71/2020

Wczoraj o 3:30 obudził mnie ból głowy. Trzecią noc z rzędu. Walczyłam do mniej więcej, 5 ale ból nie dawał mi spać więc wstałam. Uznałam, że najwyżej w dzień przysnę.
To była kolejna noc kiedy z niewiadomych przyczyn nie mogę spać. Ale podejrzewam, że Lucia mogła mieć rację, co do wpływu zimna na głowę.
Miotam się po łóżku: za zimno, za gorąco, coś śmierdzi (syfon połączony ze zmywarką!), ktoś drze japę pod oknem…
W dzień poodkurzałam, pomyłam podłogi, uprałam dywan, posprzątałam obie lodówki, umyłam zmywarkę, poprałam wszystko co było do prania. Prócz tego naturalnie popracowałam. Położyłam się w dzień gdy poczułam, że mnie morzy ale nawet nie zasnęłam.
Jakbym na jakimś haju była.
Dziś wreszcie zasnęłam i wstałam bez bólu głowy, choć w nocy zapowiadało się kiepsko. Zamknęłam okno około północy i wreszcie zasnęłam.
Od tygodnia ćwiczę jogę. Znalazłam taki kanał na YT gdzie sympatyczna dziewczyna, ładnie prowadzi jogę dla początkujących. Co jest ważne – wystarczy jej słuchać, nie trzeba patrzeć, i się wie co robić i jak robić.
Wiadomo: ćwiczenia z wirtualnym trenerem to nie jest to samo co na żywo, ale lepsze to niż nic. A ćwiczenie w okularach by widzieć ekran nie jest zbyt dobre.
Dziewczyna jest dobra! Już pierwszego dnia zrobiłam psa z głową w dole! A byłam pewna, że nie ma opcji!
Oczywiście w żadnej pozycji nie wytrzymuje tak długo jak ona, o gadaniu przy tym nie ma mowy! Sapię jak miech kowalski, ręce mi drżą i nie mają siły utrzymywać ciężaru ciała, cycki spadają na twarz przy pochylaniu i blokują oddech, oddychać oczywiście na zawołanie nie potrafię. Dziewczyna mówi wydech, a ja robię wdech. Dziewczyna mówi wdech tak, żeby brzuch się powiększył – a u mnie się zmniejsza. Ale wczoraj poczułam, że jakoś mi te głębokie wdechy-wydechy zaczynają wychodzić. I że ręce drżą jakby ciut, ciut mniej. I jakby mniej bolało siedzenie na piętach.
No to jedziemy dalej. Dziś ostatni dzień lekcji pierwszej, a od jutra lekcja druga. Bo ta pierwsza zaczyna mnie nudzić.
Zawzięłam się. Zawsze mówiłam, że chcę ćwiczyć jogę, ale na gadaniu się kończyło. Teraz ćwiczę i zadziwiające jak bardzo mi się to podoba.
A poza tym uszyłam sobie majtki. Ot tak, żeby zobaczyć czy umiem.

Umiem. Choć te majtki to nie jest coś co np. chciałabym mieć na sobie w razie wypadku…Ale pierwsze koty za płoty.
Zawsze sądziłam, że szycie dzianiny to wyższa szkoła jazdy. A teraz mam wrażenie, że dzianina to bardzo miły materiał dla początkującej krawcowej. Kupiłam sobie kawał bawełny w bratki i uszyję z tego z spodnie na lato – mam wykrój, muszę tylko siebie przekonać, że wykrój nie gryzie.

Z wykrojami mam ten problem, że one wymagają dużej powierzchni, a tej u mnie brak. Ale w niedzielę jedziemy do Litwinów na kilka godzin, może skorzystam u niej ze stołu. Ona ma taki wielgaśny na co najmniej 12 osób.
Chyba, że jednak się nie będę mogła doczekać i rozłożę się na podłodze.
U mnie lato, ciepło, ale tak w normie, wiatr od jeziora sprawia, że zawsze jest trochę chłodniej. Truskawki po 60kr za litr! To drogo! Zwłaszcza, że jak jest ciepło to powinny tanieć. A drożeją bo …nie wiem. Może dlatego, że trzeba je podlewać, a może dlatego, że są smaczniejsze i ludzie chętniej kupują, bo słodsze.
Moja Kasia ze Skanii ma koronę. I jej mąż. Wczoraj się nie meldowała i się martwię czy wszystko u nich ok. Bo jak się dowiedziałam, że są chorzy to prosiłam, żeby dawała znaki życia.

