133.

Jakoś tak zacichłam…
Pewnie trochę dlatego, że dłubię i wykańczam księgowość jednej firmy. Miałam na to co najmniej pół roku, ale wiadomo jak jest. Podłubałam jeden dzień a potem na dwa tygodnie zostawiłam. A za miesiąc muszę złożyć deklarację dochodową a wcześniej oddać innej księgowej do kontroli i zrobienia zakończenia. No to teraz dłubię w tym każdego dnia i jestem już znużona bo mam poczucie, że wciąż mam to na głowie od wielu miesięcy.
Mój błąd. Następnym razem należy usiąść na tyłku, zrobić jak najszybciej i mieć z głowy.

A przy okazji pracy…
Pamiętacie jak kilka miesięcy temu przyszło do mnie małżeństwo. Firma była jego, ale on nie miał pojęcia o niczym. Wszystko wiedziała żona, ogarniała mu całą administrację firmy: fakturowanie, przelewy za materiał, wnioski do urzędu skarbowego, rozmowy z księgowym…i wszystko inne. Jednocześnie pracując zawodowo.
Przyjechali do mnie razem a kilka tygodni później ją coś tknęło, zajrzała mu w telefon i odkryła romantyczną korespondencję z innymi paniami.
I dramat, bo ona kocha, bo ją oszukał…
Jakoś ją polubiłam. Gadałyśmy przez telefon kilka razy płakała mi do słuchawki…No tak to jest na obczyźnie, że przyjaciół się ma w zasięgu telefonu a nie spaceru.
Strasznie była rozwalona.
A tu naraz się dowiaduję od jej BYŁEGO już męża, mego klienta, że pani kogoś ma. Kilka dni później telefon. Pani radosna, pełna planów, gotowa mężowi dziękować, że ją zostawił…

Heh…jak to nigdy nic nie wiadomo.
Z życia towarzyskiego odnowiłam znajomość z Gulsum jak wiecie. A potem jeszcze widziałam się z byłą sąsiadką Heleną. Przyszła z ciastem, a chwilę potem mi się rozpłakała, że nie daje rady, że ma takie dni, że nie ma siły nawet się umyć. Depresja psia jej mać. Leki dawały jakieś poważne skutki uboczne, a ona ma chore serce i rozrusznik.
Strasznie była, jest biedna. Muszę się odkopać z roboty i jakoś znowu ją namówić na spotkanie. Niechby poszła ze mną na krótki spacer, na 15 minut albo co.
I napisałam do Vicenta. Vicent z Barcelony, też kolega ze szwedzkiego. Odpisał mi! Bardzośmy się lubili, miałam wrażenie, że jednoczyły nas nasze kompletnie nieprzydatne w Szwecji zawody: ja księgowa, on prawnik. Oboje uwielbialiśmy czytać i kochaliśmy psy. Vicent przyjechał tu ze swoim wilczurem, ale psiaku dostał raka po kilku miesiącach…
Teraz Vicent mieszka w Skanii, blisko mojej Kasi. Rozwiódł się ze swoją szwedzką żoną, uczy hiszpańskiego oraz studiuje. Napisał mi „też pracowałem jak sprzątacz i jestem z tego dumny!”. Cały Vicent – chodzący pozytyw.

U mnie już późna jesień, drzewa zrzucają liście na całego, brzozy niemal łyse.
A mnie – o dziwo! – po raz pierwszy od lat nie męczy zgaga i ból żołądka!
Oraz zanikło mi praktycznie łaknienie na słodycze!
Nic się nie zmieniło – stresy mam te same, lęki, schizy, bolączki…
Tylko jedno się zmieniło: od marca nie jem mięsa. Owszem – będąc w Polsce na targach, na Wielkanoc w gościach – zjadłam co było. Tydzień temu zrobiłam gołąbki i zjadłam jednego. Więc nie jestem jakąś ortodoksyjną weganką. Jem sery, jogurt i śmietanę. Jem jajka. Czasem, ale staram się jak najrzadziej, zjem jakąś rybę z puszki – sardynki lub tuńczyka. Raz w miesiącu albo i rzadziej.
Mam wrażenie, że waga lekko spada. Ale najważniejszy jest brak zgagi.

