(Tekst pewnie mały, ale da się chyba powiększyć ekran. Generalnie chodzi o to, że pani napisała do mnie w sobotę rano (1 maja) z pytaniami. Postanowiła sobie sama zaksięgować i rozliczyć cały rok działalności firmy. Na wysłanych zdjęciach widziałam numerację dokumentów księgowych i były to cyfry typu 284 czy 287. Z tego wnioskuję, że pani miała nie 3 papierki tylko cały segregator. I żadnej, choćby minimalnej wiedzy o księgowości. A ostateczny termin złożenia deklaracji podatkowej upływał 4 maja. )
I z takich:
Tutaj z kolei żona pana, który mnie zwyzywał za to, że miał zapłacić duży podatek. Żeby było śmieszniej – to nie ja robiłam mu wtedy księgowość, ale z uprzejmości pomogłam wypełnić deklarację dochodową za tamten okres. Mój błąd. Pan mnie potem nękał groźbami, potem żądaniem dalszej współpracy, potem znowu mi groził a pomiędzy tym wszystkim obrażał. Lopande bokforing oznacza bieżącą księgowość. A arsbokslut to roczne zakończenie ksiąg rachunkowych. Oczywiście całą korespondencję z panem i panią mam na mailu. Do tego wszystkiego radości dopełnia fakt, że pani zwróciła się do mnie dziś. Jakby się odezwała w stosownym czasie pewnie dla świętego spokoju bym jej tę deklarację zrobiła.
A dodatkową przyjemnością jest to, że tam gdzie pracuje Yankie, pracuje matka i brat takiego jednego chłopaka, który z kolei pracuje z eM. W ten sposób Yankie nie może, za przeproszeniem, pierdnąć w pracy, żeby ojciec się o tym nie dowiedział. A ojciec uwielbia robić afery z powodu nagannego zachowania syna… Zamiast powiedzieć koledze: ty, weź się…Mój syn jest dorosły i nie obchodzi mnie co robi w pracy.
Dziś mogłabym rzucić to wszystko, wyjść, trzasnąć drzwiami i nigdy więcej nie wrócić.
Koszmarny tydzień za mną. Najpierw, w niedzielę Yankie kupił samochód, który okazał się popsuty i to bardzo poważnie. Szarpaliśmy się z byłym właścicielem, szukaliśmy pomocy u adwokata i u naszego mechanika. Koniec końców stanęło na tym, że mechanik wyjdzie mniej więcej tyle samo co adwokat, z tym, że efekt pracy adwokata jest niepewny, a mechanika już bardziej. Plus święty spokój. Ale rozwaliła nas ta sprawa totalnie. Myślałam sobie mściwie pod adresem sprzedawcy, że chciałabym, żeby się przekonał jak boli krzywda własnego dziecka. I znowu myślę, że mój syn to dostaje od życia zawsze najparszywsze karty. Poza tym pitoliłam. I czułam się Syzyf. Co się wgramoliłam trochę na górę to wszystko się rozsypywało. Bo klienci sobie przypominali o zapomnianych kosztach, bo pomimo proszenia od wielu miesięcy nie dostarczali wyciągów bankowych albo innych ważnych rzeczy. Miałam szczerą ochotę kilka razy nawrzeszczeć człowieka. Wreszcie ci, co prywatnie się rozliczali bo mieszkają w Polsce a pracują w Szwecji. To też oddzielny gatunek ludzi. Generalnie mogę stwierdzić, że dla wielu naszych rodaków przepisy podatkowe są jedynie delikatną sugestią. A co jest wyznacznikiem prawa? Nieśmiertelne „a kolega sobie zawsze odlicza”. Kolejnemu po prostu powiedziałam, że wobec tego, w razie kontroli niech weźmie tego kolegę ze sobą i niech kolega wytłumaczy urzędnikowi podstawę prawną „ja zawsze tak robię”. A potem machnęłam ręką. Nie