śmierć. Moja historyjka o Karpiu i mamusi jakoś nie wzbudziła uśmiechów a jedynie…zgorszenie. Winą był mój język czy inna mentalność, która każe uważać na uczucia dzieci?
Zastanawiałam się czemu Fotoklub jest dla mnie taki ważny. I chyba już wiem. Fotografia jest dla mnie ważna. Stała się ważniejsza od..bloga, od pisania. Chyba dlatego, że mój szwedzki do pięt nie dorasta polskiemu. Zatem nie mogę pokazać siebie i swojego świata za pomocą słów. Więc zastępuje to obraz. Coraz lepszy obraz, dodam nieskromnie.
Z okazji Julbord u fotografów zrobiłam sobie nowy image. Ścięłam włosy w modnego boba, ufarbowałam na gorzką czekoladę i…voila:

O koszmarnym bólu ramienia i ręki, bólu nie dającym spać, bólu wyciskającym łzy z oczy, bólu nie dającym się ukoić ibupromem – nie chcę pisać. Powiem tylko, że ćwiczę, biegam do fizjo, szukam yogi.
Tak samo jak nie chcę pisać o tym, że lek ostatniej szansy u eMa nie przyniósł żadnego efektu, więc następna w kolejce jest operacja…
Nie chcę tez pisać o coraz słabszej mamie, która czasami nie ma siły wstać z łóżka.
Nie chcę o tym pisać, ani myśleć.
Nie teraz. Pomyślę o tym po świętach.

Utyskiwania

Psia kość.
To …

Psia kość.
To chyba prawda, że jak masz powyżej czterdziestki na karku to gdy budzisz się rano i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz.
Od trzech tygodni wykonuję ćwiczenia zalecane mi przez sjukgymnast (to chyba odpowiednik polskiego rehabilitanta czy tez fizjoterapeuty). No dobra. Przyznaję bez bicia, że nie wykonuję tego tak często jak Jimmi (po szwedzku wymawia się przez J) sugerował. Nie daję upilnować owych dwóch godzin z zegarkiem w ręku, więc czasem ćwiczę co godzina a potem mam 4 godz przerwy. Za to dobrowolnie acz za zgodą Jimmiego włączyłam poranne powitanie słońca. Tyle, że to jest MOJA wersja. Pies z głową dół w moim wykonaniu nie jest psem a pokraką. Kolan nie da się wyprostować, a lewa ręka raczej służy do równowagi niż utrzymania swojej części ciężaru. Sfinks wychodzi w miarę, ale nie da się utrzymać go dłużej, bo Psica uważa, że to zaproszenie do zabawy. Po za tym, Po kilku sekundach zaczyna boleć głowa…
Rano staram się rozruszać barki i kark delikatnymi, powolnymi ruchami głowy na boki, w górę i w dół. Delikatnie i bardzo, bardzo powoli, bo inaczej więcej szkody niż pożytku. Skłon głowy w lewo skutkuje drętwieniem kciuka i palca wskazującego oraz środkowego. Jest to miła odmiana, bo wtedy na chwilę przestaje mrowić w palcach małym i serdecznym.
Dodatkowo od kilku dni pojawia się dziwne uczucie tuż poniżej kolana, ale tylko w określonej pozycji. Pierwszy raz poczułam to schodząc ze schodów – jakby mi się nitka w spodniach przyczepiła z przodu, pomiędzy szwami. Idiotyczne uczucie…

Mam to, na co pracowałam ostatnie lata. Brak ruchu, stała pozycja półleżąca, w nogi wyciągniętymi przed siebie. Kilka Psicowych szarpnięć po prostu dokończyło proces. Nie powtarzajcie moich błędów. Teraz muszę odpracować zaniedbania by przynajmniej zminimalizować szkody.
Powoli godzę się z faktem, że spanie na ulubionym lewym boku już nie dla mnie. Oraz, że wiele rzeczy, wykonywanych przeze mnie lewą ręką, muszę nauczyć się wykonywać prawą. Tak jak trzymanie smyczy.
Przeżyłam pięćdziesiąt lat na tym świecie i dopiero odkrywam, że mam zaburzoną lateralizację. Nie jestem całkowicie praworęczna! Słoiki odkręcam lewą ręką, w obiektyw aparatu patrzę lewym okiem,  ale piłkę zawsze kopię nogą prawą. Ciekawe, czy mi w dzieciństwie zmieniono strony, choć żadnej traumy z tym związanej nie pamiętam,  czy też może przy odpowiedniej zachęcie mogłabym być oburęczna? Czy to w ogóle jest możliwe? 
Pora na zmiany?
Od jakiegoś czasu uczę prawe oko patrzenia w wizjer aparatu. Bo lewe łzawi. Przekładam smycz do prawej ręki i choć po kilku minutach łapię się na tym, że znów ją mam w lewej, to nie poddaję.
I naraz dzisiaj dotarło do mnie, że powinnam sobie kupić fotel! Taki, bym mogła w nim czytać, mając podparcie i pod karkiem i na krzyżu. Bez podnóżka! żeby wymusić pozycję 90 stopni zarówno na kolanach jaki i biodrach. Ale z drugiej strony czy to na pewno o to chodzi? Odkąd pamiętam miałam problem z siedzeniem na krześle. Zawsze szukałam jakiegoś podparcia dla nóg, żeby były choć trochę wyżej. Dlaczego?
To tak samo jak z tym ustawianiem stóp a la baletnica. Całe życie się ze mnie śmieli, napominali,  nikt nie pomyślał o tym, że to jest coś co może wymagać pomocy. Wystarczył jeden sezon z wkładkami pod pięty i żebym odczuła różnicę. Teraz w butach sprzed dwóch lat muszę porobić wkładki, bo czuję jak mi się stopy zapadają na pietach.