W poniedziałek i wtorek Zozo spała u mnie bo Misia i Mel byli w Czarnogórze. To był prezent od Mela dla Misi na urodziny. Byli w Kotorze. Ale tam pięknie!
A ja miałam dziewczynkę dla siebie we wtorkowy i środowy poranek. To najfajniejsze. Idziemy sobie do szkoły i gadamy. I Zozo jest tylko moja przez tych kilka chwil. Bardzo się lubimy i lubimy być ze sobą. Chwilo trwaj!

A w niedzielę zmiana czasu…Trzeba będzie przeżyć. Byle do wiosny…

132. Granice

Wczoraj, o 21 zobaczyłam, ze na służbowym telefonie mam dwa nieodebrane połączenia od klientki. Oba po godzinie 19.
Pierwsza myśl – panika „oesu coś się stało”. Druga – irytacja.
Bo każdy mój klient wie, że pracuję od 9 do 17. Czasem odbiorę telefon po 17, ale nie po 19, a już na pewno nie o 20. Jeśli rano, o 9 widzę, że ktoś się dobijał – oddzwaniam i zazwyczaj prowadzę taki dialog:
– Dzwonił pan…
– Tak, wczoraj usiłowałem się dodzwonić – tu zwykle jest w głosie lekka uraza
– Ale ja pracuję do 17. Po 17 wyciszam telefon. Tak samo jak w weekendy. Inaczej byłabym w pracy całą dobę prze cały tydzień.
Wzdech klienta i takie pełne ociągania, niebyt zadowolone
-Acha…no dobrze, będę wiedział…
I wie. Do następnego razu.

W moim ulubionym serialu o Gilmorkach jest taka scena.
Do Lorelai dostawia się kuzyn Jackssona – męża przyjaciółki Lorelai.
Kuzyn jest obleśny- wypina klatę w koszuli rozpiętej niemal do pępka, obleśnie się uśmiecha i patrzy na Lorelai bezczelnie. Lorelai jest piękna. Kuzyn myśli, że skoro Lorelai zaszła w ciążę jako nastolatka to jest nimfomanką, a to oznacza, że powinna rozkładać nogi przed każdym, kto ma na to ochotę.
Lorelai podaje mu klucz do jego pokoju (ona jest właścicielką hotelu i właśnie zajmuje się recepcją) kuzyn ten klucz oblizuje sugestywnym ruchem języka zapewne podpatrzonym na filmie porno. Patrzy jej w oczy i składa podpis w księdze meldunkowej. Na co Lorelai mówi spokojnie:
– Podpisałeś się na ulotce.

Co łączy obie sytuacje?
Przekraczanie wyznaczonych granic.

Jestem osobą, która ślizga się gdzieś na pograniczu autyzmu i normalności. Lata całe żyłam bez poszanowania moich granic. Jako dziecko nie miałam własnego pokoju, ba! szafki własnej, świętej i nienaruszalnej nie miałam.
Każdy mógł sobie otworzyć miejsce, gdzie trzymałam osobiste rzeczy i bez przeszkód w nich myszkować. Moje protesty zbywano „ale co ty tam masz za tajemnice?”.
Tak nauczono mnie, że nie ma świętej, nienaruszalnej przestrzeni osobistej. Każda próba ograniczenia własnego terytorium kończyła się tak samo: ale co ty masz takiego do ukrycia, nie przesadzaj…
I nie miało znaczenia czy chodzi o zaglądanie do szafki z książkami szkolnymi, pamiętnika czy majtek.
„Oj, nie przesadzaj”.
W ciągu rocznej psychoterapii nauczyłam się, że mam prawo ograniczać dostęp do mojej przestrzeni osobistej. I tylko ja decyduję gdzie ta granica przebiega. Oraz mam pełne prawo żądać nienaruszania owych granic i być zła oraz nieuprzejma, gdy ktoś owe granice próbuje sforsować mimo danego jasno komunikatu „Teren prywatny”.