ja to podpisuję. Jak się któryś upiera – to przechodzę na mailowanie, żeby w razie czego mieć dowód, że uprzedzałam. Fakturę wystawiam uczciwie, podatki płacę. Na koniec zrobiłam najtrudniejsze rozliczenie roczne dla Doktorka. Doktorek zwrócił się do mnie w ubiegłym roku o pomoc po tym, jak odmówiło kilka innych księgowych. To był rebusik! Musiałam ekspresem przyswoić sobie kilka nieznanych mi przepisów. A na koniec jeszcze czekać na efekt kontroli bo oczywiście na niego wypadło. Doktorek się nie domyślił, że bym chciała znać efekt i nie powiadomił. Ale kilka miesięcy później przysłał mi swoją koleżankę to zgadłam, że jednak wszystko poszło dobrze. W tym roku Doktorek znowu się odezwał. Znowu przerobiłam kilka wersji,ale ten przynajmniej się określił jasno: chcę zapłacić jak najmniej, ale absolutnie bez żadnych kombinacji, zgodnie z prawem, bo ja nie mam ani czasu, ani ochoty na szarpanie się z fiskusem. Zrobiłam. Czekam na kontrolę, bo jestem na 99% pewna, że go wezwą. On też jest pewny. Wie też, że jedno odliczenie może wzbudzić wątpliwości. I że być może mu wyrzucą. To wyrzucą. To zapłaci. Wczoraj byłam tak zmęczona, że płakać mi się chciało. Uszarpana mentalnie, zmęczona fizycznie. Obecność męża na urlopie też nie pomaga. Bo eM łazi, gotuje, gada, sprząta, zagaduje, gra telewizor, pyta, wchodzi-wychodzi z domu. Wykonuje szereg czynności życiowych, a każda z nich wyrywa mnie ze skupienia. Nie umiem pracować jak ktoś się wciąż tak pęta po domu. Odwykłam, a może z wiekiem mi się pogłębiły kłopoty jakie miałam zawsze. Dziś wyłączyłam telefon służbowy. Termin składania rozliczeń upływa w poniedziałek. Jak znam życie zawsze się znajdzie jedna sierota, która się obudzi ostatniego dnia, wieczorem. A mnie się już nie chce. Mam zamiar najbliższe trzy dni nie robić nic. Będę głaskać psa, czytać, spać, gotować, jeździć na spacery dalekie i bliskie. Pogoda jest średnia, bo pochmurno i wietrznie, więc chłodno, ale za to pada deszcz. A ja lubię deszcz. I deszcz jest potrzebny ziemi, więc niech sobie pada, byle spokojnie.
Tydzień temu Yankie zameldował, że jest chory. Teraz jest zdrowy. Chorował jak na niego krótko i łagodnie. Został mu już tylko suchy kaszel. Po konsultacji ze służbami medycznymi w postaci koleżanki Adasia oraz przestudiowaniu szwedzkiego medycznego internetu (naprawdę, Szwedzi mają portal na którym są porady medyczne) stwierdziliśmy, że z suchym kaszlem może wychodzić z domu i generalnie wrócić do żywych. U nas objawów brak póki co. Nadal nie wiemy czy to korona była czy inna infekcja. Tu by się jednak ten test przydał. Choć z drugiej strony – wiedząc, że ma koronę moglibyśmy np. paść na zawał ze stresu, więc może lepiej nie wiedzieć? Widzę, że świat powoli, ale sukcesywnie przechodzi od potępiania Szwecji do ostrożnych pochwał. Ta zaraza odkryła u mnie coś, czego w życiu bym u siebie nie podejrzewała. Stałam się , zupełnie niepostrzeżenie, szwedzką patriotką. Ostatnio jeden klient z tych napisał „Oni mają u siebie bałagan” , to ten, który utknął w Polsce i nie dostał swojej deklaracji rocznej. Zjeżyłam się i go ofuknęłam, żeby nie pisał bzdur, bo akurat w