Muszę pogadać z Jimmim w najbliższy wtorek na ten temat. Bo przecież skądś się takie a nie inne nawyki wzięły. To jak z chodzeniem na palcach. Nikt naturalnie tak nie chodzi, jeśli to robi to przecież nie dlatego, że lubi mieć niewygodnie a wręcz przeciwnie – tak właśnie jest lepiej czyli coś szwankuje.

Dodatkowo odkryłam jedną rzecz, już nie koniecznie związaną z kręgosłupem, ale też z nawykami.
Wciąż narzekam, że nie mam na nic czasu. Bo rano praca, potem godzinka drzemki, potem spacer z psem (około 40minut obowiązkowo) potem jakieś sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie i robi się godzina 16. I dla mnie to koniec dnia. Zalegam na swoim wyrku, czytam, oglądam filmy, trochę bawię się z psem …Nie będę pisać, ani pracować, bo mi to lepiej wychodzi rankiem. Tak samo szycie. Zdjęcia jedynie lepiej obrabiać wieczorem, bo światło nie przeszkadza.
I nagle odkrycie.
Przecież mogę spróbować robić i tamte rzeczy po południu. Będzie trudno, a potem przywyknę przecież. Albo jeszcze inaczej – mogę prace domowe przenieść na popołudnie, a rano robić to, co mi wychodzi lepiej. Czyli pisać. Księgować. Czytać, uczyć się. Eureka. Proste, a takie trudne.

A poza tym. Nic.
Zuzia tańczy i gra w hokeja. Mam dziwne uczucie, że zaczynam ważnością dorównywać Dziadkowi, wreszcie.
Psica rośnie, mądrzeje, powoli, ale mądrzeje. Od 12 stycznia idziemy do szkoły – Psica i my.
Misia pracuje i uczy się.
Jankie uczy się i szuka pracy.
Mama…słabnie. Po prostu.
eM walczy z Crohnem, aktualnie przy pomocy Humiry, którą ja nazywam lekiem ostatniej szansy.
Życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje. Regina jeździ na studia do Geteborga.
Fotoklub organizuje wigilię, więc pójdę, bo zapominam szwedzkiego.
eMa firma też organizuje Julbord i też idziemy.
Na klub psi brak mi zapału w tych ciemnościach. Czekam do wiosny.

Firma…Kiepsko. Mimo ogłoszeń w sklepach w całym regionie, na portalu polonijnym, na facebooku i wszędzie indziej klientów nie przybywa. W zasadzie został mi jeden. Jeden zamknął działalność. Jeden kończy na sezon zimowy. Dwóch dzwoniło, ale nie dali znać czy są zainteresowani. Jednemu z nich się przypominałam już dwa razy. Zadzwonić po raz trzeci?

Co robić, drogi pamiętniczku?
Iść z psem.