Do czego zmierzam?
Jest na tym blogu kilka notek opatrzonych hasłem. I kilka osób to hasło zna. Jeszcze kilka innych nie zna i godzi się z tym. Jest też kilka osób, które z uporem maniaka, po każdym takim wpisie wracają z jęczeniem
„ale daj hasło, ale daj hasło”.
Więc pytam teraz Was: jakiej części słowa NIE nie rozumiesz??
Takie jęczenie jest niczym innym jak wsadzaniem ręki w cudze majtki. Czy jeśli jesteś na randce a twój współrandkowicz powie NIE na twoje zaloty nadal te zaloty kontynuujesz? Czy może jednak mamusia cię wychowała i nauczyła, że NIE to znaczy NIE. W każdej sprawie!

Mój blog – moje majtki – moje prawo mówić NIE kiedy to ja uznam, że NIE. Zapamiętaj to sobie.

131. Forever autumn

Jest złota jesień. Nawet jak pochmurno to jest złoto.
Trochę na odwrót niż u mnie w duszy…
Ale piękno świata, nawet najbliższego musi na jakiś czas wystarczyć. Na pocieszenie, na otarcie łez, na osłodzenie goryczy.
Nie, nic się nie stało. Nikt nie umarł przecież …może tylko nadzieja.

The summer sun is fading
As the year grows old
And darker days are drawing near.
I watch the birds fly south across the autumn sky
And one by one they disappear.

I wish that I was flying with them
Now you’re not here.

Update: dziwne rzeczy. Ja wrzucałam link do piosenki, z której zaczerpnęłam cytaty czyli do Forever autumn w wykonaniu Justina Haywarda. A wyświetla się każdemu co innego…
No to jeszcze raz:
https://www.youtube.com/watch?v=dJbp_GjD9VE

129.

Dylemat moralny: czy wiedząc, że ktoś na emigracji ma się źle pod wieloma względami mam prawo zawiadomić rodzinę w Polsce?
Ta osoba ukrywa przed rodziną swoją sytuację, a nie jest ona wesoła: po ciężkiej chorobie ta osoba nie może pracować. Żyje z głodowej emerytury oraz oszczędności, praktycznie nie wychodzi z domu i wiedzie bardzo, ale to bardzo samotny żywot.
Rodziny nie znam.

Nigdy nie wiem czy mam prawo się wtrącać i zazdroszczę tym, którzy po prostu działają w takiej sytuacji bez zastanowienia.
—————————————————————–
W sobotę były urodziny Litwina. Nie byle jakie -pięćdziesiąte. Jak zawsze dylemat „co kupić?”. Co kupić komuś, kto w zasadzie może mieć wszystko?
Wymyśliłam – butelkę dobrego alkoholu w klatce, którą zrobi eM.

O, takie coś.

Ale eM nie miał w pracy odpowiednich prętów. Więc zrobił z rury. I jak to on – poszedł na całość. W efekcie wyszło takie coś:

Tuba wzbudziła zachwyt nie tylko doskonałością wykonania, ale też ilością poświęconego czasu. Kolega, drugi Litwin, nie mógł się nadziwić, że ale jak to? Tyle czasu poświęciłeś? Ja bym wolał iść i kupić, bo u mnie czas droższy pieniędzy…
A swoją drogą dziwne to były urodziny…
Litwinka latała między kuchnią a stołem. Druga Litwinka oglądała ze swoimi dziećmi film. „Chłopcy” raczyli się tequilą pod pomarańcze z cynamonem. Ja – niańczyłam psa.
Pies ma cztery miesiące i jest rasy gończy litewski. Nie dojdę czy to litewska nazwa gończego polskiego czy jednak oddzielna rasa. W każdym razie: litewski pies, więc niech będzie, że i rasa litewska. Pies od hodowców na Litwie dostał zaskakujące imię – Abba. Przy czym hodowcy nazywając psa-dziewczynkę nie wiedzieli, że będzie mieszkać w Szwecji. Abba przyjechała do Szwecji dwa tygodnie temu i z założenia jest psem Litwina. Problem w tym, że psica nie akceptuje mężczyzn.
Czteromiesięczny pies to już nie jest słodka, puchata kuleczka. To jest całkiem spory pies. Ma oczywiście za długie łapy, ogon, uszy, za małą głowę i tułów, co sprawia, że jest komicznie niezgrabna i przesłodka. Ale potrafi też bardzo przekonująco szczekać, a jeszcze bardziej przekonująco warczeć i pokazywać kły. W dodatku to pies myśliwski, więc nic z uległości i miłości ogólnej do całego świata takiej jaką miała Tosia.
Psica zatem zaraz na wstępie na mnie nawarczała, ale obdarowana ciasteczkiem zgodziła się, że jestem w porzo. Pozwoliła się pogłaskać, ale jak tylko eM chciał się z nią przywitać znowu zaniosła się szczekaniem i warkotem i uciekła do Litwinki. Trochę siedziała w zamknięciu, ale uprosiłam, żeby jej pozwolić być z nami, bo jak to tak – nie wolno psa separować. Pies ma być z ludźmi.
Latało to małe pomiędzy nami, wspinało się do stołu i blatów, próbowało talerzy w zmywarce – krótko mówiąc była Abba królową zamieszania. Wreszcie po godzinie padła na kanapie i zasnęła. Przysiadłyśmy obok niej, głaszcząc każda swoją część tego psiego dziecka. Potem Litwinkę ktoś odwołał. Przysiadł się Litwin do mnie. Abba zerwała się na łapy, zaczęła warczeć, poznała swojego pana, uspokoiła się, ale jak tylko koło niej usiadł – odwróciła się tyłkiem do swojego pana i wtuliła się we mnie, kładąc mi mordkę na ramieniu.
Litwin był pod wpływem tequili już, więc raczej słabo to odnotował, ale mnie się zrobiło go szkoda. Bo on zawsze chciał mieć psa, mam podejrzenia, że dom kupił po to by tego psa mieć, a tu klops.
Dużo pracy przed nimi, przestrzegałam, że muszą z psem zacząć pracować, bo za chwilę pies zdominuje ich całkowicie.
Koło 21 chłopcy już mieli dobrze w czubach, że zadzwoniłam po naszą podwózkę i o 22 byliśmy w domu.
Niedziela była leniwa. Wybory w Polsce.
Nie głosuję świadomie, od wielu lat. W zasadzie odkąd cała moja rodzina jest tutaj. Ostatni raz oddawałam głos po katastrofie smoleńskiej. Potem już nie. Myślę, że ludzie, którzy nie mieszkają w Polsce, nie mają zamiaru tam wrócić, nie mają tam żadnych „interesów życiowych” nie powinni głosować. Takie jest moje zdanie zdroworozsądkowe, bo pamiętam moją irytację jak na wyniki wyborów miała wpływ np. Polonia amerykańska. Ludzie, których stopa na stanęła w Polsce od dziesiątek lat, których źródło wiedzy o Polsce pochodziło tylko i wyłącznie z telewizji Polonia oraz relacji rodziny, co oni mogli wiedzieć na temat życia w Polsce po 89roku jak wyjechali z niej w latach siedemdziesiątych?
Dlatego nie głosuję, uważam, że nie mam moralnego prawa. eM przyjął mój tok myślenia i też nie głosuje w Polsce. Co nie zmienia faktu, że w niedzielę miałam żal do siebie, że nie głosuję, że się nie wpisałam na listę, ale nawet gdyby to i tak bym nie mogła z prostej przyczyny: nie mam żadnego polskiego, ważnego dokumentu.
I tak zamiast na wybory pojechaliśmy na Kinnekulle.
Było ciepło, prawie bezwietrznie, dość blade słońce się czasem wychylało zza chmur. Amatorów świeżego powietrza było w lesie dużo. I to nie tylko tych dwunożnych. Tośka dostawała amoku.

