z piosenką Jaskra za uszami

Zrobiło się …

Zrobiło się jesiennie. 
W Polsce lato w pełni, upały, tematy urlopowe. Tu jutro albo za tydzień dzieci wracają do szkoły. Temperatury w granicach 20 stopni w dzień. Deszcze i coraz mocniej żółknące brzozy i lipy.
W Klubie treningowa rutyna. A na drodze, gdy wracam z pracy o 16 zwykły ruch.
Szczęście, że przez te urlopowe tygodnie przywykłam do jazdy Komarkiem i teraz już nie umieram ze strachu gdy w lusterku zobaczę, że ktoś mi siedzi na ogonie. Inna rzecz -wielki ciężarówki – wciąż budzą moją grozę. Ale budzą ją nawet gdy idę chodnikiem, więc to pewnie jakaś fobia.

Przy ostatniej wizycie z „nóżką bardziej” u lekarza postanowiłam pójść na całość i solidnie ponarzekać. Na bolący łokieć, na łaskotanie w uchu i częsty problem ze zrozumieniem tego co do mnie mówią, nie tylko w szwedzkim języku. Noga dostała kolejne 4 fotki. czekam co doktor zdecyduje dalej. W sprawie uszu doktor poszła informacja do poradni słuchu* i w stosownym czasie zapewne mnie wezwą. Z bolącym łokciem zostałam odesłana do sjukgymnastik czyli chyba fizjoterapeuty.  I tu się zaczyna inna bajka…

Ja sobie mogę być pięćdziesięcioletnia babka, mogę już woli bożej nie czuć, ale to nie znaczy, że nie widzę urody mężczyzn. A w Szwecji mężczyźni jak na mój gust są raczej przystojni, choć może są zbyt blond…Wolałam brunetów, szczególnie błękitnookich. Tu tacy to nieczęsty widok.
I siedzę sobie w poczekalni. Wychodzi do mnie szczupły, wysoki brunet, w okularach. Piękny jak marzenie. Rękę mi podaje- suchą, ciepłą o mocnym, ale nie za mocnym uścisku. W oczy mi patrzy, prowadzi do osobnego pokoju, drzwi zamyka i za rączkę bierze. I co ? I NIC! Normalnie to bym się choć zaczerwieniła, zwłaszcza jak w procesie oględzin położył sobie mą dłoń na kolanie. A tu nic! Nawet mu w oczy nie zajrzałam czy błękitne. Starość mnie dopadła, czy co ?
Obmacał mi rączkę i orzekł:
– To nie jest „łokieć tenisisty”
Konsternacja.
-aaale możesz mi na to pomóc?
– Tak, oczywiście- zapewnił mnie.
– To nie ważne jak to się nazywa

Potem Olle (Ulle się wymawia) wyciągnął urządzonko. Najpierw długo tłumaczył, że to może trochę boleć, może potem być trochę gorzej zanim będzie lepiej. Nie słuchałam za bardzo, bo po co ? Może to błąd był, bo może by mnie lepiej przygotowało na młotek walący precyzyjnie w to miejsce, w które gdy się uderzysz to prąd idzie po całym ramieniu. I nawet piękny chłopak trzymający mnie za rękę nie był w stanie tego znieczulić. W końcu dałam werbalny wyraz swej dezaprobacie do owych zabiegów (czytaj: wrzasnęłam „ałaaa!!!!” po trzech sekundach) i Olle z westchnieniem uznał, że trzeba w takim razie zmienić narzędzie tortur urządzenie.
Elektroda lekko łaskotała mi ramię, od urządzonka po łokciu szło przyjemne ciepełko…
-Nie przestawaj – wymruczałam nie wiedząc co czynię.
Ciepełko, ciepło, coraz cieplej, goręcej…Jak z tą małpą w kąpieli „ale ciepła coś aż nadto, ba! gorąco!”

Ponieważ skarżyłam się nie tylko na łokieć ale i na nadgarstek to trzymanie za rączkę nieco się przeciągało.
Oczywiście kłamię jak z nut, bo w czasie zabiegu Olle wcale mnie za rączkę nie trzymał. Nawet na kolanie sobie sobie nie położył, tylko na takim gąbkowym słupku obitym dermą. Nie zapytał mnie czy wolę słupek czy jego kolano w zielonych spodniach, niestety. Mogłabym przejąć inicjatywę i wyrazić własne zdanie, że jednak słupek. 