70. Nigdy w życiu w życiu

Przyszli do mnie dwa lata temu po jej dramatycznym telefonie, który sprowadził się do krótkiego „Pani Kasiu, ratuj!”.
Przyjechali przywieźli dokumenty.
Ona elegancka, pachnąca, szczupła, zgrabna kobieta, z burzą włosów. Energiczna i przedsiębiorcza, ale nie w taki drapieżno-agresywny sposób.
On dość spolegliwy, też porządnie ubrany, pachnący… na kacu – jak się żyje z ludźmi nadużywającymi przez lat wiele to się rozpoznaje to szkliste oko, ten rumieniec, te opuchliznę…czy ja wiem co jeszcze?
Oboje zrobili dobre wrażenie, nic nie zazgrzytało.
Kilka tygodni później mieliśmy spotkać się raz jeszcze.
Telefon. Ona. Że on już jest w drodze, ale ona nie przyjedzie, przeprasza, ale…
Banał: coś ją tknęło i przejrzała jego komórkę. Romans. Wiadomości typu: jeszcze tylko załatwię to i to, a potem ci się oświadczę…
Dramat. Rozsypała się na amen. Bo ona go kochała. Nadal po tylu latach małżeństwa. Pytałam czy ma kogoś bliskiego koło siebie, poza córką. Nie bardzo. Poprosiłam niech dzwoni do mnie zawsze, gdy będzie się czuła samotnie.
Przez kilka miesięcy dzwoniłyśmy do siebie regularnie.
– Pani Kasiu, mam podział majątku, podpisał!
– Pani Kasiu, mam mieszkanie! Musi pani przyjechać i zobaczyć!
– Pani Kasiu już jesteśmy po rozwodzie
Potem przyszło lato, wakacje, urlop. Zamilkła. Chyba zaczęła żyć.
Czasem jeszcze dzwoniłyśmy do siebie.
– Jaka to ulga nie musieć się tym zajmować. Przychodzi weekend a ja mam wolne! Nie czeka na mnie sterta nie moich papierów do ogarnięcia…
On był dobrym klientem. Całkiem zdyscyplinowanym. Ale kompletnie zagubionym. Robotę ogarniał. Papiery – słabo. Nie umiał robić przelewów, gubił faktury, terminy płatności, jak dziecko we mgle.
Powoli się uczył, ale wciąż prosił o pomoc córkę.
I pił. Jak donosił mi inny klient z tego samego miasta. Jak donosiła mi była już żona. Inna kobieta się nie pojawiła.
Jakoś tak latem ubiegłego roku zapytałam go co u niej.
– A dobrze. Mamy dobre relacje. A ona ma nowego faceta, stary znajomy, spotkali się w czasie jej urlopu…
Jakoś tak krótko po tym zadzwoniła.
– Pani Kasiu, jestem z kimś…On tu przyjedzie, chcielibyśmy otworzyć firmę, pomoże nam pani?
Zgodziłam się.
Przyjechali do mnie.
Ona jeszcze szczuplejsza niż ją zapamiętałam – schudła przez rozwód. Maleńka twarz i burza włosów. On …nawet nie wiem jaki. Miły, to pewne.
Siedzieli na kanapie w kwiaty i trzymali się za rączki bez przerwy. Ona mówiła o nim ciepło. On nie odrywał od niej oczu.
Wystartowali z firmą szarpiąc się ze szwedzką biurokracją. Jej były mąż im nieco pomagał dając im zlecenia.
Minął kolejny rok.
Wczoraj dostałam zaproszenie na ślub.



69. Po przeczytaniu Unorthodox

Taka garść refleksji.
Przede wszystkim: historia opowiedziana w filmie jest zupełnie inną historią. Chyba…złagodzoną i przyciętą dla potrzeb komercjalnych. Jeśli znasz film – spokojnie przeczytaj książkę. Tu, w tym wypadku nie chodzi o to jak się to zakończy.
Niewiarygodne, że w środku największego miasta na świecie, w państwie które chce uchodzić za lidera państw zachodnich, może istnieć – za wiedzą i zgodą wszystkich dookoła – taka społeczność. Program szkolny realizowany z przymusu więc raczej w zakresie absolutnego minimum.
Zamiast nauk przyrodniczych, fizyki, chemii – religia.
Religia…znowu dochodzę do wniosku, że jeśli coś nam, ludziom, szkodzi wszędzie tak samo, to religia. Nie ma znaczenia jaki to Bóg i w jakim języku wyznawany ani według jakich świętych zapisów.
Mam też wrażenie, że religie świata najbardziej przyczyniają się do nerwic seksualnych i trudności w pożyciu i spłodzenia potomstwa.
Tu jest taka scena…przyjaciółka głównej bohaterki opowiada o swej nocy poślubnej…Horror!
Siedemnastolatki wydawane za mąż, bo dwudziestolatka to już stara panna. I rodzenie dzieci najlepiej co 9 miesięcy!
I prawo…
Kobieta ucieka z dzieckiem z opresyjnego, zacofanego świata – żeby sobie ale także i dziecku dać szansę na normalne życie. A w sądzie musi walczyć o prawo do opieki nad synem. W sądzie świeckim, państwowym, nie rabinicznym, w sądzie, który powinien być niezależny od wszystkiego, w sądzie który powinien obiektywnie szukać rozwiązań najlepszych dla dzieci.
Mamy XXI wiek a sprowadzanie kobiety do roli inkubatora wciąż ma się mocno i jak się okazuje wszędzie.
Wstrząsająca lektura, choć momentami przydługie są rozmyślania Deborah, ale one pokazują dojrzewanie dziewczyny.
Przeczytajcie.