O, takie się pasły na polach. Mówimy na nie sarny, ale to raczej nie sarny. Daniele? Sarenki są dużo mniejsze chyba.
i takie jeszcze się szwędały…
W lesie złoto
Powietrze, choć lekko zamglone było wyjątkowo czyste.

Tak było „w ogóle” a tak w szczególe:

128.

Zatem mamy kolejną polską noblistkę w dziedzinie literatury.
Oczywiście bardzo się cieszę, bo ja się zawsze cieszę jak Polacy zyskują uznanie w świecie, zwłaszcza ci, nielubiani przez nową władzę.
Znam tylko dwie książki laureatki: Prawiek… oraz Prowadź swój pług…
„Prawiek” wydała mi się taka sobie, ale „Prowadź swój pług” była przejmująca i bardzo mnie wciągnęła. Film też widziałam, ale już po przeczytaniu książki i też był niezły.
Próbowałam czytać Biegunów, ale mnie nie porwała, a wręcz znudziła konwencja. Miałam wrażenie, że spotykam ludzi i ich historie w podróży, historie bez początku i końca, bez kontekstu nawet. A ja lubię znać całą opowieść. Teraz przyszło mi do głowy, że może ten kalejdoskop do czegoś służy i może coś z niego wynika na końcu. Więc może dam Biegunom kolejną szansę.
Ale nie umniejszając talentu pani Olgi nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Nobel dla niej jest podyktowany polityką. Na pohybel władzy, której nie lubią w Europie. A PiS nie kocha Olgi zwłaszcza za atak na odwieczną polską tradycję myślistwa i przedstawienie myśliwych dokładnie tak, jak wyglądają w oczach małych społeczności.
Szkoda, że komitet noblowski upolitycznia tę nagrodę. Nobel jest wszak gwiazdą wśród wszystkich nagród i to powinna być nagroda przyznawana za WYŁĄCZNIE literaturę. Od polityki jest Pokojowa Nagroda Nobla.
No, ale to moje zdanie i nie ma obowiązku się z nim nie zgadzać 😉

127. Stora Stenbrott czyli Wielki Kamieniołom

Wielki Kamieniołom na zboczu Kinnekulle to 40metrowe wyrobisko skąd wydobywano wapień. Wiek skał najniżej położonych oszacowano na 400 milionów lat. W skałach można znaleźć skamieliny dawno wymarłych zwierząt – ośmiornic i skorupiaków żyjących w morzu przed 400 milionami lat.
Skały są wyraźnie warstwowe, różnokolorowe. Są szare, zielone lub czerwonobrązowe.
Najniżej leżący kamień był użytkowany do wyrobu cementu i wypalania wapna. Górny, zazwyczaj czerwony, wykorzystywano jako budulec.
Po zakończeniu wydobywania kamienia oraz produkcji cementu na dnie wyrobiska utworzono staw, który zbiera wodę i dostarcza ją dla pobliskich łąk zwanych Mnisie Łąki.
Staw jest sztucznie zarybiany i można tam łowić pstrągi oraz łososie po wniesieniu opłaty.

Źródło:
https://www.vastsverige.com/lackokinnekulle/produkter/stora-stenbrottet/

Stenbrott jest dość częstym miejscem naszych spacerów, w suche dni.
Nie tylko naszym, niestety. Jest tam niemal zawsze sporo ludzi, którzy wędkują, grilują lub zwyczajnie kamperują. Miejsca jest dużo i łatwo się tam schować w ustronnym, zacisznym kąciku. Niestety – coraz częściej na stawem walają się śmieci, a swojska „k…wa” fruwa w powietrzu jak ptaszek.
Mimo to lubimy to miejsce, bo …coś w sobie ma.