 Cóż Olle obiecywał, że może być gorzej i słowa dotrzymał. Jest gorzej. Z tego wniosek: nie należy pozwalać pięknym, młodszym od siebie chłopcom trzymać się za rękę bo potem ręka boli.

Naprawdę pachnie już chyba jesienią, nie tylko w sensie pory roku…Podśmiewam się z siebie, ale trochę mi smutno. Coś we mnie wygasło…
I chyba zimą przyjdzie się przeprosić z niebieskim tabletkami. Bo zmęczenie. Bo niechęć do wszystkiego tego co dotąd sprawiało radość. Bo kłopoty ze spaniem. Bo ucieczka w bezmyślność  jak strzelanie do kulek. Bo nieuzasadniona złość na najbliższych (może i uzasadniona, ale oni tacy jak zawsze, a złość jest nie od zawsze). Bo niechęć do spotkań z ludźmi.

Jesień idzie, nie ma na to rady.
 

 *staram się wszystkie instytucje nazywać polskimi odpowiednikami, czasem je sobie po prstu wymyślam,  bo naprawdę nie chciałabym, żeby za 25 lat mój język brzmiał jak sławetne „looknij przez window czy car stoi na streetcie”. 

Hm…W pracy

Dalabym sobie glowe …

Dalabym sobie glowe uciac, ze wstawialam zdjecia z pobytu Krakowiakow…a tu nic nie ma. Moje rozkojarzenie przebiera coraz wieksze rozmiary…

Tymczasem siedze w pracy. Za oknem mam morze albo moze to  ocean? Tyle, ze w pionie a nie w poziomie. Lubie deszcz, nie powiem. Szczegolnie latem, gdy cieplo i bezwietrznie, ale…Zna ktos adres do McGywera ?Bo zastanawiam sie czy samodzielnie zdolam przerobic Komarka na lodz, bez specjalnych zachodow i tak wyjdzie podwodna… 

Chyba mi odbija. Zapewne od liczenia jedynek na wydrukach excela o czcionce 9…

Syndrom kolonisty

Nie było mnie i nie …

Nie było mnie i nie odzywałam, bo pochłonięta byłam przeżywaniem w realu na żywo. 
Krakowiacy i mąż wracający z pierwszej części urlopu przywieźli ze sobą atmosferę kolonii letnich.
Trochę tę atmosferę psuło moje ranne wstawanie na sprzątanie w sklepie i w związku z tym dość wczesne chodzenie spać, więc nocne Polaków rozmowy się nie odbywały, ale dni były i tak wypełnione śmiechem i wrażeniami.
W skrócie, bo nie dam rady opisać każdego dnia po kronikarsku.
Zaliczyliśmy kilka rolkowo – rowerowych wieczorów. Ja, ze względu na tę nóżkę co wciąż jest bardziej, nawet nie próbowałam rolek. Dla mnie był rower, ale apetytu nabrałam, nie powiem.
Zaliczone zostało oglądanie starego, katedralnego miasta Skara, chyba jednego ze starszych miast w Szwecji, z przepiękną katedrą.
Zaliczyliśmy też Ryds Grottor- niesamowite miejsce ze skalistym wąwozem, dla mnie i męża także całkiem nowe. Musimy tam wrócić na dłużej, w dobrych butach i bez „nóżki”.
Zaliczyliśmy wyprawę na łososia w zalewisku na Kamieniołomie/Stenbrottet. Przy okazji zaliczyliśmy dawkę głupawki w zalanym deszczem samochodzie z jednym huknięciem burzy w tle.
Prócz tego zwizytowaliśmy Jönköping żeby się spotkać z pewnymi w połowie znanymi Gdańszczaninami. Jeszcze bym połaziła, zwizytowała jeszcze kilka sklepów z ciuchami. Utwierdziłam się w przekonaniu, że duże miasta to nie dla mnie.
No i w końcu były ŁyseKile czyli Lysekil. I tu się nie szczypałam – wzięłam coś na ból żeby spokojnie po te skały poplądrować, nacieszyć się, napatrzeć, nasycić światłem i przestrzenią.
W ostatni wieczór podziwialiśmy zachód słońca w Naven. 