szwedzkim urzędzie skarbowym to jest porządek. Nie, żebym na polski narzekała. Kiedyś miałam dużo do czynienia z urzędami skarbowymi w Polsce. Z ZUSem zresztą też. I większości wypadków były to bardzo dobre kontakty. Nie wiem jak jest dzisiaj, ale nadal śmiem twierdzić, że pojedynczy urzędnik niższego szczebla zazwyczaj stara się być pełen dobrej woli, zwyczajnie po ludzku życzliwy, ale czasem zwyczajnie nie może, bo mu ktoś odgórnie nakazuje inaczej. Wyżywanie się na takim z powodu durnych przepisów nie ma sensu. Niezależnie Polska czy Szwecja. Możliwe też, że zwyczajnie wkurza mnie nagminne krytykowanie urzędników. Praca tych ludzi jest niewidoczna tak długo póki wykonują ją dobrze. I wydaje się całkiem niepotrzebna. Moja też się wielu ludziom wydaje. A wracając do patriotyzmu. Sama się zdziwiłam, że obrusza mnie krytykowanie Szwecji. …i okazuje się, że po prawie dwunastu latach jednak jakoś wrosłam… Inna rzecz, że to, co PiS zrobił z Polski, pewnie sprawę ułatwia. Nie ma za czym tęsknić. Ych… Pożar Biebrzy złamał mi serce. Widziałam takie zdjęcie: ogień, strażacy i bocian… Myśl o nieprzebranej rzeszy zwierząt różnej maści, broniących swoich gniazd, nawet wbrew instynktowi samozachowawczemu sprawia, że wszystko mnie boli. Tyle nieszczęścia! Tylko dlatego, że jakiś debil jest debilem do kwadratu. To jest ten moment gdy spokojnie mogłabym wziąć udział w linczu, naprawdę. No nic. Niedzielę trza zacząć. Wczoraj trochę pracowałam. Dziś nie tykam palcem bo mam stan, że za chwilę wywalę wszystko przez okno. Wkurza mnie jeden klient, któremu zawsze idzie pod górkę, cały świat przeciwko niemu, podatki mu się mnożą jak króliczki, urzędnicy mu robią pod górkę, klienci są wredni i nie chcą brać faktur…I opowiada mi farmazony o tym, że urząd podatkowy naliczył mu wielkie zaliczki na podatek dochodowy bo lekarz nie dał mu jego zwolnienia do ręki tylko gdzieś wysłał. Lekarz wysłał do ubezpieczeń społecznych, nawiasem mówić, żeby mu oszczędzić kłopotu. Człowiek ten żyje tutaj dłużej niż ja i kompletnie nie rozumie systemu w jakim żyje. Od roku choruje i ja mu oczywiście współczuję w chorobie i staram się pomóc, np. przez prawie rok go rozliczałam i nie brałam za to pieniędzy. W ogóle. No bo chory, nie zarabia przecież… Jeszcze inny nie otrzymał zwrotu z podatku sprzed roku. I do marca siedział cicho. A teraz nagle, jak granice zamknięte, jak do urzędu się dostać niełatwo, jak skatteverket ma najbardziej zajęty czas w roku, to ten sobie przypomina o swoim podatku. I „złodzieje, gdzie moja kasa”. A konto bankowe pan podał? Konto? Bankowe? A po co? Nie, nie podałem. Noż…! To jak ci gamoniu ma urząd forsę oddać? Gołębiem pocztowym? Jak w dodatku wyjechałeś do Polski, adresu nie zostawiłeś i korespondencja idzie na adres jaki miałeś w Szwecji. I mejluję z gościem kilkanaście razy, piszę do skatteverket w jego imieniu, a oni spuszczają mnie na drzewo, bo na maila to oni nie mogą za wiele odpisać, bo cholerne RODO weszło grrr. I klientka, co nieustannie … Nieważne. Mam ich dość. Dziś nie tykam, nie zaglądam, nie chcę nawet powiadomień z maila firmowego. Bezmyślność ludzi czasem mnie przerasta.