68 Był weekend

Weekend zaczął się od tego, że o 14.30 zabrałam Zozo ze szkoły. Ponieważ ostatnim razem obiecałam, że kupię jej nowy kostium kąpielowy (panienka rośnie jak na drożdżach) to poszłyśmy do sklepu.
Ciepło było nad podziw, założyłam espadryle zamiast trampek, koszulkę lnianą oraz cieniutki sweter i było okej.
Zozo miała ze sobą kurtkę oraz plecak szkolny wypakowany ubraniami, bo prosto ode mnie, w sobotę rano, miała jechać z mamą i Melem na żaglówkę. Mimo wszystko dziecko za nic nie chciało iść najpierw do domu by zostawić tobołki.
Zozo wybrała sobie strój – pomarańczowy w kwiatki. Pomarańczowy i czarny to ostatnio jej dwa ulubione kolory. Przeglądałyśmy jeszcze co jest na wieszakach, ja głównie szukając czegoś w rodzaju pareo czy innego plażowego poncho dla Zozo, ona ot tak sobie. I nagle zaświeciły się jej oczy. Czarne dżinsy do kolan wisiały wysoko, ale udało mi się znaleźć jej rozmiar.
– Takie?
Oczy jej śmiały. Jakby to była kreskówka to by w nich miała serca.
– To idziemy do kasy – zdecydowałam. Rzuciła się na mnie jak jeszcze nigdy.
– Jesteś najlepszą babcią na świecie! – wykrzyknęła.
I weź tu człowieku miej silną wolę jak masz taką perspektywę…
Oczywiście natychmiast się ubrała w te spodnie i zadawała szyku cała szczęśliwa.
Nazajutrz rano pojechała. A ja się snułam. Znowu ospała, znowu byle jaka. Na podwórku było słońce i ciepełko, ale ponieważ eM pracował to nie braliśmy psa nigdzie daleko tylko kawałek koło miasta nad jezioro.
Miałam sprzątać, bo brudno w domu niemożliwie, znowu „psy” się walają po całym domu. Ale uznałam, że zrobię porządek z ubraniami, bo raz bałagan w szafie, dwa, że szafa pełna a chodzić nie ma w czym.
Postanowiłam działać radykalnie i wywaliłam wszystko z szafy na łóżko. Chwilę potem ktoś-coś, potem obiad, po nim normalna niemoc i śpiączka (szfak, poziom cukru mi wariuje pewnie się skończy lekarzem, ale na razie walczę samodzielnie ruchem, ilością i obfitością posiłków oraz zamianą produktów na te o niższym indeksie glikemicznym).
A po 18 przyszedł Yankie i przypomniał, że chciałam jechać na zdjęcia, że on jest gotów. Strasznie mi się nie chciało, ale pojechaliśmy. Na Kinnekulle. Miałam nadzieję na rzepak, ale trafiło mi się coś innego.
Póki co zatrzymaliśmy się na Medelplana, bo tam jest na samym zakręcie taki fajny kościół i cmentarz. Zaczęłam się przymierzać, ustawiać aparat, samochody jechały jeden za drugim. Coś cyknęłam, przeszłam przez drogę do owego kościoła, jakiś samochód się zatrzymał, potem cofnął, otworzyło się okno i jakiś małolat zaczął się czepiać, że robię mu zdjęcia. Odpowiedziałam, że nie robię, i poszłam dalej. Chwilę potem dwaj małolaci mnie dogonili na przykościelnym cmentarzu i znowu to samo: czemu robię im zdjęcia. Powiedziałam, że nie robiłam im zdjęć, zażądali pokazania… Powiem szczerze, że mnie wystraszyli. Bez sensu zresztą bo byłam w środku wsi, przy ruchliwej drodze, z synem i z telefonem. Mogłam wyjść na tę drogę, zatrzymać pierwsze lepsze auto lub powiedzieć gówniarzom, że pokażę policji i jak chcą to niech dzwonią albo niech spadają. Zamiast tego drżącymi dłońmi pokazałam im, że nie mam ich zdjęć. Jeszcze coś pyskowali, kazałam im się odwalić i poszłam na drogę. Odjechali wreszcie, ale przyjemność prysła, i już mi się ten kościół wcale nie podobał, ani ten cmentarz.
Yankie, który jest mało agresywny chyba też się poczuł niewyraźnie…
Ale kilka zdjęć pstryknęłam.

Pojechaliśmy dalej, wymyśliłam Camping w Hellekis. Dojechaliśmy, postawiliśmy auto na parkingu. Dziecko zobaczyło ludzi piknikujących i zasugerowało byśmy poszli gdzieś indziej. Tuż obok parkingu biegła kamienista, stroma ścieżka, synek postanowił, że się tam wdrapie, to ja za nim.
No i okazało się, że warto było…
Teren wznosił się dość stromo, ze ścieżki leśnej wyszliśmy na szutrową drogę obsadzoną kwitnącymi kasztanami.

Po jednej stronie było krowie pastwisko, po drugiej końskie, a przed nami, na wzgórzu wielki budynek jakiegoś starego dworu.
Yankie poszedł się integrować z krowami, ja skoczyłam w krzaczki a gdy wyszłam zobaczyłam taki widok:

Dziecko oglądało krowy. A właściwie byki, co nie omieszkałam mu uświadomić dodając, że byki mogą być agresywne. Uwierzył! Mimo takiego widoku

Poszliśmy dalej, wyżej. Pomiędzy budynki.


Było pusto, cicho, bezludnie, wszystko stało otworem… Pomyślałam, że znowu zaraz ktoś się do nas przyczepi więc lepiej wracajmy. Dziecko znowu poszło na pastwisko, ja za nim. Krowy z cielętami podeszły do płotu, rozmuczały się donośnie…

Zeszliśmy na parking.
– Chcesz wracać tą samą drogą czy inną? – zapytałam.
– Inną, a wiesz dlaczego?
-…bo prawdziwy turysta nigdy nie wraca drogą, którą przyszedł…?
Pojechaliśmy inną: małą, wąską, koło miejsca, gdzie w miesiąc temu zbieraliśmy czosnek niedźwiedzi. I tu zaskoczenie. Bo przecież wciąż się po tym Kinnekulle kręcimy, właściwie jesteśmy tam co najmniej raz w miesiącu, a nigdy dotąd nie zauważyliśmy, jak ten czosnek niedźwiedzi kwitnie. A jest to widok naprawdę niesamowity. Usiłowałam oddać to na zdjęciach, ale nie. To naprawdę nie oddaje całości wrażenia.

Wyobraźcie sobie, że powyższy widok roztacza się wokół was, tak daleko jak zdołacie dojrzeć macie morze białych kwiatów.
Maleńkie parkingi-zatoczki obstawione były autami, a po ścieżkach wędrowali ludzie. Tłumy ludzi!

Yankie poszedł zdobywać kolejną górkę, a ja zrobiłam jakieś sto zdjęć kwiecia usiłując pokazać na nich ten cud natury w całości, ale ponieważ mi nie wychodziło skupiłam się na detalu.