A teraz dom opustoszał i zrobił się ogromny. I cichy, choć Krakowiacy naprawdę są gośćmi kompletnie nieuciążliwymi, a nawet , nie bójmy się tego słowa, całkiem użytecznymi. (Magda, możesz spytać męża, gdzie wstawił taki mały, biały dzbanuszek z dzióbkiem, którego używam do chłodnej przegotowanej wody do kawy?)
Mam syndrom pokolonijny. Tak się jeszcze nie chce wracać do normalności…
Mam nadzieję, że następne kolonie już za rok.

 

A lato mamy piękne tego roku. 

 

Lagom

Marek Niedzwiedzki …

Marek Niedzwiedzki kilka dni temu zapuścił taką muzykę, że mnie zatchnęło i w te pędy pognało do maila, żeby błagać go informację, kto zacz jest ta pani, co śpiewa jakoś tak jakby po szwedzku, przepięknym niskim głosem, z nostalgiczną muzyką w tle. Pan Marek odpisał! Kari Bremnes. I nie po szwedzku a po norwesku. Zdziwiłam się, że lepiej rozumiem śpiewającą Norweżkę niż rodowitego Szweda. Polecam Togsong – „Piosenkę pociągową” tejże wykonawczyni, jak na razie mój nr 1.
Okazuje się, że są w Skandynawii muzycy, którzy grają co innego, mniej komercjalnego. I bogu dzięki. 

…Ale ja nie o tym chciałam.
Ostatnio kilka razy mnie zapytano czy gdyby warunki ekonomiczne w Polsce się poprawiły to czy bym wróciła. I samą mnie zdziwiła ma odpowiedź. NIE. Tu mi dobrze.
Jest takie słówko szwedzkie: lagom, które oznacza „w sam raz” nie za duże, nie za małe, tylko w sam raz. Kiedyś zapytałam jedną koleżankę z kursu, dlaczego w Szwecji kurtki są tylko w trzech kolorach  czarnym, białym i czerwonym. AnnSofi odpowiedziała, że to dlatego, bo w Szwecji każdy powinien być lagom – w sam raz, nie wyróżniający się, nie odstający…przeciętny lub przynajmniej takie robiący wrażenie.
Tu nie ma na każdym kroku wielkich wypasionych, kilkupiętrowych rezydencji. Tu się nie szpanuje wypasionymi autami, drogimi ciuchami, biżuterią i bóg wie czym jeszcze. Tu nie ma parcia za wszelką cenę do przodu, tu nie ma presji na robienie kariery a osobiste ambicje, niekoniecznie związane z zarabianiem pieniędzy są zrozumiałe dla innych. 
Szwecja jest krajem ludzi przeciętnych ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Ja też jestem przeciętna. A tu nic i nikt mnie nie zmusza bym była inna. Mogę być sobą.  

Letnie migawki z miasta

<img …

Wbrew malkontentom – lato przyszło, rozpanoszyło się, rozsiadło i nie zamierza nas porzucać. Więc cieszmy się póki jest…

Cieszmy się łodziami na Lidanie i szumiącym i fonatannami.

Cieszmy się młodymi kaczętami

zacienionymi alejami i zielenią

bardzo niezwykłymi widokami jak ten medytujący w parku buddysta

Maleństwami tylko co wyklutymi, których przed mewami strzegły dwie sympatycznie roześmiane damy w rozmiarach XXL. Maleństwami, które wprawiły w zachwyt całą grupkę ludzi w poważnym wieku, zmuszając ich do zatrzymania się dla nacieszenia oczu widokiem. 

Cieszmy się także rozprażonymi, mimo późnej pory ulicami. Cieszmy się latem póki ono trwa.

O kiecce ciag dalszy

Malinowa kiecka. Na …

Malinowa kiecka. Na wierzch biala, lekka koszula. Bo kiecka bez rekawow, a ja nie lubie. Koszuli tez nie za bardzo, bo ma takie chomato do wiazania pod szyja, nie ma zaszewek i sprawia, ze wygladam nie jak sama szafa trzydrzwiowa ale jak szafa trzydrzwiowa z lustrem i nadstawka. Wiec tylko rozpieta. Rozwiane chomato odwraca wzrok od figury.
Zimno jest rano, wiec pod kiecke biale legginsy oraz trampki converse w kwiatki w kolorze niebieskim – i mam szwedzka wersje ubioru letniego.  Powstrzymalam sie przed nawleczeniem malinowych sznurowadel, ktore dostalam w komplecie z butami.
Na wierzch ciepla, zimowa, CZARNA kurtka, bo na Komarku rano, gdy temperatura 13 stopni jest chlodno.