Poszłam do fryzjerki wczoraj. Fryzjerka to moja klientka, taka młoda dziewczyna z Litwy. Tnie fajnie tylko strasznie długo. Poszłam. Raz, że włosy sypiące się na twarz mnie wkurzały. Sypiące się na twarz, przetłuszczające co dwa dni, w dodatku widać że dawno nożyczek nie widziały, co dawało ogólne efekt bardzo zaniedbanej kobiety. Nawiasem mówiąc, ja ogólnie jestem zaniedbana. I to jest taki mój…można rzec styl przez całe życie. Nie maluję się. Nie ubieram starannie. Chadzam w dresach lub czymś co je przypomina. Nie noszę biżuterii, żadnej, bo mnie wkurza i przeszkadza. Na nogach mam trampki albo buty na traktorze – zależnie od pory roku. I ostatnio spojrzałam na siebie z boku i słabo mi się to spodobało. Postanowiłam się poprawić choć trochę czyli choć z włosami coś zrobić. No i dlatego. Po 2. L. też musi żyć z czegoś, opłacać rachunki itd. Poza tym – jak ona ma ruch to ja też zarabiam. Poszłam. Głowa mnie bolała. Zgaga dokuczała. I ogólnie najchętniej to bym w łóżku została. Powiedziałam. – To zrobię ci masaż głowy – obiecała. Zaprowadziła mnie do mycia. Umyła głowę. I zrobiła ten masaż. ……………………………………………………………………………………………………………………………
Matko… jakie ona ma cudowne ręce, jak mi zaczęła nimi miziać głowę to zwiotczałam, oczy mi się same zaczęły zamykać. Potem mnie strzygła. Ona to robi bardzo powoli, tnie po ociupince, a robi to bardzo delikatnie. Jeszcze nigdy nie spotkałam fryzjerki która byłby tak delikatna. Przy czesaniu nie szarpnęła ani razu, przy suszeniu i modelowaniu nie opaliła suszarką głowy, nie wyszarpała włosów. Nie zdawałam sobie do tej pory sprawy z tego, że można wykonać fryzurę i nie sprawiać klientce przy tym bólu. Oczywiście, że te małe szarpnięcia, te miejscowe przegrzania to nie jest jakiś duży ból, ale możliwe, że to to sprawia, że unikam strzyżenia. Spędziłam u niej 1,5godziny. Byłyśmy tylko we dwie. Nie dzwonił telefon, nie wchodzili ludzie. Nawet chyba radio nie grało. Cisza. Spokój. Znikła zgaga. Znikł ból głowy. Wróciłam do domu, powalczyłam godzinę z pracą, wreszcie uznałam, że się nie da. Zwinęłam się na swojej kanapce w kwiaty…i odpłynęłam. Odpłynęłam łagodnie, bez snów, tylko tak powoli zapadając w nicość…w takie ciepłe, otulające błotko.
Znowu ból głowy. Kładłam się z nim i z nim wstałam. Wierniejszy, cholera, niż kochanek…. Tylko dziś boli górna połowa głowy. Taki nacisk na dekielek. Ciśnienie dziwne 128/84. Czasem, jak boli głowa, to to dolne tak skacze. Serce, to prawdziwe, ten mięsień pompujący też się jakoś dziwnie zachowuje. No i dzień dobry, dawno cię nie było: zgaga. Jakim cudem?! Skąd? Od jesieni albo i dłużej miałam z nią spokój. A tu od trzech dni… Stres. Tak sądzę. 10 dni do końca „pitolenia” bo w Szwecji termin składania zeznań podatkowych to 4 maja. Dam radę i to raczej bez paniki, a się napinam. Po co? Idę dziś do fryzjerki. Umówmy się, że to w ramach wspierania klienteli. „Pszczoły i grom w oddali mnie znużyły”. Odłożyłam. Może czas nie ten? Wzięłam Magdę Knedler „Dziewczynę kata”. Ależ ta kobieta ma styl. Ledwie przeczytam pierwsze zdanie każdej jej książki i wpadam jak śliwka w kompot. A poza tym odkryłam płytę Dire Straits, której nigdy wcześniej nie doceniałam. A tam taka perełka. Matko…