Wróciliśmy do domu około 21:30, mąż z kwaśną miną zapytał gdzie byliśmy i czemu tak długo. Powiedziałam, że jutro mu pokażę.
Nazajutrz rano odbębniłam ostatnią deklarację dochodową takiego jednego gamonia co 29 kwietnia sobie przypomniał, że on jeszcze nie dał wszystkiego z 4 kwartału 2019 więc musiałam poprosić o odłożenie terminu deklaracji. Gamoń dostał czas do 1 czerwca. I co? Papiery przysłał dopiero po moim stanowczym oświadczeniu, że jak do 25/5 nie dostanę to niech sobie sami potem robi, bo ja na ostatnią chwilę nie będę robić. Papiery dotarły do mnie 26/5. Zrobiłam, wprowadziłam dane, poinformowałam Gamonia, że ma sobie podpisać deklarację w internecie, na co Gamoń:
– Ale ja jeszcze mam rachunek za parking. I chyba nie dałem ci polisy.
Powściągnęłam irytację. Uznałam, że zamiast się złościć – zarobię. Gamoń dostanie podwójną fakturę, za poprawki i ostatnią chwilę.
Tosia popatrywała na mnie czujnie z kanapy za plecami.

A potem pojechaliśmy znowu na spacer.
I było tak:

Znowu spacer wśród kwiecia i gorzkiego zapachu z dyskretną nutką czosnkowo-cebulową. A potem schody w górę:

Potem znowu z górki. I wyszliśmy na Stenbrottet.
Znowu tłum ludzi, grille, wędkarze, samochody i kampery. Tosia łyknęła wody, zamoczyła łapki, ja zrobiłam kilka zdjęć.

Udało mi się wreszcie złapać kolor wody taki, jaki naprawdę jest.
Wróciliśmy do domu. I wreszcie miałam czas na ogarnięcie ciuchów, które leżały na podłodze, gdzie je zwaliłam poprzedniego wieczora.
Nadal jest bardzo ciepło, jeszcze cieplej niż w poprzednie dni.
Może za dni kilka znów wyciągnę syna na wieczorną włóczęgę. Bo okazało się, że dwór w Hellekis jest dostępny od strony tych kwietnych łąk i że to wcale blisko. To po pierwsze. A po drugie: park dookoła dworu jest dostępny publicznie czyli niepotrzebnie się bałam, że ktoś nas stamtąd pogoni. A są tam jakieś niezwykłe drzewa podobno.
No a teraz mogę się zabrać do pracy.

67/2020

Znowu wpadłam w jakąś dziurę.
Nie mam nic do powiedzenia i nie interesuje co inni mają. Słucham starych piosenek na YT czytając o różnych kolejach losu.
Taki Klenczon…
Zawsze urzekał mnie jego tembr głosu. I najlepiej lubiłam te piosenki Czerwonych Gitar, które nagrali jeszcze z Krzysztofem. Lansowano ich jako polskich The Beatles i póki grali z Klenczonem, takie porównanie było jak najbardziej na miejscu. Ale jak w wielu wypadkach i tu okazało się, że w zespole nie ma miejsca dla dwóch gwiazd. Głosowanie wygrał Seweryn Krajewski, Klenczon odszedł by chwilę później stworzyć Trzy Korony. Marek Gaszyński w jakimś wywiadzie rzekł, że to był słuszny wybór bo Krajewski był lepszy muzycznie. No, może i tak. Krajewski miał za sobą szkoły muzyczne, a Klenczon był samoukiem. Tyle tylko, że z perspektywy czasu, gdy się porównuje piosenki Czerwonych Gitar z czasu z Klenczonem i bez, to te ostatnie brzmią tak…Lalala…Takie spokojne, miłe dla ucha pioseneczki, wpadające w ucho owszem, ale bez pazura, bez tego CZEGOŚ. To już nie był zespół bigbitowy tylko zwykły boys band.
A Klenczon… Nagrał płytę z Trzema koronami. A potem wyjechał do USA.
Dlaczego? Co nim kierowało?
Miłość?
Potrzeba posiadania domu?
Jego dom rodzinny nie był domem ciepłym, Krzystzof mocniej był chyba związany z ojcem, a ten z kolei miał dość burzliwe życie.
Żona Krzysztofa, Alicja-Bibi chyba też była dość zdecydowaną osobowością. Jej rodzice mieszkali w USA, nie da się ukryć, że to ona była siłą napędową przenosin za ocean.
Ale myślę, że było coś jeszcze. Wydaje mi się, że Klenczon mógł uwierzyć w swą wyjątkowość. Wszak mówiono o nim, że jest polskim Lennonem. Czy uwierzył w to, że za oceanem przyjmą go z otwartymi ramionami? Czy wierzył, że wreszcie będzie mógł grac tak jak chce, z wielkimi, znanymi artystami? Myślę, że musiał w to wierzyć.
Nagrał tam jedną płytę, która słabo się sprzedawała, bo nie było pieniędzy na jej promocję. Posłuchałam kilku kawałków i brzmią całkiem dobrze, gdyby trafiła na dobrego menadżera… Tak, tego Krzysztof nie przewidział: że w wolnym kraju rządzi kasa.
Natomiast ostatnia płyta Klenczona nagrana w Polsce to…okrutny żart z wielbicieli. Płytę nagrano w ten sposób, że Klenczon nagrał wokale z własnym akompaniamentem i pojechał do domu w USA. Resztę dograno w studio. Facet, który dokonał aranżacji chyba nie lubił Klenczona. Albo kompletnie nie znał jego stylu. Tej płyty nie da się słuchać bez zażenowania. Najbardziej znana z tej płyty piosenka to Natalie. Rynkowski nagrał jej cover i pokazał JAKĄ jest ta piosenka. W oryginalnym wykonaniu jest słaby głos Krzysztofa i podkład muzyczny rodem z cygańskiej orkiestry weselnej. Próbowałam słuchać…i nie da się.Nic dziwnego, że po tej płycie legenda Klenczona umarła. Przyszło mi do głowy, że może ktoś specjalnie zabiegał by tę płytę skopać. Z zemsty za porzucenie PRLu?
Gaszyński wspominał ostatnią wizytę Klenczona w Polsce. Stylizację a la Presley, silenie się na obcy akcent, kiepskie koncerty.
Tak, za oceanem nie było sławy, tylko smutna szara rzeczywistość: dorywcze prace, praca jako taksówkarz, koncerty w klubach polonijnych.
Trudno to nazwać karierą.
Czy był szczęśliwy?
Jedno ze zdjęć z tamtego czasu pokazuje zmęczonego faceta przy pianinie.
Grał coraz mniej, a przecież wszyscy, którzy go wspominają mówią o tym, że muzyka była całym jego światem, że był człowiekiem całkowicie w niej zatopionym.
A potem był koncert na rzecz Solidarności w Milford. I koniec.
Zostały już tylko nagrania. Szkoda, cholera…
A mogło być tak:

Naprawdę, posłuchajcie tego kawałka. To aż nie do wiary, że nagrał to polski zespół i w dodatku przed półwieczem.