Musialam wygladac zjawisko.
Wszyscy kierowcy sie za mna ogladali.
Jeden omal nie wjechal w kraweznik, tak sie patrzyl. 
A nie mowilam, ze swietna ze mnie babka ?

 

 

A Zuzia skonczyla dzis trzy lata. O! 

 

 

Kobietą być ?

Kupiłam sobie wczoraj…

Kupiłam sobie wczoraj malinową sukienkę.

 

To pierwsza kiecka od nie wiem ilu lat.
Szłam niby tak bez celu poszwędać się sobotnio po sklepach, po rynku. Zajrzeć do tego gościa na rynku co cały dzień wykrzykuje „Alla växterer tjugo”*. Albo inne podobne komunikaty. Na rynku był tłum – jak zawsze w sobotę. Z rowerem zamiast laski, szłam sobie kuśtyk, kuśtyk. Bo noga nadal jest bardziej.
Stragany jak stragany. Takie same jak w Polsce. Ciuchy rodem nie wiadomo skąd w cenie takiej samej jak w sieciówkach, portfele, zegarki, doniczki, rośliny, stroiki, miód. Tak samo w jak w Polsce – ścisk, hałas, ludzie się spotykają, przystają na pogawędkę, tarasują przejścia, dzieci wrzeszczą, bo matki nie dają im w tej tłuszczy pobiegać, tylko trzymają za ręce albo wsadzają do wózków, psy merdają ogonami, pobudzone takim natłokiem wrażeniem, węszą i rozglądają się nerwowo w około.

Wsio normalna, jakby rzekła Regina. Czego brak to swojskich babć z przydomowymi pomidorami, jabłkami ze starych jabłonek, z daliami i mieczykami w poobtłukiwanych wiaderkach. Za to są Tajowie z wyzbieranymi w lasach kurkami, jagodami i malinami. Nie ma tłoku przy ich stoliczku. Jeszcze jedno pokolenie i szwedzkie dzieci pytane skąd się bierze jagody będą mówić, że z ICA.

Przy rynku, przycupnięty z boku, przysadzisty, drewniany budynek. Pałacyk myśliwski rodziny de La Gardie, przeniesiony z wyspy, służył niegdyś jako ratusz miejski. Teraz  z jednej strony ma informację turystyczną, w której mapy, foldery o ciekawostkach okolicznych można dostać za darmo. Z drugiej strony  jest urokliwa kawiarenka, serwująca miedzy innymi Prinssestårta – biszkoptowo-śmietanowy tort pokryty zielonym marcepanem z koroną z cukru pudru. Latem, jak teraz, kawiarenka wystawia stoliczki do ogrodu. Ludzie siedzą  schronieni od słońca pod ogromnymi, czarnymi parasolami, piją kawę, jedzą ciastko, czyli celebrują tak zwaną fika. Albo, jeśli na ratuszowej wieżyczce zegar, wskazówki są w pobliżu godziny dwunastej, to jedzą typową szwedzką piętrową kanapkę: cienki chleb, surówka, jakaś wędlina, majonez a na wierzchu krewetki. tego się nie da jeść jak kanapkę! To się je nożem i widelcem. Wszędobylskie wróble, sroki i mewy przysiadają na płotku i łakomie popatrują czy nie da się zwędzić jakiegoś okruszka a może nawet i całej kanapki.