Takie tamy

Tak rzadko piszę, że …

Tak rzadko piszę, że nie wiem czy w ogóle jeszcze potrafię.
Nie wiem czemu tak rzadko.
Niby czasu nie powinno mi brakować, ale brakuje. Niby nie trwonię go na internet, a przelatuje nie wiadomo kiedy i na co. Tu spacer z Tolą 40 minut, tu 5minut na pogawędkę z sąsiadką, tam 15 minut na sprzątnięcie…I robi się wieczór. A wieczorami to ja nie funkcjonuję. Leżę, czytam, głaszczę psa, spaceruję z psem, gadam z psem…I tyle.
Szwedzki mi się uwstecznia, bo znów prawie go nie używam. Polski w sumie też prawie nie używany w mowie i piśmie.
Nie wiem co robię!
Trzeci tydzień zmagam się z bólem stawów.
Zaczęło się przed wyjazdem do Polski. Myślałam, że źle spałam, że może Tola mnie szarpnęła. Bolało koło łopatki. Potem się rozlało na całą jej krawędź. Potem na szyję. W Pl poszłam na dwa masaże (na więcej nie wystarczyło czasu). Po masażach ostry, kłujący ból rozszedł się, za to coś rozlazło się po całym barku i ramieniu. Jeszcze miałam nadzieję, że to efekt spania na wersalce u mamy, której miękkość można porównać do deski. Ale na moim wygodnym łóżku okazało się, że jest tylko odrobinę lepiej. Nie wstaję tak sztywna. W dzień funkcjonuję, w nocy – masakra. Ból szarpie całym lewym ramieniem – od barku po dłoń. Pisanie na dłuższą metę jest niemożliwe bo drętwieje połowa lewej dłoni. Tak samo przy jeździe skuterem.
Wreszcie zadzwoniłam do sjukgymnast (coś w rodzaju fizjoterapeuty, nie trzeba skierowania od lekarza).
A ból sobie hula. Zaczyna przełazić na bark prawy, prawy łokieć i dłoń. Oraz prawy pośladek, udo i stopa, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc uszkodzonych przy uderzeniu o asfalt dwa i pół roku temu.
Do tego bóle głowy.
Co za cholera mi wlazła???
Prochy przeciwbólowe pomagają na lekkie złagodzenie bólu za dnia, w nocy -w ogóle nie czuję ich działania. Sypiam na półsiedząco, na wznak, bo to jedyna pozycja w jakiej ból daje mi zasnąć.
I w zasadzie ten ból tak dominuje nad wszystkim co się dzieje, że nie mogę się już skupić na czymś innym.
Wiem, że trzeba do lekarza, ale wiem też, że pierwsze o co mnie zapytają to czy byłam u sjukgymnast i odłożą wszelkie działania do czasu aż się pofatyguję do wyżej wymienionego. Typowe działanie „okulista do 18-tej”…

Poza tym to nie wiem co.
Acha. Nie głosowałam. Nie głosowałam, bo nie chciałam. Bo odkąd zmieniłam miejsca zamieszkania uważam, że nie powinnam. Bo nie znam prawdziwej rzeczywistości a tylko tę opisywaną na dwóch portalach gazetowych i fejsbuku. A to chyba za mało. Pamiętam jak wkurzała mnie kiedyś Polonia amerykańska, mieszkająca od dziesiątek lat w Ameryce, głosująca ZAWSZE wbrew zdrowemu rozsądkowi.
A teraz oglądam ten „Powrót do przeszłości” i złośliwie myślę „chcieliśta PiSu no to go mata” co oczywiście jest wredne, ale nie mogę się powstrzymać. Bo dlaczego ludzie tak szybko zapomnieli o tym co już było tego naprawdę nie rozumiem, tak jak i nie rozumiem, czemu nie uczą się na własnych błędach.
Em prorokuje:
-Znowu przestaniesz słuchać Trójki –
a ja się obawiam, że może mieć rację.

W Polsce zaskoczył mnie ogrom rasizmu…uchodźcofobii..? nie wiem jak to nazwać.
Teksty:
-Poczekaj, poczekaj, jak ci ciapatych najedzie do tej twojej Szwecji- słyszałam na każdym kroku. I to bez względu na wykształcenie, wiek i inne takie.
Ludzie napompowani propagandą nie słyszeli, gdy mówiłam, że owi „ciapaci” mieszkają dookoła mnie. I że w zasadzie dla wielu z nich to JA mogę być czymś w rodzaju „ciapatej”. Bo wielu z nich w Szwecji mieszka dłużej niż ja…
ALe wiadomo, ludzie nie słyszą tego co się mówi, ale to, co chcą usłyszeć.

Monika na urlopie, więc mam więcej pracy.
A po południu idę do sjukgymnast.
A teraz pora iść z psem.

W salonie mam ekipę wymieniającą podłogę oraz piaskownicę. Pod starym parkietem była warstawa piachu. Tak na około 10cm. Taka technologia…
Pies kocha panów robotników.

Na Warmii

Ranki są zamglone, …

Ranki są zamglone, potem wychodzi słońce i robi się ciepło.
Łażę z aparatem po Miasteczku. Łażę rano, w południe i wieczorem. Cieszę oko. Zachowuję obrazy na potem.
Takie obrazy:
 

 

Jest jak w piosence Daukszewicza
„Tu Pewex wytworny, tu obskurny bar”.
Jest.