Ta woda w górnej części zdjęcia to Wener
Zwykle parkujemy na górze, potem idziemy tą ścieżką w dół, robimy skręt w prawo i idziemy tym terenem po prawej.
Potem trafiamy w księżycowy krajobraz
Podziwiamy naturę
i schodzimy ścieżką w dół, nad staw.
Teraz idziemy dołem, brzegiem stawu przez chwilkę
a potem znów na górę.
I zatoczyliśmy koło.
Tosia jak zwykle z nami.

Takie spokojne obejście terenu dookoła zajmuje nam około godzinki z przystankami na zdjęcia czy na pozwolenie psu na ostrożne zejście do wody. Ostrożne, bo dno niemal natychmiast się urywa. Nie mam pojęcia ile metrów głębokości w najniższym miejscu, ale na pewno więcej niż 2.
Staw ma kolor szmaragdowy a zimą pokrywa go bardzo gruby lód, który też ma niezwykły kolor.

126

No tak zimnego piździelnika października to ja tutaj nie pamiętam.
W nocy spada co najmniej do zera, choć dzisiaj było na pewno poniżej zera, bo wszystko dookoła białe. W dzień, mimo, że słońce nie jest o wiele lepiej. Temperatura niska – 6stopni w mieście, za miastem na Kinnekule (tam zawsze jest zimniej) 3-4. Ale wieje z północnego wschodu lodowatym wiatrem, więc odczuwalna jest jeszcze niższa choć wiatr nie taki mocny. Tutaj potrafi naprawdę wiać.
Żółto jest wszędzie i coraz więcej łysych drzew w mieście.
Udało mi się w piątek i sobotę przespać noc całą, więc o 5:30 byłam już wypoczęta. Siadłam do roboty – zrobiłam więcej niż w inne dni.
Co za cholera nie daje spać?
Mam nad głową półkę. Znaczy nad łóżkiem. Na tej półce lampka, kwiatek z gatunku tych co dobre w sypialni, tam odkładam książkę którą czytam przed snem, tam oba czytniki tam zwykle leżą, poza tym leżą tam leki, które biorę każdego dnia, jakiś żel na obolałe stawy…No, takie rzeczy, które potrzebne są każdego dnia, ale nie mogą leżeć na stoliczku, w zasięgu Tośkowej paszczy. Tośka niszcząca nie jest, ale jak idę do sklepu i wracam po całym życiu 10minutach to Tosia się cieszy okropnie i przynosi mi prezenty. Zazwyczaj są to: jeden kapeć, ukradziona z kosza na pranie część garderoby, chusteczki higieniczne, ścierka do okularów oraz wszystko co znajdzie a co da radę wziąć do paszczy.
Poza tym Tosia uwielbia gryźć plastik, zwłaszcza który czymś interesującym pachnie. Moja pomadka do ust jest NIAM-NIAM! Nie zliczę ile mi już rąbnęła … No. To dlatego wiele rzeczy ląduje na półce.
Kiedyś jeszcze leżał tam tablet. Bo czasem w łóżku gram w karty, albo z kimś gadam. Ale w Poznaniu, gdy którejś nocy NIE nawiedził mnie znajomy ból głowy, zastanowiłam się co było inaczej…I odkryłam, że tablet leżał daleko od łóżka. Następnego wieczoru znów odłożyłam go daleko. I ból głowy nie wrócił.
Od tamtej pory tablet leży w „gabinecie”. A ból głowy, ten specjalny, umiejscowiony w jednym punkcie – nie wraca. Może przypadek. A może jakiś pole magnetyczne albo co…
No więc zastanawiam się czy owa półka mi nie szkodzi na sen.
Hm…
A resztę to opowiem pismem obrazkowym.
Bo byliśmy w sąsiednim miasteczku na festiwalu światła. Mimo szeroko zakrojonej akcji informacyjno-werbującej pojechaliśmy we dwoje. Co z tymi ludźmi jest nie tak? Każdy mówi, że chętnie wyjdzie z domu, ale jak zapraszamy…to zawsze coś. Nie-to-nie.
Było zimno jak nigdy!
I fajnie jak zawsze 😀
O:

Były smoki,
Czarownice w lesie duchów…
Był namiot z muzyką celtycką…szkoda, że nie mieliśmy w planach zostania dłużej
No i były kolorowe światła rozmieszczone malowniczo nad rzeką Nossan.
A zmrok i światło …
oraz sztuczna mgła dają naprawdę fajne efekty.

125

Kiepskie spanie….jeszcze gorsze wstawanie.

Październik przyszedł z przytupem. Wczoraj rano były tylko 4stopnie. I wiało…a to niespodzianka. Fakt, że ładnie było, zwłaszcza rano, przed ósmą, gdy słońce jeszcze nisko. Taka – fotograficzna pogoda.

Byłam u Gulsum. Kiedyś, dawno temu, w czasach gdy chodziłyśmy na SFI (Svenska för invandrare) bylyśmy bardzo zżyte, choć ona młodsza i mogłaby w sumie być moją córką. Ale wiadomo, że jak coś iskrzy to wiek nie ma znaczenia.
Potem się nam kontakty rozlazły. Bo ja walczyłam z depresją i nie miałam siły wychodzić z domu i odwoływałam kolejne spotkania, a ona w międzyczasie urodziła dwójkę dzieci, a to też nie ułatwiało uprawiania życia towarzyskiego. Jej starsze dziecko było dzieckiem wymagającym co znaczy, że w zasadzie cały czas żądała matczynej uwagi. Weź tu porozmawiaj jak dzieciak co sekunda wyje…
Mąż G, wychowany w bułgarsko-tureckiej rodzinie jakoś nie widział powodu by nadmiernie się angażować w wychowanie dzieci. I tak dobrze, bo chłopak jest zapobiegliwy i nawet w Szwecji umiał zawsze znaleźć okazję do dodatkowego zarobku dzięki czemu szybko kupili mieszkanie w centrum miasta.
Mimo to G narzekała, bo zmęczona dzieckiem które miała przez 24/24 na dobę a chłop zostawiona z dzieciakiem na 30minut nie wiedział co z ryczącym począć.
Jak chodziła w ciąży z drugim dzieckiem to już nie byłyśmy tak blisko, ale któregoś razu miałam chęć tego jej chłopa złapać za czuprynę.
Bo taka sytuacja: w przysklepowej restauracji on i jego kolega czy kuzyn siedzą sobie za stolikiem. A ona, z brzuchem pod nosem goni za zwiewającą córką. On jak mnie zobaczył to się rozpromienił, bo generalnie to miły człowiek jest. Ale ja tylko warknęłam, że dlaczego to ona gania za dzieciakiem, to ona powinna siedzieć spokojnie. On się tylko rozpromienił jeszcze bardziej i mówi, że on przyzwyczajona.
eM mnie odciągnął mrucząc, żebym się nie wtrącała.
No, ale od tamtej pory minęło ponad cztery lata.
G zrobiła dwuletnią szkołę i została undersköterska ( czyli coś pomiędzy pomocą pielęgniarki a siostrą PCK). Szkoła wcale nie jest banalna, obejmuje całkiem poważne szkolenie medyczne, myślę, że podobne do tego jakie były w liceach pielęgniarskich. Bo osoby po tej szkole ida do pracy w różnych placówkach. Oczywiście największa część ląduje w tzw opiece domowej czyli zajmuje się osobami starszymi w ich domach – pomagają w codziennych czynnościach takich jak sprzątanie czy higiena osobista, pilnują brania leków, monitorują stan zdrowia, ale nie tylko do tego przygotowuje szkoła. Pracuje się w przychodniach, w szpitalach, w domach opieki różnej maści. Rynek jest ogromny i nadal wchłania każdego, kto tylko chce tak pracować.