Wczoraj był upał. Tośka ożyła, bryka, wskakuje na łóżka czy ławki. Ciepło to i łapy nie bolą. No ba… Świat jest piękny! Wczoraj na Wener widziałam wyspy, których normalnie nie widać. Takie było czyste powietrze. Choć smogu u mnie nie uświadczysz nigdy, to wczoraj było naprawdę spektakularne widowisko. A na zachodnim niebie, wieczorem, widziałam ogromny, święcący obiekt. Nie była to żadna stacja. Internety mówią, że mogła to być Wenus. Niesamowite. I kwitnie wszystko. I ptaki szaleją. Przestałam oglądać statystyki chorobowe. Jest jak jest. I będzie co ma być. Namawiam eM żebyśmy latem pojechali na tydzień na południe, do Skanii. Marzą mi się piaszczyste plaże, morze… Pewnie skończy się tym, że pojadę sama…o ile zaraza pozwoli. eM planuje północ. O. Nie. Nie. I nie. Na północ, choćby tam było nie wiem jak pięknie to ja nie chcę. Lato szwedzkie jest i tak krótkie, nie chcę stracić z niego ani jednego dnia gdzieś w zimnie. Zimą – proszę bardzo, mogę nawet i na tydzień, ale latem co to to nie. To jeszcze jeden kawałek na dobry dzień. Też MK. Obejrzyjcie film do tego.
Kto pamięta Welon Panny Młodej sprzed miesiąca? W niedzielę pojechałam popatrzeć na niego jeszcze raz … Znowu ten sam parking, wybraliśmy jednak ścieżkę na lewo tym razem. Ot tak, żeby zobaczyć Welon z innej perspektywy. Wszystko kwitło i zieleniało na potęgę, ptaki się przekrzykiwały, świat pokazywał się od swej najlepszej strony.
Jednak zaniepokoiła mnie mała ilość wody w potoku. Brak szumu. Miesiąc temu kilka kroków od parkingu było słychać spadającą wodę. Gdy podeszliśmy okazało się, że miałam rację. Z Welonu zostały tylko pojedyncze strzępki… czy stróżki…
Nadal ma jednak w sobie to coś… Postanowiliśmy wejść na górę, żeby zobaczyć górną część, więc ruszyliśmy ścieżką u podnóża skały, bo eM jak zawsze się uparł, że tam jest przejście i wejście ścieżką w górę (którego nie było). Cóż, eM umie czytać mapy ale często myli strony. I to co np. jest ścieżką skręcającą w lewo wg niego jest ścieżką pod górę. Upiera się przy tym, że nie da mi popatrzeć na mapę, albo mi ją wyrywa, albo macha telefonem. Samą mapę też ma w postaci zdjęcia w telefonie… Tym razem było mi wszystko jedno. Było ciepło, słonecznie, las piękny, cienisto-słoneczny, kwiatki, ptaszki… mogę iść. eM się niecierpliwił bo robiłam zdjęcia, Tosia (na smyczy, bo ludzi sporo) się upierała, że bez mamusi to ona nie idzie, a tam GÓRA! CZEKA! IDZIEMY! JUŻ!!! czyli znowu mu się włączył tryb plemnika. A ja chciałam iść powoli i oglądać… Dookoła pełno powalonych drzew, omszałych, spróchniałych. Ale były też świeże, efekty ostatnich wichur.
Smutno patrzeć na powalone, lub złamane jak zapałka solidne pnie. Jedyna pociecha, że to natura, a nie jakiś szalony pilarz z żądzą mamony… A dookoła ścielił się nam kwietny dywan.
Choć pod nogi trzeba było uważnie, bo ścieżka wcale nie taka przyjazna.
EM się wreszcie poddał. Pognał nas w przeciwną stronę, bo zgłupiał do szczętu, i uznał, że mapa jest odwrotnie :D. Na szczęście, nim narobiliśmy kilometrów, okazały się domy i ślepa uliczka. Postanowiliśmy więc wjechać na górę i tam znaleźć początek Welonu. Noooo, na takie coś to Tosia ogłosiła strajk, bo jak to już do samochodu??! Już?