Poszłam na cmentarz sprawdzić jak sytuacja.
Ciotka Wanda rozpromieniła się na mój widok.
-Cześć gruba!
Nie obraziłam się. Nie zirytowałam. Ciotka taka jest. Dyplomatka z niej żadna. Ale za to jest szczera. Z leciutko złośliwym poczuciem humoru. Zawsze się jej trochę bałam.
Tak naprawdę to nie jest moja ciotka, tylko przyrodnia babcia. Jej mąż (wujek Paweł, zmarły cztery lata temu) był przyrodnim bratem mojego dziadka. Ech, skomplikowane powojenne czasy.
-Jak mama?
Opowiedziałam.
-…nie miałam pojęcia co robić – zakończyłam opowieść o sytuacji z lata.
Ciotka parsknęła śmiechem.
-Jak to co? Wracaj!
-A z czego będę żyła?
Ciotka znów parsknęła śmiechem.
-No coś ty! teraz to będzie dobrobyt. Właściwie to już jest, od wczoraj. To co się martwisz.

Ciotka mówi z takim pięknym, wileńskim  zaśpiewem. Wujek też tak mówił. Lubiłam barwy ich głosów, ten inny akcent, tę piękną gramatykę. Szkoda, że ten świat odchodzi. To dlatego tak lubię słuchać Reginy. Ona mówi podobnie, tylko jej polski jest już bardziej naleciały rosyjskim.
Szłam sobie główną aleją cmentarza (zawsze wtedy mi się przypomina TSA 51).


I spotkałam kolejną ciotkę. Ciotkę Wiesię.
I znowu ten melanż. Ciotka Wiesia nie jest moją krewną, choć nosi takie samo nazwisko jak ciotka Wanda. Właściwie to nie jestem pewna jakie są koneksje rodzinne, ale zdaje się, że jej mąż jest kuzynem jeszcze innej ciotki…Melanż, mówię.
Pewnie gdyby to były to inne czasy i inne miejsce to bym ich nawet nie spotykała.
Przesiedleni spod Wilna trzymali się razem, bo tylko siebie mieli. A że ojciec był sierotą, to miał tylko ich…Przyrodniego stryja, stryjecznego stryja, ich rodziny i rodziny ich żon…Trzymali się razem. I ojciec z nimi do 80tego roku.
Po jego śmierci się zmieniło.
I tak stałam się osobą która nie ma innej rodziny poza mężem, dziećmi i matką. Zniknęli z mojego i Baśki życia właśnie wtedy, gdyśmy ich najbardziej potrzebowały. Tak wyszło. Miałyśmy wszak matkę, a oni mieli jej chyba za złe, że za szybko wyszła drugi raz za mąż. Chyba mam do nich odrobinę żalu. Ale…może to my nie chciałyśmy tam chodzić? Miałyśmy 17 i 15 lat. Wtedy ciotki pouczające jak żyć to ostatnie, co człowiek chce spotykać.

O. I tak to znów w okolicy Zaduszek zaplątałam się w historie rodzinne.
A zaraz jadę do Olsztyna. Umówiłam się na masaż.
Lewy bark rwie jak głupi. Ból, w dzień utrzymany w ryzach dzięki paracetamolowi i rozruszaniu, w nocy rozlewa się na całe plecy i lewą rękę aż do palców. Nie pomaga na to łoże madejowe na którym śpię u mamy. Wersalka jest tylko troszeczkę mniej twarda od deski. Wstaję co rano obolała. Będę szczęśliwa, jak wrócę do siebie, na swoje łóżko.

Jubileusz

Myślę sobie „Jakbym …

Myślę sobie „Jakbym ją zabiła zaraz na wstępie to bym już mogła wyjść na wolność. A tak to mam dożywocie”. Ale to tylko przekomarzanie się.
Dziś mija 25 lat odkąd zostałam mamą.
Moja córunia kończy 25 lat.
Kiedy to zleciało?