66. Ramsviklandet

Od nas najbliżej jest na zachodnie wybrzeże czyli nad Kattegat. Dwie godzinki i jesteśmy nad morzem…czasem nawet trochę mniej.
Zachodnie wybrzeże w Szwecji jest dzikie, skaliste, poprzecinane niskimi fiordami. Mało przyjazne leniwym turystom marzącym o plaży i słońcu. Nie ma tu długich piaszczystych plaż, jak na przykład w leżącej po drugiej stronie Danii. Jest skała, szkiery mniejsze i większe. I wiatr. I rezerwaty natury.
Miasteczka pełne białych domów, jak chyba we wszystkich nadmorskich regionach, pachną rybami, krewetkami i nie różnią się za wiele jedno od drugiego. Zbudowane wokół portu, z domami stłoczonymi nad nim piętrowo, w sercu każdego obowiązkowo ICA i pomniejsze butiki z pamiątkami i ubraniami, fryzjer i jakiś sklep z elektroniką. No i mariny -wymarłe zimą, pełne życia – latem. Latem – raj. Zimą – też. Ale tylko dla tych co nie lubią ludzi, tłumu, hałasu. Tylko wiatr hula po na wpół wymarłych zaułkach, bo wiele z domów jest już tylko wakacyjnymi domami.
Ale kto by tam chodził po tych miasteczkach…chyba tylko tacy co planowali grilla, a zapomnieli kupić węgla. Jak my.
Ale rezerwat piękny. Dziki. Przestrzenny. Tosi też się podobało.




Wasza niżej podpisana KasiaP czyli Trolla 😀

65/2020

Niedobry sen. Złe wstawanie.
Rozdrażniona, smutna, rozczarowana sama sobą.
Znów we śnie jakaś alternatywna rzeczywistość.
Olsztyn a jakiś taki nieznany. Błądzenie po ulicach, szukanie czegoś.
Telefon do domu, do ojca, żeby mu powiedzieć o czymś co zdarzyło się tak dawno.
Szefica, praca… Mój krzyk, moja frustracja i złość za niesprawiedliwe potraktowanie.
Obudziłam się wreszcie z wyjaśnieniem.
Szefica – moja kultowa szefowa – śni mi się, gdy mam jakieś tyły w robocie. Teraz mam: jeden, ale za to wielki tył. Obiecałam sobie, że zajmę się nim teraz w maju, w przyszłym tygodniu. Wychodzi na to, że Szefica jest moim policjantem.

W uszach gwiżdże. Głowa dziwna. Początek czy koniec migreny?
Znów zeżarłam to, czego nie wolno. A ostatnio coraz mniej mi wolno bo albo migrena albo zgaga.
Też mnie olśniło. Że po prostu naprawdę muszę zastosować dietę NŻT: nie żryj tyle. I znowu – nie dlatego, że tyję, bo od jakiegoś czasu jest mi dość obojętne jak wyglądam. Ale dlatego, że mi właśnie pojawiają się różne dolegliwości, które mam wrażenie mają związek z pełnym żołądkiem.

Posprzątałam kuchnię kilka dni temu. Umyłam kuchenkę a to nie jest takie hop siup bo kuchenka elektryczna, taka zwykła. Wokół palników tworzy się brązowa skorupa niemal po każdym gotowaniu, a na pewno wtedy gdy coś wykipi, lub popryska. Umyłam prawie do białości, umyłam też palniki i cały panel z palnikami. Umyłam kafelki nad całą powierzchnią roboczą.
Teraz weszłam po kawę i zobaczyłam, że po mojej robocie śladu nie ma.
Yankie i jego ojciec robili/odgrzewali sobie wczoraj obiado-kolację. Kto by się tam przejmował, że chlapie, pryska i cieknie…Mój błąd. do kuchni należy wchodzić bez okularów na nosie.

Zimno.

Byłam u Gulsum. Siedziałyśmy w ogródku. Słońce na czystym niebie a jednak wciąż zawiewało lodowatym wiatrem z północy. Gulsum ewidentnie niewygadana i w kiepskiej formie. Mówi, że albo jest wypalona albo ma depresję. Kazałam nie hojrakować tylko iść do lekarza.
Ona by wolała psychoterapię…Też bym wolała, ale w Szwecji psychoterapia jest niedostępna. W ramach opieki medycznej czyli bezpłatnie czeka się latami no chyba, że ma się próby samobójcze lub inne takie przyjemności za sobą. Prywatnie – ceny są zaporowe! Godzina psychoterapeuty kosztuje tyle co godzina prawnika. Z tym, że w mieścinie prawników jest co najmniej trzech a psychoterapeuta jeden….
Kazałam iść do lekarza i brać grzecznie prochy.
Dobrze chociaż, że postanowiła znowu iść do szkoły, zrobić kurs laborantki, bo podobno brakuje. Ucieszyłam się naprawdę szczerze. Gulsum jest zdolna, szczególnie do przedmiotów ścisłych, zawsze jej mówiłam, że powinna iść na studia.
Fajnie patrzeć jak wyrasta. Była miłą, ale strasznie naiwną, zahukaną dziewczyną. Kompletnie nieznającą świata, o bardzo ograniczonym spojrzeniu na wszystko. Muzułmańskie wychowanie – choć jej rodzina nie jest religijna.
A teraz widzę jak się rozwija i idzie na przód, wciąż pozostając nieco naiwną ale i dobrą dziewczyną. Mam do niej stosunek taki trochę matczyno-siostrzany.