Obeszłam rynek dookoła. Kupiłam świeże truskawki, świeży szczypior, ziemniaki i koperek. Zapakowałam do rowerowego koszyczka.  I deptakiem podążyłam w stronę domu. 
Na deptaku jest przedłużenie rynku: tu też tłum, ogródki przykawiarniane. Tylko zamiast straganów sklepiki i sklepy: sklep ze starociami i rękodziełem, taka szwedzka wersja Cepelii, sklepik z porcelaną i szkłem, sklepik z kosmetykami oraz sklepy i sklepiki z ubraniami w tym H&m i Lindex. Latem deptak jest zacieniony przez większą cześć dnia bo leży na osi wschód- zachód i o tej porze roku słońce wpada w światło ulicy tylko wcześnie rano albo późnym popołudniem. Na środku ogromne ukwiecone donice, przy wlocie znak informujący, że to deptak, więc rowerzyści nie są tu mile widziani. Zresztą – to nie jest łatwo lawirować rowerem w tym tłumie. 
Od deptaku, pod kątem prostym co i rusz odbiegają uliczki. To zadziwiające jak senne i ciche są małe zaułki pochowane tuż za rogiem. Maleńkie podwórka toną w zieleni i kolorowych kwiatach kontrastującymi z pastelowymi kolorami drewnianych ścian. Okna, okienka, balkony, wykusze…A każde w swoim rodzaju, jak wystawa dla magazynu o urządzaniu domu.

W takim tłumie szłam wczoraj. Szłam, chłonęłam atmosferę mojej mieściny, gdzie o 18 w weekend wszystko jest zamknięte i miasto wygląda jak wymarłe, gdzie dyskoteka jest tylko jedna i ani jednego pubu. Szłam i myślałam, że wcale mi to już nie przeszkadza. Że po prawie pięciu latach nie czuję się tu jak u siebie. Jestem u siebie.   
A potem weszłam i zobaczyłam tę malinową sukienkę.
W przymierzalni spędziłam o wiele więcej czasu niż zwykle. Bo rozsądek szeptał „przecież nie chodzisz w sukienkach. Nie masz w szafie ani jednej od co najmniej pięciu lat” a dusza mi się wyrywała do malinowej tkaniny.

 

W domu włożyłam ją na siebie. Potem przymierzyłam do niej białą koszulę. A potem jeszcze biały kapelusz od słońca. 
Stałam przed lustrem patrząc na fajną babkę. W bieli i czerwieni z niebiesko-żółtą wstążką u kapelusza.

Tak to ja.
Po pięciu latach znowu zaczynam żyć.

 
* wszystkie rośliny po dwadzieścia!
 

No i stało się

Zamknięte.
<br …

Zamknięte.

Oczywiście narobiłam sieczki, cześć z was ma uprawnienia użytkownika, bo durny blox automatycznie takie wysyła i nim spojrzałam kilka zaproszeń poszło. Cofnąć się tego nie da. Jak już odbierzecie, to Wam zabiorę 😀 i przydzielę nowe.

I to jest to miejsce w którym chce przeprosić za zamieszanie. 

Niektórych z Was prawie nie znam: nie komentujecie, cichutko czytacie, ale widzę Was w statystykach i staram się rewizytować choćby od czasu do czasu. 
Wysłałam klucze do tych, których znam ze statystyk albo komentarzy. Oraz do tych co wpisali się w komentarzach pod ostatnim wpisem. Ale nie wszystkim.
Nie mogę wysłać tym, którzy mają  loginy poza gazetowe. 
Celowo nie wysłałam tym, których imiona zobaczyłam po raz pierwszy pod ostatnim wpisem. Nie wiem, kto się za tym kryje? Może własnie moja wsza ?

Wiem, że zamknięcie bloga, to w zasadzie śmierć. Blog nie będzie zamknięty na zawsze – tak zakładam. Za jakiś czas znów ekshibicjonistycznie wystawię się na widok publiczny.

Musze jeszcze skontaktować się z tymi, którzy czytali z innych portali – może mają loginy gazetowe, bo tylko na takie można wysyłać dostęp. 

 

 Jeszcze raz Was serdecznie przepraszam za zamieszanie i utrudnienia. 
No i oczywiście ci, co dostali klucz a nie chcą mogę spokojnie go odrzucić. Nie obrażę się 🙂

A potem będzie tu już jak zawsze. 

Uwaga! Wsza!

 &#65279…

 Mama ostatnio mi powiedziała, że coraz bardziej jej przypominam Babcię Katarzynę. Z ruchów, ale też i z charakteru. Dla mnie był to niewątpliwy komplement, bo ci co mnie znają dłużej wiedzą jaką estymą darzę mą zmarłą przed prawie trzydziestu laty prababkę. 