Rób co chcesz, ale pies skamieniał. Ludzie na parkingu zaczęli się śmiać. – Weź się nie wygłupiaj, ludzie się z nas śmieją – powiedziałam do psa. Na co pies wstał. Pojechaliśmy. Wiedzieliśmy dokąd, ale nie wiedzieliśmy jak daleko mamy iść od parkingu. Droga była szeroka, bez cienia, mimo lasu dookoła. Zero wody. W rowach tylko jakieś bagno. Gdzieś była jakaś zamulona kałuża, Tosia na moją prośbę chłepnęła ze dwa łyki, ale wyraźnie z niesmakiem. Na szczęście zaraz potem drogę przeciął nam potok. Był płytki, ale woda było krystaliczna, dno kamieniste choć ciemne od rdzawego nalotu. Tosia wlazła, piła, piła i piła. Potem jeszcze około 200metrów ścieżką w lesie i dotarliśmy na krawędź czyli górę Welonu.
EM oczywiście musiał poleźć na krawędź. Ja się zadowoliłam takim widokiem. I takim:
Posiedzieliśmy, wypiliśmy kawę, popatrzyliśmy i powrót. Było już dobrze po południu, czas był. Tosia już nawet nie protestowała jak zobaczyła samochód. Ona przez swoje bolące stawy jest mniej chętna do długich spacerów. Woli poleżeć na trawie niż hasać w pogoni za zajączkami czy czym innym. Na koniec wjechaliśmy jeszcze na moment na Hunneberg bo ostatnio zobaczyliśmy nowy taras widokowy z widokiem na Flo, jezioro i naszą równinę. Jest tam maksymalnie od dwóch lat i zastąpił stoliczki stojące tuż przy krawędzi. I tak, proszę: oto Kinnekule 124 579 zdjęciu 😉
Wielka woda to oczywiście Wener. A tu obraz tego o czym mówię, że jeśli sądzicie, że Mazowsze jest płaskie to nie wiecie o czym mówicie. Jak mówię PŁASKO to płasko jak na stole.
To teraz widzicie, że te wiatry to mają gdzie hulać nad równiną Skaraborg. I taka to była niedziela. Całkiem udana. To teraz ja wracam do pracy, a wy cieszcie oczy.
Obejrzałam wczoraj Joe Black. Jaki długi! To dziwne, ale nigdy dotąd nie obejrzałam tego filmu w całości. W ogóle nie widziałam tego filmu chyba więcej niż 2-3 razy. Zachwycił mnie Brad Pitt, jego chłopięcy urok i subtelna gra. To jak zjada masło orzechowe po raz pierwszy, odkasłuje lekko…Ciekawe czy naprawdę jadł to masło i mu gardło zakleiło czy to gra? Inna scena, która mnie zachwyciła to ta przy łóżku umierającej kobiety. On – ręce na ramie łóżka, broda na rękach. Kobieta go pyta czy się zakochał. A on potakuje tylko głową, lekkim kiwnięciem. A czy ona cię kocha? I wtedy widać grę na jego twarzy: niepewność, drgnięcie brwi, coś takiego jakby cień uśmiechu i kolejne skinienie głową. No chłopiec przy łóżku babci. A potem odkryłam, że w tym filmie miał 35lat! Ależ to ładny chłopiec był. Film też ładny, z klimatem, z powolną akcją. Ładny, dobry film. Coraz trudniej o takie. Fascynuje nas zło, szybka akcja, niejednoznaczne zakończenia. Ale czasem trzeba bajki.