Słucham muzyki ze Shtisela. Piękna.

Jedziemy na cały dzień do Litwinów. Będziemy warzyć piwo, lepić cepeliny, grzebać w ogródku, oglądać pszczoły i próby rzeźbiarskie …
Szkoda, że nie możemy wziąć Tosi. Ale Abba zrobiła się bardzo terytorialna, a Tosia na odmianę jest bardzo zazdrosna o nas. I się dziewczyny biją.
Jutro mamy w planach wyjazd nad morze do Ramsviklandet. Mieliśmy wziąć Tosię, ale nie wiem czy to dobry pomysł.

64

Od tygodnia jest zimno okropnie, wieje do tego, co jeszcze uprzyjemnia sytuację. No ale mimo wszystko nie jest to to samo co zima, bo Tosia przynajmniej nie odmawia pójścia na spacer i nie ma problemu z wchodzeniem na łóżko. Dodatkowo co chwila pada deszcz, ale to akurat dobrze. Znowu opadła woda w jeziorze i rzece, ale myślę, że to dlatego, że więcej spuszczają na Gota w Trolhattan.
Zozo była ze mną w piątek. Spała też u nas. Miała rano jechać z mamą i Melem na wybrzeże, ale bardzo nie chciała. Została. A potem poprosiła czy może do niej przyjść jej przyjaciółka. Spędziły razem pół dni, trochę łaziły po mieście (od niedawna im wolno, i jest najlepsza atrakcja), trochę siedziały w pokoju, za zamkniętymi drzwiami. Potem ubłagały mamę tamtej dziewczynki i spędziły razem kolejne pół dnia. Rozstając się jęczały o niedzielę razem.
Wiało, było zimno i nawet na spacer z Tosią nie pojechałam, wykręciłam się obiadem.
A potem zasiadłam przed komputerem i łyknęłam na raz 4 odcinki Daleko od szosy bo VOD był pozwolić mi oglądać za granicą. Pewnie bym obejrzała więcej, ale z każdym odcinkiem rosła ilość reklam. A najbardziej zniesmaczyła mnie reklama obchodów urodzin Jana Pawła II. Cała Polska śpiewa papieżowi, papież który uwolnił Polaków.
Ta…chronił pedofilów, zakopywał ich sprawy pod dywan jak jego poprzednicy, trzymał sztamę z Matką Teresą, co umierającym skąpiła środków przeciwbólowych, ale sama się leczyła w dobrej klinice. Jednym podpisem mógł załatwić sprawę radia Rydzyka i jego rasistowskich audycji, ale tego nie zrobił. Doprawdy: święty człowiek.
Teraz znowu ochy i achy nad Franciszkiem. Który nadal nie robi nic.
Siedzą na ogromnym majątku, ale ani centa z tego nie uszczkną by naprawdę pomóc tym, którzy potrzebują.
Chwilę po obchodach urodzin papieża leciała reklama Polskiej Akcji Humanitarnej i pomocą w czasie pandemii. Kończyła się jednym słowem: Wpłać.
Naprawdę niedobrze mi się robi, gdy widzę kolejny apel o datki. Zwłaszcza teraz. Ludzie pozamykani w domach, za chwilę będzie im brakować na podstawowe rzeczy, a tu bezczelnie ktoś żąda, bo to nawet nie jest prośba: WPŁAĆ.
Zniesmaczyło mnie to. I wkurzyło.

Poza tym oglądam na Netflix serial „W kuchni z Nadyią”. I powiem wam – warto popatrzeć i wykorzystać niektóre z jej trików. Znowu mam „ale” bo ona wyznaje kuchnię „halal”, a to jest mało fajny sposób zabijania zwierząt. Do tego jej program jest w pewnym sensie reklamą masowej hodowli – krów, kóz, łososi – co jak wiadomo nie jest za bardzo eko.
Ale z drugiej strony dziewczyna jest urocza i pokazuje naprawdę ciekawe potrawy których jedną wspólną cechą jest to, że da się je zrobić szybko.
A ja nie cierpię gotować i tracić kilku godzin na to…
Tym sposobem do mojego menu trafiły trzy nowe potrawy.
Omlet na tortilli.
Chlebek sodowy.
Oraz LODY domowej roboty.
Mówiłam, że nie lubię lodów? NIE MÓWIŁAM? Otóż nie lubię lodów. Jakiekolwiek i gdziekolwiek bym jadła wszystkie zostawiają taki dziwny posmak na języku, utrzymujący się długo po tym jak je zjem, nawet jesli potem wypiję kawę i zjem coś innego. To główny powód, który zniechęca mnie od lodów.
Kiedyś usiłowałam zrobić lody z zamarzniętej śmietany kremówki, ale to też nie było to, bo było za tłuste i jakieś takie…NIE-E.
Nadia zrobiła lody z ubitej razem śmietany kremówki i mleka skondensowanego. Pomyślałam: spróbuję.
Śmietana 40% 25ml + puszka słodzonego mleka skondensowanego. Dobrze, że mnie tknęło i dałam pół puszki. Pod koniec dosypałam wanilii.
Spróbowałam na ciepło: kremowe, tłuste, ale tłuszcz nie osadzał się na zębach i języku. Dobre.
Zamroziłam, ale nie mogłam się doczekać, więc spróbowałam na pół zamarznięte.
Oesuuuuuu…ZUO w czystej postaci.
Zozo, jak to Zozo, grzeczne dziecko zgodziło się spróbować, ale z miną „czy mnie to na pewno nie rozerwie?”.
A potem zachowywała się jak Tośka przy suszonym mięsie.
Dokupiłam drugi kartonik śmietany, bo mnie połowa puszki mleka uwierała. Ubiłam najpierw lekko śmietanę, potem powoli dodawałam mleko nadal miksując. A na sam koniec dodałam mrożone maliny.
Wyszło mi z tego prawie litr lodów. Co mam powiedzieć? Zrobiłam to w sobotę po południu. A w niedzielę po południu już nie było.
Jedyna wada, to taka, że zamarzają na kamień i nie odmarzają zbyt szybko. Można zrobić, zamrozić, dać gościom (trik z gorącym nożem lub łyżką) spokojnie pić kawę, a z lodów nie zrobi się breja po kilku minutach.
No i są tuczące jak jasna cholera, więc …kombinuję, że zrobię wersję ze śmietany 12% +niesłodzonej mleko. I zobaczymy.
Oglądajcie Nadyię!