Prócz ruchów i charakteru po mej protoplastce odziedziczyłam także włosy różniące się od pierwowzoru, tym, że siwieć zaczęły grubo przed trzydziestką. Jednak przez pierwsze lata były ciemnobrązowe, na granicy z czernią oraz bardzo grube. Co wzbudzało niejaką sensację, bo widział kto dzieciaka, któremu skóry na głowie znaleźć nie można ?
Posiadanie takich włosów to niestety było przekleństwo przez długie lata przedszkolne i pierwszo-szkolne. Nie, nie z powodu czesania. Ojciec mnie programował na chłopaka, więc fryzury zawsze nosiłam krótkie, „na chłopaka”, ku nieopisanemu mojemu żalowi. Jak podrosłam, tak mniej więcej do drugiej klasy szkoły podstawowej pozwolono mi na fryzurę „na pazia” żeby wianek miał się na czym trzymać i no i żeby jednak jakoś wyglądał.
Przekleństwem były wszy.
Takie małe robaczki żyjące sobie wesoło we włosach, żywiące się naskórkiem i wydalające.  Wesz składa we włosach jaja, zwane gnidami, które są przyklejone do włosów i nikt jeszcze nie wynalazł na nie skuteczniejszej metody jak ściągnięcie owych gnid własnymi palcami, najlepiej z dość długimi paznokciami.*
*wyjaśniam dla młodszych czytelników, którzy być może mieli to szczęście i nie wiedzą cóż to jest wsza/wesz.

Mówiono o mnie, że może być jedna wsza (tak właśnie mówiono, wiem, że nie gramatycznie), tysiąc dzieciaków i jeśli tylko ja tam byłam, wiadomo było, że wsza wybierze mnie.
Matka mimo wad różnych, była jednak nauczona higieny, oraz myślenia o tym co ludzie pomyślą, więc wszy tępiła zaciekle i systematycznie. Raz w tygodniu, po kąpieli było sprawdzanie głów. Jeśli się przy matce dwa razy podrapałam w głowę, natychmiast moja głowa stawiana była do przeglądu. W razie potrzeby głowę zlewano płynem o wdzięcznej nazwie „delacet”, zawiązywano chustką na noc, a rano zwłoki się wyczesywało specjalnym grzebieniem. Gnidy trzeba było pościągać, bo na nie delacet nie działał, więc przeoczenie choćby jednej skutkowało nawrotem plagi. Czy ktoś wie, jak trudno czyści się z gnid głowę, której owłosienie jest dwukrotnie gęstsze od przeciętnej? Ten kto wie, rozumie, czemu matka nie powstrzymywała ojca przed strzyżeniem młodszej córki prawie na łyso.
Plagę wszawicy pomagała tępić szkolna higienistka z zachowaniem ówczesnych standardów dyskrecji: szła po klasie i każdemu po kolei przegrzebywała włosy. Kiedy wypatrzyła cos podejrzanego we włosach pytała cicho o nazwisko, które następnie zapisywała w notesie. Śmiech na sali! Każdy wiedział co to pytanie oznacza i tylko dzwonek na przerwę zadźwięczał, wszyscy uciekali od delikwenta i roznosili famę po całej szkole „z nią się nie baw, bo się wszami zarazisz”
Ostatni raz wszy miałam chyba w wieku lat  17. Wtedy już miałam długie włosy a jej czystości pilnowała Baśka, tak jak ja pilnowałam jej głowy.
Minęło trzydzieści lat i oto znów mam plagę. Wsza mi się zalęgła.
Czai się, skrobie, sra, składa gnidy. Nie we włosach. Na blogu i w życiu. 
Znam ją z imienia i nazwiska. Podsrywała mi w życiu. Wyniosła komunijny pierścionek mojej córki- pamiątkę od mojej mamy. To ona zasrywa życie bardzo bliskiej mi osobie i jego matce. Nienawidzi mnie ..? Nie wiem za co, ale tak. Z wzajemnością. Jest jedyną osobą, której nienawidzę i nie umiem przestać.
Szkoda, że takiej wszy, pasożyta żerującego na innych nie można tak łatwo rozgnieść. Ani zalać delacetem. Bo wiecie jak mówią : uszkodzisz wszę a odpowiesz jak za człowieka. Szkoda, że nie da się powiesić jej tabliczki „UWAGA: WSZA!” bo znam innych, którym zawszawiła życie, może nikt więcej już by się nie nabrał.

Jedyne co można to odsunąć się jak najdalej. I jeszcze dalej.

Więc się odsuwam.