Czytam Pszczoły i grom w oddali – Riku Onda. Ładne, intrygujące, wciągające. Mam dopiero 20% przeczytane, ale przeczuwam, że to może być dobra opowieść. Lubię pisarzy japońskich. Niby Japonia to coś zupełnie innego niż tzw Zachód, a jednak łatwiej mi czytać literaturę azjatycką niż amerykańską. I to nie to, że się uprzedzam (Gdzie śpiewają raki, 10 randek w ciemno czy Wielka Samotność były piękne!) ale najczęściej sięgam po książkę, z mozołem przebijam się przez kolejne strony, kolejne i kolejne, dochodzę do połowy, do 75%, a nadal nie czuję chemii między mną a bohaterami, między mną a pisarzem, książka nudzi śmiertelnie, uczucia bohaterów są dla mnie absurdalne, a zachowania nieadekwatne do sytuacji, męczę się z poczuciem, że czytam jakieś wypociny grafomana, a to podobno dzieło, bestseller i w ogóle… Tak np. było ze Szczygłem Donny Tratt. Nuda, nuda, nudaaaa… Mam np. na czytniku od wielu miesięcy Braci Burgess Elizabeth Strout. Przebiłam się przez jakieś 10% i nie mogę za żadne skarby świata iść dalej. I tak było z wieloma, których już nie pamiętam nawet.
W Szwecji wiosna, ale kapryśna. Wieje wciąż, najczęściej z północy lub północnego-wschodu, a wtedy jest lodowato mimo słońca. Na mieście jakby mniejszy ruch. Odkryłam, że wiele sklepów pracuje krócej- albo otwierają później, albo zamykają wcześniej. No tak: ludzi mniej to personel na tzw permittering czyli częściowej obniżce etatu. Ze 100% można zejść nawet do 20% czasu zatrudnienia. Pracownik zamiast 40 godzin, może pracować tylko 8. Ale wynagrodzenia dostanie 90%. Pracodawca płaci za realny czas pracy, do 90% dopełnia państwo, ale na wniosek pracodawcy. W dodatku na czas pandemii anulowano prawie w całości opłaty socjalne za pracowników. Płaci się tylko składki emerytalne. Czyli zamiast 31,42% od płacy brutto płaci się 10,21%. Działa to z automatu, bez specjalnych wniosków – dla wszystkich zatrudnionych. Zdaje się, że tacy jak ja – czyli ludzie pracujący w firmach na własne imię i nazwisko będziemy mieli te obniżkę uwzględnioną w deklaracji rocznej. Wynika to z tego, że w Szwecji opłaty socjalne czyli po polsku składki ZUS są składową częścią podatku dochodowego i zależą od osiągniętego dochodu czyli zysku. Na wczoraj na godzinę 14 00 były w Szwecji 13 822 potwierdzone przypadki choroby. Z czego najwięcej w regionie sztokholmskim. Zmarło do tej pory 1511osób. Co daje zatrważającą statystykę… jeśli się nie wie, że te prawie 14tys, to są tylko zacorowania potwierdzone testami. A testy robi się, gdy ktoś wymaga pomocy medycznej lub sam jest medykiem. W sklepach przybywa zabezpieczeń. Jakiś czas temu zawisły w kasach szklane przegrody, mające oddzielić pracowników od płacących klientów. W wielu sklepach przestano całkowicie przyjmować gotówkę. Nie jest to jakiś wielki problem, bo obrót bezgotówkowy jest tu powszechny już od co najmniej 11 lat. Od kilku dni kasjerki noszą rękawiczki. A w piątek przy wejściu pojawił się spirytus. Nadal jest spokojnie, nadal się nie zamykamy, znajomi spotykają się w plenerze i nie obejmują na powitanie. …a dziś rano, dwie godziny temu, Yankie wyszedł ze swego pokoju i poinformował mnie, że czuje się przeziębiony: ma kaszel i boli go gardło. Żadnej gorączki, żadnego bólu mięśni, kłopotów z oddychaniem. Korona? Alergia czy zwykła infekcja? Czas pokaże. Wg zaleceń – on ma zostać w domu, reszta, póki nie ma symptomów, funkcjonuje normalnie. Żadnych maseczek się nie zaleca. No to czekamy… Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji, ja też nie się nie spodziewam, ale …