63/2020

W Szwecji dla księgowych jest jeden dzień w każdym miesiącu, który jest świętym. Dwunastego. Albowiem tego dnia składamy raporty vat i raporty o wynagrodzeniach. Tylko dwa razy w roku zamiast dwunastego raportujemy siedemnastego. W styczniu i sierpniu.
Co mi się zatem ubzdurało, że teraz mam czas do 14 to naprawdę nie wiem.
Zagoniona strasznie z zakańczaniem roku, ledwie zegar wybił poniedziałek 4 maja siadłam do roboty. Popatrzyłam kto mi już przysłał papiery, kto -nie, zrobiłam sobie grafik kto kiedy trafia na tapet ( na TAPET! a nie na tapetę – dzięki Stara Jędzo) i lecim z tym koksem.
Byłam z siebie nawet dumna gdzieś pod drodze bo przysiadłam fałdów porządnie i udało mi się w jeden dzień wykonać normę z dnia następnego, dzięki czemu uznałam, że zasługuję na wolną niedzielę.
Niedziela była deszczowa, choć jeszcze całkiem ciepła.
Uzgodniliśmy z eM, że z psem wyekspediujemy Yankiego. Obiad mięsny scedowałam na męża. Sama się snułam po chałupie, leniwie uprzątając różne rzeczy poniewierające się koło okien. Bowiem w poniedziałek od rana zapowiedziała się nam ekipa zmieniająca okna i mus był zrobić chłopakom co najmniej po półtora metra dostępu. Zatem kwiatki, bratki i stokrotki trzeba było poprzenosić i poupychać w różnych miejscach. Pozdejmować zasłonki i inne pierdołki walające się w okolicy.
Panowie przyszli o ósmej. Cała ekipa. Tosia oczywiście każdego witała w progu, niemal chlebem i solą. Kilka dni wcześniej byłam z nią na podwórku u panów, żeby zapytać czy da się te okna przesunąć na piętnastego. Pan powiedział, że nie bo piętnastego to oni już tylko sprzątają po sobie bo to ich ostatni dzień tutaj. Byłam z Tosią, która oczywiście była całą zachwycona, naraz znalazła się w centrum uwagi wszystkich. Kto ją ignorował dostawał kuksańca (najczęściej w okolice krocza, bo tak sięga nosem). Pożaliłam się panom, że mam pilną robotę, więc mi obiecali, że mój gabinet pójdzie na pierwszy ogień, zrobią go najszybciej, zabiorą mi maksymalnie 1,5 godziny. Dobre i to.
I tylko się potem, niedzielę, przy uprzątani przestrzeni okołookiennej cieszyłam, że te okna to montują Polacy. Bo to znaczy, że całe zamieszanie będzie trwało najwyżej jeden dzień. Szwedzi montowaliby jedno okno dziennie.
Zatem przyszli. Zajęli się robotą. A mnie nagle natchnęło. 14? CZTERNASTEGO?! Dlaczego? Jakim cudem? Skąd? Dwunastego. Na bank. Sprawdziłam, bo może jakaś corona czy coś… Nie. Nie-e. No. NO. NO! Szfak! Javlamać! ~!@#!!! DWU-NAS-TE-GO!!!
A ja w polu. Dwie firmy nie zaksięgowane, z czego jedna bardzo duża, tak ze 200dokumentów, samego klepania na pół dnia. Dwie inne zrobione, ale do wyjaśnienia kilka braków. Trzy inne jeszcze nie dosłały dokumentów. O ja p. Gadaj tym ludziom, a oni co miesiąc/kwartał swoje.
Ledwie wyszli panowie z mojego gabinetu, zgarnęłam trzęsącego się pod kocem Yankiego oraz psa do siebie, zamknęłam drzwi, rozkręciłam kaloryfer, zasiadłam do roboty.
Panowie skończyli około pierwszej. Poszli, zrobiłam sobie omlet z tortillą wg Nadiy Hussain (serial na Netflix, o szybkim gotowaniu). A potem znowu dupa-plac aż do 19. O 19 ugotowałam ryż, w między czasie wrzuciłam na patelnię cebulę, marchewkę, paprykę, paprykę ostrą, pomidora, dodałam soku z cytryny i cukru i wyszedł mi taki błyskawiczny sos słodko-kwaśny do ryżu. (Yankie i eM żarli mięcho znowu, sami je sobie robili). Nażarłam się tego ryżu do wypęku. Wzięłam prysznic i poszłam do łóżka z książką, choć ledwie minęła dwudziesta. Za oknem dzień, ale zamknęłam nowe żaluzje jak zawsze z okazji nowości psiocząc na szwedzką myśl techniczną. Bo okna niby z Polski, ale przecież wedle zamówienia szwedzkiego klienta.
Więc: okno w sypialni jest o powierzchni 1m kwadratowego. Nie jest dzielone. Umieszczone bardziej z boku ściany, mogłoby choć otwierać się tak, by skrzydło szło na ścianę. Nie. Otwiera się tak, że skrzydło zajmuje pół pokoju. Można je uchylić. Ale tylko na jedną szerokość. Nie ma mowy o zamontowaniu jakiegoś ogranicznika jeśli chcę otworzyć szerzej lub całkiem. W kuchni okno na balkon jest zupełnie nieotwieralne. I słusznie. Otworzyć można drzwi na balkon. Można je też uchylić. Okno można umyć z balkonu. To po co w środku tego wielkiego okna plastikowy patyk a la szpros? Po co?? Było zostawić czystą przestrzeń, jedne miejsce gdzie aż się o to prosi. Nie. Przełamali widok plastikiem.
I ten montaż. Też przecież wedle wytycznych zamawiającego. Stare, drewniane okna były w drewnianej ramie, a ta rama miała jeszcze jedną ramę, i ona została bo do niej przymocowane są parapety. Tylko, że w kuchni ta stara rama jest zawilgocona, i farba odpada od niej płatami. Już widzę jak to będzie wyglądać za kilka lat.
I jeszcze mniejsze okno przy kuchence otwiera się dokładnie w odwrotną, dużo mniej wygodną i nie ergonomiczną stronę. No, ale mogę przecież uchylić. Kto by się tam przejmował takimi rzeczami jak otwieranie w prawo czy w lewo… (Ilekroć ładuję pranie do pralki, życzę temu co jej ustawienie projektował, by do końca życia musiał kilka razy dziennie tak umieszczoną pralkę ładować. Pralka w kącie, ściana po prawej, bęben otwiera się na lewo. Aby załadować pralkę masz jakieś 40cm przestrzeni, w dodatku nisko przy podłodze. Gratuluję, geniuszu architektury.)
Dodatkowo cieszy mnie fakt zabezpieczeń na klamkach oknach. Z moimi obolałymi stawami w palcach i nadgarstkach, będzie to po prostu miód malina wciskanie dwóch guziczków pod i nad klamką z jednoczesnym unoszeniem klamki. Za każdym razem, gdy chcę otworzyć okno czyli jakieś piętnaście razy dziennie. Zastanawiam się czy tę blokadę da się jakoś popsuć…
Do zaksięgowania została mi dziś jedna firma. Mała. Oraz wprowadzenie wszystkich raportów, ale to już spoko.
Trzech „gwiazdorów” nadal nie przysłało swoich dokumentów. W tym jeden taki artysta co jeszcze mi obiecywał dokumenty do 4 kwartału 2019 i rozliczenia rocznego. Chyba znowu zapłaci za czas podwójnie bo jak znam życie dośle w ostatniej chwili. Usiłuję powstrzymać irytację, tłumacząc sobie, że jego pieniądze, jego wola.
Za oknem 2 stopnie. Ogrodnicy chyba, nie?
Pora iść z Tosią.