G zrobiła więc tę szkołę i zaczęła pracować. I wtedy sytuacja zmusiła ją by wreszcie zostawiła dzieci pod opieką męża. Bo do tej pory namawiana by choć raz na miesiąc zostawiła dzieci mężowi a sama wyszła choćby i na półgodzinny spacer broniła się zaciekle mówiąc, że on sobie nie poradzi.
Jak przyszło co do czego to się okazało, że dzieci potrafiły bez szkody na zdrowiu przeżyć dzień pod opieką ojca.
No i niedawno wpadłyśmy z G na siebie, umawiałyśmy się długo na kolejne spotkanie, bo ciągle coś. W końcu spotkałyśmy się latem. G miała wolny dzień, dzieci miały zostać z ojcem. W ostatniej chwili okazało się, że mąż G, kierowca ciężarówki, wrócił późno, a wieczorem znowu ma jechać więc G zabrała dzieci ze sobą.
Oczywiście dzieci jak dzieci: mamo a on mnie małpuje, mamo a ona na mnie oddycha, a to ona zaczął, a to ona zaczęła!
Nie spotkałyśmy się wtedy w domu, bo u mnie Tosia, która poczciwości pies jest i bardzo by chciała się do dzieci przytulać, ale większość dzieci się jej panicznie boi z powodu gabarytów. A u niej wiadomo: mąż po nocnej zmianie.
Posiedziałyśmy wtedy w Espresso House – jedyna kawiarnia w mieście gdzie dają dobrą, różnorodną kawę i ciasto inne niż szwedzkie morotkaka (ciasto marchewkowe).
No a teraz G zaprosiła mnie do siebie. Miałyśmy się zobaczyć tydzień wcześniej, ale znowu dzieci…Tym razem mała zbiła sobie paluch, był rentgen i ganianie po lekarzach.
Wczoraj poszłam. Mąż G był w domu, bo on zwyczajowo pracuje już teraz nocami – co się dobrze składa, bo jak ona ma zmianę popołudniowa to dzieciaki zostają z ojcem, aż ona nie wróci.
Gadało się nam dobrze, tylko mi się szwedzki zacina, bo mówionego używam rzadko. G nadal jest pełna ciepła, lekko naiwna (już jej pewnie tak zostanie), wierząca w cuda i ogólnie pojętego Boga. Ach, noe tak. Bo G to w zasadzie muzułmanka. Mówię w zasadzie, bo z niej taka muzułmanka jak z większości Polaków – katolicy. Chustki nie nosi i nigdy nie nosiła, nie obchodzi ramadanu, na Boże Narodzenia stawia dzieciom choinkę a mięso ja takie, jakie spodoba jej się w sklepie. (Nie, przepraszam – jednak porównywanie G do polskiego katolika jest obraźliwe dla G). G jest pełna tolerancji, stara się zrozumieć każdego człowieka, choć jej rodacy (i Bułagarzy i Turcy) potrafią ją wzburzyć, ale jednak z nimi przestaje najczęściej, choć sądzę, że to nie do końca jest jej wybór. Tak samo jak nie do końca moim wyborem jest, że moi najbliżsi znajomi w Szwecji to Polacy. Po prostu: Szwedzi nie są skłonni do integracji z „obcymi”. Bywają życzliwi, pomocni, ale trzymają dystans i nie chcą się spotykać, kolegować, odwiedzać i kawkować wspólnie. Tak mają. Dlatego szwedzkie multi-kulti jest raczej pobożnym życzeniem.
Bo jak mówi Yankie: każdy w Szwecji ma prawo ubiegać się o każdą pracę byleby była zgodna z jego wykształceniem (a małym drukiem: bylebyś nazywał się, wyglądał i mówił jak rodowity Szwed).

A my umówiłyśmy się na kolejne spotkanie. Zobaczymy co znowu jej dzieci wymyślą by nam to uniemożliwić.