a wieczne myśli płyną, płyną…jak czas

Cytat z „Sokrates …

Cytat z „Sokrates tańczący” Juliana Tuwima.
Och. Tuwim, znany głównie z Kwiatów Polskich (Grand Valse Brilliant w wykonaniu Ewy Demarczyk młodzież zna?) oraz wierszyków dla dzieci (zakładam, że Lokomotywę to zna każdy od kołyski), ten  właśnie Tuwim pisał cudne wiersze o tematyce różnej. Miłosnej też. Miałam kiedyś tomik jego wierszy, ale jakaś zaraza go pochłonęła. Nie pamiętam bym pożyczała, a w domu nie ma.
Tuwim pisał też aforyzmy oraz limeryki, których zbiorek mam w takiej maluśkiej książeczce, która z racji rozmiaru też mi ciągle ginie, ale potem się znajduje. Nie wiem czy by jej sobie nie kazać przedziurawić i wziąć na łańcuszek, żeby przestała ginąć, bo smaczki w niej są przednie.  Ot, choćby mój ulubiony „Czym różni się pesymista od optymisty? Pesymista twierdzi, że wszystkie kobiety to nierządnice. Optymista nie jest tego zdania, ale ma nadzieję”. Limeryków niestety na pamięć nie znam, a książeczka swym zwyczajem schowała się do mysiej dziury.

Zło! Dobro! - prawda? - Ludzie, bogi,
Cnota i wieczność, czyn i słowo,
I od początku - znów, na nowo,
Bogi i ludzie, dobro, zło,
Rzeczpospolita, słowa, czyny,
Piękno - to, tamto, znowu to! - - -
Mój drogi - kpiny!

Jakże się naigrawa stary filozof z tych wszystkich dętych komunałów. Bo pod koniec życia odkrył, że tak naprawdę liczy się tylko…życie. I już.
No i tak mi się to zgrywa ze stanem duszy. Bo ja sobie żyję. Po prostu. A czas sobie płynie…jak czas.
Bawię się z psem, cieszę obecnością Zuzi gdy jest, sprzątam, urządzam biuro w pokoju Yankiego, szyję, czytam, czytam i czytam, oraz fotografuję.
W międzyczasie troszkę pracuję, coś tam wypełniam, instaluję oprogramowanie, rozmawiam z klientami i potencjalnymi klientami. Celebruję życie.
Świat zrobił się złoty, sypie kasztanami, kolorami się mieni, czasem obdarowuje srebrną mgłą, a czasem purpurą zachodzącego słońca.
Jest cudnie, choć wcale nie leniwie. Właściwie to ciągle coś. Dni płyną szybko, szybko, za szybko prawdę mówiąc,

Sertralina, w odpowiedniej dawce, może jednak czynić cuda.

Pani doktor od sertraliny, rodem z Pakistanu, chyba w głębi duszy uważa, że depresja to wymysł rozpuszczonego w dobrobycie człowieka zachodu, bo wbrew obietnicom nie dzwoni od miesięcy…Z poprzedniego razu pamiętam, że młody doktor, Szwed rodowity, dzwonił co miesiąc, pytał o samopoczucie, monitorował ilość tabletek nasennych…Generalnie trzymał rękę na pulsie. Pani Pakistańska Doktor jak widać nie uznaje tego za konieczne. A ja już jadę na sertralinie ponad pół roku. Tylko wcześnie brałam końską, jak dla mnie, dawkę w związku z czym pierwsze półrocze 2015 postrzegam jako czas szukania spokojnego miejsca i chwili, żeby móc pospać. Po rozmowie z innym lekarzem, do którego poszłam przerażona wiecznym zmęczeniem, samowolnie zmniejszyłam dawkę o połowę. Mniej więcej po tygodniu poczułam, że zaczynam mieć siłę żyć. teraz, już chyba po dwóch miesiącach, nareszcie działam jak ja. Koleżanka z Zapiski Szwedzkie pewnie mnie obsztorcuje za taką samowolkę, ale…

Od Ksantypci wały złapię,
Że tak we mnie wszystko drga,
A ja sobie hopsasa!

 A jakie zdjęcia cudne mi ostatnio wychodzą! dodam tylko nieskromnie. Ale zgadzam się, że to moja, całkowicie subiektywna opinia. Nie ma obowiązku się z nią zgadzać.

 

 

Tak więc moi mili nie zamierzam zmieniać dilera, bo towar ma dobry 😉

 

 

 

 

i znowu „Witamy w Klubie”

Tak naprawdę. <br …

Tak naprawdę.
Byłyśmy dziś z Tolą po raz pierwszy w psim klubie.
Odkrycia:
1. Psiarze na pierwszy rzut oka są o wiele bardziej kontaktowi niż fotograficy
2. Jak jesteś w szczerym polu nie masz obowiązku zbierania kupy po swoim psie
3. Wbrew temu co podejrzewałam, Tola nie jest (już) najgorzej wychowanym psem na świecie. I ona i ja wykonałyśmy kawał dobrej roboty w ciągu ostatnich trzech miesięcy. 

A to zdjęcie z ostatniego wrześniowego spaceru w kamieniołomie z Zuzią i Tolą