62. Lek na całe zło (?)

Są takie dni…okresy, że chciałabym zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu i żeby nawet wspomnień po mnie nikt nie zachował, bo istnienie nawet w czyichś wspomnieniach bywa zbyt wymagające…
Ale jestem przecież dorosłą, odpowiedzialną osobą. Nie mogę ot tak sobie, pstryk i zniknąć. Zostawić po sobie różne nieuprzątnięte sprawy, smutnych bliskich, martwiących się gdzie się podziałam, psa i wnuczkę nic rozumiejących.
No to trzeba jakoś przetrwać ten czas i spróbować nie zwariować. Oto silna wola: zapanować nawet nad własnym szaleństwem. Kto jak nie ja? Ja – mocarna, silna i odpowiedzialna…
A że duszy nic, tylko jeden przeraźliwy krzyk…
To słuchawki na uszy, muzyka głośno. Coś ukochanego, coś z ostrym gitarowym brzmieniem, broń boże ckliwe, nie, bo to to jak kamyk w pękniętą szybę. Jedno uderzenie w struny się rozsypujesz.
Czerwony Tulipan, taki jak to… Wykluczone! Zbyt dosłownie!

Buty wygodne, stabilne, ubranie wygodne, telefon w kieszeni, słuchawki w uszach, aparat na szyi i pod pachą.
Wyjść. Iść. Zatopić się w muzyce, skupić się tylko na niej, dać na chwilę odetchnąć wewnętrznemu słuchaczowi, niech nie słyszy już tego wrzasku.
Iść. Skupić się na tym by stawiać stopy: prawa-lewa.




Patrzeć na coś ładnego – kojącego. Zielone, kwietne, niebieskie, migotliwe. Okienko aparatu na oko, bo wtedy widać detal.
Wiatr szarpie kurtką, kołysze trwą, kwiatami, korony drzew tańczą na niebie, przez muzykę przedziera się huk dwóch Jasów, lecą po czystym niebieskim niebie w niezmiennej odległości od siebie, wzrok mimowolnie leci za nimi, maszyny do zabijania a takie piękne.
I nic więcej tylko muzyka, wiatr, słońce i kolory…
Przykucnąć, popatrzeć na świat z innej, mrówczej perspektywy.

A potem nad rzeką zapatrzeć się w błękit rozległy i jak w litweskiej piosence, nic już więcej nie chcieć, nawet umrzeć nie.

A potem opaść na ławkę, na chwilę skupić wzrok na tym co przed sobą

A potem dać się ponieść muzyce, zamknąć oczy, zniknąć na chwilkę, odpłynąć, nie być niczym innym jak tylko słuchem. I tkwić tak aż do uświadomienia sobie, że nie wiedzieć skąd i czemu na twarz wychynął uśmiech. Wtedy można już otworzyć oczy. I wrócić. Być.
Można patrzeć na ludzi i nie czuć nienawiści.
I nie słyszeć już krzyku tylko głos człowieka, który zwykle opowiada historie o ludziach takich samych a innych.

Iść. Oglądać świat wzrokiem człowieka z nagła wyrwanego z ciemności.